Archiwum dla Coldplay

Podsumowanie muzyczne roku 2008

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Luty 2, 2009 by headphonesporno

I co z tego, że już jest luty! Musieliśmy się modnie spóźnić, poza tym styczeń był miesiącem choroby, nauki i słuchania płyt, które się przeoczyło, a które zostały uwzględnione na blogach ludzi punktualnych i wywiązujących się z „obietnic” względem kalendarza i własnego internetowego pamiętniczka. Nie jesteśmy ani punktualni ani słowni, ale bloga mamy, więc oto i podsumowanie.

Rok 2008 rokiem płodnym nie był. Płyt wyszło dużo, dobrych mało, godnych uwagi policzalna ilość. Postanowiliśmy mimo wszystko wprowadzić podział na płyty narodowe i zagraniczne, te zaś na ciasto i rodzynki. Polskich tak nie dzielimy, bo serwery Google by nie wytrzymały tak dużej ilości danych, będącymi spisem słabych płyt polaczków. Nie ma rankingu, nie ma top10 disco relax, jak już płyta jest na liście, to znaczy, że jest po prostu dziarska lub beznadziejna. Do rzeczy:

Najgorsze płyty zagraniczne:

*The Notwist – the devil, you + me

Soczysta, aryjska elektronika usycha.

*Thievery Corporation – radio retaliation

Obojętnie którą płytę TC się włączy- leci to samo. Może starczy po 10 latach?

  

* Coldplay- Viva la Vida.

Kiedyś wruszali do łez, dziś też płaczę, ale ze śmiechu

 

* Hercules and Love Affair – Hercules and Love Affair
Anthony Hegart, coś Ty chłopie najlepszego zrobił!?
* Sons and Daughters- The gift
Zespół z potencjałem wraca i nagrywa coś, co mogłoby istnieć pod nazwą innego zespołu, a nie o to chodzi.

 

  
* The Kooks- Konk
Syndrom drugiej płyty, żyje i ma się dobrze.

*Crystal Castles- Crytsal Castles

Muzyka brzmiąca jak biegunka robota + wokale nagrane 1 kwietnia = płyta żart.
  
  
  
Najlepsze płyty zagraniczne:
 
 
  
*Jóhann Jóhannsson – Fordlândia
Sigur Ros i múm inspirują wielu. A kto inspiruje ich? Ta płyta to coś więcej niż tylko odpowiedź.
*Fleet Foxes- Fleet foxes
Świat potrzebuje młodych ludzi bez gitar elektrycznych i tekstów o imprezach. Oto Abraham nowego ruchu muzycznego.
*Promise and the monster- Transparent knives
Damski odpowiednik Jose Gonzalez’a nie może brzmieć źle. Ba! Brzmi wybornie!
*Kaki King- Dreaming of revange
Kaki zaczęła więcej śpiewać i teraz naprawdę jest King.
*Stereolab – Chemical Chords
Zawsze świeży i kruchy Stereolab, prawie jak bakietka z Auchan’a.

*Lykke li – youth novels
Słucham jej w najlepsze, w koło macieja na karuzeli kręce, jest super na 102!

*Broken Social Scene presents Brendan Canning – something for all of use
Jeden z najbardziej płodnych wykonawców ostatnich lat z naprawde smacznym nasieniem.

 

*Sing Fang Bous – clangour
Przemyślane bazgroły na białej kartce z duszy.

 

*Yeasayer – all hour cymbals
Orientalnie nie znaczy FIX Knorr’a.
*Nightmares on wax – Thought so…
Grzechem było by ich pominięcie, muszą być i basta! Nie musze mówić dlaczego, przecież wiecie.
 
*The Herbaliser – Same as it never was
Nowi Oni, żwawi i szybcy, bawią sie tymi instrumentami jak nigdy przedtem.

  

Najlepsze płyty narodowe:

 

*Iowa Super Soccer- Lullabies To Keep Your Eyes Closed
Nareszcie ktoś odkrył egzystencję popytu na melancholijną muzykę z polską metką.

*Silver Rocket- Tesla
6 za pomysł, high five za wykonanie, medal za wokale, buziak za całokształt!

 

*Pustki – koniec kryzysu
Trzymam za słowo.
*Jacaszek- Treny
Elektronika żałobna z najwyższej półki.

 

  

Szadi / Tapczan

Jeszcze apropo nowego Coldplay’a :)

Posted in O muzyce mniej poważnie with tags , , on Czerwiec 27, 2008 by headphonesporno

Czyżby plagiacik?

Coldplay- Viva la Vida

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Czerwiec 26, 2008 by headphonesporno

 

 
No i stało się. Coldplay wydał nową, długo oczekiwaną płytę- Viva la Vida. Kiedy przed premierą słyszałem, ze chłopakom zachciało się eksperymentować i te wszystkie obiecanki ze ten krażek będzie inny niz dotychczasowe, trochę się obawiałem- i słusznie…
Cóż za głupia mentalność ogarnęła umysł Chrisa Martina. Mam wrażenie że on jak i reszta zespołu cały czas wmawiali sobie, że trzeba koniecznie wprowadzić nowatorstwo niezależnie od tego co z tego wyjdzie. A wyszła kicha. Wielki zlepek brzmiących tak samo,czysto- plastikowo- popowych piosenek. Coldplay, który zawsze lubiałem i uważałem za zespół z dużym potencjałem, od czasów X&Y zaczął niebezpiecznie przechylać się w stronę radiowego popu, ale mimo wszystko zachowywał jeszcze jakąś klasę. Nie wiem co będą musieli nagrać w przyszłości, zebym przekonać mnie że nie stoczyli sie na tą kolorową stronę zupełnie. Większość piosenek brzmi jak muzyka „rdzennych indian” grających pod Bramą Floriańską w Krakowie. Do tego dochodzi gitarowy pogłos jak z U2 i jeszcze jakieś brzmienia afrykańskie. Litości. Nie czegoś takiego spodziewałem się, słysząc słowo „eksperyment” ze strony zespołu, który do tej pory wydawał same płyty- złote medale. Oczywiście, jest też parę „prawie” dobrych piosenek. Np. 42- zaczyna się mistrzowsko, rozkręca się mistrzowsko, a potem w 2:45 piosenka przechodzi w coś, co sprawia że aż mi łezka się w oku kręci… bynajmniej nie ze wzruszenia. Również tytułowe Viva la vida o prostej ale ciekawej kompozycji nie brzmi najgorzej. Kawałek, który natomiast naprawdę zasługuje na pochwałę, to instrumentalne Life in Technicolor / The Escapist, czyli intro/outro opierające się tej samej melodii, co robi w miarę miłe wrażenie po odsłuchiwaniu 45 minut muzycznej porazki.
Mimo wszystko- Niestety. Fabryka dobrej muzyki przestała działać, oby nie na zawsze. Jedynę co nam zostaje to wzdychać słuchając wcześniejszych płyt i modlić się, by panowie z Coldplay’a rzeczywiście dojrzeli i przestali się bawić w jakieś przymusowe eksperymenty i nagrali materiał na poziomie Parachutes…
  
 
Szadi

Coldplay- Parachutes

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Maj 30, 2008 by headphonesporno

Ja wiem, ze Coldplay to żadne odkrycie, temat obstukany. Zespół sławny na skalę światową, słyszymy w radiu, telewizji i MTV. Mają bombowe piosenki takie jak: The scientist, czy Politik. Ale chce napisać o nich, bo ta płyta uświadomiła mi kiedyś, kiedy byłem pozbawiony wszelkiego dostępu do mojej muzyki, że zjawisko „tęsknoty za muzyką” istnieje i w wspaniały sposób tą tęksnotę potem zaspokoiła. Do dziś pamiętam moment w który po raz pierwszy odpaliłem go na moim odtwarzaczu. Dosłownie od pierwszych sekund mnie zauroczył i trwale. Parachutes to pierwszy i definitywnie najlpeszy album panów z Londynu. Nie ma takich słów, żeby opisać ten album należycie. Jest to strzał emocji, nostalgii i wzruszenia prosto w serca, nie tylko dla ludzi wrażliwych na piękno. To album obowiązkowy- żeby się przekonać jaki potencjał mają (słysząc najnowszy singiel może powinienem powiedzieć- mieli?) chłopaki z Coldplay; żeby dostrzec prawdziwe piękno kryjące się nie tylko za hicorami Shiver czy Yellow, ale np. za mistrzowskim wręcz jazzowym Everything’s not lost, psychodelicznym Spies, czy wzruszającym do łez, spokojnym Sparks. Nie wstydźmy się wrażliwości- słuchajmy Parachutes.

Szadi

%d blogerów lubi to: