Archiwum dla Promise and the Monster

20 najlepszych orgazmów roku 2011

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Styczeń 22, 2012 by headphonesporno

Obiecuję, że na na liście poniżej nie będzie Bon Ivera. Nie będzie również Tima Heckera ani Oneohtrix Point Never. Twilite ani żałosnych Nerwowych Wakacji też. Nie będzie kamieni milowych, punktów zwrotnych i nagłych przewrotów fabuły. Będzie spokojnie, ale szczerze, prawie intymnie. Będą argumenty „bo jest ładna” i będą płyty, które, niczym się nie różnią od poprzednich wydań artysty, ale które ja odkryłem dopiero w tym roku. Będzie fajnie, chodź.

20. The Lonely Island – Turtleneck & Chain

Najczęściej puszczana po pijaku płyta tego roku. Zakochana para: 40% i Lonely Island. Nie ważne z kim i gdzie, dochodzimy do połowy flaszki oznacza, że dochodzimy do Lonely Island.  I te krzywe spojrzenia, gdy cichnie dubstep i rozbrzmiewa „I’m On a Boat”. Miejsce 20 i trochę z przymrużeniem oka. Bo „Turtleneck & Chain” to w gruncie rzeczy płyta tak samo słaba jak i świetna. Trójka amerykańskich komików robiących sobie jaja z całego muzycznego showbiznesu nagrała tyle samo sucharów co bangerów. A wielki sukces leży w tym, że brzmieniowo projekt zrealizowany jest z hollywoodzkim rozmachem, do tego stopnia, że kochający rap i niekochający książek do angielskiego kolega, usłyszawszy „Motherlover”, uśmiechnął się, główką tyknął  do rytmu i powiedział: „zajebiste Szadi, nie powiedziałbym, że słuchasz takiej muzyki!”

19. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

Będzie trochę polaczków w tym roku na podsumowaniu. Kombajny wróciły i celująco zaprzeczyły, że po przerwie da się nie wypaść z wprawy. Rozpisywać się się nie będę, bo referat oddałem o nich we wpisie pod koniec października (tak brzmi „lepiej, niż jeden wpis temu”). Jest brudno i neurotycznie. Jest Zagański i jego zdrowo pojebany punkt widzenia. To najbrudniejsza płyta jaką słyszałem w tym roku, ale ten bród działa trochę jak błotko na świnkę.

18. Holy Other – With U (EP)

Nie lubię EPek. Nikt chyba ich nie lubi, i nikomu się chyba nie specjalnie chce ich ściągać. Epek też chyba nie specjalnie się powinno wciskać w jakiekolwiek roczne podsumowania płyt. Mimo to stawiam na „With U” Holy Other, który skłonił mnie do znalezienia w MediaPlayerze opcji puszczania płyty w kółko. Wytwórnia Tri Angle nie zawiodła z Balamem Acab’em, wierzę więc, że i z Holy Other wyjdą w 2012 ludzie, zwłaszcza, że materiał puszczony na krakowskim Unsound’zie brzmiał naprawdę obiecująco. Mroczny, około-burialowy klimat zawsze spoko.

17. Juliana Barwick – The Magic Place

Materiał, który mógłby być tylko ciekawostką, stał się tak dobry, że aż hipnotyzujący. Tworzenie muzyki samym głosem, nie musi oznaczać beatboxu, „Don’t Worry Be Happy” ani ciepłego kwartetu z Mam Talent. Magic Place to piękne ambientowe kompozycje tworzone metodą dośpiewania kolejnej partii do zapętlonego już materiału. Śliczny impresjonizm budowany praktycznie samym damskim głosem. Super. Więcej tutaj.

16. Coldair – Far South

Kiepska pierwsza płyta nie oznacza złej drugiej. Wydziarany nie oznacza twardziel. Nagrane w domu nie oznacza złe. Akustyk i wokal nie oznacza nudów. Muzyka późnej nocy nie oznacza senności. Rozliczenie się z przeszłością w formie piosenek nie oznacza niedojrzałej muzyki. Made in Poland nie oznacza zły. O nie, nie tym razem.

15. Promise and the Monster – Red Tide

Szlag mnie trafił, gdy gdzieś w polskim, jeszcze wolnym internecie przeczytałem, że Promise and the Monster została NAWET doceniona przez polski duet gitarowy Twilite, którzy ją zaprosili do współpracy. Trafił mnie, bo jak dla mnie to Billie zaszczyciła ich swoją chęcią do współpracy, a nie na odwrót. Tak czy siak, fantazjowałem, że „Red Tide” będzie wyżej, ale choć bardzo dobre, nie jest tak rewelacyjne jak pierwsza płyta „Transparent Knives”. Mimo wszystko Billie Lindahl pokonała syndrom drugiej płyty. Temperatura dalej pozostaje na minusie, a Billie swoim niesamowitym i magicznym  głosem czaruje przy akompaniamencie równie baśniowej muzyki.

14. King Creosote & John Hopkins – Diamond Mine

Czyli 8 romantycznych ballad o miłości do małego szkockiego miasteczka nagrywanych 7 lat przez szkockiego, folkowego songwritera i angielskiego elektronika. Unikalny i ponadczasowy, zapadający w pamięć album, który uderza delikatnością, subtelnością i czystym pięknem.

To zabrzmiało jak tandetna rekomendacja płyty z empik.com, ale serio, ta płyta jest niezła a ja nie mam akurat pomysłów, na większy rozpis o niej. Po prostu jej przesłuchajcie.

13. Cascadeur – The Human Octopus

Pod odważnym kryptonimem kryje się tajemniczy muzyk o nieśmiałym głosie i pełnej wrażliwości muzyce. Nawet nie wiadomo, jaka twarz kryje się pod kaskiem, którego nie zdejmuje nawet na scenie. Było o nim więcej tutaj.

12. Tyler, The Creator – Goblin

Po części jestem w stanie zrozumieć brak sympatii do ordynarnego 20 latka, który rapuje, że zgwałci ciężarną kobietę i powie kumplom, że miał trójkąt, ale czy tego samego rok temu nie zrobił Kanye West? Na My Beautiful Dark Twisted Fantasy Kaniusia zostawił czarną dumę w szatni i zaczął się zwierzać z robienia fotek swojego Damiana i wysłanie ich do dziewczyny. Ten rapowy strptiz sumienia wyniósł Kanyego na sam szczyt. Tyler wciąż mieszka z babcią i namiętnie się masturbuje aż go nie zacznie kuśka boleć. Kupuję to. Tyler, The Creator jest jak oglądanie gołych bab za młodu, wiesz że to co się dzieje nie jest zbyt święte, ale mimo wszystko się coś Cię tu trzyma i co więcej, wracasz do tego.

11. Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Było już tutaj. Czekamy teraz na longplay pod szyldem Darkside, bo wszystko wskazuje, że Jaar będzie czymś więcej niż gwiazdką jednego sezonu.

10. Barn Owl – Lost in a Glare

Podoba mi się to,  że Evan Caminiti i Jon Porras w przeciwieństwie do ojców gatunku nie widzą konieczności, by na pedale przesteru wszystko musiało być ustawione na maksimum. Barn Owl to dowód, że w tworzeniu drone-metalu nie musi być tylko gitar elektrycznych. Muzyka drone przyszła na świat ze wschodu i w tamtą też stronę Barn Owl spoglądają. Niby nie pierwsze, ani nie drugie wydanie, ale jakoś dopiero przy „Lost in a Glare” doznałem.

9. Jonathan Wilson – Gentle Spirit

Są ludzie, którzy ewidentnie nie urodzili się w swoich czasach. I takim człowiekiem jest Jonathan Wilson, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że hipis nagrywa album stylowo przypominający psychodeliczny folk z lat 70-tych, pełen romantycznych, akustycznych ballad, długich gitarowych, floydowskich solówek (i o ile sam wyznaję zasadę; „crazy guitar solos stopped being cool in 70’s” o tyle tutaj mogę tego słuchać w kółko) a to wszystko nagrał we własnym analogowym studiu. Swój tradycjonalizm przejawia również w w tekstach, pełnych „wild-west”owych złotych myśli, w stylu: „The raven who flies through the desert sky is wiser than you or me… the desert raven, he has poetry„. Brzmi kiczowato, jest dokładnie na odwrót. To prawdziwa sztuka napisać w 2011 roku piosenkę, która mogła by  śmiało zostać wrzucona na płytę Floydów, czy Neila Younga, 30 lat temu, więc jakie trzeba mieć jaja żeby napisać całą płytę, która mogłaby zadziwiać zarówno 30 lat temu jak i dziś?

8. Fleet Foxes – Helplessness Blues

Fleet Foxes przestali być tylko chłopcami we flanelach śpiewających melodyjne siabada o ćwierkających ptaszkach, lecz to nie oznacza, że zatracił się też urok ich muzyki. O nie. Druga płyta nie opowiada o tym co dzieje się w lesie, gdy wstaje słońce. Blues bezsilności bardziej opisuje co się dzieje o tej porze dnia w głowie i sercu Pecknolda. A że ten w skutek pracy nad albumem popadł w skrajną depresję, na drugiej płycie FF nie ma sielanki.  Ballady o starości zastąpiły te o ptaszkach, kompozycje i aranżacje stały się dojrzalsze a momentami miejsce melodyjności zastąpiła kakofonia. Czy to trochę nie Kid A neofolku?

7. James Blake – James Blake

 O kolesiu już napisano co najmniej Biblię, więc komentarz zbędny.

6. Nosowska – 8

Pamiętam  jak bardzo zaczarował mnie 5 lat temu „Unisexblues” ale pamiętam również, jak rok później strasznie rozczarowała mnie Nosowska/Osiecka, mimo, że z jednego ojca dzieci. Cóż, w 2008 roku Nosowskiej raczej nie poszło. I Marcinowi Macukowi też. Nie zagłębiając się zatem w jeszcze wcześniejszą twórczość solową Kasi, wypadkowa emocji i oczekiwań wobec nowej Nosowskiej wynosiła niewiele ponad zero (współczynnik nadziei przeważył). I takie płyty chyba cieszą najbardziej, gdzie przy nikłych oczekiwaniach muzyk robi nam kolosalną niespodziewankę. „Ósemka” to słowiański odzew na zachodnią twórczość niezależną w pigułce. Oczko zostaje tu puszczone i w stronę Reicha, i Buriala, i Arcade Fire i Radiohead (tu to buziak nie oczko) i Bowie i tak w nieskończoność. Bogate instrumentarium Macuka, zarówno klasyczne i elektroniczne, tworzy zaskakująco prostą ale jak piękną i często pełną niepokoju ściółkę muzyczną dla szorstkiego wokalu Kasi i jej nietuzinkowych tekstów, wciąż będących niedościgniętym wzorcem dla wielu artstów. Całość, świetnie przy okazji nagrana  i obrobiona tworzy dzieło wybitne, którym można by się śmiało na tym zachodzie pochwalić.

5. Giles Corey – Giles Corey

Wszystkim drygało, gdy parę lat temu słuchało się „For Emma…” Bon Ivera, bo było ładnie, smutno, z fajnym tłem fabularnym  i co najważniejsze szczerze. Wszyscy znamy już baśń o brodatym romantyku, który wskutek konfliktu z całym światem ucieka na okres zimy do lasu i nagrywa w małej chatce najsmutniejszą płytę świata. Łzy na mikrofonie były wyczuwalne jak dym petów u Elizy Fitzgerald. A co jeśli powiem, że przy Giles Corey Vernon jest troskliwym misiem ze szczęśliwym życiem?

Giles Corey był farmerem, który w XVII wieku został oskarżony czary i ostatecznie skazany na śmierć poprzez zmiażdżenie. Co ma z tym wspólnego Dan Barrett znany bardziej z twórczości w drone/industrial/metalowym projekcie Have a Nice Life? Kluczem jest tu 150 stronicowa książka, dołączona do płyty, bez której projekt Giles Corey byłby tylko dark folkowym, nawet trochę nudnawym projektem nie wartym większej uwagi. To mogłoby też tłumaczy, dlaczego w internecie tak mało recenzji na ten temat, zwłaszcza po polsku. Giles Corey to płyta, której się nie zrozumie, nie inwestując w jej fizyczny egzemplarz. Bo GC to coś o wiele poważniejszego niż tylko smutna płyta nagrywana w domowych warunkach.

Książka to klucz do zrozumienia płyty. Opisuje prawdziwą historię sekty założonej przez tajemniczego Roberta Voora. W owej sekcie główną rozrywką było zakładanie na głowę specjalnych masek (Voor’s Head Device) tak zbudowanych by człowiek nic nie widział, mało słyszał i by był powoli przyduszany w skutek czego doznawał halucynacji i mógł doświadczyć stanu bliskiego śmierci. Najistotniejsze jest jednak pierwsze  zdanie książki – Dan Barret chciał popełnić samobójstwo. Usiadł przy pianinie w swoim domu, włączył dyktafon, założył maskę Voora i czekał… na śmierć. Ocknął się po pary godzinach, leżąc na podłodze, nic nie pamiętając. Z przesłuchaniem nagranej taśmy czekał parę dni. Fragmenty tego nagrania usłyszymy w trakcie całej płyty, lecz najwyraźniej w otwierającym kawałku „The Haunting Presence”, gdzie Barret krzyczy, płacze, chodzi, uderza w pianino, rzuca się po podłodze. Barret tego nie pamięta. Ani sekundy. I to wszystko zmienia. Płyta przestaje być 9 piosenkami, lecz trochę przerażającym, trochę podniecającym doświadczeniem – Słuchaniem listu samobójcy.

„If I did not wish to be alive, did I wish to be dead? (…) I read anything, and everything, I could find – on the afterlife, on suicide, on physical evidences of ghostly existance. (…) The search for death brought me to many strange places. I learned many strange things. This book is a record of those things. These songs are a record of those things. My life is a record of those things.”

Nie ma tu ładnych, smutnych melodyjnych piosenek, które zostają w pamięci. Z drugiej strony nie wskazuje to na brak wartości muzycznej strony płyty. Materiał, w całości nagrany w różnych sypialniach domu Barretta (tego samego, w którym próbował się zabić) to głównie przesiąknięte pogłosem chórki, pianina, gitary akustycze i proste sekcje perkusyjne. Do tego dochodzą różnego rodzaju nagrania, nie tylko te z samobójczej próby. Całość brzmi bardzo obszernie, szeroko, daleko, ale przede wszystkim mrocznie. Sam Barrett, opisuje to jako acoustic music for the end of the industrial revolution” choć bardziej będzie pasować „depressive suicidal black folk”.

4. Modeselektor – Monkeytown

Druga po Lonely Island najczęściej puszczana płyta po pijaku. I przez kwartał na trzeźwo. I w samochodzie. I w gościach. Mamy tu miłość od pierwszego przesłuchu. Do tej pory twórczość Bronserta i Szarego urzekała mnie raczej tylko punktowo. Ich dwie poprzednie płyty były trochu na jedno kopyto – brutalny deutsch bit, do niego gęsty analogowy syntezator i tak przez 2 płyty. Miało się wrażenie, że 4-5 śladów wystarczało na jeden utwór. Nie mówię, że to było brzydkie, ale było to za mało by cieszyło to w innych okolicznościach niż na żywo. Monkeytown jest ciekawsze i już nie takie banalne, jak poprzednie wydawnictwa. To celująca hybryda muzyki klubowej z ostatnich paru lat. DeutschlandDuo porobili notatki do czego ludzie przytupują nóżką najbardziej a następnie nagrali płytę, która unosi kciuki w górę zarówno fanów dubstepu jak i IDM. Jednak perełkowy charakter Monkeytown leży w „niemieckiej smykałce” Modeselektor do electro, co po części wiążę się z zabawą analogowymi syntezatorami, rówież tymi 8-bitowymi. A żeby było śmieszniej Monkeytown zostało nagrane w domciu, w parę tygodni. Chyba do niczego w tym roku tyle nie tańczyłem na łóżku, przy zamkniętych drzwiach od pokoju, co do Monkeytown ;)

3. Youth Lagoon – A Year of Hibernation

Nieśmiali zawsze wydają ładne albumy. Lubię sobie przeczytać, że ktoś zaczął pisać piosenki, bo miał problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, bo tylko tak umie wyrazić swoje smutki, bo mu się w życiu nie układa. To brzmi trochę ckliwie, ale ja dalej lubię przeczytać, że ktoś się gdzieś zamyka, ucieka od świata i tworzy. Wewnętrzne cierpienie zawsze rodzi najładniejsze piosenki. Skojarzenia z Vernonem znowuż jak najbardziej  na miejscu, ale nie chciałbym, żeby takie skojarzenia się tylko na Vernonie kończyły, bo takich ludzi jest więcej. 22 letni Trevor Powers to kolejny z nich. Gnojek napisał zaledwie 8 piosenek w swojej sypialni a następnie nagrał je w domu swojego kolegi. 8 piosenek traktujących o rzeczach, które często tylko on rozumie. 8 utworów tak osobistych, tak intymnych, że aż jest to dla słuchacza krępujące. 8 utworów, o rzeczach mniej lub bardziej błahych, o strachu, samotności, również o miłości, ale na Roku Hibernacji nie zaglądamy nikomu pod kołderkę a bardziej do pamiętnika Powersa.  To krępujące, nawet mimo faktu, że chęć obnażenia się autora jest świadoma i pewna. Geniusz Youth Lagoon tkwi w jego prostocie. Melodie Trevora nie są złożone, podobnie jak instrumentarium, którym je tworzy. Gitara, klawisze, automat perkusyjny i głos, który brzmi jakby 5 minut przed nagrywaniem Trevor był jeszcze wysmarkać nosek po płaczu. To wystarczyło, by nagrać 8 rozmarzonych, dreampop’owych smutnych i szczerze przejmujących piosenek. Youth Lagoon ma dużo wspólnego z The XX, z ta różnicą, że u Xów hibernacja trwa dalej – dzieło Powersa, choć nasycone romantyczną nostalgią, mimo wszystko niesie ze sobą dużo ciepła i nadziei. Trochę jak Beach House. Zdjęcie z okładki, wykonane przez Trevora na Hawajach, zostało wykonane już w czasie „odwilży” w jego życiu. To banalne, ale wkrótce po tym zaczęło mu się układać z dziewczyną, z ludźmi i okres hibernacji się skończył. Pozostaje tylko pytanie, co dalej będzie z Youth Lagoon,  skoro okres smutku zakończył spłodzeniem tak pięknej płyty. Bon Iverowi np. wyjście z chatki ewidentnie nie pomogło…

2. Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Było było, w październiku się o nich wypowiadałem:

„Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej.”

Wspaniała kolaboracja, bez której Noto byłby zbyt brutalny a Sakamoto zbyt nudnawy. Muzyka na granicy ciszy, ale absolutnie nie muzyka tła. Dyskretna, oszczędna, bardzo minimalistyczna. Piękna.

1. Other Lives – Tamer Animals

O tym, że ta kapela będzie wielka wiedziałem już w 2008 słuchając ich pierwszego LP. Wiedziałem też, że „Tamer Animals” będzie dobre, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Podobnie nie spodziewał się tego lider, Jessie Tabish. Bo teraz, gdy świat zaczął odkrywać skromny kwintet z Oklahoma, parę większych członków poważnie stwardniało usłyszawszy ich muzykę: pojechali z Bon Iverem w trasę, w 2012 robią to samo z Radiohead, grają na Coachella, MTV obstawia na nich, jako na zespół, który „wyjaśni” w 2012, Local Natives czy John Mayer wrzucają ich klipy na swoją tablice. Dzieje się i dziać się będzie. Nie będę tu nic rozkładał na czynniki pierwsze. Drugi raz w historii  bloga pierwsze miejsce na rocznym podsumowaniu o czymś świadczy, więc po prostu przesłuchajcie Tamer Animals.

Szadi

Husky Rescue czyli skandynawski duszek

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , on Wrzesień 27, 2009 by headphonesporno

Husky Rescue to zespół z Finlandii. Gdybym ich nie znał, wystarczyłby mi ten fakt, aby sięgnąć po ich płytę. Skandynawia, choć wcale nie wiem o niej dużo, zawsze wydawała mi się być jednym z bardziej magicznych miejsc w Europie ( nie licząc oczywiście moich kochanych wschodnich stron słowiańskich <3). Z Finladnią czy Danią mam tak samo jak z Islandią- zawsze gdy trafi mi w ręce płyta właśnie z tych stron, zastanawiam się: „czym tym razem mnie zaskoczą?”. No i zaskakują. Weźmy taką Promise and the Monster, o której pisałem. Kto słyszał i poczuł, ten wie o co chodzi. Kto nie- nich czyta dalej. Jest „coś” co sprawia, że muzyka skandynawska wciąga, hipnotyzuje. To „coś” bez wątpienia mają Husky Rescue, o których ostatnio przypomniałem sobie szukając pod „H” Huphrey’a Lattelton’a, ale o nim innym razem.

           

No więc mamy Husky Rescue. Długoletnie inspiracje  fińskim filmem, fińską architekturą, finńską przyrodą ( Viva la Findandia!) tknęły pewnego dnia, niejakiego Marko Nyberg’a by stworzyć projekt muzyczny, który z czasem rozrósł sie do pięciosobowej formacji. Wydali dwie płyty: Country Falls (2004) i Ghost Is Not Real (2007). Jest jeszcze Other World (2007), ale to się nie liczy bo to remixy. Nie będę osobno pisał o płycie Jeden i o płycie Dwa, jako że obie są równe pod względem swojej fantastyczności; utwory z nich można by śmiało pozamieniać miejscami i datami urodzin i wciąż wspomniane „coś”.  A czym jest to „coś”? To poruszany wcześniej skandynawski duszek.

A jaki jest skandynawski duszek?

Jest rozmarzony. Chyba za często używam tego epitetu na tym blogu, ale trudno się mówi- delikatna elektronika. Husky Rescue, nie grzeszy dźwiękami od pana komputera a proporcja komputer:gitara i przyjaciele, jest wyszukana, dzięki czemu, wolne utwory, których na obu płytach trochę jest, zmniejszają naszą wagę do paru gramów a nastepnie skandynawskim powiewem unoszą, szepcząc przez słuchawki  „Sleep tight tiger”. Mrrraaauuuu.. zzz…

Jest porywający. Choć Husky Rescue to przede wszystkim muzyka spokojna, nie znaczy to, że potrafi też przygrzmocić. Jeśli już to robi, najbardziej lubi to robić na zasadzie „od kamyczka do lawiny”. Najpierw mamy lekkie plumknięcia, które z czasem zamieniają się w cos mocniejszego- tempo, ilość dźwięków, napięcie, rosną by zakończyć wszystko triumfalnym, dreszczo-przyprawiającym grzmotem. Najlepszym tego przykładem będzie dziesięcominutowa, trzyczęściowa  ballada „Blueberry tree”. Nie brak również najprawdziwszych w świecie jamów w stylu floydowskiego „The Great Gig Is In The Sky” („Rainbow Flows”), czy orientalno-bonobowego „Mean Street”.

Skoro mowa o Floydach- jest floydowski. Żadna to odkrywacza inspiracja, ale i w muzyce Husky Rescue czuć twórczość Gilmour’a i spółki. Najbardzie wyczuwalnymi, jak dla mnie, płytami sa tutaj „Dark side Of The Moon” i „Wish You Were Here„. Dla mnie bomba! 

Jest kolorowy. Magiczny Husky Rescue sam zaczarowywuje. Ich piosenki, to przede wszystkim smaczki-skarby, których poszukiwanie uzależnia. Ilekroć nie włączam którejkolwiek z ich płyt, zawsze słyszę coś innego. To jak patrzenie w kalejdoskop- zawsze kolorowo, ale też zawsze inaczej. Tak- HuskyRescue to muzyka niesamowicie barwna, szczegółowa: plumknięcia, cymbałki, „lewitujące gitary” ( ciekawe czy zgadniecie o co mi chodzi:) ), delikatny, ale jakże tajemniczy wokal pani Reety-Leeny Korhola, grzmoty, poukrywane sekcje dęte, smyczkowe, wyszukane, pogłosowe tła, chórki, szepty… Tak można w nieskończoność. Wszystko to czeka aby zostać odkrytym i zarazić was fetyszem muzyki z północnej Europy.

„To melancholijna muzyka, ale pełna nadziei. Muzyka Husky Rescue jest jak pierwszy śnieg na ziemi, kiedy jeszcze można nadal zobaczyć pod nim zieloną trawę. Jest jak wiosenny promień słońca po długiej, mrocznej, bezsłonecznej zimie.”- tak o swojej muzyce mówi sam założyciel Marko Nyberg. Czego chcieć więcej,uratujcie husky’iego i dajcie się mu odzwiędczyć…

 Od tej piosenki zaczęła się moja przygoda: http://www.youtube.com/watch?v=BWqVIm4bAQM

Szadi

Podsumowanie muzyczne roku 2008

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Luty 2, 2009 by headphonesporno

I co z tego, że już jest luty! Musieliśmy się modnie spóźnić, poza tym styczeń był miesiącem choroby, nauki i słuchania płyt, które się przeoczyło, a które zostały uwzględnione na blogach ludzi punktualnych i wywiązujących się z „obietnic” względem kalendarza i własnego internetowego pamiętniczka. Nie jesteśmy ani punktualni ani słowni, ale bloga mamy, więc oto i podsumowanie.

Rok 2008 rokiem płodnym nie był. Płyt wyszło dużo, dobrych mało, godnych uwagi policzalna ilość. Postanowiliśmy mimo wszystko wprowadzić podział na płyty narodowe i zagraniczne, te zaś na ciasto i rodzynki. Polskich tak nie dzielimy, bo serwery Google by nie wytrzymały tak dużej ilości danych, będącymi spisem słabych płyt polaczków. Nie ma rankingu, nie ma top10 disco relax, jak już płyta jest na liście, to znaczy, że jest po prostu dziarska lub beznadziejna. Do rzeczy:

Najgorsze płyty zagraniczne:

*The Notwist – the devil, you + me

Soczysta, aryjska elektronika usycha.

*Thievery Corporation – radio retaliation

Obojętnie którą płytę TC się włączy- leci to samo. Może starczy po 10 latach?

  

* Coldplay- Viva la Vida.

Kiedyś wruszali do łez, dziś też płaczę, ale ze śmiechu

 

* Hercules and Love Affair – Hercules and Love Affair
Anthony Hegart, coś Ty chłopie najlepszego zrobił!?
* Sons and Daughters- The gift
Zespół z potencjałem wraca i nagrywa coś, co mogłoby istnieć pod nazwą innego zespołu, a nie o to chodzi.

 

  
* The Kooks- Konk
Syndrom drugiej płyty, żyje i ma się dobrze.

*Crystal Castles- Crytsal Castles

Muzyka brzmiąca jak biegunka robota + wokale nagrane 1 kwietnia = płyta żart.
  
  
  
Najlepsze płyty zagraniczne:
 
 
  
*Jóhann Jóhannsson – Fordlândia
Sigur Ros i múm inspirują wielu. A kto inspiruje ich? Ta płyta to coś więcej niż tylko odpowiedź.
*Fleet Foxes- Fleet foxes
Świat potrzebuje młodych ludzi bez gitar elektrycznych i tekstów o imprezach. Oto Abraham nowego ruchu muzycznego.
*Promise and the monster- Transparent knives
Damski odpowiednik Jose Gonzalez’a nie może brzmieć źle. Ba! Brzmi wybornie!
*Kaki King- Dreaming of revange
Kaki zaczęła więcej śpiewać i teraz naprawdę jest King.
*Stereolab – Chemical Chords
Zawsze świeży i kruchy Stereolab, prawie jak bakietka z Auchan’a.

*Lykke li – youth novels
Słucham jej w najlepsze, w koło macieja na karuzeli kręce, jest super na 102!

*Broken Social Scene presents Brendan Canning – something for all of use
Jeden z najbardziej płodnych wykonawców ostatnich lat z naprawde smacznym nasieniem.

 

*Sing Fang Bous – clangour
Przemyślane bazgroły na białej kartce z duszy.

 

*Yeasayer – all hour cymbals
Orientalnie nie znaczy FIX Knorr’a.
*Nightmares on wax – Thought so…
Grzechem było by ich pominięcie, muszą być i basta! Nie musze mówić dlaczego, przecież wiecie.
 
*The Herbaliser – Same as it never was
Nowi Oni, żwawi i szybcy, bawią sie tymi instrumentami jak nigdy przedtem.

  

Najlepsze płyty narodowe:

 

*Iowa Super Soccer- Lullabies To Keep Your Eyes Closed
Nareszcie ktoś odkrył egzystencję popytu na melancholijną muzykę z polską metką.

*Silver Rocket- Tesla
6 za pomysł, high five za wykonanie, medal za wokale, buziak za całokształt!

 

*Pustki – koniec kryzysu
Trzymam za słowo.
*Jacaszek- Treny
Elektronika żałobna z najwyższej półki.

 

  

Szadi / Tapczan

Promise and the Monster- Transparent Knives

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on Czerwiec 13, 2008 by headphonesporno

Gdzieś w północnej Skandynawii, pośród gęstych lasów i jezior polodowcowych ukryta jest magiczna kraina. W ciągu dnia jest to tylko kawałek lasu, krzaki, niczym nie wyrózniający sie krajobraz. Wieczorem jednak, wraz z pojawieniem się księżyca to miejsce zamienia się w tętniącą magią i tejemniczością krainę, pełną elfów, wróżek, baśniowych postaci i niewyjaśnionych zjawisk. Gdzieś pośród wszystkich tych stworzeń siedzi i śpiewa Billie Lindahl- pół człowiek pół elf, królowa tej krainy. Do brzmienia, jej magicznie brzmiącej, hipnotyzującej gitary wplątują się niezauważalnie dźwięki klawiszy, smyczków, cymbałków i dzwoneczków a to wszystko połączone z jej nadludzkim głosem sprawia, że każdy kto usłyszy te melodie, zostaje w krainie na dłużej i jeszcze nie raz tam wróci. Osobą która odkryła to fenomenalne zjawisko jest Jose Gonzales, który pokazał Billie całemu światu i zachęcił do odwiedzania tego cudownego miejsca. Któregoś wieczoru spróbowałem i nie żaluje ani trochę. Udajcie się w tą podróż i wy, naprawdę warto!

Szadi

%d bloggers like this: