Archiwum dla Husky Rescue

Smutaśno

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , on Kwiecień 11, 2010 by headphonesporno

W sumie, to spodobało mi się pisanie na raz o paru płytach w jednym poście, więc dopóty mi się to nie znudzi, bądź nie zachce mi się wylewnie napisać o trochę ważniejszych płytach (a takich na spuście parę mam), będę się trzymał takich trójkątów/ czworokątów. Ziemie słowiańskie miały wczoraj słabszy dzień, więc postaram się dziś napisać o trochę smutniejszych, spokojniejszych płytach, żeby nie było. Dodałbym może jakąś wstążkę czarną w headphoneslogo, ale nie umię. Przy okazji, chciałbym pozdrowić harującego jak wół Tapczana.Mhm.

Arms & Sleepers- Black Paris ’86

Z chłopakami poznałem przez Onet(sic!), i przyznaję, że poleciałem na ich nazwę. Arms & Sleepers- wiedziałem, że to nie może brzmieć źle. No i nie brzmi. Najbardziej przypadła mi do gustu ich debiutancka płyta Black Paris 86, więc to o niej będę baźgrał. Chłopaki otwierają zapominaną już trochę szufladę z triphopem i wrzucają do niej coś do siebie. I kurczę, ich praca to kawał niezłej roboty a już mówię czemu. Muzyka A&S to spokojne, powolne pomieszanie raz instrumentalne, raz elektroniczne utwory. Co więcej, wokalu na tych utworach jest tyle co dobrych piosenek na nowym Gorillaz. W tym momencie powinna się zapalić czerwona lampka, czy aby czasem nie wygląda to tak: puszczamy w kółko fajnie zmontowany bit, robimy do tego elektro-sleepy mgiełkę, CTRL+C  CTRL+V razy 12 i do wytwórni. Taki grzech dwóch pierwszych płyt kapeli All India Radio. I tu pokłon trzykrotny, bo u Arms & Sleepers  tak nie jest. Chłopakom daleko do monotonii, materiał jest zróżnicowany ciekawy i naprawdę ładny. Jak na debiutancki album, to naprawdę kawał dobrej roboty. Linky link. (7.2/10)

Parachutes

Minęły już czasy, kiedy Sigur Ros był mało popularny, a przez to niesamowicie intymny. Ja jednak pozostaję przy dziadowaniu i szczerzę przyznaję, że piękno ich muzyki wciąż trafia prosto w moje serce, podobnie jak wszystko co stworzy ich lider Jonsi. I tak stanowczo podtrzymuję decyzję o uznaniu płyty Jonsi & Alex Riceboy sleeps, jako jednej z najpiękniejszych jakie usłyszałem w roku 2009. I o ile wszyscy wiedzą kim jest Jonsi, to zapewne nie wiele osób próbowało zgłębić postać Alex. Człowieczek ten zaprojektował większość okładek Sigurów, w tym Takk, i założył również swój własny zespół Parachutes , który nieraz ich supportował. I bóg k…a jeden wie, ile nieprzespanych nocy się trudziłem szukając w internecie jakiekolwiek płyty, chociażby EPki do ściągnięcia. Poddałem się jakiś czas temu. I jakaż była moja radość, kiedy odwiedziwszy ostatnio ich Myspace moim oczom ukazał się komunikat, że Parachutes kończą działalność i udostępniają za darmo CAŁĄ SWOJĄ DYSKOGRAFIĘ!

No i jest. Parachutes. Nieistniejący zespół partnera lidera Sigur Ros. Islandia. Nazwa zespołu pochodząca od białych owoców mleczy. Czego chcieć więcej. Czyste piękno. Wszystkie dźwięki nagrywane w kuchni, przez co jakość dźwięku słaba, ale właśnie w tym jest magia. Intymność, bliskość, słaba wyrazistość, nieszablonowość- tylko Islandia może sobie pozwolić na coś takiego. Wszystko to brzmi, jakby ktoś schował w pokoju Alexa dyktafon pod poduszką, który po powrocie do domu (z randki z Jonsim, hehehehe) nuci sobie pod wąsem różne miłosne melodie. Genialne. (8.2/10)

Iambic²

Pieprzony Gnojek! Ma 22 lata a wydał już 2 longplay’e, 2 EP’ki, zaliczył parę dobrych festiwali i pewnie ma jeszcze swoich groopies. Ale trzeba mu przyznać, że zasłużył, bo Guy Andrews, ukrywający się pod pseudonimem Iambic, ma  talent jak stąd do Gruzji. Iambic kupił mnie swoim remixem kawałka Husky Rescue. Cała muzyka jaką tworzy to spokojna ambient elektronika, zahaczająca czasami o jazz czy post-rock. I cóż więcej mogę dodać? Nie jest to jakiś cud, nowatorstwo czy odkrycie roku, lecz na pewno Iambic zasługuje na uznanie i zainteresowanie, choćby nawet przez swój wiek. Tworzy on dźwięki ładne, aczkolwiek lepiej funkcjonujące jako tło, niż ognisko naszego skupienia. Jeszcze jednym ważnym powodem, by się Andrews’em zainteresować jest to, że większość swojej muzyki udostępnia on za darmo, a to co mało znane i za darmo, często jest lepsze niż to co znane i za cash. Tutej ło wchodźcie! (7.3/10)

Jak teraz, ktoś przesłucha wszystkie trzy płyty, od początku do końca i nie zaśnie niech napisze. Nagroda niespodzianka!

Szadi

Reklamy

Wiosenna ogarniawka part.1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Marzec 22, 2010 by headphonesporno

Znowuż się z Tapczanem rozleniwiliśmy. Znowuż przez miesiąc blog był niedokarmiony. Systematyczność pojawiania się notek zagubiła się gdzieś między feriowym nieróbstwem a niskim wskaźnikiem odwiedzin… Cóż, dopóty jeszcze paru z was to czyta, o muzyce pisać będziemy.

Rok 2010 rozpoczął się wyśmienicie, jeśli mowa o muzyce.  Dużo dobrych artystów coś w końcu wydało, znalazło się tez parę niedobitków z roku 2009. Jako, że trochę tego jest, przedstawię to w formie serialowej, regularnie update’owanej. „Dajesz Malina”:

Gorillaz- Plastic Beach

Jestem ogromnym przeciwnikiem występów gościnnych. Gdy tylko widzę, że jakiś kawałek obok tytuł ma  napisane „feat.” bierze mnie jak po śliwkach z mlekiem. No bo albo tworzymy samodzielnie, albo nie. Zrozumiem jeszcze, jak  na jeden kawałek wpadnie kumpel, bo przy wódce się dogadali. Ale, żeby na więcej niż połowie! Albarn pobawił się w kolekcjonera i wyszło mu to, delikatnie mówiąc, CHUJOWO.  Na 15 piosenek z pierwszego longplaya „Gorillaz” gościnnych występów było 4. Daje to ok 27%. Dopuszczalna norma, zwłaszcza, że te występy nie były strasznie odczuwalne. Na „Demon Days” już się robiło groźnie, bo około połowa piosenek, była nasączona mate’ami Damona. D/G-sidów nie liczę, no bo wiadomka. A na Plastikowej Plaży 11/16 ma gości! Prawie 70% płyty to inne wokale! Fajnie że Snoop, fajnie że Little Dragons czy Simonon, ale to nie Glastonbury tylko płyta własna! Tam więcej Alborna nie słychać, niż słychać. Kawałki rdzenne, samodzielne, są jak najbardziej OK, czuć stare dobre Gorillaz, ale za mało! Przy następnej  płycie Panie Albarn, proszę nagrać wszystko, bez żadnej wódki z kumplami po drodze,  podzielić wynik przez dwa i dopiero do wytwórni. Bo dla „Plastic Beach” thumbs down. Headphonesporno daje 2/5 bo chyba tylko dwie piosenki mi się spodobały. Szkoda. (6.0/10)

Husky Rescue- Ship of Light

Rajciu, ileż ja na tą płytę czekałem! Moja muzyczna fantazja, niespełnione marzenie, spóźniony prezent pod choinkę. Chyba większej niespodzianki mi zrobić nie mogli moi ulubieni Finowie, jak sprawić, że pierwszą płytą z rokiem 2010 w dacie urodzenia, jaką usłyszałem było „Ship of light”. O płycie nie ma się co rozpisywać, bo to wciąż stare dobre Husky Rescue, o którym pracę inżynierską już pisałem. Nic się specjlanie u nich nie zmieniło.  Znowu mamy dzwoneczki, plumknięcia, skandynawskie gitary i delikatny głos zasypiającej za mikrofonem Reety-Leeny Korhola, której każde wyśpiewane słowo wlewa się do naszych uszu jak rosół do talerzy w niedzielę przy Familiadzie. Kiitoksia oikein paljon Husky Rescue! :* <3 xD lol (7.4/10)

Sulphur Phuture- Sulphur Phuture

Okładka płyty to bardzo, ale to bardzo ważna rzecz. To jest jak ciało kobiety. Niunia może być pusta jak pudełko po butach, ale jak widać że jest „zdrowa”, to właśnie ją byśmy wybrali, mając… jakiś tam wybór:) I właśnie taka zdrowa, okładka mnie uwiodła. Gdzieś, kiedyś znalazłem przez przypadek recenzję Sulphur Phuture, nie przeczytałem jej bom leń, ale zapisałem sobie stronę w folderze „Sprawdź”, właśnie dzięki okładce. Ostatnio płytę znalazłem, przesłuchałem… i dostałem nauczkę. Bo po przesłuchaniu pierwszego kawałka stwierdziłem, że płyta jest *&^%$#, do tego !@#$%^  i @#$%&*. I wyłączyłem. Wróciłem do niej po paru tygodniach, przesłuchałem od tracku 2 i …doznałem. To jest polskie!? Sulphur Phuture to solowy projekt  niejakiego Praczasa z niejakich Masala, Village Kollektiv. Fuck me! Ja- pierwszy antydubstepowiec IV RP, zostałem uwiedzony przez obiekt mojej największej pogardy, w dodatku z polską metką! Sulphur Phuture to mieszaninka dub’u, breakbeat’u, d’n’b, dubstepu itp. Do tego jakieś wstawki jazzowe, flamenco, głosy polskiej telewizji, i wszystko tak kolorowe, tak bogate i tak dopieszczone- niemalże z bonobowską precyzją! I choć piosenka nr 1 dalej pozostaje w moich oczach chłamem totalnym, asertywnie stwierdzam: Polak z roku na rok potrafi coraz bardziej. Jadąc w gości za granicę, jako prezent wziąłbym ze sobą 2 płyty: Kapelę Ze Wsi Warszawa i Sulphur Phuture! (7.6/10)

Szadi

Husky Rescue czyli skandynawski duszek

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , on Wrzesień 27, 2009 by headphonesporno

Husky Rescue to zespół z Finlandii. Gdybym ich nie znał, wystarczyłby mi ten fakt, aby sięgnąć po ich płytę. Skandynawia, choć wcale nie wiem o niej dużo, zawsze wydawała mi się być jednym z bardziej magicznych miejsc w Europie ( nie licząc oczywiście moich kochanych wschodnich stron słowiańskich <3). Z Finladnią czy Danią mam tak samo jak z Islandią- zawsze gdy trafi mi w ręce płyta właśnie z tych stron, zastanawiam się: „czym tym razem mnie zaskoczą?”. No i zaskakują. Weźmy taką Promise and the Monster, o której pisałem. Kto słyszał i poczuł, ten wie o co chodzi. Kto nie- nich czyta dalej. Jest „coś” co sprawia, że muzyka skandynawska wciąga, hipnotyzuje. To „coś” bez wątpienia mają Husky Rescue, o których ostatnio przypomniałem sobie szukając pod „H” Huphrey’a Lattelton’a, ale o nim innym razem.

           

No więc mamy Husky Rescue. Długoletnie inspiracje  fińskim filmem, fińską architekturą, finńską przyrodą ( Viva la Findandia!) tknęły pewnego dnia, niejakiego Marko Nyberg’a by stworzyć projekt muzyczny, który z czasem rozrósł sie do pięciosobowej formacji. Wydali dwie płyty: Country Falls (2004) i Ghost Is Not Real (2007). Jest jeszcze Other World (2007), ale to się nie liczy bo to remixy. Nie będę osobno pisał o płycie Jeden i o płycie Dwa, jako że obie są równe pod względem swojej fantastyczności; utwory z nich można by śmiało pozamieniać miejscami i datami urodzin i wciąż wspomniane „coś”.  A czym jest to „coś”? To poruszany wcześniej skandynawski duszek.

A jaki jest skandynawski duszek?

Jest rozmarzony. Chyba za często używam tego epitetu na tym blogu, ale trudno się mówi- delikatna elektronika. Husky Rescue, nie grzeszy dźwiękami od pana komputera a proporcja komputer:gitara i przyjaciele, jest wyszukana, dzięki czemu, wolne utwory, których na obu płytach trochę jest, zmniejszają naszą wagę do paru gramów a nastepnie skandynawskim powiewem unoszą, szepcząc przez słuchawki  „Sleep tight tiger”. Mrrraaauuuu.. zzz…

Jest porywający. Choć Husky Rescue to przede wszystkim muzyka spokojna, nie znaczy to, że potrafi też przygrzmocić. Jeśli już to robi, najbardziej lubi to robić na zasadzie „od kamyczka do lawiny”. Najpierw mamy lekkie plumknięcia, które z czasem zamieniają się w cos mocniejszego- tempo, ilość dźwięków, napięcie, rosną by zakończyć wszystko triumfalnym, dreszczo-przyprawiającym grzmotem. Najlepszym tego przykładem będzie dziesięcominutowa, trzyczęściowa  ballada „Blueberry tree”. Nie brak również najprawdziwszych w świecie jamów w stylu floydowskiego „The Great Gig Is In The Sky” („Rainbow Flows”), czy orientalno-bonobowego „Mean Street”.

Skoro mowa o Floydach- jest floydowski. Żadna to odkrywacza inspiracja, ale i w muzyce Husky Rescue czuć twórczość Gilmour’a i spółki. Najbardzie wyczuwalnymi, jak dla mnie, płytami sa tutaj „Dark side Of The Moon” i „Wish You Were Here„. Dla mnie bomba! 

Jest kolorowy. Magiczny Husky Rescue sam zaczarowywuje. Ich piosenki, to przede wszystkim smaczki-skarby, których poszukiwanie uzależnia. Ilekroć nie włączam którejkolwiek z ich płyt, zawsze słyszę coś innego. To jak patrzenie w kalejdoskop- zawsze kolorowo, ale też zawsze inaczej. Tak- HuskyRescue to muzyka niesamowicie barwna, szczegółowa: plumknięcia, cymbałki, „lewitujące gitary” ( ciekawe czy zgadniecie o co mi chodzi:) ), delikatny, ale jakże tajemniczy wokal pani Reety-Leeny Korhola, grzmoty, poukrywane sekcje dęte, smyczkowe, wyszukane, pogłosowe tła, chórki, szepty… Tak można w nieskończoność. Wszystko to czeka aby zostać odkrytym i zarazić was fetyszem muzyki z północnej Europy.

„To melancholijna muzyka, ale pełna nadziei. Muzyka Husky Rescue jest jak pierwszy śnieg na ziemi, kiedy jeszcze można nadal zobaczyć pod nim zieloną trawę. Jest jak wiosenny promień słońca po długiej, mrocznej, bezsłonecznej zimie.”- tak o swojej muzyce mówi sam założyciel Marko Nyberg. Czego chcieć więcej,uratujcie husky’iego i dajcie się mu odzwiędczyć…

 Od tej piosenki zaczęła się moja przygoda: http://www.youtube.com/watch?v=BWqVIm4bAQM

Szadi

%d blogerów lubi to: