Archiwum dla White Magic

Jaką płytą był rok 2010 – Podsumowanie

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Grudzień 30, 2010 by headphonesporno

Intro w tym roku skromnie, bo zostawiłem je na koniec, a jest 2 w nocy i już sram literkami. 2010 był fantastycznym, muzycznym rokiem! Na pierdylaird albumów, jakie wyszły, usłyszałem zaledwie 120, jednak to wystarczy by ze spokojem powiedzieć – good job. W TOP 10 nie zmieścili się już Ceo – White Magic, Swans – My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky ani Trentemoller ze swoim Into the Great Wide Yonder, co nie znaczy jednak, że nie są oni warci uwagi. Tak czy siak, oto moje dziesięć ukochanych płyt, przy których moje uszy robiły się wilgotne:

10. Shearwater – The Golden Archipelago

Niezobaczenie Shearwater na OFF’ie było moim największym grzechem tego roku. Jonathan Meiburg – wokalista-ornitolog całą płytę  poświęcił wyspom, które w skutek ludzkiej brutalności wobec Ziemii… znikną. Gdzieś pod wodą zginą a wraz z nimi cała ich unikalna fauna i flora. O tym się pisze artykuły i przemówienia, ale płyty nagrywa?! Nieźle, nie? Mamy tu perfekcyjnie wymierzoną równowagę między cichymi, pięknymi balladami i agresywniejszymi momentami a w nich wszystkich swoim fenomenalnym głosem czaruje nas bardzo unikatowy wokal Jonathana. Dla jego głosu i tekstów warto było się uczyć angielskiego. 

9.Bonobo – Black Sands

Bonobo to bezwstydnik, kolejny raz pokazał, że ma jaja nie tylko duże, ale i płodne za trzech. Simon Green, jedna z moich ulubionych wizytówek wytwórni Ninja Tune nagrał, dosłownie, płytę perfekcyjną i chyba najlepszą w swojej karierze. Nie ma tu choćby milisekundy, przy której bym wąsem kręcił i marudził. Na „Black Sands” muzyk-perfekcjonista  swoją „już-fantastyczną” i melancholijnie piękną muzykę przyprawia tym raz swoimi interpretacjami tego co obecnie dzieje się na scenie elektronicznej (dubstepik w wersji soft -„Eyesdown” to chyba największy killa albumu). Warto poświęcić swoje 55mniut życia na ten album, zdecydowanie.

8. Gonjasufi – A Sufi and a Killer

„Większość piosenek było nagrane tutaj na pustyni, i czuć to diametralnie. Klimat,  pogodę, wszystko to się nagrało. Dlatego chciałem użyć analogowych mikrofonów i taśmy.  Sposób nagrania dźwięku jest tak samo ważny jak on sam. Na kasecie to się rezonuje, z czasem  zatapia się bardziej w głąb taśmy, dzięki czemu powietrze i środowisko również zostają uchwycone . Słuchasz Milesa Davisa, Charlie Parker, i możesz słyszeć dym papierosa. Gdy słyszę, Billie Holiday, czuję jak jestem w tym pokoju – czuję dym papierosa, nawet niewolnictwo…” Gonjasufi wpieprzył chyba z 8 betoniarek ćpania, teraz jest po odwyku, uczy yogi, rapuje, medytuje, wyznaje sufizm i mieszka na pustyni gdzieś pod Las Vegas… Nagrał tam schizofreniczno-paranoiczną triphopową płytę, która jest enigmatyczna, mistyczna i kipi psychodelią. I wiecie co? Podoba mi się ten stan.

7. Flying Lotus – Cosmogramma

Weźmy 7 didżei, 4 klasycznych kompozytorów, Halinę Kunicką, jednego pingpongistę i ze 4 Thomów Yorków. Niech każdy z nich nagra jakąś płytę, a wszystkie skrawki, które w trakcie mixu i masteringu uzna się za śmieci zgrajmy na coś i dajmy Stevenowi Ellisonowi aka Flying Lotus. On te „niby-niewtórne” odpady poskłada i zbuduję arcydzieło. Cosmogramma to  płyta brzydka, chaotyczna i niezdecydowana. To rzeźba ze śmieci a podobno z gówna rzeźby nie zrobisz. Flying lotus zrobił i dlatego wrzucam ją do TOP TENU – na Cosmogrammę nie można patrzeć (nie licząc paru minutowych wyjątków) jak na płytę, którą się z przyjemnością posłucha w aucie czy po ciężkim dniu w robocie. Ten album trzeba podziwiać przez pryzmat rzemiosła, dzieła ludzkiego, zrobienia czegoś z niczego. To krok w stronę niedościgniętego geniuszu The Avalanches, jednak tamci przy okazji niezłej roboty stworzyli też kawał solidnego, pociągającego dźwięku.

6. CocoRosie – Grey Oceans

Dwa Piotrusie Pany w wersji z cyckami od początku do końca trzymają nas na Grey Oceans w swojej krainie dziecięcych wspomnień, pełnych zabawek, przejażdżek na tylnym siedzeniu w aucie (bez skojarzeń pedryle, mówimy tu o dzieciach!), lemoniad, wyliczanek i baza z krzeseł i koców. Wszystko klawo, ale w tym świecie bawią się same, bez rodziców. I stąd wynikająca melancholia buduje na tej płycie niesamowity klimat, najsmaczniejszy dla wszystkich „smutolubów” mojego pokroju.  Nie ma tu odkrycia, CocoRosie kolejny rok bacznie podążają po wyznaczonej przez siebie ścieżce, wzbogacając ją tylko o większe instrumentarium nabyte w zabawkowym, dwa lokale dalej od muzycznego. Mimo wszystko Grey Oceans na długo nie schodziła z mojego odtwarzacza. Dobra płyta to taka, o której się myśli przez 8h w robocie w oczekiwaniu na jej dalsze przesłuchanie. Grey Oceans to bardzo dobra płyta. W rankingu na najbrzydszą okładkę 2010 zajmują jednak #1. To dobra nauczka, dla tych (czyli dla mnie również) którzy oceniają płytę po okładce.

5. Everything Everything – A Man Alive

Po pierwszej randce, stwierdziłem że to nie ma sensu i ją porzuciłem. Po jakimś czasie sobie o niej przypomniałem i błagałem by wróciła… i wróciła. Nie przeszkadza mi to, że łączy chyba wszystkie możliwe style i co chwilę je zmienia, że cały czas wyje swoim jękowatym głosem, który brzmi  jak ten pacan z Panic! At The Disco, tylko jest trochę wyższy. Nie przeszkadza mi również,  że jest gadatliwa i używa sprośnych i często niezrozumiałych tekstów. Nie przeszkadza mi nawet, to że inni nie dają jej absolutnie szans. Kocham ją, jej transcendencję, barwność i niezdecydowanie. Kocham ją jak nikt!

4. The Knife – Tomorrow in a Year

Nie ma się co rozpisywać, bo temat wyczerpałem dwa tygodnie temu. Lubię gdy płyta to podróż, wymagająca spostrzegawczości i wysiłku. Tutaj mamy eskapadę, która trwa paręnaście (paręset?) tysięcy lat.


3. Deftones – Diamond Eyes

Mocno przesterowanych, przestrojonych o 2 tony w dół, 8 strunowych gitar w moich słuchawkach nie usłyszy się za dużo. Tymczasem, daję słowo, „Diamond Eyes” jest chyba najdłużej egzystującą na moim odtwarzaczu płytą – ten czas należy liczyć  w miesiącach. Typowe już dla Deftonsów idealnie wyśrodkowane połączenie ciężkiego grania z pięknymi  i chwytliwymi melodiami zostało wzmocnione o potężny ładunek emocjonalny, wynikający z ciężkiego stanu zdrowotnego dotychczasowego basisty. Jest tu depresyjnie, mrocznie i ciężko. Jest tu cudownie, chyba najlepiej od czasów „White Pony”.

2. Beach House – Teen Dream

Druga po CocoRosie najbrzydsza okładka roku i jeszcze wokalista okazuje się wokalistką. Co więcej o płycie dowiedziałem się przypadkowo na Onecie. Nie dajcie się jednak zwieść tym trzem antypokusom. Teen Dream to dream-popowe arcydzieło, łączące w sobie instrumentalny minimalizm z barokową dawką emocji. Tego nie da się nie pokochać. To czyste piękno, które śmiało bym przypisał Europie Północnej, nie Ameryce. Beach House pokazali, że by osiągnąć sukces nie trzeba otwierać portfela, a serce. Tylko tak szeroko.  Ładnie to ujął Arturek: ” Tak pięknie nie gra dzisiaj nikt”  Nikt. Prawie nikt…

1. Karkwa – Les Chemins De Verre

Ile to razy już zadawałem sobie pytanie: czy ja wraz z wiekiem staję się coraz bardziej odporny na piękno, czy dziś już po prostu nikt nie gra tak jak kiedyś na „Parachutes” czy „Takk” ? Ile razy się nie słyszy, że kapele inspirują się Radiohead, Coldplay i Sigur Ros? Ile razy już się człowiekowi nie chciało o tej gadaniny rzygać, bo obiecanki kończyły się ostatecznie na pustych słowach? Ileż jeszcze Szadi będziesz wracał do tych zasranych albumów? Dużo, bo  do tych albumów wracać warto. Dziś już nikt nie gra w ten sposób. Wiecie ile razy przesłuchałem pod rząd „Les Chemins De Verre”, gdy pierwszy raz je usłyszałem? … fchuj.

Podobno weszli do studia, z piosenkami, które istniały tylko w ich głowach. Nigdy nie grali ich nikomu, nawet sobie na próbach. Po 21 dniach wyszli z gotowym albumem i… i kurwa nagrali genialne arcydzieło, które powala na kolana wszystko, co w tym roku usłyszeć można było. Ale tu przecież nic nie ma! Nie są odkrywczy, nie wnoszą nic nowego, nie robią rewolucji, oni tylko grają, spokojnie, folkowo-rockowo. Takich kapel jest pierdyliard. Może to ten francuski, może to te pianina, nie wiem. Wiem jedno. Karkwa to zespół, który nagrał najśliczniejszą płytę, jaką w tym roku słyszałem! Oni naprawdę mają w sobie coś z „Takk” czy „Parachutes”! Warto było czekać. To nie ja się starzeję, tylko świat grać nie umie. Karkwa lekcji wrażliwości udzieli. Posłuchajcie.

Szadi

White Magic – Through The Sun Door

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on Styczeń 18, 2009 by headphonesporno
Brak schematu to największa zaleta tego albumu,
manieryczny głos i nietuźinkowe  kompozycje tworzą pewnego rodzaju hermetyczną kulę 
bez początku i bez końca, kulę dość ciemną i zadymioną, jest w tym albumie
jednak coś co przyciąga i absorbuje ,Mira Billotte nie zabiera nas w krainę ciepłą i słoneczną
zabiera w odległe miejsca o których nie śniło się nawet Marco polo.
Nowe-stare piosenki nie do końca folkowe, jednak smacznie psychodeliczne, organiczne, momentami idealnie komponujące się z biciem serca, regularnymi cyklami jak w zegarku.
Ta płyta złapie was za gardło i delikatnie przydusi , o tak !

 

Tapczan

 

%d blogerów lubi to: