Archiwum dla 7/10

Jedna krótka, jedna dluga i trzy w paru zdaniach bo spać iść trzeba.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 października, 2011 by headphonesporno

Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Zdaje się, że przygodę z tym duetem zacząłem od dupy strony, bo to już trzecie dziecko tego niemiecko-japońskiego, męskiego duetu. Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej. Konicznie sprawdzę jak prezentują się dwa poprzednie wydawnictwa duetu, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest duża szansa, że Summvs zostanie jeszcze pod koniec grudnia przywołane na tym blogu. 8.4/10

kssszzzzzz

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

<teskt pisany ok. 22:00> Miałem mieszane uczucia po pierwszym przesłuchaniu i mam je wciąż teraz, po dziesiątym odsłuchaniu. KDZKPW wrócił po (za) długiej przerwie i nie wiem, czy aby czasem chłopaki nie pozapominali jak grać się powinno w Kombajnie.

<tekst pisany ok.23:00 po jeszcze jednym, bardzo dokładnym odsłuchaniu> Nie, nie, nie, cofam i przepraszam. Karmelki i Gruz to jednak dzieło wybitne, choć nie tak rewelacyjne jak wydania poprzednie. Kombajn wrócił i każdy, kto kochał Ósme Piętro i Lewą Stronę Literki M odnajdzie się i wśród Karmelków i Gruzu. Przerwa nie sprawiła co prawda, że jest tu lepiej niż było, jest co najwyżej tak samo, ale to nic złego. A czemu mi sie tam wkradło „co najwyżej”? Bo Zagański z kolegami zaczęli strasznie kombinować w kompozycji. Nie żeby wcześniej tego nie robili, ale chyba za bardzo skupili się na (momentami mam wrażenie, że trochę na siłę) obligatoryjnej niebanalności strukturalnej utworów, zabijając po części brzmieniową płynność, która przecież, wcale nie oznacza niczego złego (drugi album KDZKPW w tym momencie puszcza oczko). To jak seks na jeźdźca, gdzie nagle Damian wyskakuje i przypadkowo wciska się przez tylne wejście, rozumiecie? Niby dalej przyjemnie, ale jakaś czerwona lampka się zaświeca. Na szczęście lampka zapalała się tylko przez pierwsze parę przesłuchań. Z czasem w każdym „niewygodnym” momencie zacząłem doszukiwać się swojego własnego sposobu na przejście dalej i tak uformowała się piękna podróż po Gruzie i Karmelkach.

Nie wyobrażam sobie, żeby ten krążek został wydany wiosną czy latem. Jesień to pora żółtych liści, szalików i KDZKPW w odtwarzaczu. Ogromny wpływa miał i ma dalej na to brud nagraniowy, będący po części wizytówką zespołu. Cały materiał nagrany „na setkę”, bez dogrywania potem innych partii, w wersji finalnej brzmi jakby totalnie  pominął proces masteringu, a tym zajmował się tutaj przecież  Andrzej Smolik. Także frontman Zagański nie zawiódł ze swoimi neurotycznymi tekstami. Karmelki i Gruz to kolejna widokówka ze zdrowo pojebanego i brudnego świata, który ma w głowie pseudo – schizofrenik Zagański. Nic tylko kopiować na opisy na FB i patrzeć jak kciuk w górę goni kciuka.

– Raczej nie ma szans, aby przesylka z plytami, w której będzie „Karmelki i Gruz” dotarla w dniu dzisiejszym. Najprawdopodobniej plyty otrzymamy w przyszlym tygodniu, byc moze jutro, ale nie jest to pewne.

– Cóż, szkoda, bo wolę Państwa sklep od Empiku, ale nie wytrzymam z odsłuchaniem tej płyty do przyszłego tygodnia…

Odżalowałem 7 zł więcej i kupiłem krążek w Empiku. Nie żałuję. 8.1/10

wow

Barn Owl – Lost in a Glare

Rzadko już stosuje się zabieg, gdzie okładka płyty określa to, co na płycie się dzieje. A tutaj tak właśnie jest. „Lost in a Glare” to muzyka rozgrzanych pustkowi i rytmiczny sufler podpowiadający w jakim tempie przez te pustkowia iść. Gitarowy hezychazm, zarejestrowany analogowo, zabawa w trans dla początkujących. Świetny album i chyba największy „niezobaczony” na tegorocznym Offie. 7.3/10

idź

My Brightest Diamond – All things Will Unwind

Cóż Ty mi zrobiłaś Saro Warden? Rezerwowałem dla Ciebie w ślepo miejsce w rocznym zestawieniu płyt roku 2011, a tu pstryczek  w nos, wystawiony język i figa z makiem. Czekałem na Ciebie tak bardzo, jak na nowego Deus Ex’a. I co? Zawiedliście. Nie bardzo, nie po całości, ale zawiedliście. Już okładka była swoistym, alarmującym uszczypnięciem przywracającym do trzeźwości. „Nie za wesoło tutaj? Przecież nie taki styl ma MBD?” Tak Ci dobrze szło na dwóch poprzednich płytach, po chuj w pełni oddałaś się folk-operze? Po co tyle kombinowania ze smyczkami? Po co jakieś idiotyczne fujarki i fleciki? Już miałem w obserwowanych Twoja płytę na ebayu. Odhaczyłem to. Szkoda. 5.2/10

niech stracę

Modeselektor – Monkeyown

No kurwa!  8.8/10

dupdupdup!

wstawiony Szadi

Fajne płyty

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 12 Maj, 2011 by headphonesporno

Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Ach ta dzisiejsza młodzież. Zamiast pić alkohol, palić papierosy i uprawiać szalony seks w ciemnych bramach, oni nagrywają płyty, które wprowadzają sporo zamieszania w świecie muzyki i w połowie roku dokonują rezerwacji na muzycznych podsumowaniach roku. Ok, co to jest Nicolas Jaar? To James Blake. Tylko zamiast „God Save the Queen” śpiewa „A Star-Spangled Banner”. Śmiało można przyłożyć obie płyty do siebie i zadać niełatwa zagadkę – znajdź różnice. Obaj młodzi, obaj zdolni, obaj kochają pustkę, minimalizm, obaj są świetnymi elektronikami, ale to nie oznacza, że nie wiedzą co to pianino czy śpiewanie. „Space is Only Noise” to 46minut lewitacji w pustce, z lekko rozmytym obrazem; to grzebanie wspomnieniach z dzieciństwa na tle nieśmiałego dubu a wszystko oprawione w subtelną, inteligentną elektronikę, która miewa zarówno momenty przytupu jak i chrapnięcia. Czuć tu, podobnie jak u Blake’a szacunek do dźwięku, totalne opanowanie swoich elektronicznych zabawek i, co najważniejsze, brak pyszałkowatości podczas zabaw samplerami i laptopami, wszystko z rozwagą, przemyśleniem i rozumem. Generalnie: ładne. Bardzo nawet. (7.8/10)

True Widow – True Widow

Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami. True Widow. (7.5/10)

Alex Turner – Submarine OST

Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „Riot Van„, czy „Only Ones Who Know” wiedziałem, że wokalista Arctic Monkeys w wersji „leniwie na tarasie, na bujanym fotelu” bardzo dobrze by sobie poradził. Umie gnojek porwać nie tylko do szalonego pogo, ale i do miluśkiego tańca-przytulańca, jak dawno temu, do „Ameno”/”My Heart Will Go On” na koloniach w podstawówce. Ach! Płyta „Sumbarine OST”, jak sama nazwa wskazuje jest soundtrkiem do filmu „Submarine”debiutanckiego filmu twórcy wielu teledysków Arktiksów. Alex częstuje nas (niestety tylko) 6 leniwymi piosenkami zanuconymi głównie na akustyku z jakimiś delikatnymi pomagajkami w tle. Muzyk do tego, swoim ciepłym i miłym dla ucha głosem ze zmanierowaną angielszczyzną zaśpiewa o miłości w stylu: I’m not that kind of fool that’s gonna sit and sing to you, bout stars girl…  Płyta to naprawdę FAJNY sposób na miłe spędzenie 19 minut. Z całego serca polecam sobie to odpalić na rowerze – człowiekowi uśmiech sam pcha się wtedy na twarz. No sami posłuchajcie. (7.0/10)

Brian McBride – Effectvive Disconnect

Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy Riceboy Sleeps. „Effective Disconnect” to piękny, fenomenalny soundtrack do filmu „Vanishing of the Bees”, opowiadającym o tym, że pszczółki znikają. Spokojne, rozmyte, pozbawione rytmu, oparte na żywych smyczkach i instrumentach dętych chmurki i mgiełki. „Świetna muzyka do chodzenia” – napisał Bartek Chaciński o tej płycie. Lepiej bym tego nie ujął. Ta płyta, to obowiązkowa pozycja na randce z samotnością. Świat z nią w słuchawkach jest jakiś milszy. Cieplejszy. I chyba najważniejsze, dalszy. Klik(8.8/10)


Niezła dupa… z twarzy.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 27 lutego, 2011 by headphonesporno

Miałem dużo fantazji odnośnie tego w jaki sposób to zrobię po raz pierwszy. Nie wiedziałem czy wybrać do tego łóżko, czy zrobić to gdzieś na świeżym powietrzu czy w aucie późną nocą. Nie wiedziałem dokładnie kiedy to się stanie, jednak wiedziałem, że stanie się to na pewno. Nie znałem jej lecz wierzyłem, że będzie moja kochanką na bardzo długo. Zawsze tak było. Mieliśmy to zrobić pierwszy raz w sobotę, 19 lutego, jednak ona znowu mnie zaskoczyła i przyszła do mojego pokoju dzień wcześniej. Wylądowaliśmy u mnie w łóżku. Płyta „King of Limbs” była niezła, lecz to już nie jest ta kochanka co kiedyś.

Gdyby porównać jakąkolwiek wcześniejszą płytę Radiohead do kobiety, to byłby to ideał. Inteligentna, piękna, obrzydliwie kreatywna i zaskakująca nawet po kilku latach znajomości i wciąż będąca w pewien sposób tajemnicza i nieodkryta. Taka była „In Rainbows” i wszystkie przed nią. Tymczasem mój pierwszy raz z „King of Limbs,  zmienił się ostatecznie w trójkąt – dołączyło się delikatne rozczarowanie. Było szybko, kiepsko i tylko ona doszła… do końca.

Zawsze byłem ślepym i wiernym fanem Radiohead. Każde najgłupsze słowo Yorke’a odbierałem przez obtarty już do bólu pryzmat „RH to geniusze i chuj”. Są zespoły świata i Radiohead – niedoścignięty geniusz. Jednak w najciemniejszych zakątkach wyobraźni uświadamiałem sobie po cichu, że nic nie trwa wiecznie i wiedziałem, że przyjdzie czas kiedy i oni w końcu się potkną. Że przyjdzie czas kiedy zębatki w fabryce płyt idealnych w końcu przestaną pracować jak należy. No i pękło.

King of Limbs to nic innego jak płyta… przeciętna. Nie ma tu czarnego / białego. Jest tylko odcień szarości. Podążając moim recenzenckim transwestytyzmem – ta płyta jest potwornie inteligentną dziewczyną, z fajnym tyłkiem ale brzydką opryszczoną twarzą, która używa przeterminowanych perfum o tym samym zapachu co poprzednia.  King of Limbs jest duszne, klaustrofobiczne i rozmazane. Przez pierwszą połowę płyty (czyli do „Feral”) niemalże oślepiająco razi w oczy gitarowy minimalizm i perkusyjny barok. Melodia oddała życie za rytmikę. Brakuje tu również… zespołu! Gitary: sprzedane. Perkusja: „ej Phil, siema tu Thom. Właściwie to nagrywam album naszej kapeli, wiem że jesteś trochę zajęty pisaniem swoich smutnych piosenek, ale możesz wpaść do studia, nagrać szybko jakieś totalnie pojebane rytmy, a my je potem puścimy w kółko? Tak? spoko. A i weź akustyka, potrzebuję go do jednej piosenki„. Ed („czekaj, kojarzę go, on nie grał czasem kiedyś w Radiohead?”), Colin i Jony też chyba  za długo w studiu się nie zagrzali -cały KoL brzmi bardziej jak solowy Tomek z pomocą Godricha, który jako realizator-producent też się raczej tu nie popisał – duża część albumu to brzydka zbitka  dźwięków, które bardziej ładują się jeden na drugiego niż stoją ładnie w szeregu. Nic tu nie jest ani wyraźne ani ładnie obrobione (płyta przesłuchana na studyjnych słuchawkach brzmi okropnie! Sic!). Od  pasa w dół „King of Limbs” robi się już ciekawsze. Jest bardziej harmoniczne,  klasycznie, bardziej rejdjołhedowo, ale to za mało na miłość a nawet romans.

Nie kieruję kciuka w dół dla nowych Radiogłowych. Jako ślepy fan znalazłem ścieżkę, którą będę przemierzał przez tą płytę i znalazłem momenty (refren „Morning Mr. Magpie”), minuty (cały „Lotus Flower” )i linijki (znowu „Lotus Flower” i „Codex”), przy których jakieś tam ciarki dostaję, ale momenty, minuty i linijki to stanowczo za mało na kisiel w gaciach. Po cichu liczę, że teoria spiskowa, że KoL to album dwupłytowy okaże się prawdą i strona B okaże się bardziej zaspokajającą kochanką. Póki co jest to tylko przeciętna dzieucha z brakiem pomysłów na siebie i na wieczór ze mną.

7.0/10 (powinno być 6.0 ale jak Radiohead to zawsze +1 do oceny ogólnej)

Jedyny kiler: http://www.youtube.com/watch?v=cfOa1a8hYP8

 

Szadi

 

Antek dalej nie zna swojej płci, ale to dobrze…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , on 22 listopada, 2010 by headphonesporno

Teraz, gdy już spełniłem swoje 3 letnie marzenie i zagrałem Everything in it’s right place na swojej nowej, pięknej Yamasze (przez którą notek ostatnio było ile było),  przeszedłem Fallout’a New Vegas i założyłem po 1,5 miesiąca abstynencji słuchawki na uszy, mogę w końcu napisać coś konkretnego na wychudzonym ostatnio Headphonesporno. A że mamy jesień, a ja mam piękną Yamahę metr ode mnie, grzechem byłoby dla mnie nie napisać o czymś klawiszowym:

Anthony & The Johnsons – Swanlights

Podobno gdzieś w Niemczech znajduje się miasteczko, które nie zostało odbudowane po bombardowaniach z czasów II Wojny Światowej, które w takim stanie egzystuje, rzecz jasna dla celów turystycznych. Antony w tym roku też zrzucił bombę – melancholijną atomówkę prosto na moje wrażliwe muzyczne serce, a ja nie mam zamiaru po tym dochodzić do siebie – wracam do tego tak jak Ci turyści w Niemczech i zachwycam się za każdym razem tak samo.

O Anthonym na tym blogu powinno się do tej pory pojawić ok 6 wpisów – czyli tyle ile mniej więcej płyt wydał. Jezus współczesnej muzyki alternatywnej, Chopin wrażliwości, Thom Yorke melancholii, którego głos albo się kocha całym sercem, albo z całego serca nienawidzi, działa na mnie jak słońce na sople . I co z tego, że bidulka Antek nawet nie wie czy chce być nim czy nią – jeśli jego teksty, muzyka, emocje wynikają właśnie ze swoich płciowych rozterek, to egoistycznie z całego (rozgrzanego) serca życzę mu tego niezdecydowania do końca życia.

Przestraszyłem się nieco, gdy słuchając pierwszego tracku z zapowiadającej Swanlights EP-ki „Thank You For Your Love” zauważyłem, że jest to utwór…  wesoły. Ostatni raz Antek się tak wygłupił przy Hercules & Love Affair sprawiając sobie tym samym jedyny w historii naszej znajomości brak błogosławieństwa. Na szczęście reszta tejże EPki jak i cały LP Swanlights to kontynuacja tego, co Antek do tej pory robił najlepiej, czyli kruchych utworów, które z całych sił próbują wzbudzić w nas gęsią skórkę dzięki swojej prze szczerej melancholii. Płyta będąca podsumowaniem dziesięcioletniej twórczości twórczości Antony & The Johnsons to mieszanina skromnego mruczenia pod noskiem spod znaku „I am A Bird Now” i bardziej wzbogaconego o dźwięki ” A Crying Light”. W efekcie dostajemy potężny ładunek emocjonalny, w którym boski głos Antony’ego  porusza sprawy uśmiercania niewinnych zwierząt (martwy miś na okładce) czy zakochiwania się w istnieniach już martwych. Płyta ta po brzegi wypełniona dramaturgią, trzymająca napięcie od klucza wiolinowego do zamknięcia jest pozycją obowiązkową dla każdego. Nie ważne czy piszecie na Facebooku: „I miss summer” – Antony Hegharty to kanon, ikona i Jezus, którego twórczość trzeba poznać. (7.6/10)

Szadi

Rozmanżanie się misiów gryzli

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Na 3 godziny przez zobaczeniem otwierającego znakomite Sacrum Profanum koncertu múm & friends (ależ ja ostatnio festiwali zaliczam, co?) zachciało mi się szybko coś naskrobać. W końcu parę literek o czymś, co nie jest festiwalem.

The Morning Benders- Big Echo

Grizzly Bear, Grizzly Bear , Grizzly Bear. W każdej nawet najmniejszej recenzji tyczącej się tej płyty, nawet takiej pisanej między horoskopami a ogłoszeniami 0700 w piątkowym dodatku do Dziennika Polskiego musi, choćbym nie wiem co, znaleźć się słowo Grizzyly Bear. Nie ma wuja we wsi, musi i tyle. Dlaczego? A no dlatego, że NIEPRAWDĄ jest stwierdzenie, że Morning Benders brzmią jak Grizzy Bear. Bo Mornings Benders są Grizzly Bear’ami. Wszystko za sprawą Chrisa Taylor’a (ale nie tego od Dungeon Siege :P), czyli świetnego basisty Grizzly Bear oraz jednocześnie ich producenta, którego wkład przy Big Echoes był  no, nie mały. W oficjalnych wywiadach i artykułach zapewne przeczytamy, że Taylor po prostu wyprodukował tą płytę, my jednak dobrze wiemy, że niejedną flaszkę Bendersi z Grizzly Bear wypili na tourach (bo supportowali się nie raz) i przy któreś z kolei padło hasło „let’s do it together guys”.

Tak czy siak mamy tu płytę bardzo intensywnie pachnącą Grizzly Bearami, poczynając od samego brzmienia gitar („Promises”) do pianinek („sam początek płyty na przykład), harmonii (najładniejsze z całej płyty „Sleepin In”) a nawet samych strun głosowych wokalisty- Chrisa Chu. Big Echoes to płyta, która z całego serca dąży do totalnej nieprzewidywalności. Co chwile zmieniające się tempa, brzmienia, nastroje, wszystko to co zaskakiwało nas i odwracało kota ogonem na Veckatimest zaskakuje i odwraca kota ogonem na Big Echoes. Jak narazie możecie mieć wrażenie, że ja tej płyty nie lubię. A jest wręcz przeciwnie! Morning Benders bardzo, ale to bardzo mi się podobają. Nie oskarżam ich o podrabianie stylu, bo trudno nie brzmieć jak Grizzly Bear (jedenaście) gdy pracuje z Tobą ich muzyk i producent. W całej tej notce napisałem słowo Grizzy Bear łącznie 11 razy i ani mi ani pewnie wam to nie przeszkadza. Tyle samo a nawet więcej jest Grizzly Bear w nowej płycie The Morning Benders i zamiast przeszkadzać, zaczarowuje mnie to niemal tak samo jak Veckatimest. (7.7/10)

Ahh! Pora na múm!

Szadi

Nocne spotkanie i klon Bonobo

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 11 sierpnia, 2010 by headphonesporno

UNKLE- Where Did the Night Fall

Budząc się w środku nocy namiętnie lubię, przezwyciężając pierw wszelkie czynniki zmuszające mnie do pójścia dalej spać, włączyć sobie radio, coby mi cicho grał do uszka. Prawda jest taka, że szeroko pojęte polskie media radiowe za dnia nie serwują czegoś co mnie satysfakcjonowało. Inaczej to wygląda (a w zasadzie brzmi) w porach nocnych, kiedy np. w Trójce można usłyszeć naprawdę tłuste kawałki. (Oczywiście, my Krakusy poradziliśmy sobie z tym problemem i mamy boską, studencką Radiofonię, która kiedyś wprowadzi małe zawieruszenie w polskich mediach, szerząc się na cały kraj <3)  Tak czy siak, pewnej pięknej, deszczowej nocy wykonałem czynności opisane wyżej i usłyszałem… no właśnie, coś usłyszałem. Wiedziałem tylko, że głos znajomy i już po paru sekundach rozbudzony, czekałem do końca piosenki. „Prawda, że niesamowite? To proszę państwa był nowy UNKLE, zamykający utwór z Markiem Leneganem”. Wiedziałem! No i się wkręciłem. UNKLE nigdy nie znałem za dobrze, wiedziałem tylko, że co płytę stosują złotą zasadę Michała Wiśniewskiego „keine grenzen”, więc po Where Did the Night Fall można było się spodziewać absolutnie wszystkiego. Co dostaliśmy? Całkiem niezłą dawkę electro/triphop’owych czteryipółminutowców, tradycyjnie z multum gości. Cudów wielkch ni mo. Materiał jest dobry, jest tu wszystko od hałasów, do motywów orientalnych, smyczków, potężnych porywających perkusji do doniosłych chórów. Jednak mimo całej tej różnorodności, którą Lavelle i Clements starają się nam zaserwować, płyta zaczyna być monotonna i gdzieś, mniej-więcej w połowie, miałem już dość. Ocenę jednak, po znajomości dostają ode mnie pozytywną, właśnie przez nasze nocne zapoznanie, które okazało się być najlepszym kawałkiem na płycie. Dla niego warto posłuchaj tej płyty do końca. (7.2/10)

Berry Weight – Music for Imaginary Movies

To jest płyta debiutowa, lecz nie znaczy to, że już się nigdy nigdzie w świecie nie pojawili. Dawno temu Wax Tailor zarządził konkurs na remixy swoich kawałków no i zgadnijcie, kto wygrał? Yeap! Berry Weight to dwójka didżejów, którzy tworzą, jak sami to określają: „electro / organic / space / jazz”. Cóż, i to właśnie tworzą. Wykonane z największą precyzją na pół chilloutowe kawałki znakomicie podchodzą o każdej porze dnia i nocy do jakiejkolwiek czynności. Nazwałbym to tanią podróbką Bonoba, jednak znacząco odróżniającym czynnikiem obu wykonawców jest spore użycie mixera na Music for Imaginary Movies, który wnosi w 11 utworów naprawdę dużo czarów. Nie do końca wiem, co mogę jeszcze o tej płycie napisać. Nie są to jakieś cuda, nie jest to kiszka, taka o! uniwersalna muzyka, którą można puścić i na randce i jako melodyjkę w windzie. Bonobo cieszy się w Polsce niemałym uznaniem, więc myślę, że każdy kto go lubi polubi i formację Berry Weight. Naprawdę warto zato sprawdzić teledysk to piosenki „Equations” i poczekać to momentu kiedy Astrid Engberg będzie śpiewać „so maybe we could give all the numbers, colours instead…” śliczne! (6.9/10)

Szadi

Fantazja z dwoma dziewczynami i nie tylko

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 30 lipca, 2010 by headphonesporno

Co za ironia losu, że zachciało mi się pisać o muzyce, akurat gdy mam zapalenie ucha i słyszę dosłownie w mono. Po obejrzeniu wszystkich filmów świata, rozegraniu miliona bitew na Quake Live (btw, jak ktoś ma konto to zagadywać) przyszła pora na nakarmienie niedokarmianego ostatnio blogaska.

Local Natives- Gorilla Manor

Gdyby nie to, że zaległych płyt do opisania mam jak stąd do Gruzji, to bym napisał odzielną notkę o Local Natives, gdzie trzynastozgłoskowy napisałbym erotyk. Bo w rankingu na „za późno odkrytą płytę z 2009” to właśnie piątka z LA zgarnęłaby laury. W oczekiwaniu na mocno (powtarzam MOCNO!) przeginających pałę Fleet Foxes z wydaniem nowej płyty Local Natives są wspaniałym zamiennikiem. CTRL+Z. Oni nie są zamiennikiem. Z początku (w sensie, że po paru pierwszych piosenkach) można tak pomyśleć, ale tymi Jankesami nie można nie mieć dłuższej miłości, zwłaszcza jeśli w 2008 nasze uszy pieścili Fleet Foxes. Skojarzenie takie budzą przede wszystkim wspaniałe, potrójne harmonie męskie (nie chciałbym, żeby to zabrzmiało gejowsko, ale uwielbiam wspaniałe, potrójne  harmonie męskie),lecz z podobieństw to tyle. Bo FF to grali wszystko o 5 nad ranem przy wschodzącym słońcu, koło jeziora gdzieś w Tennesie. A Local Natives raczej robią imprezę na plaży w środku dnia. Daję dyszkę temu, który słuchając Gorilla Manor nie pokiwa głową, przytupnie nóżką, nie mówiąc już o tańcu na siedząco, jak to się skończyło ze mną. Podczas gdy Fleet Foxes często rezygnowali z perkusji u LN jest ona drugim (po gardzielach) najważniejszym instrumentem. Jest kurefff$ko naparzająca, co najmniej jakby ze 3 kolesi tam siedziało, jest porywająca sama w sobie, a na odzielny zachwyt zasługują… pałeczki! Dźwięk ich uderzania o siebie, lub o krawędź bębna występuje tu często i znacząco wpływa na klimat piosenek. Do tego wszystkiego dochodzą gitary, czasem smyczki, czasem pianina a to wszystko daje kawał, naprawdę świetnej, solidnej roboty, gdzie muzyka jest porywająca, genialna w swojej prostocie (niemalże w każdym utworze mamy do czynienia ze standardowym intro-verse-chorus-itakwkółko) i wchodząca do głowy jak wódzia na czczo. Zakochany po uszy dzielę się z wami, tym co najlepsze. (Największym ignorantom rozkazuje poczekać, lub w najgorszym przypadku przewinąć do 2:50 i zobaczyć co tam się #$%@& będzie zaraz działo!) (8.5/10)

Stornway- Beachcomber’s Windowsill

Wchodzę na rower, odpalam nowość. Zaczyna się jak ciepły, kościelny śpiew słodziutkiego ministrancika, ulubieńca księdza. Po chwili grzeczna gitara i prosta perkusja zrobiły z tego wszystkiego coś, co sprawiło, że dawno mi się tak cudownie na rowerze nie jechało. Stornway to czysty jak łza pop-folk, w którym wraca się do korzeni, do spania w sianie, do wiejskiej sielanki Tomka Sawyera, do podróży Włóczykija,  Huckleberry Finn’a a momentami nawet do szantowych przyśpiewek gdzie gra się na tarce i dmucha w butelkę z potrójnym X na boku. Do tego Brian Briggs i jego nie-mógł-być-lepszy-dla-tego-zepsołu wokal i silnie odbijająca się w tekstach i filmach na necie pasja do natury! Beachcomber’s Windowsill zachwyca prostotą, ciepłem, skromnością, umiejętnością malowania pejzaży, epickim storytellingiem i tym, że się ich nuci co chwile, już po pierwszym przesłuchaniu. Sami popatrzcie, jakie kochane mordki :) (7.7/10)

Coco Rosie- Grey Oceans

Inaczej trochę chciałem to rozegrać. Miałem w planach napisanie notki pt. „Od dupy strony” gdzie ostatnie płyty niedebiutujących już artystów, a które (płyty) byłby dla mnie dziewiczym kontaktem z nimi. I w tej właśnie notce, chciałem się rozpisać na temat Szarych Oceanów. Tak wiem, niezła siara, że jako Pierwszy Fan Muzyki Ogólnie Smutnej IV RP, Coco Rosie poznałem tak na serio w 2010 roku, lecz,  ja zawsze taki byłem w tyle za innymi (do dziś nie mam jeszcze zarostu jak piracice na okładce, a mam 22 lata : ( ) Tak czy siak, nie ma się co rozpisywać co i jak grają Coco Rosie bo każdy to wie. Przesłuchałem (w standardowej dla tego typu odkrycia kolejności 4,1,2,3 ) wszystkie płyty sióstr i ewidentnie więcej na Grey Oceans elektroniki co jest świetne. Bo zawsze jest ona dodana z gracją. Tą samą gracją, z którą siostry śpiewają operowo, grają na syntezatorze i bawią się zabawkami udającym dinozaury. Brakuje mi tylko tej gracji w okładce, która jest najbrzydszą jaką widziałem ostatnio.  Cała płyta, typowo dla CocoRosie, jest przeładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym z gatunku „te najgorsze i najbardziej dołujące”, czyli tak jak lubię najbardziej. Fantazja z dwoma dziewczynami niemalże spełniona. Linky link. (8.3/10)

Burial & Four Tet- Wolf Cub/ Moth
To, że Burial, po ukazaniu swojej tożsamości całemu światu, zacznie współpracować z jakimś rzeźnikiem, było pewne jak 624 x 245=152880. Nie zdziwiłem się więc szczególnie, kiedy usłyszałem o jego projekcie z Four Tet. Czarna koperta, wydanie tylko winylowe i to limitowane- idealnie dobrany mroczny klimat zarówno do twórców jak i zawartości, która choć w liczbie 2 zostawia w głowie wspomnienia intensywne co najmniej jak liczba np. 69. Syntetyczny mrok, będące wizytówką Buriala bity, strzępki powycinanych skądś wokali, parę sampli, tajemniczość, trans. Powinno się tu zadać pytanie czy to tylko, czy aż dwa utwory, które mimo czasu trwania (każdy prawie po 10minut), braku jakiś transcendentnych wykroczeń w strukturze kawałków, nie męczą, nie nudzą, a wręcz przeciwnie- hipnotyzują. To chyba najlepszy czasownik jaki można użyć do opisania tego, co robi z nami Wolf Cub / Moth przez te 19minut. Hipnotyzuje, zniewala i zabiera w inny, mistyczny, duchowy świat. Zwłaszcza ta lepsza połówka, czyli Moth. Wiedziałem, że czarna koperta będzie zawierać coś ciekawego. Nie wiedziałem, że będzie to tak niesamowite. Burial nie ucierpiał na odsłonięciu swojej tożsamości, dalej jest carem swego rzemiosła i dalej wykorzystując swój niepowtarzalny, surowy styl włada naszymi emocjami. O nim pisze mi się łatwo, gdyż jest mi o wiele bliższy, zwłaszcza w emocjonalnym tego słowa znaczeniu, jednak nie można zlekceważyć wkładu pracy Four Tet, który do czarnej koperty wlał tyle samo męskiego potu.  Wyraźnie słychać, a przynajmniej można się domyśleć, kto który dźwięk stworzył i prawdą jest też, że oboje odwalili kawał świetnej roboty. Jak wszystko do czego Burial rekę przyłożył, polecam Wolf Cub / Moth w nocy, najlepiej w półmroku, na słuchawkach. Samo Moth natomiast, w moim przypadku, na stałe wpisało się w set puszczany w czasie nocnych uniesień z tą jedyną… Sami zobaczcie. (7.7/10)


Szadi

Bawełniany Janek o poranku

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 24 czerwca, 2010 by headphonesporno

Cotton Jones- Paranoid Cocoon

-Ej byku a jaki masz sprzęt w ogóle?

– No taki mam, nie?

Dziś już takich empetrójek nie robią… Różowe Ipody wyparły z rynku proste słodziutkie odtwarzacze, których obsługa była prosta jak sranie. Nie ma już dziś emeptrójek, które równocześnie są USB, na baterię i nie wymagają programów, bo działają jak zwykły pendrive. Ja takiego niedobitka jeszcze mam i nigdy przenigdy go nie zmienię, tym bardziej, że nie znalazłem na Allegro ani jednego odtwarzacza, który by zaspokoił moje, definitywnie niewyrafinowane, wymagania. Mój Krijetivek<3 ma jeszcze jedną dużą zaletę: ma mała pojemność- nie mieści mi się na nim więcej niż 20 albumów. To oznacza, że co chwilę muszę wymieniać zawartość. Jeśli zatem jakiś album zamieszka na moim Damianie (;p) dłużej niż tydzień, to jest naprawdę dobry. Moje słuchawki gdyby mogły, to by rzygały już płytą Cotton Jones- Paranoid Coccon, ja mogę, ale tego nie robię.

Muzyka smutna trafia we mnie najlepiej. Nie żebym miał problemy ze sobą, ale jakoś tak wyszło wszystko co brzmi jakby było nagrane w deszczowe dni gdzieś między październikiem a marcem, najczęściej dostaje moje błogosławieństwo. Cotton Jones pewnie właśnie wtedy nagrywali swój pierwszy LP- ich muzyka to neo-folkowy melancholijny lament, który się puszcza gdzieś nad ranem w klubie złamanych serc, na czas gdy braman już pucuje ladę i układa krzesła. Cotton Jones to połączenie M.Ward’a, Devendry Banhart i wysmarkanych chusteczek. Tak powinna brzmieć tegoroczna Iowa Super Soccer. Co tu więcej mówić. Cotton Jones są naprawdę niesamowici, na płycie nie ma ani jednego słabszego kawałka… definitywnie do błogosławieństwa dorzucam jeszcze rękę córki i pół królestwa. Macie, idźcie słuchaj i buczeć w poduchy:  http://hypem.com/track/722584/Cotton+Jones+-+I+Am+The+Changer (7.8/10)

Szadi

Smutaśno

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , on 11 kwietnia, 2010 by headphonesporno

W sumie, to spodobało mi się pisanie na raz o paru płytach w jednym poście, więc dopóty mi się to nie znudzi, bądź nie zachce mi się wylewnie napisać o trochę ważniejszych płytach (a takich na spuście parę mam), będę się trzymał takich trójkątów/ czworokątów. Ziemie słowiańskie miały wczoraj słabszy dzień, więc postaram się dziś napisać o trochę smutniejszych, spokojniejszych płytach, żeby nie było. Dodałbym może jakąś wstążkę czarną w headphoneslogo, ale nie umię. Przy okazji, chciałbym pozdrowić harującego jak wół Tapczana.Mhm.

Arms & Sleepers- Black Paris ’86

Z chłopakami poznałem przez Onet(sic!), i przyznaję, że poleciałem na ich nazwę. Arms & Sleepers- wiedziałem, że to nie może brzmieć źle. No i nie brzmi. Najbardziej przypadła mi do gustu ich debiutancka płyta Black Paris 86, więc to o niej będę baźgrał. Chłopaki otwierają zapominaną już trochę szufladę z triphopem i wrzucają do niej coś do siebie. I kurczę, ich praca to kawał niezłej roboty a już mówię czemu. Muzyka A&S to spokojne, powolne pomieszanie raz instrumentalne, raz elektroniczne utwory. Co więcej, wokalu na tych utworach jest tyle co dobrych piosenek na nowym Gorillaz. W tym momencie powinna się zapalić czerwona lampka, czy aby czasem nie wygląda to tak: puszczamy w kółko fajnie zmontowany bit, robimy do tego elektro-sleepy mgiełkę, CTRL+C  CTRL+V razy 12 i do wytwórni. Taki grzech dwóch pierwszych płyt kapeli All India Radio. I tu pokłon trzykrotny, bo u Arms & Sleepers  tak nie jest. Chłopakom daleko do monotonii, materiał jest zróżnicowany ciekawy i naprawdę ładny. Jak na debiutancki album, to naprawdę kawał dobrej roboty. Linky link. (7.2/10)

Parachutes

Minęły już czasy, kiedy Sigur Ros był mało popularny, a przez to niesamowicie intymny. Ja jednak pozostaję przy dziadowaniu i szczerzę przyznaję, że piękno ich muzyki wciąż trafia prosto w moje serce, podobnie jak wszystko co stworzy ich lider Jonsi. I tak stanowczo podtrzymuję decyzję o uznaniu płyty Jonsi & Alex Riceboy sleeps, jako jednej z najpiękniejszych jakie usłyszałem w roku 2009. I o ile wszyscy wiedzą kim jest Jonsi, to zapewne nie wiele osób próbowało zgłębić postać Alex. Człowieczek ten zaprojektował większość okładek Sigurów, w tym Takk, i założył również swój własny zespół Parachutes , który nieraz ich supportował. I bóg k…a jeden wie, ile nieprzespanych nocy się trudziłem szukając w internecie jakiekolwiek płyty, chociażby EPki do ściągnięcia. Poddałem się jakiś czas temu. I jakaż była moja radość, kiedy odwiedziwszy ostatnio ich Myspace moim oczom ukazał się komunikat, że Parachutes kończą działalność i udostępniają za darmo CAŁĄ SWOJĄ DYSKOGRAFIĘ!

No i jest. Parachutes. Nieistniejący zespół partnera lidera Sigur Ros. Islandia. Nazwa zespołu pochodząca od białych owoców mleczy. Czego chcieć więcej. Czyste piękno. Wszystkie dźwięki nagrywane w kuchni, przez co jakość dźwięku słaba, ale właśnie w tym jest magia. Intymność, bliskość, słaba wyrazistość, nieszablonowość- tylko Islandia może sobie pozwolić na coś takiego. Wszystko to brzmi, jakby ktoś schował w pokoju Alexa dyktafon pod poduszką, który po powrocie do domu (z randki z Jonsim, hehehehe) nuci sobie pod wąsem różne miłosne melodie. Genialne. (8.2/10)

Iambic²

Pieprzony Gnojek! Ma 22 lata a wydał już 2 longplay’e, 2 EP’ki, zaliczył parę dobrych festiwali i pewnie ma jeszcze swoich groopies. Ale trzeba mu przyznać, że zasłużył, bo Guy Andrews, ukrywający się pod pseudonimem Iambic, ma  talent jak stąd do Gruzji. Iambic kupił mnie swoim remixem kawałka Husky Rescue. Cała muzyka jaką tworzy to spokojna ambient elektronika, zahaczająca czasami o jazz czy post-rock. I cóż więcej mogę dodać? Nie jest to jakiś cud, nowatorstwo czy odkrycie roku, lecz na pewno Iambic zasługuje na uznanie i zainteresowanie, choćby nawet przez swój wiek. Tworzy on dźwięki ładne, aczkolwiek lepiej funkcjonujące jako tło, niż ognisko naszego skupienia. Jeszcze jednym ważnym powodem, by się Andrews’em zainteresować jest to, że większość swojej muzyki udostępnia on za darmo, a to co mało znane i za darmo, często jest lepsze niż to co znane i za cash. Tutej ło wchodźcie! (7.3/10)

Jak teraz, ktoś przesłucha wszystkie trzy płyty, od początku do końca i nie zaśnie niech napisze. Nagroda niespodzianka!

Szadi

Pozimowe powodzie płytowe (Wiosenna ogarniawka part.2)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 4 kwietnia, 2010 by headphonesporno

Miike Snow- Miike Snow

Z komputerów korzystamy codziennie a założę się, że nikt nie wie kto je wymyślił. Na rowerach jeździmy wszyscy i też nikt nie wie kto je zbudował. Zwiedzamy piramidy, oglądamy mumie, katakumby i inne pierdoły, ale nikt nie wie kto je odnalazł.  Słuchamy np. „Toxic” Britney Spears i… mam nadzieję, że nie myślimy, że to jej piosenka. Bo „Toxic” to Britney tylko śpiewa.  I jeszcze miała, kurna, za tę piosenkę Grammy dostać. Jakby dostała, to wtedy nagrodę powinni odebrać  Christian Karlsson i Pontus Winnberg, bo to oni stworzyli ten hicior…i wiele innych  należących np. Madonny, Kelis czy innych Kylie Minouge). Dżentelmeni Ci, wraz z Andrew Wyatt założyli zacną kapelę pt. Miike Snow.

Płyta jest 100% popowa. Komercyjnie popowa. Nie jest to jednak komercja typu „Umbrella” Ruhan, tylko właśnie rzędu „Toxic” Britni. Bo przecież „Toxic”, jak i większość kawałków z tego okresu Britney są naprawdę dobre. Świetnie skomponowane, świetnie wyprodukowane i świetnie brzmiące. I taki jest Miike Snow: pozytywnie komercyjny, znakomicie zagrany i wyprodukowany , wybitnie zaśpiewany, no świetny!  Mniej lub bardziej taneczne kawałki, ze zdrową dawką dźwięków od komputera, idealne na tę porę roku. Ani to jakieś ambitne, ani ciężkie. Idealne do puszczenia w MTV po „Meet uncle of mother of my sister”. Idealne na dzwonek za SMSa z tyłu gazetki. Idealne na muzykę do reklamy nowej kolekcji H&M. Miike Snow balansują na granicy dobrej i złej komerchy, z przewagą na tę pierwszą, i oby tak było cały czas. Czek yt ałt! (7.7/10)

Deftones- Diamond Eyes

Zawsze gdy mam ochotę na „pierdolnięcie” odpalam albo Snot, albo Deftones’ów. Z czego tych drugich zdecydowanie częściej.  Cenię sobie ich za to, że podczas gdy ich muzyka jest takim wzburzonym morzem, to rozmarzony wokal Chino jakby nigdy nic płynie sobie po tej wodzie spokojnie.  Kolejna płyta Deftonesów jest dokładnie taka, jaka chciałem żeby była. Nie ma tu żadnych kryzysów wieku średniego, jest ostro, bywa spokojnie. No bardzo ładne piosenki są. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. O płytach tego typu, ciężko mi pisać a o każdej piosence z osobna pisać nie będę, bo to taka forma recenzji jest bez sensu. To tak jakby pisać o książce i opisać każdy jej rozdział  z osobna. Sięgnąć na pewno po Diamond Eyes trzeba, każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest „You have seen the butcher”, którego nigdzie nie ma, tak jak całej płyty, bo premiera 5 maja. Ja już słuchałem bo mi Chino z kumplami wysłali próbkę, żebym powiedział co myślę. (8.7/10)

Pantha du Prince- Black Noise

Za delikatne przegięcie pyty uważam bezgraniczny zachwyt nad Black Noise i nominacje do płyty roku.  Ok, Pantha du Prince to na pewno projekt ciekawy. Dźwięki, które tworzy Henrik Weber, są naprawdę godne podziwu, i człowiek nie raz zastanawia się: jak!? Ładnie gdzieś na necie ktoś to ujął, że Henrik nasypał szklanych kulek do słoika zatrząsnął. Ludzie wsadzają to do szufladki z minimal’em podczas gdy na Black Nosie wszystko wygląda jak Екатерининский дворец w Petersburgu. Plumy, brzdęki, tiktaki, packi,świecidełka. Ładnie tu, ale nie na tyle, żeby cały rok zostawiać. Do tego samego słoika, można śmiało wsypać wszystkie utwory Pantha du Prince’a zatrząsnąć, wylosować pierwszy lepszy, i chyba nikt prócz samego Henrika Weber’a nie będzie wiedział jaki to kawałek i z której płyty. Bo dla mnie wszystko spod loga Pantha du Prince to takie mgiełki. Ani do tego tańczyć, ani się uczyć, ani pod wąsem zanucić. Siąść na stołku, posłuchać i powiedzieć: „Łał”. Nie mam czasu ani cierpliwości panie Weber. Sprafć to. (6.7/10)

Szadi

Wiosenna ogarniawka part.1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 22 marca, 2010 by headphonesporno

Znowuż się z Tapczanem rozleniwiliśmy. Znowuż przez miesiąc blog był niedokarmiony. Systematyczność pojawiania się notek zagubiła się gdzieś między feriowym nieróbstwem a niskim wskaźnikiem odwiedzin… Cóż, dopóty jeszcze paru z was to czyta, o muzyce pisać będziemy.

Rok 2010 rozpoczął się wyśmienicie, jeśli mowa o muzyce.  Dużo dobrych artystów coś w końcu wydało, znalazło się tez parę niedobitków z roku 2009. Jako, że trochę tego jest, przedstawię to w formie serialowej, regularnie update’owanej. „Dajesz Malina”:

Gorillaz- Plastic Beach

Jestem ogromnym przeciwnikiem występów gościnnych. Gdy tylko widzę, że jakiś kawałek obok tytuł ma  napisane „feat.” bierze mnie jak po śliwkach z mlekiem. No bo albo tworzymy samodzielnie, albo nie. Zrozumiem jeszcze, jak  na jeden kawałek wpadnie kumpel, bo przy wódce się dogadali. Ale, żeby na więcej niż połowie! Albarn pobawił się w kolekcjonera i wyszło mu to, delikatnie mówiąc, CHUJOWO.  Na 15 piosenek z pierwszego longplaya „Gorillaz” gościnnych występów było 4. Daje to ok 27%. Dopuszczalna norma, zwłaszcza, że te występy nie były strasznie odczuwalne. Na „Demon Days” już się robiło groźnie, bo około połowa piosenek, była nasączona mate’ami Damona. D/G-sidów nie liczę, no bo wiadomka. A na Plastikowej Plaży 11/16 ma gości! Prawie 70% płyty to inne wokale! Fajnie że Snoop, fajnie że Little Dragons czy Simonon, ale to nie Glastonbury tylko płyta własna! Tam więcej Alborna nie słychać, niż słychać. Kawałki rdzenne, samodzielne, są jak najbardziej OK, czuć stare dobre Gorillaz, ale za mało! Przy następnej  płycie Panie Albarn, proszę nagrać wszystko, bez żadnej wódki z kumplami po drodze,  podzielić wynik przez dwa i dopiero do wytwórni. Bo dla „Plastic Beach” thumbs down. Headphonesporno daje 2/5 bo chyba tylko dwie piosenki mi się spodobały. Szkoda. (6.0/10)

Husky Rescue- Ship of Light

Rajciu, ileż ja na tą płytę czekałem! Moja muzyczna fantazja, niespełnione marzenie, spóźniony prezent pod choinkę. Chyba większej niespodzianki mi zrobić nie mogli moi ulubieni Finowie, jak sprawić, że pierwszą płytą z rokiem 2010 w dacie urodzenia, jaką usłyszałem było „Ship of light”. O płycie nie ma się co rozpisywać, bo to wciąż stare dobre Husky Rescue, o którym pracę inżynierską już pisałem. Nic się specjlanie u nich nie zmieniło.  Znowu mamy dzwoneczki, plumknięcia, skandynawskie gitary i delikatny głos zasypiającej za mikrofonem Reety-Leeny Korhola, której każde wyśpiewane słowo wlewa się do naszych uszu jak rosół do talerzy w niedzielę przy Familiadzie. Kiitoksia oikein paljon Husky Rescue! :* <3 xD lol (7.4/10)

Sulphur Phuture- Sulphur Phuture

Okładka płyty to bardzo, ale to bardzo ważna rzecz. To jest jak ciało kobiety. Niunia może być pusta jak pudełko po butach, ale jak widać że jest „zdrowa”, to właśnie ją byśmy wybrali, mając… jakiś tam wybór:) I właśnie taka zdrowa, okładka mnie uwiodła. Gdzieś, kiedyś znalazłem przez przypadek recenzję Sulphur Phuture, nie przeczytałem jej bom leń, ale zapisałem sobie stronę w folderze „Sprawdź”, właśnie dzięki okładce. Ostatnio płytę znalazłem, przesłuchałem… i dostałem nauczkę. Bo po przesłuchaniu pierwszego kawałka stwierdziłem, że płyta jest *&^%$#, do tego !@#$%^  i @#$%&*. I wyłączyłem. Wróciłem do niej po paru tygodniach, przesłuchałem od tracku 2 i …doznałem. To jest polskie!? Sulphur Phuture to solowy projekt  niejakiego Praczasa z niejakich Masala, Village Kollektiv. Fuck me! Ja- pierwszy antydubstepowiec IV RP, zostałem uwiedzony przez obiekt mojej największej pogardy, w dodatku z polską metką! Sulphur Phuture to mieszaninka dub’u, breakbeat’u, d’n’b, dubstepu itp. Do tego jakieś wstawki jazzowe, flamenco, głosy polskiej telewizji, i wszystko tak kolorowe, tak bogate i tak dopieszczone- niemalże z bonobowską precyzją! I choć piosenka nr 1 dalej pozostaje w moich oczach chłamem totalnym, asertywnie stwierdzam: Polak z roku na rok potrafi coraz bardziej. Jadąc w gości za granicę, jako prezent wziąłbym ze sobą 2 płyty: Kapelę Ze Wsi Warszawa i Sulphur Phuture! (7.6/10)

Szadi

Popo- Go Upstream

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 11 lutego, 2010 by headphonesporno

Nie jestem patriotą. Ani politycznym ani muzycznym. Nie oddałbym za Polskę ani życia ani słuchawek, jednak po ostatniej muzycznej lekturze, jaką jest płyta Popo- „Go Upstream”, chyba zaszło w moim, skażonym muzyką zagraniczną ciele, niepokalane poczęcie nadziei, że Polak potrafi, nie tylko w kiblu z rurami, ale i z instrumentem na scenie. Specjalnie nie napisałem „z gitarą”.

Karierę Popo zacząłem podglądać jakieś dwa lata temu. Ot, takie chłopaczki-cukiereczki bawiące się muzyką z naciskiem na klawisze, jednak już wtedy w ich dziełach było coś, co zostawało w głowie na dłużej niż trzy minuty. Teraz piątka parnych, muzycznie dojrzałych facetów weszła do studia i nagrała materiał z jajami jak planety. Zakładając, że Popo nie znacie, od razu mówię: nie jest to tylko i wyłącznie pop, choć pop w Popo popularyzowany trochę jest! Okładkowy trójkącik w kosmosie, wszystkim kojarzący się jednoznacznie, niby trochę podpowiada, czego się spodziewać po „Go Upstream”, jednak floydowska mieszanka gitary-elektronika to nie wszystko. Popo to przygoda osadzona w kosmicznej czasoprzestrzeni X&Y Coldplay-a. Nie unosimy się tu jednak swobodnie, a raczej prujemy na przód potężną rakietą, na pokładzie której Popo zrobili imprezę, gdzie trójkąty są tylko dla frajerów. Tutaj mamy prawdziwą orgię z Madonną, Bee-Gees, Muse, Jamiroquai-em a nawet islandzką melancholią. Chłopaki na tej imprezie ostro pomieszali i wyszło im to na dobre. Nawet bardzo dobre. Wszystkie jedenaście piosenek łącznie niosą ładunek na tyle potężny, by zamiast przewietrzać pokój polskiego muzycznego chłamu, są w stanie go rozwalić i wszystko poukładać od nowa. Oby tak dalej bydgoszczanie! Oby tak dalej Polacy! Go Upstream! (7.7/10)

http://www.myspace.com/musicpopo

Szadi

tekst do czaspopisma  WUJ, luty 2010

Télépopmusik- Angel milk.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 24 marca, 2009 by headphonesporno

Zachciało mi się ostatnio płyty do samochodu. Delikatnej, ale nie usypiającej. Mocnej, ale nie zabijającej. Grzebałem, grzebałem w mojej zakurzonej małej szafeczce z czasów dawnych i natrafiłem gdzieś między pierwszą płytą a trzecią płytą Smolika na płytę Télépopmusik- Genetic World z 2001. Automatycznie odkurzyły mi się w głowie czasy, kiedy chodziłem z discmanem po ulicy i odlatywałem przy Love Can Damage Your Life. Jednak ilość wyśmienitych kawałków prócz słynnego Breathe można policzyć na palcach jednej reki- z urwanym kciukiem. Wydana trzy lata później płyta Angel Milk definitywnie tego kciuka będzie wymagać- by pokazać wielkie solidne OK.

Gdyby ktoś jeszcze jakimś cudem nie wiedział co to Télépopmusik, niech nie zmyli go słowo pop w nazwie. Trio tworzy muzykę elektroniczną. A żeby przekonać jeszcze bardziej dodam że jest to formacja z Francji. Ogólnie przyjętą już zasadą jest to że epitet francuskie electro znaczenia negatywnego mieć nie może; i nie inaczej jest z Angel Milk. W pewnym sensie jest to kontynuacja pomysłów z pierwszego krążka, z drugiej strony trio odjęło trochę energii na rzecz bajeczności- i tu tkwi sęk. Elektroniczna delikatność w stylu AIR, w połączeniu z niepokojem a’la Massive Attack budują atmosferę mlecznie mglistą, tajemniczną, gdzie światełkiem numer jeden, prowadzącym nas do celu są kobiety: Angela McCluskey i Deborah Anderson. Ta pierwsza to pani, bez której głosu Breathe nie było by warte nawet sapnięcia. Angela powraca i czaruje z niemniejszą niż poprzednio gracją. Akompaniuje jej pełna szmerów i szmerków, trzasków, lekkich bicików i świerków elektronika… i nie tylko! Świetnym przykładem jest mój osobisty faworyt, płytowy rzeźnik- Love’s Almighty– utwór nie posiadający ani jednego dźwięku od pana komputera na rzecz orkiestry, do muzyki której McCluskey tańczy pełne erotyki tango…

Jak już pisałem prócz pani McCluskey śpiewa też nam Deborah Anderson . Jej głos jest bardzo podobny do głosu Bjork co w gruncie rzeczy daje radę i ładnie pasuje to całości. Powrócił tez niestety raper Mau. Zawsze twierdziłem, że połączenie rapu i electro nie działa, po prostu nie działa i tyle. Rapu NIE ma na płycie prawie w ogóle i dzięki Bogu. Mau, który niejednokrotnie i jakże okrutnie niszczył swoim głosem na Genetic World całą atmosferę na jaką dawał nam nadzieje oddechowy opener został zredukowany do dwóch, może trzech kawałków, które w gruncie rzeczy nie brzmią jeszcze aż tak tragicznie. Są one do ukrycia w cieniu jaki rzuca piękne 90% reszty płyty.

A więc wziąłem do auta Angel Milk, odświeżyłem sobie moją długą znajomość z Télépopmusik i poczułem jak mleko przesącza mój umysł i uszy. A że mleko jest zdrowe, spróbujcie tego od aniołów- od Télépopmusik. (7.7/10)

Szadi

Jazz Liberatorz- Clin d’oeil

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 2 listopada, 2008 by headphonesporno

Nie jestem wielkim fanem rapu, ale miewam takie momenty że po niego sięgam a kiedy już sięgam, musi to być co naprawdę wytrawnego, z najwyższej pólki. Takim własnie wysoko-półkowym produktem jest Clin d’oeil.
Jazzlibz to trio pochodzące z Francji a ich główną inpsiracją w świecie rapu jest jazz- i to jest w tej płycie najlepsze! Co więcej cała płyta jest pewnego rodzaju pokłonem, oddanym w stronę jazzu, jego najwiekszych przedstawicieli. I tak na płycie prócz dobrych kawałków rapowych z jazzowym samplem, znajdziemy instrumentale ( tą płytę warto przesłuchać dla samego intra- jest mistrzowskie!) czy pewnego rodzaju interlude’y w których różni muzycy wypowiadają się na temat jazzu. A są to wypowiedzi naprawdę ciekawe, szczere, takie ciepłe, aż się chce człowiekowi zaraz odpalić jakiegoś Miles’a Davis’a :) Jak to bywa na rap płytach jest tu gości tyle co piosenek. I tak śpiewają panowie ( Asheru, Fatlip, Tableek) i panie (Apani B Fly Emcee, Lizz Fields, Stacy Epps). Cały rap na tej płycie to eleganckie utwory z eleganckimi tekstami i eleganckim bitem. Nie ma chrypy i dziwek.
Więc nie ważne czy lubisz rap czy nie, to jest płyta dla każdego, bo jest naprawdę dooooobra! (argument najwższej klasy). Yo (7.9/10)

Szadi

Max Richter- The blue notebooks

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 2 września, 2008 by headphonesporno

„Februrary the tenth, Sunday- noise…peace…”

Zastanawialiście sie kiedyś może wyglądać muzyka klasyczna XXI wieku? Max Richter to niemiecki kompozytor, pianista, który połączył tradycyjne dla muzyki klasycznej instrumenty z lekką, ale jakże wyszukaną elektroniką, dając w ten sposób odpowiedź na pytanie, bedące pierwszym zdaniem tej notatki. Niebieskie Notatniki nazwałbym neo-klasycznym minimalem. Mimo, że utwory są mało skomplikowane, bez jakiegoś szczególnego przesytu dźwiękowego, to całościowo tworzą coś niesamowitego. Wśród nostalgicznych duetów pianino-wiolonczelowych, uda się nam wychwycić śpiew ptaka, dźwięk pociągu albo samochodu a w niektóre utowry sprytnie została wpleciona recytacja wybranych fragmentów poezji Kawki i Miłosza (tak, tego Miłosza!) przez aktorkę Tildę Swindon na tle dźwieków maszyny do pisania. Biorąc wszystko do kupy mamy tu genialną płytę gdzie minimalnie użyte pianino, wiolonczela czy harfa połączone z subtelną, delikatną elektroniką, budują paradokslanie przyjemną atmosferę nostalgii i niepokoju. Malowanie dźwiekiem, odłączenie duszy od ciała, odłączenie ciała od świata. Zamknijcie zatem oczy i puście The Blue notebooks w pierwszy jesienny wieczór, który nadejdzie już niebawem…nie pożałujecie. (7.7/10)

Szadi

Kaki King -Dreaming of Revange

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 1 września, 2008 by headphonesporno

Ta płyta wpadła mi w ręce stosunkowo dawno temu, tylko nie potrafiłem jej odebrać odpowiednio poważnie, szczerze mówiąc wakacyjna aura sprzyja raczej myśleniu dość małostkowym i nikt nie chce zastrzyku smutki z gruba igłą po której parę dni będziemy chodzić dość obolali.
Ale z okazji takiej ze mamy wrzesien, miesiąc niezbyt lubiany w szczególnosci przez tych poniżej kryteriów zakupu alkoholu czy tytoniu , to pozwole sobie napisac pare słów o tej płycie, bo naprawde warto.
Kaki King , bo tak o dziwo brzmi jej prawdziwe imię i nazwisko , wydała płytę naprawdę sentymentalną, i nie trzeba tutaj władać biegłością języka angielskiego aby się o tym przekonać , bo to płyta w większości instrumentalna, płyty instrumentalne mają to do siebie ze są dość monotonne, tutaj na szczęście takiej sytuacji nie ma, bo płyta urozmaicona jest głosem pani King, aż smutne ze tak mało jej głosu, nie dość ze babka doskonale gra na instrumentach to na dodatek posiada piękny głos, to też czyni ta płytę wyjątkową.
Warto tez wspomniec o samym nagraniu płyty, bo nie powstała ona w porofesionalnym studio, gdzie miliony ludzi pracowało nad dzwiękiem, makijażem, dobrym humorem ,płyta w 100% to koncepcja artysty który dobrze wie co ma do powiedzenia i wie jak jego pomysł ma byc zrealizowany przez samego siebie.
Nie ma sensu wymieniać tutaj po kolei pozycji , która moim zdaniem piosenka lepsza, która godna która godniejsza, cały krążek jest idealny, wybieranie nie ma tutaj sensu.
Dreaming of revange umili wam czas, być może zabije dobry humor, nie posłuchacie jej sobie przy obiedzie , ale to jest w tym najpiękniejsze. (7.0/10)

Tapczan

%d blogerów lubi to: