Archiwum dla Omar Rodriguez

Koncert: The Mars Volta w Stodole. 25.07.08

Posted in O koncertach with tags , , , , on Sierpień 1, 2008 by headphonesporno

No i proszę. MarsVolta znowu przyjechała do Polski, promować swój nowy album The Bedlam in Goliath. Tym razem udało mi sie tego nie przeoczyć. Koncert odbył się w warszawskiej Stodole, słynącej z często zmaszcoznego nagłośnienia- nie inaczej było tym razem. Ale o tym zaraz.
Omar i przyjciele weszli na scenę z dwudziestominutowym opóźnieniem, ale kiedy tylko zaczęli grać, wszyscy już o tym zapomnieli. Rozpoczęli genialnie, bo od Goliath’a, bardzo energetycznego kawałka z nowej płyty, w sam raz na rozgrzanie publiczności mokrej od deszczu który zaatakował zanim otworzyli klub. Niestety już na początku wszyscy zauważyliśmy że jest problem z nagłośnieniem, który niestety nie został rozwiązany do samego końca. Gitary było słychać bardzo dobrze, w przeciwieństwie do sekcji dętej, pomagajek i klawiszów, które gdyby nie grały w ogóle nikt by tego niestety nie zauważył. Problemy były też z wokalem. Cedric choć ma potężna krzepę wokalną, ne podołal w przekrzywkiwaniu się z jednym wielkim chatoycznym zgrzytem jaki leciał z glośników. Nawet gdy mówił coś między utworami, było bardzo ciężko zrozumiany. Ale wróćmy do koncertu.
Wraz z początkiem koncertu, na aree między publicznością a sceną, weszli fotografowie, którzy szybko jednak zostali wyrzuceni przez samego Cedrica, jako że zasłaniali oni widok ludziom za sobą. Trawający na płycie 7 minut Goliath przedłużył się o jakieś 15min: jak zawsze muzycy pogrążyli się w głębokiej improwizacji, która zaprowadziła ich gdzieś daleko, poza świat goliatha, po to by nagle, niespodziewanie, znów wrócić i dokończyć utwór. Dalej chłopaki zagrały ( jak widać na załączonej powyżej playliście, która udało sie nam zdobyć, ale o tym za chwilę) Viscera Eyes z 3 płyty, Wax Simulcra i Ouroborous z nowej. Nastepnie nastąpił, moim zdaniem moment kulminacyjny, czyli Ilyena, ze wspaniałym wstępem i potęzna dawką energii. Tu znowu odbył się kilkunastominutowy jam gitarowo-perksuyjno-bassowy, który zakończył się słynnym z ich koncertów przejściem w Cygnusa. To było coś niesamowtiego. Niestety, w tym momencie jeszcze mocniej utkwiłem się w przekonaniu ze nowy perkusista kapeli- Thomas Armon Pridgen (lat 24!!!) nie do końca do kapeli pasuje. Jak najbardziej jest on cholernie utalentowanym muzykiem, ale nie ma poczucia kiedy trochę zwolnić, co w muzyce MarsVolty wbrew pozorm jest bardzo ważne. Kiedy przeszli do Cygnusa, Pridgen zdecydowanie uderzał za mocno i za szybko: do tego stopnia, że sam Omar, będący swoistego rodzaju szefem na scenie, odwrócił sie i kazał mu troche zwolnić. Po najdłuższym, bo chyba 35minutowym jamie z Cygnusa, chłopaki zagrali jedyny spokojny utwór na koncercie: The Widow. W sam raz, aby publiczność mogła chwilę odsapnąć po 6 ostrych kawałkach.
Jeszce długo przed koncertem słyszałem, że ma on trwać ok 3 godzin, więc jakże było olbrzymie moje zdziwienie gdy po zagraniu Aberinkuli muzycy podziękowali, rzucili pałeczki i kostki od gitar w tłum i zeszli- po niecałych dwóch godzinach grania. A że MarsVolta jest znana z tego, że bisów generlanie nie gra, byłem trochę załamany. Jeszcze bardziej się zdołowałem, gdy zobaczyłem zdobytą przez kolegę Adriana playlistę, na której widniały jeszcze dwie pozycje, które nie zostały zagrane. Na pociszenie udało się nam jeszcze zdobyć po kostce do gitary.
Tym sposobem zakończył się koncert, który mimo wszystko zaliczam do udanych. Zostaje tylko czekać do kolejnej wizyty Omara z chłopakami w Polsce i mieć nadzieje, że nagłośnienie i czas konceru będą lepsze. Z tego miejsca pragnę jeszcze pozdrowić Adriana, który poświęcił się i kosztem uderzenia od ochroniarza zdobył playliste :)
Na koniec, Ilyenka. Słabej jakości ale jest:

Szadi

The Mars Volta- Frances the mute

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Maj 12, 2008 by headphonesporno

Świat muzyki to takie łańcuszki. Jedni inspirują się muzyką z lat siedemdziesiątych, Ci z koleji inspirowali się czymś tam innym. Drudzy sięgają do jazzu, rapu, electro, przekształcają to, tworząc nowe pięcioczłonowe nazwy nowych pseudo gatunków muzycznych i tak w kółko Macieju. A ja czekam na dzień, a w zasadzie modlę się aby nigdy nie nastał, kiedy ktoś sięgnie do MarsVolty, bo to formacja, która jest jedyna w swoim rodzaju. Nie znam zespołu który ich kopiuje, naśladuje, który chociaż troche próbuje grać podobnie i dzięki Bogu.
Trzeci album Cedrica i Omara to krążek gdzie wszystkie utwory są ze sobą powiązane muzycznie i tekstowo, czyli to co ja lubię najbardziej. Największy ignorant wszelkich teorii muzycznych, gitarzysta – Omar Rodriguez postarał się aby ta płyta nie znudziła się nam ani na chwilę. Mamy tu nieprzewidywalne zwroty akcji, jazz, salse, ostre jak @#$%^&*! riffy, język hiszpański, trąbki i Frusciante’ego! To moc przez duże „M”. Ten album to szmery i krzyki, gęsia skórka, orgazm i podziw. Prawie wszystkie, trwające ponad dziesięć minut utwory sprawiają, ze krązek to podróż ekskluzywną furą z czerwonym workiem na głowie. Nie widzimy gdzie jedziemy, czujemy strach, ale chcemy tu zostać, bo ciekawość bierze górę. Opłaca się. „Frances the mute” to płyta którą trzeba zaliczyć. Na świecie jest hip-hop, metal, electro i jest MarsVolta. Początek i koniec. Niepodrabialny geniusz. Mój nominant do muzycznego Oscara. Jeśli po dodaniu, że Cedric Bixler- Zavala to najlpeszy wokal męski jaki w życiu słyszałem (sic!), dalej nie jesteście przekonani do MarsVolty to ja idę strzelić sobie w łeb…
Szad!
%d blogerów lubi to: