Archiwum dla Within or Without

Kurwa przecież ja mam bloga!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on Sierpień 18, 2011 by headphonesporno

Teraz kiedy już uratowałem Nowy Jork przed najeźdźcami z kosmosu, rozwiązałem problem zabójstw królów w Temerii, kiedy moja wątroba ma już dość czegokolwiek z procencikiem przyszła pora sprawdzić, czy wciąż jestem dobry w składaniu literek o muzyce. Duże zaległości, mało czasu, pierdyliard płyt przesłuchanych: dziś polecimy w ilość płyt i w nieilość znaków.

Amon Tobin – Isam

Nie trzeba wielu przesłuchań by stwierdzić, że „Isam” to coś więcej niż płyta. Amon Tobin – elektroniczny perfekcjonista, dla którego nieskończony świat filtrów, wtyczek, wymyślnych VSTi to wciąż za mało, więc sam stwarza swoją paletę dźwięków od skrzypiącego krzesła zaczynając, na dźwięku wibrującego śrubokręta kończąc. „Isam” na pewno wywoła w nas jakieś emocje, jednak ta płyta powinna być przede wszystkim podziwiana przez pryzmat dokonania ludzkiego. Amon jest malarzem, który bardzo precyzyjnie, z dokładnością do kropelki dobiera proporcje i skład farb by ostatecznie stworzyć genialny pejzaż dźwiękowych abstrakcji, które tylko na pierwszy rzut oka bytują w chaosie. Tutaj każdy dźwięk jest na swoim miejscu aż za bardzo a człowiek który miał wpływ na to wszystko, to nikt inny jak czysty geniusz. Jedyne co można mu zarzucić, to fakt, że gdy już na „Isam” robi się choć trochę melodyjnie, tudzież po prostu wciągająco, to szybko(za szybko) się to kończy, zostawiając pewien niedosyt u słuchacza, który jednak wybiera tą płytę jako źródło wrażeń estetycznych. Mimo wszystko „Isam” to Kaplica Sykstyńska muzyki elektronicznej bez dwóch zdań. Klik.  (8.3/10)

Juliana Barwick – The Magic Place

„The Magic Place” to rozmarzona podróż po świecie wspomnień z dzieciństwa młodej dziewczynki. Ambientowy soundtrack do Tajemniczego Ogrodu, którego akcja działa by się raczej w nocy i po paru grzybkach. A jak powstaje to wszystko? Julianna Barwick tworzy bliżej nieokreślone wokalne przeciągnięcia, przepuszcza je przez delay, nakłada je na siebie za pomocą loop pedala i tak w kółko aż nie powstanie rozmyta ściana ludzkiego „oddalonego” pięknego dźwięku, który czasem posłuży jako akompaniament dla fortepianu  (czyli trochę od dupy strony) tudzież po prostu który będzie formą ekspresji sam w sobie. Początkowo myślałem, że będę traktował tą płytę bardziej jako ciekawostkę, w końcu cała nagrana praktycznie a-capelle, jednak szybko się przekonałem, że „The magic place” to cudowny sposób na spożytkowanie 43 minut. (7.4/10)

Washed Out – Within and Without

Przede wszystkim to okładka roku. 28 letni Ernest Green stał się głośną postacią jeszcze zanim jego debiutancka płyta została wydana (i to przez sam Sub Pop!). Jego EPki zwiastowały wyśmienity chillwave, nagrany (podobno) w sypialni dla sypialni. Nie inaczej się też stało. „Within and Without” to 9 sensualnych, momentami niemalże intymnych utworów zbudowanych na subtelnej elektronice, dalekich wokalach i prostej rytmice. Nie o złożoność tu chodzi a o zbliżenie. Śmiało można uznać, że Ernest Green to Amor z laptopem z jabłuszkiem. Nowy patron zakochanych i nimfomanów. Innymi słowy: puśćcie to sobie do rozrywek pod kołderką ze swoim partnerem, bo ileż można lecieć na Barrym White’cie? (7.7/10)

Woodkid – Iron (EP)

W sumie to Yoann Lemoine skrywający się za drewnianym kryptonimem Woodkid ma mocno przesrane. Koleś wydał zaledwie jedną Ep’kę, zrobił do tytułowej piosenki GENIALNY (ja mam świadomość nadużywania przeze mnie tego przymiotnika, ale inaczej nie da się tego określić) klip, i co? I już jest rozchwytywany: zlecenie na teledyski od Mobyego czy Kate Perry, użycie jego piosenki w klipie Ubisoftu do gry Assasin’s Creed, a to wszystko zaledwie po wydaniu jednej, króciutkiej Epki! Boję się wiedzieć, co będzie  kiedy ten prze sympatyczny brodacz z głosem Antonyego Hegharty ukarze światu wszystkie swoje drewniane pomysły. Dzień gdy wyjdzie jego LP będzie zakończeniem jego życia towarzyskiego. O nim będzie jeszcze bardzo głośno, zobaczycie. (7.7/10)

Holy Other – With U (EP)

Uwaga konkurs: wystarczy odpowiedzieć w komentarzu na pytanie: Co to kurwa jest witch house? Bo podobno właśnie taka muzykę robi Holy Other. Jako że jestem pusia z gatunków muzycznych powiem tak: Holy Other to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Buriala, Boxcuttera czy Kryptic Minds choć Holy Other koło dubstepów nawet nie stało. Mroczne r’n’b ze słabym pulsem, niepokojącymi szumami, dość intensywną inspiracją wspomnianym już Burialem. Siedzisz dużo po nocy? Włącz Holy Other. (8.0/10)

Cass Mccombs – Wit’s End

Tutaj bez zmian. Najsmutniejszy gitarzysta akustyczny Ameryki dalej jest smutny, dalej pisze piosenki pociągając nosem, dalej patrzy się w ziemie idąc chodnikiem a ja dalej się zastanawiam, czemu on mi się dalej nie podoba. Teoretycznie niewiele różni go od starego Justina Vernona czy Sama Beama (też starego, bo wszystkim smutnym folkowym brodaczom trochę odwala ostatnio, ale o tym niedługo napiszę oddzielny post). Cass przynudza, nawet niespecjalnie się ukrywa z brakiem pomysłów na kompozycję utworów: bierze 3, 4 akordy, w tempie pogrzebowym je powtarza do pożygu i tworzy do tego nudny tekst o tym jak to life sucks. Prawie fajnie ale zzz…zzzz…zzzz…. (5.0/10 za kawałek Memory’s Stain).

Metronomy – The English Riviera

Bardzo mnie boli, że cała płyta nie wyszła im tak kapitalnie jak singiel „The Look„, którego mógłbym słuchać na okrągło. Podejrzewam, że Metronomy celowali w stworzenie muzyki letniej, przyjemniej, słodkiej, lekkiej i wesołej. Udało im się, lecz tylko na 4 utworach. Gdyby całość brzmiała tak wyśmienicie jak na odcinku od „Everything Goes My Way” do „Trouble” mielibyśmy może nawet kandydata na miejsce w rocznym podsumowaniu, tymczasem nie licząc tych 12minut (dobrze, że przynajmniej wszystkie są na płycie koło siebie) reszta płyty jest brzydka, nudna i w sumie nie warta więcej niż jedno przesłuchania. Szkoda. (5.3/10)

Myslovitz – Nieważne jak wysoko jesteśmy

Nie, po prostu nie. Myslovitz skończyło się dawno temu, na „Kill’em All”. Niech Rojek się weźmie za elektroniczną stronę Offa i za niebranie się za Lenny Valentino. A Myslovitz, o ile dobrze pamiętam mieli zakończyć działalność… Co panowie, kaska się skończyła? Tylko tu jeszcze jakoś im to brzmi…(3.0/10)

 Szadi

Reklamy
%d blogerów lubi to: