Archiwum dla Ania

Polish to!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , on 10 Maj, 2010 by headphonesporno

<Kopiuj wklej> wymówkę czemu miesiąc nikt (czyli ja) dupy nie ruszył i nie napisał czegokolwiek. Jedziemy:  trochę ostatnio ciekawej polskiej muzyki powychodziło więc o tym właśnie napiszę.Jutro urodziny Headphonesporno, pamiętajcie o życzeniach i fajnych, modnych, drogich i dużych prezentach.

Ania Dąbrowska- Ania Movie

Z Anią to ja sam nie wiem co zrobić. Może błędnie, ale miałbym wątpliwości czy wsadzać ją do szufladki: KOMERCJA. Bo niby każdy wie kto to, wykluła się w TVN, ale od samego początku nagrywa muzykę naprawdę, naprawdę dobrą. Jeśli już występowała, to też u dobrych artystów a’la Smolik. Co mnie zawsze irytowało jednak w jej muzyce, to denne teksty o tym jak to jakiś facet ją tym razem w wuja nie zrobił. Teraz Ania rzuciła całą to retro-smucenie nieszczęśliwych relacjach z płcią silną i wzięła się za covery piosenek filmowych. I Bomba!. Bo Ania dalej nosi retro sukienkę, ale nie ma już pod nią retro zarostu! Takiej właśnie Ani oczekiwałem- umytej, odświeżonej, odważnej i chętnej na eksperymenty (bo nawet DeepThroat zalicza, za co specjaliści z Headphonesporno przybijają piątkę!). Dobór utworów pozwolił pokazać się jej i jej muzykom z innej strony. Nie licząc dosłownie paru słabych pozycji, które nie wniosły nic nowego i mogłoby by ich na płycie nie być (np.”Sound of silence”, które już zostało wyeksploatowane  wystarczająca ilość razy) to cała płyta jest naprawdę ciekawa a przede wszystkim wspaniale nagrana i dopieszczona. Na największa pochwałę zasługuje chyba 8 minutowe „Silent Sigh„, które płynnie przechodzi potem do „Strawberry fields forever” Beatlesów. A to przechodzi z kolei w mały jam, z fletami i syntezatorami. Klawo i dziarsko!

Ah! Ludzie czepiają się wszędzie, że Dąbrowska to tylko to retro, że niewolnica stylu i że wystarczy już tego. Sranie w banie.  Gdyby zrobiła to gwałtownie, wyszło by to jak Chylińskiej. Ania obiecała, że zmieni coś w swojej twórczości, że zakończy pewien etap. Zrobiła to z powoli, z klasą i miejmy nadzieję że kierunek, który wybrała nie zmieni się, bo pierwszy krok ku nieznanemu postawiony został pomyślnie. (6.9/10)

Sublim- Summerends

Wszędzie można poczytać że to polski Coldplay, mutacja Mylsovitz. Chlopaki, dla odmiany, jak wszystkie pieprzone, polskie, kapele alternatywne inspirowały takie formacje jak: BonIver, AIR, SigurRos, Radiohead  blablabla, itp, itd, rotfl, lol2, śpi. Tymczasem w ręce wpadła płyta, która co najwyżej brzmi głównie jak Myslovitz na wolniejszych obrotach. Nie twierdzę, że to źle, bo Myslovitz na wolniejszych obrotach lubię. W miarę lubię. Dobra, lubiłem. Summerends było zapowiadane jako krótka opowieść o wieku dorastania oraz wszystkich emocjach, lękach i pragnieniach, jakie się z nim wiążą. I macie chłopaki farta, że przynajmniej w tej kwestii dotrzymaliście słowa! Bo ta płyta właśnie taka jest. Jest jak  wczesne liceum. Niby dorosły, ale kupsko wiesz o życiu. Niby już uprawiasz sex, ale do ” sir Dupcinger” jeszcze długa droga. Taki jest Sublim- mają chłopaki parę całkiem ciekawych pomysłów, lecz to wszystko jest we wczesnym stadium rozwoju i wymaga jeszcze dużo, naprawdę dużo pracy. A TO CO?! Wokalista i autor tekstów Wojciech Wiśniewski ma 30lat!? I dopiero teraz wydaje płytę o dojrzewaniu?! Kiblował tyle czy co? Summerends jest sztuczne. Sztucznie buduje się nastrój, usilnie wciska w każde miejsce melancholię, myslogitarki i inne nasiłezerżnięteodeuropejskichkapelmotywy. To wszystko jest nużące, przeźroczyste, niekonkretne i płytkie. Do tego teksty są na poziomie Piotrka Kupichy (a kawałek „Scalić nas” przypisałbym bez zastanowienia Feel’owi, gdybym nie wiedział kto to wykonuje). Martwi mnie też ich niepewność co do swojego muzycznego kształtu, o czym mówili będąc gośćmi w radiowej Trójce.  Nagrali płytę, tak o, podsumowali sobie tym jakiś tam okres swojego życia a teraz nie wiedzą co będzie dalej, co będą grać. To jest przerażające.

Mimo to nie skreślam w pełni Sublima. Bo Summerends ma swoje dobre momenty. A dokładnie dwa dobre momenty. „Here is your love” to ogromny przepyszny rodzynek w całym tym zakalcu, którego mogę słuchać w kółko (i ten bas trzeszczący w lewym kanale, no dosko!). Drugi, trochę mniejszy to zamykający utwór „Nie będzie więcej tak”. Śpiewanie po polsku to bardzo niebezpieczny zabieg- w naszym cudownym języku cieniutka jest granica między kiczem a czymś konkretnym, a właśnie coś konkretnego udało się uzyskać w tym utworze. Gdyby cała płyta była tak konkretna jak te dwa kawałki, mielibyście moje błogosławieństwo. A narazie nie macie. Życzę, żeby tylko narazie. (6.5/10)

Iowa Super Soccer- Stories Without Happy Ending

I Ty Brutusie! Myślałem, że takie zespoły jak IowaSuperSoccer, nie mogą spieprzyć sprawy przy wydawaniu nowych płyt. A okazuje się, że mogą. Bo płyta #1 kupiła mnie klimatem, znakomitym jego budowaniem i damsko męskim wokalem (co prawda na żywo tak dobrze to już się nie sprawdzało, ale mówimy o płycie nie o koncercie). Teraz Ajołka niestety wraz z ogromnymi zmianami w składzie uległa też mutacji muzycznie. Na pierwszy ogień pojadę ostro po Natalce, której słodkiego głosu jest na tej płycie tak dużo, że człowiek rzuca słodycze na tydzień. To wszystko momentami brzmi jak soundtrack z Pocahontas a nie jak najlepsza polska kapela 2008.  Pytam: gdzie się kurna podział drugi kierownik zespołu, Michał Skrzydło?! No ok, często się spotykałem z opinią, której sam jestem zwolennikiem,  że Michał śpiewać nie umie ( bo nie umie), co najbardziej dawało się we znaki na koncertach. Michasiowi chyba zryła się psycha i na „Stories Without Happy Ending” Michaś śpiewa mało i pod noskiem. Za to Natalia zbytnio chyba zachłysnęła się zacnym tytułem frontwomana grupy, bo jej głos zamiast mnie głaskać i lulać, to drapie, kopie i kuje. Za dużo wszędzie jej wysokiego głosu, którym jak na złość próbuje zrobić różne salta, fikołki i gwiazdy. I  akcent też jej się zepsuł. I za wysoko. I człowiek ma wrażenie, że wzięła parę lekcji jak źle śpiewać. I teksty dalej brzydkie mają. Ametamorfoza. Z pięknej robi się bestia. Tyle o Natalce. Diss na Ajołkę numer 2: muzyka. Na rzecz smutniejszych piosenek powoli wprowadzających nastrój, pełnych melancholii, przesiąkniętych jesienią ISS postawili na proste, czasem skocznie, płytkie i lekkie piosenki, które…mi się kurwa nie podobają. Mogę zrozumieć, że jest to uzasadnione zmianami w teamie, szyld jednak pozostaje dalej ten sam i niestety Ajołko tym razem zawiodłem się. Nie mówię, że wszystko takie jest, bo naturalnie czuć momentami na tej płycie stary dobry klimat z Lullabies to Keep Your Eyes Closed”‚ ale tego jest tyle co dialogów w pornuszkach. Mogę od niechcenia pochwalić utwór „Scary Book” utrzymany w klimatach tanga / RazDwaTrzy. Mimo to 1/12 to za mało na przybicie piątki. Thumbs down Ajołko. Przykro mi… ;( (5.1/10)

Szadi

%d blogerów lubi to: