Archiwum dla 8/10

Jedna krótka, jedna dluga i trzy w paru zdaniach bo spać iść trzeba.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 października, 2011 by headphonesporno

Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Zdaje się, że przygodę z tym duetem zacząłem od dupy strony, bo to już trzecie dziecko tego niemiecko-japońskiego, męskiego duetu. Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej. Konicznie sprawdzę jak prezentują się dwa poprzednie wydawnictwa duetu, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest duża szansa, że Summvs zostanie jeszcze pod koniec grudnia przywołane na tym blogu. 8.4/10

kssszzzzzz

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

<teskt pisany ok. 22:00> Miałem mieszane uczucia po pierwszym przesłuchaniu i mam je wciąż teraz, po dziesiątym odsłuchaniu. KDZKPW wrócił po (za) długiej przerwie i nie wiem, czy aby czasem chłopaki nie pozapominali jak grać się powinno w Kombajnie.

<tekst pisany ok.23:00 po jeszcze jednym, bardzo dokładnym odsłuchaniu> Nie, nie, nie, cofam i przepraszam. Karmelki i Gruz to jednak dzieło wybitne, choć nie tak rewelacyjne jak wydania poprzednie. Kombajn wrócił i każdy, kto kochał Ósme Piętro i Lewą Stronę Literki M odnajdzie się i wśród Karmelków i Gruzu. Przerwa nie sprawiła co prawda, że jest tu lepiej niż było, jest co najwyżej tak samo, ale to nic złego. A czemu mi sie tam wkradło „co najwyżej”? Bo Zagański z kolegami zaczęli strasznie kombinować w kompozycji. Nie żeby wcześniej tego nie robili, ale chyba za bardzo skupili się na (momentami mam wrażenie, że trochę na siłę) obligatoryjnej niebanalności strukturalnej utworów, zabijając po części brzmieniową płynność, która przecież, wcale nie oznacza niczego złego (drugi album KDZKPW w tym momencie puszcza oczko). To jak seks na jeźdźca, gdzie nagle Damian wyskakuje i przypadkowo wciska się przez tylne wejście, rozumiecie? Niby dalej przyjemnie, ale jakaś czerwona lampka się zaświeca. Na szczęście lampka zapalała się tylko przez pierwsze parę przesłuchań. Z czasem w każdym „niewygodnym” momencie zacząłem doszukiwać się swojego własnego sposobu na przejście dalej i tak uformowała się piękna podróż po Gruzie i Karmelkach.

Nie wyobrażam sobie, żeby ten krążek został wydany wiosną czy latem. Jesień to pora żółtych liści, szalików i KDZKPW w odtwarzaczu. Ogromny wpływa miał i ma dalej na to brud nagraniowy, będący po części wizytówką zespołu. Cały materiał nagrany „na setkę”, bez dogrywania potem innych partii, w wersji finalnej brzmi jakby totalnie  pominął proces masteringu, a tym zajmował się tutaj przecież  Andrzej Smolik. Także frontman Zagański nie zawiódł ze swoimi neurotycznymi tekstami. Karmelki i Gruz to kolejna widokówka ze zdrowo pojebanego i brudnego świata, który ma w głowie pseudo – schizofrenik Zagański. Nic tylko kopiować na opisy na FB i patrzeć jak kciuk w górę goni kciuka.

– Raczej nie ma szans, aby przesylka z plytami, w której będzie „Karmelki i Gruz” dotarla w dniu dzisiejszym. Najprawdopodobniej plyty otrzymamy w przyszlym tygodniu, byc moze jutro, ale nie jest to pewne.

– Cóż, szkoda, bo wolę Państwa sklep od Empiku, ale nie wytrzymam z odsłuchaniem tej płyty do przyszłego tygodnia…

Odżalowałem 7 zł więcej i kupiłem krążek w Empiku. Nie żałuję. 8.1/10

wow

Barn Owl – Lost in a Glare

Rzadko już stosuje się zabieg, gdzie okładka płyty określa to, co na płycie się dzieje. A tutaj tak właśnie jest. „Lost in a Glare” to muzyka rozgrzanych pustkowi i rytmiczny sufler podpowiadający w jakim tempie przez te pustkowia iść. Gitarowy hezychazm, zarejestrowany analogowo, zabawa w trans dla początkujących. Świetny album i chyba największy „niezobaczony” na tegorocznym Offie. 7.3/10

idź

My Brightest Diamond – All things Will Unwind

Cóż Ty mi zrobiłaś Saro Warden? Rezerwowałem dla Ciebie w ślepo miejsce w rocznym zestawieniu płyt roku 2011, a tu pstryczek  w nos, wystawiony język i figa z makiem. Czekałem na Ciebie tak bardzo, jak na nowego Deus Ex’a. I co? Zawiedliście. Nie bardzo, nie po całości, ale zawiedliście. Już okładka była swoistym, alarmującym uszczypnięciem przywracającym do trzeźwości. „Nie za wesoło tutaj? Przecież nie taki styl ma MBD?” Tak Ci dobrze szło na dwóch poprzednich płytach, po chuj w pełni oddałaś się folk-operze? Po co tyle kombinowania ze smyczkami? Po co jakieś idiotyczne fujarki i fleciki? Już miałem w obserwowanych Twoja płytę na ebayu. Odhaczyłem to. Szkoda. 5.2/10

niech stracę

Modeselektor – Monkeyown

No kurwa!  8.8/10

dupdupdup!

wstawiony Szadi

Fajne płyty

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 12 Maj, 2011 by headphonesporno

Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Ach ta dzisiejsza młodzież. Zamiast pić alkohol, palić papierosy i uprawiać szalony seks w ciemnych bramach, oni nagrywają płyty, które wprowadzają sporo zamieszania w świecie muzyki i w połowie roku dokonują rezerwacji na muzycznych podsumowaniach roku. Ok, co to jest Nicolas Jaar? To James Blake. Tylko zamiast „God Save the Queen” śpiewa „A Star-Spangled Banner”. Śmiało można przyłożyć obie płyty do siebie i zadać niełatwa zagadkę – znajdź różnice. Obaj młodzi, obaj zdolni, obaj kochają pustkę, minimalizm, obaj są świetnymi elektronikami, ale to nie oznacza, że nie wiedzą co to pianino czy śpiewanie. „Space is Only Noise” to 46minut lewitacji w pustce, z lekko rozmytym obrazem; to grzebanie wspomnieniach z dzieciństwa na tle nieśmiałego dubu a wszystko oprawione w subtelną, inteligentną elektronikę, która miewa zarówno momenty przytupu jak i chrapnięcia. Czuć tu, podobnie jak u Blake’a szacunek do dźwięku, totalne opanowanie swoich elektronicznych zabawek i, co najważniejsze, brak pyszałkowatości podczas zabaw samplerami i laptopami, wszystko z rozwagą, przemyśleniem i rozumem. Generalnie: ładne. Bardzo nawet. (7.8/10)

True Widow – True Widow

Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami. True Widow. (7.5/10)

Alex Turner – Submarine OST

Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „Riot Van„, czy „Only Ones Who Know” wiedziałem, że wokalista Arctic Monkeys w wersji „leniwie na tarasie, na bujanym fotelu” bardzo dobrze by sobie poradził. Umie gnojek porwać nie tylko do szalonego pogo, ale i do miluśkiego tańca-przytulańca, jak dawno temu, do „Ameno”/”My Heart Will Go On” na koloniach w podstawówce. Ach! Płyta „Sumbarine OST”, jak sama nazwa wskazuje jest soundtrkiem do filmu „Submarine”debiutanckiego filmu twórcy wielu teledysków Arktiksów. Alex częstuje nas (niestety tylko) 6 leniwymi piosenkami zanuconymi głównie na akustyku z jakimiś delikatnymi pomagajkami w tle. Muzyk do tego, swoim ciepłym i miłym dla ucha głosem ze zmanierowaną angielszczyzną zaśpiewa o miłości w stylu: I’m not that kind of fool that’s gonna sit and sing to you, bout stars girl…  Płyta to naprawdę FAJNY sposób na miłe spędzenie 19 minut. Z całego serca polecam sobie to odpalić na rowerze – człowiekowi uśmiech sam pcha się wtedy na twarz. No sami posłuchajcie. (7.0/10)

Brian McBride – Effectvive Disconnect

Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy Riceboy Sleeps. „Effective Disconnect” to piękny, fenomenalny soundtrack do filmu „Vanishing of the Bees”, opowiadającym o tym, że pszczółki znikają. Spokojne, rozmyte, pozbawione rytmu, oparte na żywych smyczkach i instrumentach dętych chmurki i mgiełki. „Świetna muzyka do chodzenia” – napisał Bartek Chaciński o tej płycie. Lepiej bym tego nie ujął. Ta płyta, to obowiązkowa pozycja na randce z samotnością. Świat z nią w słuchawkach jest jakiś milszy. Cieplejszy. I chyba najważniejsze, dalszy. Klik(8.8/10)


Radiohead z cyckami, czyli o kobietach…

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 28 marca, 2011 by headphonesporno

Wszystkie moje cycate fanki, groupies, pseudofanki, sexfanki, fanki, czytelników i haterów przepraszam za mosiężne lenistwo w karmieniu blogaska. Świat sportu, pracy, edukacji i 40% napojów wciągnął mnie sycie i coraz częściej ostatnie na co mam ochotę to stukanie… w klawiaturę. A mój mag w Dragon Age II też sam sobie skills’ów nie nabije. Spokojnie rjebjata, żaden kres nie nadciąga, koniec roku w 2012 aktualny już nie jest, więc Headphonesporno zostanie zamknięte tylko jak umrze Thom Yorke. Albo Justin Vernon. Albo jak się Fleet Foxes rozpadną. Nieważne. Blog żyje, póki mam uszy i zwinne paluszki.

Wiosna przyszła, coraz częściej szpilki zastępują ocieplane Emu, sukienki spodnie, bluzeczki z dekoltem polary, więc nic dziwnego, że o kobietach chce się myśleć, mówić, pisać, chce się kobiety mieć na kolanach no i w słuchawkach. Przedstawiam wam parę przedstawicielek płci pięknej, które sprawiają, że się ostatnimi czasy rozpływam.

Sussane SundfØer – The Brothel

 To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.

Zuzia, Norweżka, feministka, laureatka paru ważnych muzycznych nagród nie podbiła mojego serca. Ona je zjadła. Co więcej ona skończyła szkołę muzyczną! W Polsce po takim wyczynie człowiek umie wszystko, tylko nie tworzyć dobrej muzyki. Zuzia, nie mogła być wzorową uczennicą. Na pewno nie wracała grzecznie ze swoimi nutkami do domciu po zajęciach, żeby ćwiczyć do późna do pianinie i pójść spać o 21. Z zajęć też się musiała zrywać, bo jak wytłumaczymy teksty o romansach czy nazywanie swojego albumu Burdel? Zajęcia ze śpiewu Zuzia jednak zaliczyła wszystkie – to co na (w) Burdelu można usłyszeć, przyprawia o gęsią skórkę od pierwszych sekund. Zuzi zachwyca nas potężnym, pewnym i intrygującym wokalem, który jak chce poszepcze, pokrzyczy, pomruczy a nawet pośpiewa sakralnie (genialny closer „Father Father”). A na czym się ten wokal ślizga?  Na kapitalnie wyproporcjonowanej, melodyczne, bardzo rejdjołhedowej i pełnej zaskakujących przejść mieszance elektroniki, smyczków, przeróżnych klawiszy  i rocka. Ta płyta jest bardziej niż doskonała i bardziej niż obowiązkowa. Nie wierzycie? Ten Burdel to czysta przyjemność! (8.0/10)

Shara Worden /Sarah Kirkland Snider / Signal – Penelope

Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu…  Ogromna trauma,  uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci  ona  czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego.  Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z My Brightest Diamond) zaśpiewała, o tym Signal gra. O tym opowiada neo-klasyczny projekt Penelope a ja o tym wam piszę a wy macie to uważnie przesłuchać, gdyż jest to jeden z najbardziej poruszających projektów muzycznych ostatniego czasu. Urywkowo skonsumowane traci sens, więc tu jest całość. (8.0/10)

Szadi

3 razy TAK! cz.3

Posted in Bez kategorii with tags , , , on 27 grudnia, 2010 by headphonesporno

Beach House – Teen Dream

1. Druga klasa gimnazjum. Korytarz, przerwa, mijaliśmy się obojętnie nieraz, ale tym razem i ona spojrzała. No i coś się u mnie obudziło.

2 . Nie znałem imienia, ale znałem klasę i dokładnie nauczyłem się gdzie miała jakie lekcje. Wzrok zaczął uciekać w jej stronę, ilekroć nie była w jego zasięgu. Nawet między tłumami.

3. Pięciominutówka przed religią, 2 końce korytarza, masa ludzi pomiędzy, ale i tak dokładnie ją widziałem.  „A pójdę tam… coś sprawdzić! Chłopaki, zaraz wracam” .Popatrzyła się na mnie. Przypadek, nie przypadek, do końca dnia nie myślałem o niczym innym.

4. Uśmiechnęła się do mnie!

5. Szkolne walentynki. Głupie kawały, głupie serduszka, głupie wierszyki. Wysłałem. Jak głupi się cieszyłem.

6. „Cześć, pójdziemy do kina na film z Meg Ryan?”

7. Perfumy od Mikołaja na specjalną okazję, różyczka kupiona za pieniądze od rodziców, spacer po parku, ławka, dzieci na placu zabaw. Młodzieńcza sielanka, pierwsze złapanie za rękę.

8.”Całowałaś się już kiedyś?”. „Ja też nie”

9. SMSy wysyłane z Nokii 3210 o treści „KCB”. 15sms/dzień. Kara od rodziców za rachunki.

10. (…)

Jeśli chcecie swoją pierwszą szczeniacką, niewinną, głupią, ale najśliczniejszą miłość przeżyć jeszcze raz, odpalcie sobie Teen Dream i zapomnijcie na chwilę o bożym świecie. (8.9/10)

 

Uśmiechnij się

 

Szadi

3 razy TAK! cz.2

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 25 grudnia, 2010 by headphonesporno

Everything Everything – Man Alive

Wszystko wszystko! Dosłownie wszystko, co słyszę na tej płycie, jest fantastyczne! Zawsze wolałem gitary akustyczne od elektrycznych, pianina od syntezatorów, smooth jazz od popu, a tymczasem płyta, która na 1000% zagości na TOP10 roku bożego 2010 jest pure popem, przy który wszystkie wszystkie stawy mojego ciała zginają się jak szalone! Ahhh!

 

Nie sztuką jest stawać na głowie w czasie 30minutowej  gry wstępnej, by potem dać dupy w tym drugim znaczeniu. Nie sztuką również jest wydać przeklawą EPkę, która narobiła smaku wszystkim a potem zmaścić całą sprawę niemorowym LP. Czwóreczka z Manchesteru namachała nam kiełbasą przed nosem a następnie, uroczyście nam ją wręczyła z pysznymi dodatkami. I to jest to! Cały świat ślinił się słuchając EPki „Schoolin” produkując jak fabryka kisiel w bieliźnie w oczekiwaniu na longplay. Stawka była wysoka, presja jeszcze większa a EvyEvy odwalili robotę na medal. Jak mówią w wywiadach i jak sugeruje nazwa, inspirowali się wszystkim od Steva Reicha, Craiga Davida,  przez Queen czy Radiohead (bo jakże), blablabla. Ta płyta to barwne szaleństwo, gatunkowa transcendencja z Mr. Bungle w tle.  I w łóżku i w muzyce cenię sobie nieoczekiwane zwroty akcji – Man Alive to orgia barw,  gdzie bardzo się postarano  by każda utwór, każda minuta była inna od poprzedniej, zachowując przy tym jednak rdzeń – czystą popową przyjemność. I gitary i wokale (mega wysoki wokal w stylu „zostawił-jaja-w-szatni” Jonathana Higgsa zasługuje generalnie na oddzielny akapit, ale nie nie nie – sami to sobie sprawdźcie, tak samo jak zasługujące na jeszcze inny akapit genialne, często bezpruderyjne teksty – „Who’s gonna sit on your face when I’m gone”) i wszystkie syntetyczne dźwięki – wszystko tu jest tak pokombinowane, co chwilę obraca się o 180 stopni i świruje pawiana, ale to wszystko ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk.

Przyniosłem Man Alive do pracy i sprzedaż nam zmalała, bo rozmawiając z klientem tańczę sobie nieśmiało i gram na niewidzialnej gitarze zamiast snowboardy opylać. Robienie z siebie idioty jednak mi nie przeszkadza – EvyEvy porywają mnie, jak mało która taneczna płyta. Man Alive to muzyczny kameleon – klimaty się zmieniają co chwilę, ale idealnie dopasowuje się do wszystkiego i wszystkich. Miód dla uszu! Wszystko wszystko co tu słyszę jest fantastyczne! Pop nie umarł, tylko dojrzał!  (8.3/10)

<3<3<3

Szadi

Pozycja klasyczna

Posted in O koncertach, O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , on 19 września, 2010 by headphonesporno

W Krakowie wczoraj skończył się Sacrum Profanum a wszyscy dobrze wiemy że Sacrum Profanum to nie tylko pierwszy i ostatni koncert (mum i jonsi) ale również, a w zasadzie przede wszystkim muzyka klasyczna, której koncerty odbywają się przez cały tydzień. No więc udałem się w czwartek, totalnie z głupa, nie sprawdzając nawet cotoktoto, na koncert Ensemble Recherche, który wykonał utwory z repertuaru Hans’a Abrahamsen’a. I jak? Bomba! Wyszedłem po 15minutach, jak połowa sali z resztą. Bądźmy poważni: wchodzi dwóch niemęsko ubranych mężczyzn na scenę, jeden siada za klawiaturą fortepianu, drugi wchodzi do swojej bazy, pełnej gongów, dzwoneczków, grzechotek, tamburyn, skromny ukłonik po czym  zaczęli tworzyć dźwięki (bo muzyką bym tego nie nazwał) totalnie pozbawione jakiegokolwiek rytmu, tonacji, melodii, czegokolwiek co by wywoływało u mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. I mieli to rozpisane na nuty! Jak?! Niemal że na oślep walili raz mocno, raz lżej w te swoje instrumenty; miałem odczucie że równie dobrze ja mógłbym zagrać taki koncert z kimkolwiek, nawet na trzeźwo. Totalne zbezczeszczenie pięknego instrumentu jakim jest fortepian. Wyszedłem po pierwszym utworze (który akurat był polskiego autorstwa…) i pomyślałem: Boże, czy do takiej muzyki trzeba dojrzeć? Jeśli porównać muzykę do pornosów, to je tego dnia oglądałem film ze zwierzętami i przedmiotami martwymi. Pokażę wam więc te cuda w wersji soft, do strawienia przez absolutnie każdego:

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się  ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)

Clint Mansell – The Fountain OST

Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)

Arvo Pärt – Fratres

Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.

A piątkowy Jónsi? Cóż mogę rzec – spodziewałem się mniej, dostałem więcej. Było magicznie i niepowtarzalnie  i chyba widziałem najlepsze wizualizacje do koncertu ever. mimo to zeszłotygodniowego múm nie przebili. Wykonanie piosenki „The Land Between Solar Systems” na długo zapamiętam. Na bardzo długo… (8.8/10)

Szadi

Fantazja z dwoma dziewczynami i nie tylko

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 30 lipca, 2010 by headphonesporno

Co za ironia losu, że zachciało mi się pisać o muzyce, akurat gdy mam zapalenie ucha i słyszę dosłownie w mono. Po obejrzeniu wszystkich filmów świata, rozegraniu miliona bitew na Quake Live (btw, jak ktoś ma konto to zagadywać) przyszła pora na nakarmienie niedokarmianego ostatnio blogaska.

Local Natives- Gorilla Manor

Gdyby nie to, że zaległych płyt do opisania mam jak stąd do Gruzji, to bym napisał odzielną notkę o Local Natives, gdzie trzynastozgłoskowy napisałbym erotyk. Bo w rankingu na „za późno odkrytą płytę z 2009” to właśnie piątka z LA zgarnęłaby laury. W oczekiwaniu na mocno (powtarzam MOCNO!) przeginających pałę Fleet Foxes z wydaniem nowej płyty Local Natives są wspaniałym zamiennikiem. CTRL+Z. Oni nie są zamiennikiem. Z początku (w sensie, że po paru pierwszych piosenkach) można tak pomyśleć, ale tymi Jankesami nie można nie mieć dłuższej miłości, zwłaszcza jeśli w 2008 nasze uszy pieścili Fleet Foxes. Skojarzenie takie budzą przede wszystkim wspaniałe, potrójne harmonie męskie (nie chciałbym, żeby to zabrzmiało gejowsko, ale uwielbiam wspaniałe, potrójne  harmonie męskie),lecz z podobieństw to tyle. Bo FF to grali wszystko o 5 nad ranem przy wschodzącym słońcu, koło jeziora gdzieś w Tennesie. A Local Natives raczej robią imprezę na plaży w środku dnia. Daję dyszkę temu, który słuchając Gorilla Manor nie pokiwa głową, przytupnie nóżką, nie mówiąc już o tańcu na siedząco, jak to się skończyło ze mną. Podczas gdy Fleet Foxes często rezygnowali z perkusji u LN jest ona drugim (po gardzielach) najważniejszym instrumentem. Jest kurefff$ko naparzająca, co najmniej jakby ze 3 kolesi tam siedziało, jest porywająca sama w sobie, a na odzielny zachwyt zasługują… pałeczki! Dźwięk ich uderzania o siebie, lub o krawędź bębna występuje tu często i znacząco wpływa na klimat piosenek. Do tego wszystkiego dochodzą gitary, czasem smyczki, czasem pianina a to wszystko daje kawał, naprawdę świetnej, solidnej roboty, gdzie muzyka jest porywająca, genialna w swojej prostocie (niemalże w każdym utworze mamy do czynienia ze standardowym intro-verse-chorus-itakwkółko) i wchodząca do głowy jak wódzia na czczo. Zakochany po uszy dzielę się z wami, tym co najlepsze. (Największym ignorantom rozkazuje poczekać, lub w najgorszym przypadku przewinąć do 2:50 i zobaczyć co tam się #$%@& będzie zaraz działo!) (8.5/10)

Stornway- Beachcomber’s Windowsill

Wchodzę na rower, odpalam nowość. Zaczyna się jak ciepły, kościelny śpiew słodziutkiego ministrancika, ulubieńca księdza. Po chwili grzeczna gitara i prosta perkusja zrobiły z tego wszystkiego coś, co sprawiło, że dawno mi się tak cudownie na rowerze nie jechało. Stornway to czysty jak łza pop-folk, w którym wraca się do korzeni, do spania w sianie, do wiejskiej sielanki Tomka Sawyera, do podróży Włóczykija,  Huckleberry Finn’a a momentami nawet do szantowych przyśpiewek gdzie gra się na tarce i dmucha w butelkę z potrójnym X na boku. Do tego Brian Briggs i jego nie-mógł-być-lepszy-dla-tego-zepsołu wokal i silnie odbijająca się w tekstach i filmach na necie pasja do natury! Beachcomber’s Windowsill zachwyca prostotą, ciepłem, skromnością, umiejętnością malowania pejzaży, epickim storytellingiem i tym, że się ich nuci co chwile, już po pierwszym przesłuchaniu. Sami popatrzcie, jakie kochane mordki :) (7.7/10)

Coco Rosie- Grey Oceans

Inaczej trochę chciałem to rozegrać. Miałem w planach napisanie notki pt. „Od dupy strony” gdzie ostatnie płyty niedebiutujących już artystów, a które (płyty) byłby dla mnie dziewiczym kontaktem z nimi. I w tej właśnie notce, chciałem się rozpisać na temat Szarych Oceanów. Tak wiem, niezła siara, że jako Pierwszy Fan Muzyki Ogólnie Smutnej IV RP, Coco Rosie poznałem tak na serio w 2010 roku, lecz,  ja zawsze taki byłem w tyle za innymi (do dziś nie mam jeszcze zarostu jak piracice na okładce, a mam 22 lata : ( ) Tak czy siak, nie ma się co rozpisywać co i jak grają Coco Rosie bo każdy to wie. Przesłuchałem (w standardowej dla tego typu odkrycia kolejności 4,1,2,3 ) wszystkie płyty sióstr i ewidentnie więcej na Grey Oceans elektroniki co jest świetne. Bo zawsze jest ona dodana z gracją. Tą samą gracją, z którą siostry śpiewają operowo, grają na syntezatorze i bawią się zabawkami udającym dinozaury. Brakuje mi tylko tej gracji w okładce, która jest najbrzydszą jaką widziałem ostatnio.  Cała płyta, typowo dla CocoRosie, jest przeładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym z gatunku „te najgorsze i najbardziej dołujące”, czyli tak jak lubię najbardziej. Fantazja z dwoma dziewczynami niemalże spełniona. Linky link. (8.3/10)

Burial & Four Tet- Wolf Cub/ Moth
To, że Burial, po ukazaniu swojej tożsamości całemu światu, zacznie współpracować z jakimś rzeźnikiem, było pewne jak 624 x 245=152880. Nie zdziwiłem się więc szczególnie, kiedy usłyszałem o jego projekcie z Four Tet. Czarna koperta, wydanie tylko winylowe i to limitowane- idealnie dobrany mroczny klimat zarówno do twórców jak i zawartości, która choć w liczbie 2 zostawia w głowie wspomnienia intensywne co najmniej jak liczba np. 69. Syntetyczny mrok, będące wizytówką Buriala bity, strzępki powycinanych skądś wokali, parę sampli, tajemniczość, trans. Powinno się tu zadać pytanie czy to tylko, czy aż dwa utwory, które mimo czasu trwania (każdy prawie po 10minut), braku jakiś transcendentnych wykroczeń w strukturze kawałków, nie męczą, nie nudzą, a wręcz przeciwnie- hipnotyzują. To chyba najlepszy czasownik jaki można użyć do opisania tego, co robi z nami Wolf Cub / Moth przez te 19minut. Hipnotyzuje, zniewala i zabiera w inny, mistyczny, duchowy świat. Zwłaszcza ta lepsza połówka, czyli Moth. Wiedziałem, że czarna koperta będzie zawierać coś ciekawego. Nie wiedziałem, że będzie to tak niesamowite. Burial nie ucierpiał na odsłonięciu swojej tożsamości, dalej jest carem swego rzemiosła i dalej wykorzystując swój niepowtarzalny, surowy styl włada naszymi emocjami. O nim pisze mi się łatwo, gdyż jest mi o wiele bliższy, zwłaszcza w emocjonalnym tego słowa znaczeniu, jednak nie można zlekceważyć wkładu pracy Four Tet, który do czarnej koperty wlał tyle samo męskiego potu.  Wyraźnie słychać, a przynajmniej można się domyśleć, kto który dźwięk stworzył i prawdą jest też, że oboje odwalili kawał świetnej roboty. Jak wszystko do czego Burial rekę przyłożył, polecam Wolf Cub / Moth w nocy, najlepiej w półmroku, na słuchawkach. Samo Moth natomiast, w moim przypadku, na stałe wpisało się w set puszczany w czasie nocnych uniesień z tą jedyną… Sami zobaczcie. (7.7/10)


Szadi

Smutaśno

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , on 11 kwietnia, 2010 by headphonesporno

W sumie, to spodobało mi się pisanie na raz o paru płytach w jednym poście, więc dopóty mi się to nie znudzi, bądź nie zachce mi się wylewnie napisać o trochę ważniejszych płytach (a takich na spuście parę mam), będę się trzymał takich trójkątów/ czworokątów. Ziemie słowiańskie miały wczoraj słabszy dzień, więc postaram się dziś napisać o trochę smutniejszych, spokojniejszych płytach, żeby nie było. Dodałbym może jakąś wstążkę czarną w headphoneslogo, ale nie umię. Przy okazji, chciałbym pozdrowić harującego jak wół Tapczana.Mhm.

Arms & Sleepers- Black Paris ’86

Z chłopakami poznałem przez Onet(sic!), i przyznaję, że poleciałem na ich nazwę. Arms & Sleepers- wiedziałem, że to nie może brzmieć źle. No i nie brzmi. Najbardziej przypadła mi do gustu ich debiutancka płyta Black Paris 86, więc to o niej będę baźgrał. Chłopaki otwierają zapominaną już trochę szufladę z triphopem i wrzucają do niej coś do siebie. I kurczę, ich praca to kawał niezłej roboty a już mówię czemu. Muzyka A&S to spokojne, powolne pomieszanie raz instrumentalne, raz elektroniczne utwory. Co więcej, wokalu na tych utworach jest tyle co dobrych piosenek na nowym Gorillaz. W tym momencie powinna się zapalić czerwona lampka, czy aby czasem nie wygląda to tak: puszczamy w kółko fajnie zmontowany bit, robimy do tego elektro-sleepy mgiełkę, CTRL+C  CTRL+V razy 12 i do wytwórni. Taki grzech dwóch pierwszych płyt kapeli All India Radio. I tu pokłon trzykrotny, bo u Arms & Sleepers  tak nie jest. Chłopakom daleko do monotonii, materiał jest zróżnicowany ciekawy i naprawdę ładny. Jak na debiutancki album, to naprawdę kawał dobrej roboty. Linky link. (7.2/10)

Parachutes

Minęły już czasy, kiedy Sigur Ros był mało popularny, a przez to niesamowicie intymny. Ja jednak pozostaję przy dziadowaniu i szczerzę przyznaję, że piękno ich muzyki wciąż trafia prosto w moje serce, podobnie jak wszystko co stworzy ich lider Jonsi. I tak stanowczo podtrzymuję decyzję o uznaniu płyty Jonsi & Alex Riceboy sleeps, jako jednej z najpiękniejszych jakie usłyszałem w roku 2009. I o ile wszyscy wiedzą kim jest Jonsi, to zapewne nie wiele osób próbowało zgłębić postać Alex. Człowieczek ten zaprojektował większość okładek Sigurów, w tym Takk, i założył również swój własny zespół Parachutes , który nieraz ich supportował. I bóg k…a jeden wie, ile nieprzespanych nocy się trudziłem szukając w internecie jakiekolwiek płyty, chociażby EPki do ściągnięcia. Poddałem się jakiś czas temu. I jakaż była moja radość, kiedy odwiedziwszy ostatnio ich Myspace moim oczom ukazał się komunikat, że Parachutes kończą działalność i udostępniają za darmo CAŁĄ SWOJĄ DYSKOGRAFIĘ!

No i jest. Parachutes. Nieistniejący zespół partnera lidera Sigur Ros. Islandia. Nazwa zespołu pochodząca od białych owoców mleczy. Czego chcieć więcej. Czyste piękno. Wszystkie dźwięki nagrywane w kuchni, przez co jakość dźwięku słaba, ale właśnie w tym jest magia. Intymność, bliskość, słaba wyrazistość, nieszablonowość- tylko Islandia może sobie pozwolić na coś takiego. Wszystko to brzmi, jakby ktoś schował w pokoju Alexa dyktafon pod poduszką, który po powrocie do domu (z randki z Jonsim, hehehehe) nuci sobie pod wąsem różne miłosne melodie. Genialne. (8.2/10)

Iambic²

Pieprzony Gnojek! Ma 22 lata a wydał już 2 longplay’e, 2 EP’ki, zaliczył parę dobrych festiwali i pewnie ma jeszcze swoich groopies. Ale trzeba mu przyznać, że zasłużył, bo Guy Andrews, ukrywający się pod pseudonimem Iambic, ma  talent jak stąd do Gruzji. Iambic kupił mnie swoim remixem kawałka Husky Rescue. Cała muzyka jaką tworzy to spokojna ambient elektronika, zahaczająca czasami o jazz czy post-rock. I cóż więcej mogę dodać? Nie jest to jakiś cud, nowatorstwo czy odkrycie roku, lecz na pewno Iambic zasługuje na uznanie i zainteresowanie, choćby nawet przez swój wiek. Tworzy on dźwięki ładne, aczkolwiek lepiej funkcjonujące jako tło, niż ognisko naszego skupienia. Jeszcze jednym ważnym powodem, by się Andrews’em zainteresować jest to, że większość swojej muzyki udostępnia on za darmo, a to co mało znane i za darmo, często jest lepsze niż to co znane i za cash. Tutej ło wchodźcie! (7.3/10)

Jak teraz, ktoś przesłucha wszystkie trzy płyty, od początku do końca i nie zaśnie niech napisze. Nagroda niespodzianka!

Szadi

Pozimowe powodzie płytowe (Wiosenna ogarniawka part.2)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 4 kwietnia, 2010 by headphonesporno

Miike Snow- Miike Snow

Z komputerów korzystamy codziennie a założę się, że nikt nie wie kto je wymyślił. Na rowerach jeździmy wszyscy i też nikt nie wie kto je zbudował. Zwiedzamy piramidy, oglądamy mumie, katakumby i inne pierdoły, ale nikt nie wie kto je odnalazł.  Słuchamy np. „Toxic” Britney Spears i… mam nadzieję, że nie myślimy, że to jej piosenka. Bo „Toxic” to Britney tylko śpiewa.  I jeszcze miała, kurna, za tę piosenkę Grammy dostać. Jakby dostała, to wtedy nagrodę powinni odebrać  Christian Karlsson i Pontus Winnberg, bo to oni stworzyli ten hicior…i wiele innych  należących np. Madonny, Kelis czy innych Kylie Minouge). Dżentelmeni Ci, wraz z Andrew Wyatt założyli zacną kapelę pt. Miike Snow.

Płyta jest 100% popowa. Komercyjnie popowa. Nie jest to jednak komercja typu „Umbrella” Ruhan, tylko właśnie rzędu „Toxic” Britni. Bo przecież „Toxic”, jak i większość kawałków z tego okresu Britney są naprawdę dobre. Świetnie skomponowane, świetnie wyprodukowane i świetnie brzmiące. I taki jest Miike Snow: pozytywnie komercyjny, znakomicie zagrany i wyprodukowany , wybitnie zaśpiewany, no świetny!  Mniej lub bardziej taneczne kawałki, ze zdrową dawką dźwięków od komputera, idealne na tę porę roku. Ani to jakieś ambitne, ani ciężkie. Idealne do puszczenia w MTV po „Meet uncle of mother of my sister”. Idealne na dzwonek za SMSa z tyłu gazetki. Idealne na muzykę do reklamy nowej kolekcji H&M. Miike Snow balansują na granicy dobrej i złej komerchy, z przewagą na tę pierwszą, i oby tak było cały czas. Czek yt ałt! (7.7/10)

Deftones- Diamond Eyes

Zawsze gdy mam ochotę na „pierdolnięcie” odpalam albo Snot, albo Deftones’ów. Z czego tych drugich zdecydowanie częściej.  Cenię sobie ich za to, że podczas gdy ich muzyka jest takim wzburzonym morzem, to rozmarzony wokal Chino jakby nigdy nic płynie sobie po tej wodzie spokojnie.  Kolejna płyta Deftonesów jest dokładnie taka, jaka chciałem żeby była. Nie ma tu żadnych kryzysów wieku średniego, jest ostro, bywa spokojnie. No bardzo ładne piosenki są. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. O płytach tego typu, ciężko mi pisać a o każdej piosence z osobna pisać nie będę, bo to taka forma recenzji jest bez sensu. To tak jakby pisać o książce i opisać każdy jej rozdział  z osobna. Sięgnąć na pewno po Diamond Eyes trzeba, każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest „You have seen the butcher”, którego nigdzie nie ma, tak jak całej płyty, bo premiera 5 maja. Ja już słuchałem bo mi Chino z kumplami wysłali próbkę, żebym powiedział co myślę. (8.7/10)

Pantha du Prince- Black Noise

Za delikatne przegięcie pyty uważam bezgraniczny zachwyt nad Black Noise i nominacje do płyty roku.  Ok, Pantha du Prince to na pewno projekt ciekawy. Dźwięki, które tworzy Henrik Weber, są naprawdę godne podziwu, i człowiek nie raz zastanawia się: jak!? Ładnie gdzieś na necie ktoś to ujął, że Henrik nasypał szklanych kulek do słoika zatrząsnął. Ludzie wsadzają to do szufladki z minimal’em podczas gdy na Black Nosie wszystko wygląda jak Екатерининский дворец w Petersburgu. Plumy, brzdęki, tiktaki, packi,świecidełka. Ładnie tu, ale nie na tyle, żeby cały rok zostawiać. Do tego samego słoika, można śmiało wsypać wszystkie utwory Pantha du Prince’a zatrząsnąć, wylosować pierwszy lepszy, i chyba nikt prócz samego Henrika Weber’a nie będzie wiedział jaki to kawałek i z której płyty. Bo dla mnie wszystko spod loga Pantha du Prince to takie mgiełki. Ani do tego tańczyć, ani się uczyć, ani pod wąsem zanucić. Siąść na stołku, posłuchać i powiedzieć: „Łał”. Nie mam czasu ani cierpliwości panie Weber. Sprafć to. (6.7/10)

Szadi

Grizzly Bear- Veckatimest

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 11 listopada, 2009 by headphonesporno

Każdy kto choć trochę interesuje się grupą Radiohead wie, że ich gitarzysta- Jonny Greenwood nigdy, przenigdy nie mówi nic na scenie. Zmowa milczenia została przerwana w zeszłym roku, na koncercie w Toronto, kiedy to podszedł do mikrofonu i powiedział coś w stylu: „Chciałbym podziękować mojemu najulubieńszemu zespołowi na świecie- Grizzly Bear, za to, że byliście z nami na tour’rze”. Dostając takie błogosławieństwo od carów eksperymentalnego rocka cudotwórcy z Grizzly Bear nie mogli nie wydać kolejnej płyty.

Więc wydali. Panuje już jakiś czas moda na tworzenie nowych nazw gatunków muzycznych. I ja się pobawię- nowa płyta miśków to difficult-alko-dream-folk- o! Tak, „Veckatimest” to płyta trudna. Nie zdziwię się, jeśli przeczytacie moją recenzję, włączycie płytę i po paru minutach wyłączycie z komentarzem- „koleś ma gust jak Strausburger dowcip”. Trzeba do „Veckatimest” podchodzić wiele razy, z wielu stron. To taka ściana: stojąc przed nią słyszymy niewyraźnie, co jest za nią a już na pewno nie widzimy. Zmienne nastroje, tempa, hałas przeplatany z ciszą a do tego wokal Ed’a Droste’a, brzmiący, jakby co najmniej go to śpiewanie męczyło. Kiedy jednak, po którymś przesłuchaniu, znajdziemy w tej ścianie szczelinę- wszystko nabierze barw i kształtów. Z początkowego, dźwiękowego chaosu wyłoni się nam pełen niepokoju, melancholii i nie do końca pełen sensu obraz, przypominający bardzo marzenia senne po zakrapianej nocy. I stąd mój „alko-dream folk”. Tyle, że rano zamiast kaca mamy ochotę na jeszcze. (8.5/10)

Szadi

Tekst ukazał się w gazetc WUJ, listopad 2009

My Brightest Diamond- A thousand shark’s teeth

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 23 lutego, 2009 by headphonesporno

Zgodnie z tradycją, zaraz po opublikowaniu Muzycznego Podsumowania Roku, wpadła mi w ręce płyta, którą definitywnie umieściłbym na tejże liście i to na bardzo wysokim miejscu. Życie…

Uszy mojego serca podbiła tym razem Shary Wordem ukrywająca się pod pseudonimem My Brightest Diaomnd. Skromna, ale definitywnie nie cicha chórzystka Sufjan Stevens’a postanowiła sama sięgnąć po instrumenty i uwolnić magię, która w niej spoczywała- tak powstała jedna z najbardziej zaczarowanych płyt zeszłego roku. Sharon jest multiinstrumentalistką, z czego najmocniejszym jej instrumentem jest definitywnie jej głos, będący mieszaniną doniosłości głosu Antoniego Hegarty, czystości Jeff’a Buckley’a i estrogenu. Ta wybuchowa mieszanka mknie przez spokojne smyczkowo-dęto-strunowe morze niczym torpeda mająca na celu zatopienie wszelkich złych skojarzeń ze słowem „opera” . Bo tak własnie najtrafniej zdefiniowałbym muzykę My Brightest Diamond- Opera XXI wieku. Nie bałbym się również określić jej muzyki jako soundtrack’u do jeszcze nie nakręconego filmu. Pełno tu pobudzających wyobraźnię długich, spokojnych smyczkowo-mruczankowych wstawek przeistaczających się potem w wielki, wyniosły wybuch, zabierający nas gdzieś wysoko…

…a cała magia polega na tym, że zostajemy w chmurkach na dłużej- do końca ostatniej piosenki. (8.8/10)

Szadi

Iowa Super Soccer- Lullabies to keep your eyes closed

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 19 września, 2008 by headphonesporno

Polska wreszcie, jakieś 3 lata po tym jak na świat ogarnęła wielka fala indie-boom, zaczyna sie ogarniać i sama wydawać jakieś gównianie sztuczne indie bandy, same nie wiedzące kim do końca są i co mają grać. Pod prąd tym wszystkim Rentonom czy OutOfTune’om, płynie sobie spokojnie IowaSuperSoccer, pokazując że nagrywanie pod potrzeby kraju to stanięcie w jednym rzędzie z Feel’em.

ISC to kwintet z Mysłowic, który podbije wasze serca melancholijnymi kawałkami z akustykiem w roli głównej. Do tego dochodzą delikatne wiolonczelki, skrzypeczki i harmonijki, za mikrofonem zaś stoi pani Natalia i pan Michał. Podcza gdy Michał śpiewać nie do końca umie, Natalia robi to wyśmienice przez co wspaniale się uzupełniają, co daje bardzo miły dla ucha efekt w stylu Porter/Lipnicka, ale ISC i oni to dwie rózne bajki, oczywiście. Śpiewając o miłości, posługują się niestety tylko językiem angielskim. Szkoda, bo nie wierze, ze nie zmieściłaby się choć jedna z polskm tekstem. Nie zmienia to jednak faktu, ze płyta jest poruszająca i wierzyć się nie chce ze tak dobry materiał powstał w naszym kraju. Owacje na stojąco należą się tez za to, że Iowa nie wstydzi się grać muzyki spokojnej, mówięcej „nie” całemu temu mainstream’owemy syfowi. Martwi mnie tylko to czy Polska jest gotowa na taką muzykę, bo od tego zależy przyszłość formacji. Oby… (8.0/10)

Szadi

Fleet Foxes- Fleet foxes

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 4 września, 2008 by headphonesporno

Dawno, naprawdę dawno nie byłem tak zafascynowany, pochłonięty jakąś nową płytą. Dawno żadnej tak często nie słuchałem, bo aż parę razy dziennie. Oto Fleet Foxes, znakomity debiut prosto z Seattle. Zgarniają same wysokie noty wśród NME, The Times, Guardian; nominowani są do płyty roku 2008. Ale wszystko po koleji.
Fleet Foxes to piątka +/- dwudziestolatków, którzy przechadzając się w roku 1930 po stepach, niedaleko swojego małego amerykańskiego miasteczka, wpadli w wir czasoprzestrzenny i wylądowali w naszych czasach. Wszyscy noszą zatem stare swetry i koszule, dłuższe włosy, długie brody, uwielbiają grać na pianinach, gitarach, mandolinach itp. i oczywiście śpiewać. I śpiew jest tu najmocniejsza stroną. Ciężko dziś o naprawdę dobry, mocny, niefałszujący wokal męski. A tu mamy takich aż 5. W piosenkach wszechobecna jest harmonia. Najczęściej oczywiście słyszymy frontmana czyli Robina Pecknolda, ale całe 40min nieodstepują od niego koledzy, tworząc chórki, harmonie, dueciki i inne ciekawe zabiegi. I wcale nie brzmi to jak jakieś kościelne przyśpiewki. Słuchając FleetFoxes, wyraźnie czuć, że wokalnie chłopcy czują sie naprawdę pewnie i są świadomi tego, że naprawde umieją śpiewać.
Cała płyta przenosi nas do czasów, z których lisy przybili. Lata trzydzieste, północna Ameryka, małe miasteczka, noce spędzone przy ognisku pod gołym niebem, kilkudniowe wyprawy po dziczy. Skromni muzycy, w swoich bardzo osobistych tekstach śpiewają o rodzinie i przyjaciołach, wplatając we wszystko zachody słońca, dziką przyrodę, domy na farmie i wszystko co może się z tym kojarzyć.
Niskie zatem pokłony proszę. Chłopaki nagrali płytę skromnie, w domowych warunkach, zero elektroniki, standardowe insrumenty, proste ale jakże przyjemne dla ucha melodie, nie bawią się w gwiazdy, czysta pasja i oddanie. Czego chcieć więcej. Pozostaje słuchać, zachwycać się FleetFoxes i czekać na nową płytę i… (tu powieniem napisać:”modlić się by sukces im do głów nie strzelił” ale jestem pewien że tak nie będzie) i słuchać i tyle! Oh Lord, Amen! (8.8/10)

Szadi

%d blogerów lubi to: