Archiwum dla Henrik Weber

Nieseksowny latex i niesłowność autora tego bloga

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , on Wrzesień 8, 2010 by headphonesporno

Potwornie mi się nie chce rozpisywać o Tauron Festiwal Nowa Muzyka, na którym również ostatnio byłem, a nie chce mi się z paru powodów.  Po pierwsze: dopiero co piętro niżej napisałem książkę  o Coke Live Music Festival a pisanie o festiwalach / koncertach przychodzi mi niechętnie. Po drugie mam na spuście kupeczkę dobrych płyt do skomentowania a po trzecie jest to blogasek, a zasadą #1 na blogaskach jest brak jakichkolwiek zasad, więc dziś Tauronie krótko, ale  na temat a następnie przechodzimy do konkretów, których ostatnio sporo w moich uszach.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka

Szczerze chciałbym pisać teraz króciutko o Kołku, zamiast o Tałronie. Ten drugi miał o niebo lepszy line-up, klimat, wszystko, a ja- cieć, się tam wybrałem tylko na jeden dzień. Cóż…

Lokalizacja / klimat : Dosko! Lepiej być niem mogło! Centrum Katowic, tereny starej kopalni, industrialny klimat, do tego festiwal mały powierzchniowo, małe sceny (MainStage wielkościowo porównywalny do sceny na dniach Myślenic), brak milionów ludzi- to wszystko sprawiło, że festiwal miał niesamowity klimat, wręcz kameralną atmosferę, chodzenie po całości było czystą przyjemnością.

Artyści / line-up: Shame on me, gdyż byłem tylko na jednym, pierwszym dniu. Tak wiem, straciłem dużo, straciłem Gonjasufi’ego, pluje sobie w brodę, lecz cóż, naszym main objective tego festiwalu był Bonobo Live- urodzinowy prezent dla mojej niuni (K0Fa|\/| ĆeM K0tQ <3) i to dla niego tam przyjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że trochę jeszcze tego dnia zoabczyliśmy:

Jaga Jazzist– jak dla kogoś kto JJ kojarzy (bo zna to za mocne słowo) tylko z jednej, ostatniej płyty, czyli mnie, to tym co najbardziej zapadło mi w pamięć to fenomenalnie napompowany energią, zarówno tą witalną jak i tą pozytywną, pocieszny perkusista z olbrzymią brodą- Martin Horntveth, który wraz z 10 osobową ekipą naparzał swój jazz z całych sił. Byli potwornie żywiołowi, lecz ten ich szalony jazz jednak po dłuższym czasie okazał się dla mnie zbyt szalony. Sorry chłopaki, ale jeśli jazz, to tylko w wersji smooth. Poszedłem więc na…

Pantha du Prince– na którym usłyszałem najgorsze intro/rozgrzewkę przed konretnym graniem ever. Po około 15 minutowym kocikowiku i jazgocie Henrik Weber rozpoczął swoje techno-plumkanie, o którym już pisałem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, zwłaszcza, że tak jak to ostatnio ciekawie poruszył Bartek Chaciński, występ budził pewne podejrzenia, ile z przedstawionego materiału polegało na wciskaniu PLAY / STOP a ile na rzeczywistym graniu. Cóż. Pantha również długo mnie w miejscu nie zatrzymała, poszedłem więc na Bonobo zahaczając po drodze o…

Novika & Lex– Do Noviki mam sentyment, zwłaszcza przez jej gościnne partie u Smolika i ogólnie płytę feat Novika. Od tego czasu trochę się w jej życiu artystycznym działo, nie poruszając mnie przy tym zbytnio. Cóż, obecnie pani Kasia ma lat obecnie 46, nosi aseksowne latexowe leginsy i dalej śpiewa teksty o miłości, podnoszeniu rąk do góry i oddaniu się muzyce, żeby wyniosła nas wysoko nad niebo. Do tego robi to  tylko w języku angielskim i to w sposób niezmiernie odtrącający. Matko bosko, prawie się porzygałem na jej koncercie i to prawie dwukrotnie. Novika dokonała zamachu na moje oczy swoim latexem i na moje uszy swoją muzyką. Uciekłem z płaczem, bo zaraz zaczynało…

Bonobo Live- fantastycznie, kapitalnie, cudownie, seksownie, wspaniale, fenomenalnie, klawo, świetnie, niesamowicie, transcendentnie, dziarsko, bombowo, wystrzałowo, spektakularnie, miło i przyjemnie. Wybaczam że krótko, wybaczam że smyczki puszczone z playbacku, wszystko wybaczam. Bonobo mnie oczarował, zahipnotyzował i wprowadził w stan z klasy: najcudowniejsze. Lepszego prezentu z okazji urodzin mojej lubej sprawić sobie nie mogłem.

Miało być mało, wyszło tyle co przy Coke’u. Cholera. Jest już prawie północ, ja, stary piernik już usypiam przed komputerem, więc recenzję płyt następnym razem. Tauron, taka prawda, prócz lineup’u i atmosfery miał dużo minusów: ogromne kolejki po bony (które same w sobie są potężnym minusem wielu festiwali), śmiesznie małe sceny ze śmieszną ilością, śmiesznych rozmiarów, ekranów, czy dyskryminacja ludzi z opaskami na 1 dzień, czyli rozdawanie darmowych peleryn tylko tym co byli na wszystkie 3. Mam to gdzieś, muzyka Bonoba przysłoniła mi wszystkie niedoskonałości Taurona. Jak na jeden dzień oceniam festiwal całkiem pozytywnie. Piątkę biję i w pościel!

Szadi

Reklamy

Pozimowe powodzie płytowe (Wiosenna ogarniawka part.2)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on Kwiecień 4, 2010 by headphonesporno

Miike Snow- Miike Snow

Z komputerów korzystamy codziennie a założę się, że nikt nie wie kto je wymyślił. Na rowerach jeździmy wszyscy i też nikt nie wie kto je zbudował. Zwiedzamy piramidy, oglądamy mumie, katakumby i inne pierdoły, ale nikt nie wie kto je odnalazł.  Słuchamy np. „Toxic” Britney Spears i… mam nadzieję, że nie myślimy, że to jej piosenka. Bo „Toxic” to Britney tylko śpiewa.  I jeszcze miała, kurna, za tę piosenkę Grammy dostać. Jakby dostała, to wtedy nagrodę powinni odebrać  Christian Karlsson i Pontus Winnberg, bo to oni stworzyli ten hicior…i wiele innych  należących np. Madonny, Kelis czy innych Kylie Minouge). Dżentelmeni Ci, wraz z Andrew Wyatt założyli zacną kapelę pt. Miike Snow.

Płyta jest 100% popowa. Komercyjnie popowa. Nie jest to jednak komercja typu „Umbrella” Ruhan, tylko właśnie rzędu „Toxic” Britni. Bo przecież „Toxic”, jak i większość kawałków z tego okresu Britney są naprawdę dobre. Świetnie skomponowane, świetnie wyprodukowane i świetnie brzmiące. I taki jest Miike Snow: pozytywnie komercyjny, znakomicie zagrany i wyprodukowany , wybitnie zaśpiewany, no świetny!  Mniej lub bardziej taneczne kawałki, ze zdrową dawką dźwięków od komputera, idealne na tę porę roku. Ani to jakieś ambitne, ani ciężkie. Idealne do puszczenia w MTV po „Meet uncle of mother of my sister”. Idealne na dzwonek za SMSa z tyłu gazetki. Idealne na muzykę do reklamy nowej kolekcji H&M. Miike Snow balansują na granicy dobrej i złej komerchy, z przewagą na tę pierwszą, i oby tak było cały czas. Czek yt ałt! (7.7/10)

Deftones- Diamond Eyes

Zawsze gdy mam ochotę na „pierdolnięcie” odpalam albo Snot, albo Deftones’ów. Z czego tych drugich zdecydowanie częściej.  Cenię sobie ich za to, że podczas gdy ich muzyka jest takim wzburzonym morzem, to rozmarzony wokal Chino jakby nigdy nic płynie sobie po tej wodzie spokojnie.  Kolejna płyta Deftonesów jest dokładnie taka, jaka chciałem żeby była. Nie ma tu żadnych kryzysów wieku średniego, jest ostro, bywa spokojnie. No bardzo ładne piosenki są. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. O płytach tego typu, ciężko mi pisać a o każdej piosence z osobna pisać nie będę, bo to taka forma recenzji jest bez sensu. To tak jakby pisać o książce i opisać każdy jej rozdział  z osobna. Sięgnąć na pewno po Diamond Eyes trzeba, każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest „You have seen the butcher”, którego nigdzie nie ma, tak jak całej płyty, bo premiera 5 maja. Ja już słuchałem bo mi Chino z kumplami wysłali próbkę, żebym powiedział co myślę. (8.7/10)

Pantha du Prince- Black Noise

Za delikatne przegięcie pyty uważam bezgraniczny zachwyt nad Black Noise i nominacje do płyty roku.  Ok, Pantha du Prince to na pewno projekt ciekawy. Dźwięki, które tworzy Henrik Weber, są naprawdę godne podziwu, i człowiek nie raz zastanawia się: jak!? Ładnie gdzieś na necie ktoś to ujął, że Henrik nasypał szklanych kulek do słoika zatrząsnął. Ludzie wsadzają to do szufladki z minimal’em podczas gdy na Black Nosie wszystko wygląda jak Екатерининский дворец w Petersburgu. Plumy, brzdęki, tiktaki, packi,świecidełka. Ładnie tu, ale nie na tyle, żeby cały rok zostawiać. Do tego samego słoika, można śmiało wsypać wszystkie utwory Pantha du Prince’a zatrząsnąć, wylosować pierwszy lepszy, i chyba nikt prócz samego Henrika Weber’a nie będzie wiedział jaki to kawałek i z której płyty. Bo dla mnie wszystko spod loga Pantha du Prince to takie mgiełki. Ani do tego tańczyć, ani się uczyć, ani pod wąsem zanucić. Siąść na stołku, posłuchać i powiedzieć: „Łał”. Nie mam czasu ani cierpliwości panie Weber. Sprafć to. (6.7/10)

Szadi

%d blogerów lubi to: