Archiwum dla electro-opera

3 razy TAK! cz. 1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 15 grudnia, 2010 by headphonesporno

The Knife – Tomorrow in a Year

WordPress.com – loguj – Mój Blog – Nowy Wpis – The Knife – cisza… Jak ja mam zacząć, tak by w pełni oddać, przekazać, namalować 41 literkami wszystkie emocje, odczucia, zmieszania i zaskoczenia jakie doznawałem słuchając tej płyty. Blog ten ma 2,5 roku i właśnie przyszło mi zmierzyć się z  napisaniem tu najtrudniejszej recenzji do tej pory. Płyta Tomorrow in a Year wyszła w marcu, dopiero teraz jestem w stanie jakkolwiek, cokolwiek o niej powiedzieć. I moje nieróbstwo, lenistwo czy writer’s blocki nie mają tu nic do rzeczy. Ta płyta to potężna twierdza, którą obchodziłem wiele razy z wielu stron i długo nie mogąc pojąć jej budowy. Specjalnie dla tej płyty, kładłem się wcześniej do łóżka, by w kompletnej ciszy i skupieniu spróbować zrozumieć to co się na niej dzieje przez bite półtorej godziny. Teorytycznie mogłem to popieprzyć, skoro nie podeszła za pierwszym razem, nie podejdzie pewnie i za ósmym. Mimo to, gdzieś podświadomie czułem, że ta płyta zawiera w sobie ogromny potencjał, który trzeba odszukać.  Znalazłem go – jest potężny.

Ideą płyty szwedzki duet kupił mnie na dzień dobry, chociaż szczerze ich nie lubiłem (i dalej nie lubię wszystkiego spod znaku The Knife od lutego 2010 wstecz z Heartbeats na czele). Bo co wyjdzie jeśli zachcemy nagrać płytę, która dźwiękowo przedstawi powstanie życia na Ziemi, zaczynając już od jednokomórkowych organizmów wychodzących z wody na ląd? Co wyjdzie jeśli do tego będziemy przy tym głęboko zainspirowani książką „O powstaniu gatunków” Darwina? Co więcej, co wyjdzie jeśli ma to być w formie electro-opery, o której aspektach technicznych przed rozpoczęciem rejestracji nie mamy dosłownie zielonego pojęcia? The Knife podjęli się tego ryzyka i na chwilę po wielu starciach z albumem mój werdykt brzmi – szwedzki duet nagrał swoje Kid A.

Wyobraźcie sobie, że powstały mega czułe i mega małe mikrofony, które pozwalają zarejestrować dźwięki wydawane przez mikroorganizmy. Tymi właśnie dźwiękami mniej więcej zaczyna się Tomorrow in a Year. Totalna cisza z czasem coraz bardziej się rozwija, początkowo tylko poprzez większą ilość nieregularnych plumknięć, zgrzytów aż z czasem pojawiają się bardziej industrialne, ciągnące się w nieskończoność szumy, brudy i wszystko co atonalne, niemelodyczne i niebrzmiące. Po 7 minutach na powierzchnie całego tego wzburzonego paska oscyloskopu wypływa wokal – mezzosopran Kristiny Wahlin (to się mija z celem, ale chcąc interpretować płytę pod kątem biblijnym to jest to moment pojawienia się światła), który w jakiś sposób poprowadzi nas do końca tego szaleństwa. Nagle całość  zagłusza brutalny, syntetyczny bass. I tak przez dłuższy okres czas – The Knife wystawiają słuchacza tu na wielką próbę – cierpliwości jak i odwagi. Wiele razy krążek zalewa nas dźwiękami, naprawdę ciężkimi do zniesienia lub których dosłownie można się przestraszyć. Wiele razy przyjdzie nam usłyszeć coś, do czego ostatnie czego się spodziewamy to wokal (Variations of birds). Co ciekawe nie wszystko tu jest z pochodzenia syntetyczne. Olof Dreijer dużo podróżował (np. do Amazonii) i rejestrował wiele dźwięków w czasie tejże podróży. Owoce jego pracy są bardzo sprytnie przemycone na płycie (dopiero za którymś przesłuchaniem wspomnianego już Variations od birds dopatrzyłem się tam ptaków/papug i pojmując zarazem tytuł utworu). Przystanek w całej wyprawie od początku do końca płyty niosą ścieżki z zarejestrowanym deszczem, szumem, zwierzętami – są to momenty niosące naprawdę upragniony odpoczynek . To moment, w którym choć zmęczeni ( bo ta płyta naprawdę męczy) stoimy przed wyborem: koniec czy lecimy dalej? Wiele razy rezygnowałem – za płytę zabierałem się jakieś 10 razy zanim rzeczywiście ją przesłuchałem od początku do końca.

Rdzenne brzmienie the Knife zakopało się na tej płycie bardzo głęboko i potrzeba nie lada cierpliwości (dla fanów duetu zwłaszcza) by tą nagrodę odkopać.  Jak już pisałem,  sam się zagłębiałem w całości parę dobrych razy i TO The Knife usłyszałem dopiero pod koniec. Bo taka prawda: podchodząc do Tomorrow in a Year zapomnijcie o „najfach” jakie znaliście do tej pory. Pierwszy jakikolwiek rytm (z serii co autor miał na myśli?: pojawia się rytm – pojawia się człowiek?) zaszczyca nas bardzo późno, podobnie jak wokal-wizytówka tej bardziej cycatej połówki duetu – Karin, jednak warto, naprawdę warto powalczyć. To tęcza po burzy.

Bardzo, bardzo, bardzo cenię sobie albumy koncepcyjne, które wystawiają nas na próbę, każą nam czekać na niespodzianki z ich strony i stanowią swoistego rodzaju wyprawę z punktu A do punktu B, bez skrótów czy pojedynczych przygód. Albo lecimy od początku do końca, albo figa z makiem. Dodajmy do tego całą fenomenalną ideę z Darwinem w tle, szwedzki wrodzony w nutki chłód i tajemniczość. Ta płyta to dźwiękowa Mona Liza, której każda z kolei próba rozgryzienia niesie ze sobą kolejne odpowiedzi wraz z kolejną serią pytań. Ta płyta to elektroniczny geniusz i  syntetyczne śmieci zarazem. To zapowiedź czegoś nowego w świecie muzyki i najodważniejszy z możliwych kroków, bo ku nieznanemu A ja się tylko zastanawiam:  co teraz The Knife? / Co teraz muzyko? (9.1/10)

 

linka brak, załatwiać płytę, do łóżka ze słuchawkami i walczyć – warto.

 

Szadi

%d blogerów lubi to: