Archiwum dla Jaga Jazzist

Nieseksowny latex i niesłowność autora tego bloga

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , on Wrzesień 8, 2010 by headphonesporno

Potwornie mi się nie chce rozpisywać o Tauron Festiwal Nowa Muzyka, na którym również ostatnio byłem, a nie chce mi się z paru powodów.  Po pierwsze: dopiero co piętro niżej napisałem książkę  o Coke Live Music Festival a pisanie o festiwalach / koncertach przychodzi mi niechętnie. Po drugie mam na spuście kupeczkę dobrych płyt do skomentowania a po trzecie jest to blogasek, a zasadą #1 na blogaskach jest brak jakichkolwiek zasad, więc dziś Tauronie krótko, ale  na temat a następnie przechodzimy do konkretów, których ostatnio sporo w moich uszach.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka

Szczerze chciałbym pisać teraz króciutko o Kołku, zamiast o Tałronie. Ten drugi miał o niebo lepszy line-up, klimat, wszystko, a ja- cieć, się tam wybrałem tylko na jeden dzień. Cóż…

Lokalizacja / klimat : Dosko! Lepiej być niem mogło! Centrum Katowic, tereny starej kopalni, industrialny klimat, do tego festiwal mały powierzchniowo, małe sceny (MainStage wielkościowo porównywalny do sceny na dniach Myślenic), brak milionów ludzi- to wszystko sprawiło, że festiwal miał niesamowity klimat, wręcz kameralną atmosferę, chodzenie po całości było czystą przyjemnością.

Artyści / line-up: Shame on me, gdyż byłem tylko na jednym, pierwszym dniu. Tak wiem, straciłem dużo, straciłem Gonjasufi’ego, pluje sobie w brodę, lecz cóż, naszym main objective tego festiwalu był Bonobo Live- urodzinowy prezent dla mojej niuni (K0Fa|\/| ĆeM K0tQ <3) i to dla niego tam przyjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że trochę jeszcze tego dnia zoabczyliśmy:

Jaga Jazzist– jak dla kogoś kto JJ kojarzy (bo zna to za mocne słowo) tylko z jednej, ostatniej płyty, czyli mnie, to tym co najbardziej zapadło mi w pamięć to fenomenalnie napompowany energią, zarówno tą witalną jak i tą pozytywną, pocieszny perkusista z olbrzymią brodą- Martin Horntveth, który wraz z 10 osobową ekipą naparzał swój jazz z całych sił. Byli potwornie żywiołowi, lecz ten ich szalony jazz jednak po dłuższym czasie okazał się dla mnie zbyt szalony. Sorry chłopaki, ale jeśli jazz, to tylko w wersji smooth. Poszedłem więc na…

Pantha du Prince– na którym usłyszałem najgorsze intro/rozgrzewkę przed konretnym graniem ever. Po około 15 minutowym kocikowiku i jazgocie Henrik Weber rozpoczął swoje techno-plumkanie, o którym już pisałem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, zwłaszcza, że tak jak to ostatnio ciekawie poruszył Bartek Chaciński, występ budził pewne podejrzenia, ile z przedstawionego materiału polegało na wciskaniu PLAY / STOP a ile na rzeczywistym graniu. Cóż. Pantha również długo mnie w miejscu nie zatrzymała, poszedłem więc na Bonobo zahaczając po drodze o…

Novika & Lex– Do Noviki mam sentyment, zwłaszcza przez jej gościnne partie u Smolika i ogólnie płytę feat Novika. Od tego czasu trochę się w jej życiu artystycznym działo, nie poruszając mnie przy tym zbytnio. Cóż, obecnie pani Kasia ma lat obecnie 46, nosi aseksowne latexowe leginsy i dalej śpiewa teksty o miłości, podnoszeniu rąk do góry i oddaniu się muzyce, żeby wyniosła nas wysoko nad niebo. Do tego robi to  tylko w języku angielskim i to w sposób niezmiernie odtrącający. Matko bosko, prawie się porzygałem na jej koncercie i to prawie dwukrotnie. Novika dokonała zamachu na moje oczy swoim latexem i na moje uszy swoją muzyką. Uciekłem z płaczem, bo zaraz zaczynało…

Bonobo Live- fantastycznie, kapitalnie, cudownie, seksownie, wspaniale, fenomenalnie, klawo, świetnie, niesamowicie, transcendentnie, dziarsko, bombowo, wystrzałowo, spektakularnie, miło i przyjemnie. Wybaczam że krótko, wybaczam że smyczki puszczone z playbacku, wszystko wybaczam. Bonobo mnie oczarował, zahipnotyzował i wprowadził w stan z klasy: najcudowniejsze. Lepszego prezentu z okazji urodzin mojej lubej sprawić sobie nie mogłem.

Miało być mało, wyszło tyle co przy Coke’u. Cholera. Jest już prawie północ, ja, stary piernik już usypiam przed komputerem, więc recenzję płyt następnym razem. Tauron, taka prawda, prócz lineup’u i atmosfery miał dużo minusów: ogromne kolejki po bony (które same w sobie są potężnym minusem wielu festiwali), śmiesznie małe sceny ze śmieszną ilością, śmiesznych rozmiarów, ekranów, czy dyskryminacja ludzi z opaskami na 1 dzień, czyli rozdawanie darmowych peleryn tylko tym co byli na wszystkie 3. Mam to gdzieś, muzyka Bonoba przysłoniła mi wszystkie niedoskonałości Taurona. Jak na jeden dzień oceniam festiwal całkiem pozytywnie. Piątkę biję i w pościel!

Szadi

Reklamy
%d blogerów lubi to: