Archiwum dla Burial

Fantazja z dwoma dziewczynami i nie tylko

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on Lipiec 30, 2010 by headphonesporno

Co za ironia losu, że zachciało mi się pisać o muzyce, akurat gdy mam zapalenie ucha i słyszę dosłownie w mono. Po obejrzeniu wszystkich filmów świata, rozegraniu miliona bitew na Quake Live (btw, jak ktoś ma konto to zagadywać) przyszła pora na nakarmienie niedokarmianego ostatnio blogaska.

Local Natives- Gorilla Manor

Gdyby nie to, że zaległych płyt do opisania mam jak stąd do Gruzji, to bym napisał odzielną notkę o Local Natives, gdzie trzynastozgłoskowy napisałbym erotyk. Bo w rankingu na „za późno odkrytą płytę z 2009” to właśnie piątka z LA zgarnęłaby laury. W oczekiwaniu na mocno (powtarzam MOCNO!) przeginających pałę Fleet Foxes z wydaniem nowej płyty Local Natives są wspaniałym zamiennikiem. CTRL+Z. Oni nie są zamiennikiem. Z początku (w sensie, że po paru pierwszych piosenkach) można tak pomyśleć, ale tymi Jankesami nie można nie mieć dłuższej miłości, zwłaszcza jeśli w 2008 nasze uszy pieścili Fleet Foxes. Skojarzenie takie budzą przede wszystkim wspaniałe, potrójne harmonie męskie (nie chciałbym, żeby to zabrzmiało gejowsko, ale uwielbiam wspaniałe, potrójne  harmonie męskie),lecz z podobieństw to tyle. Bo FF to grali wszystko o 5 nad ranem przy wschodzącym słońcu, koło jeziora gdzieś w Tennesie. A Local Natives raczej robią imprezę na plaży w środku dnia. Daję dyszkę temu, który słuchając Gorilla Manor nie pokiwa głową, przytupnie nóżką, nie mówiąc już o tańcu na siedząco, jak to się skończyło ze mną. Podczas gdy Fleet Foxes często rezygnowali z perkusji u LN jest ona drugim (po gardzielach) najważniejszym instrumentem. Jest kurefff$ko naparzająca, co najmniej jakby ze 3 kolesi tam siedziało, jest porywająca sama w sobie, a na odzielny zachwyt zasługują… pałeczki! Dźwięk ich uderzania o siebie, lub o krawędź bębna występuje tu często i znacząco wpływa na klimat piosenek. Do tego wszystkiego dochodzą gitary, czasem smyczki, czasem pianina a to wszystko daje kawał, naprawdę świetnej, solidnej roboty, gdzie muzyka jest porywająca, genialna w swojej prostocie (niemalże w każdym utworze mamy do czynienia ze standardowym intro-verse-chorus-itakwkółko) i wchodząca do głowy jak wódzia na czczo. Zakochany po uszy dzielę się z wami, tym co najlepsze. (Największym ignorantom rozkazuje poczekać, lub w najgorszym przypadku przewinąć do 2:50 i zobaczyć co tam się #$%@& będzie zaraz działo!) (8.5/10)

Stornway- Beachcomber’s Windowsill

Wchodzę na rower, odpalam nowość. Zaczyna się jak ciepły, kościelny śpiew słodziutkiego ministrancika, ulubieńca księdza. Po chwili grzeczna gitara i prosta perkusja zrobiły z tego wszystkiego coś, co sprawiło, że dawno mi się tak cudownie na rowerze nie jechało. Stornway to czysty jak łza pop-folk, w którym wraca się do korzeni, do spania w sianie, do wiejskiej sielanki Tomka Sawyera, do podróży Włóczykija,  Huckleberry Finn’a a momentami nawet do szantowych przyśpiewek gdzie gra się na tarce i dmucha w butelkę z potrójnym X na boku. Do tego Brian Briggs i jego nie-mógł-być-lepszy-dla-tego-zepsołu wokal i silnie odbijająca się w tekstach i filmach na necie pasja do natury! Beachcomber’s Windowsill zachwyca prostotą, ciepłem, skromnością, umiejętnością malowania pejzaży, epickim storytellingiem i tym, że się ich nuci co chwile, już po pierwszym przesłuchaniu. Sami popatrzcie, jakie kochane mordki :) (7.7/10)

Coco Rosie- Grey Oceans

Inaczej trochę chciałem to rozegrać. Miałem w planach napisanie notki pt. „Od dupy strony” gdzie ostatnie płyty niedebiutujących już artystów, a które (płyty) byłby dla mnie dziewiczym kontaktem z nimi. I w tej właśnie notce, chciałem się rozpisać na temat Szarych Oceanów. Tak wiem, niezła siara, że jako Pierwszy Fan Muzyki Ogólnie Smutnej IV RP, Coco Rosie poznałem tak na serio w 2010 roku, lecz,  ja zawsze taki byłem w tyle za innymi (do dziś nie mam jeszcze zarostu jak piracice na okładce, a mam 22 lata : ( ) Tak czy siak, nie ma się co rozpisywać co i jak grają Coco Rosie bo każdy to wie. Przesłuchałem (w standardowej dla tego typu odkrycia kolejności 4,1,2,3 ) wszystkie płyty sióstr i ewidentnie więcej na Grey Oceans elektroniki co jest świetne. Bo zawsze jest ona dodana z gracją. Tą samą gracją, z którą siostry śpiewają operowo, grają na syntezatorze i bawią się zabawkami udającym dinozaury. Brakuje mi tylko tej gracji w okładce, która jest najbrzydszą jaką widziałem ostatnio.  Cała płyta, typowo dla CocoRosie, jest przeładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym z gatunku „te najgorsze i najbardziej dołujące”, czyli tak jak lubię najbardziej. Fantazja z dwoma dziewczynami niemalże spełniona. Linky link. (8.3/10)

Burial & Four Tet- Wolf Cub/ Moth
To, że Burial, po ukazaniu swojej tożsamości całemu światu, zacznie współpracować z jakimś rzeźnikiem, było pewne jak 624 x 245=152880. Nie zdziwiłem się więc szczególnie, kiedy usłyszałem o jego projekcie z Four Tet. Czarna koperta, wydanie tylko winylowe i to limitowane- idealnie dobrany mroczny klimat zarówno do twórców jak i zawartości, która choć w liczbie 2 zostawia w głowie wspomnienia intensywne co najmniej jak liczba np. 69. Syntetyczny mrok, będące wizytówką Buriala bity, strzępki powycinanych skądś wokali, parę sampli, tajemniczość, trans. Powinno się tu zadać pytanie czy to tylko, czy aż dwa utwory, które mimo czasu trwania (każdy prawie po 10minut), braku jakiś transcendentnych wykroczeń w strukturze kawałków, nie męczą, nie nudzą, a wręcz przeciwnie- hipnotyzują. To chyba najlepszy czasownik jaki można użyć do opisania tego, co robi z nami Wolf Cub / Moth przez te 19minut. Hipnotyzuje, zniewala i zabiera w inny, mistyczny, duchowy świat. Zwłaszcza ta lepsza połówka, czyli Moth. Wiedziałem, że czarna koperta będzie zawierać coś ciekawego. Nie wiedziałem, że będzie to tak niesamowite. Burial nie ucierpiał na odsłonięciu swojej tożsamości, dalej jest carem swego rzemiosła i dalej wykorzystując swój niepowtarzalny, surowy styl włada naszymi emocjami. O nim pisze mi się łatwo, gdyż jest mi o wiele bliższy, zwłaszcza w emocjonalnym tego słowa znaczeniu, jednak nie można zlekceważyć wkładu pracy Four Tet, który do czarnej koperty wlał tyle samo męskiego potu.  Wyraźnie słychać, a przynajmniej można się domyśleć, kto który dźwięk stworzył i prawdą jest też, że oboje odwalili kawał świetnej roboty. Jak wszystko do czego Burial rekę przyłożył, polecam Wolf Cub / Moth w nocy, najlepiej w półmroku, na słuchawkach. Samo Moth natomiast, w moim przypadku, na stałe wpisało się w set puszczany w czasie nocnych uniesień z tą jedyną… Sami zobaczcie. (7.7/10)


Szadi

Reklamy

Burial- Untrue

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Grudzień 1, 2009 by headphonesporno

Stepy to tereny równinne, pozbawione jakiejkolwiek poważniejszej roślinności czy zbiorników wodnych. Występują w sferach, gdzie dominuje klimat umiarkowany, suche zimy, upalne lata, sratata. Stepami zachwycał się Mickiewicz, stepował też Charlie Chaplin i parę łajz w Mam Talent, z akcentem na „e”.

Dubstepy to gatunek muzyki elektronicznej wymyślony na Wyspach, gdzie rolę pierwszoplanową odgrywa chamski, nieustający bass, ponura, wręcz mroczna atmosfera a to wszystko umieszczone w przestrzeni z dużą dawką delay’ów. Dubstepy tworzy Burial, a zachwyca się NIM Szadi.

Na dzień dobry mówię- dubstepów nie trawię. A w zasadzie trawię, ale na pewno nie w stanie trzeźwym. Buriala usłyszałem gdzieś przez przypadek, albo i przeczytałem, mało to ważne. Ważniejsze jest to, że ten gość (jeszcze do nie dawna nie było wiadomo czy to gość czy pani gość, ale o tym zaraz) trochę odmienił moje podejście do sprawy, wprowadzając przy okazji lekkie zamieszanie na angielskiej/światowej scenie tego gatunku.

Wyjątkowość Buriala, która we mnie trafiła tkwi w tym, że choć rubryka gatunkowa sugerowałaby inaczej, płyty tej trzeba słuchać późno w nocy i tylko na zasadzie Wy vs Burial. W takich warunkach Untrue smakuje najlepiej, a w zasadzie tylko w takich jej smak jest w ogóle odczuwalny- rano mija data ważności. Nie jest to bowiem set kawałków do puszczenia na elo-imprezie. Untrue to dubstepowa siesta, elektro kołysanka, z potworami pod łóżkiem.

Tajemniczość, tajemniczość i jeszcze raz tajemniczość. Może to głupie, ale płyty chyba lepiej się mi słuchało gdy nie wiedziałem jak się nazywa, kim jest i jakiej jest płci autor tych dźwięków. Przez długi okres czasu bowiem, Burial manipulując odbiorcami, by skupili się nie na nim a na jego dziele, nie ujawniał swojej tożsamości; jak sam mówił, o tym że tworzy muzykę, prócz rodziny wiedziało pięć osób. Potęgowało to niepokój, który i tak już wylewał się z krążka. Ludzie sugerowali, że za wszystkim kryje się Aphex Twin czy Fatboy Slim. Dopiero dwa lata od wydania pierwszego krążka, po tym jak  gazety muzyczne  niczym brukowce, zaczęły dociekać kim jest Burial, on sam, mocno poirytowany ujawnił że jest William’em Bevan’em-  zwykłym, niewychylającym się łepkiem z Londynu.

William miał szóstkę w przedszkolu z wycinanek. Ok, miał piątkę z plusem, bo szóstkę mieli The Avalanches, ale Pani i tak widziała w nim talent. William, idealnie wycina różne, soulowo- RnB (jak się tworzy od tego przymiotnik?) wstawki i lepi z nich psychodeliczno – niepokojące obrazki . Dodaje, do tego szumy oraz surowe, brudne bity, zarażające swoim stanem cały organizm, którego kręgosłupem jest, dosłownie i poetycko, głęboki bass. William nie grzeszy ornamentalizmem, woli impresjonizm. Untrue puszcza się powiem od jedynki do trzynastki, dając się ponieść  niespokojnemu strumieniu naprawdę ciekawych dźwięków. To całkiem inna interpretacja dubstepów, ciekawsza, która idealnie trafia w mój klucz. Zaliczam z wyróżnieniem i polecam wszystkim praktykującym i niepraktykującym a szczególnie tym drugim. (9.5/10)

A Charlie Chaplin chyba nie stepował?

http://www.youtube.com/watch?v=eHjxJItKbLQ

Szadi

%d blogerów lubi to: