Archiwum dla 2010

Ściągam majtki

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Wrzesień 7, 2011 by headphonesporno

Kiedy zakładaliśmy z Tapczanem tego bloga, jakieś 3 lata temu (Matko Boska Przenajświętsza Kochana i Jezusie Zbawicielu Narodów Świata już 3 lata?!) Tapczan powiedział: „nie ma mowy, o niektórych płytach nie napiszę nigdy. Za bardzo je kocham, żeby jakiś niegodny idiota ich słuchał, nie docenił, nie zrozumiał i uznał na gówno. Nie ma mowy.” Wtedy uznałem to za głupie i konsekwentnie na pierwszy ogień poleciałem z marną recenzją kapitalnej płyty. Dziś by to inaczej rozegrał, bo zacząłem dostrzegać sens w słowach Tapczana. Z drugiej strony, przecież nie tylko idioci tu zaglądają. Niech chociaż jedna osoba na 30 zrozumie płytę dokładnie w ten sam sposób co ja to mogę umierać spokojnie. No więc, dobra, niech będzie. Oto moje piękno. Mój skarb, którym Tapczan na moim miejscu nigdy by się nie podzielił. Jedna z pierwszych płyt, które kupiłem, gdy stwierdziłem, że płyty trzeba jednak kupować. Pierwsza płyta na tym blogu z oceną maksymalną. Czysty geniusz. Nie będę wam pisał, co to, kto to, z czym to się je. Sprawdźcie sobie sami. Chwilę już czytacie tego bloga, więc wiecie co mi w duszy gra. Jeśli koniec świata jest jutro, to zaraz odpalam ten album.(10/10 – dziesięć na dziesięć)

Młodzi, zdolni, z wielkich miast (czyli z okazji Świąt brak sprośnego tytułu)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on Kwiecień 25, 2011 by headphonesporno

James Blake – James Blake

Palec pod budkę kto nie ma bladego pojęcia kim jest ten pan. Tak  myślałem. Baźgrnięcie paru dobrych słówek o Blake’u to czysta formalność – o tym gnojku i jego cholernie dobrej  płycie zostało powiedziane już wszystko i wszędzie, ale że  już, z tego miejsca mogę powiedzieć, że dla J.B. mam zarezerwowane miejsce w Rankingu Najlepszych Płyt rok 2011 to wypada mi napisać chociażby akapicik, coby mieć do czego odsyłać. W każdej gazetce wystawianej na bocznej ścianie kiosku znajdziemy słowo „finał na twarz”, w każdej gazetce informacyjnej zawsze znajdziemy słowo „Smoleńsk” a w każdej gazecie muzycznej znajdziemy słowo „James Blake”. Heh…

Króciutko. Palec pod budkę kto pamięta Bon Iver’a. No dokładnie! James jest takim Vernonem, który zamiast w lesie zaszył się w cieplutkim londyńskim mieszkanku (coś tego pokroju zapewne), zamiast akustyka miał klawiaturę MIDI i syntezator KORG’a, zamiast nagrywać wokale na sobie, użył  autotune’a (co jest chyba pierwszym w historii muzyki pomyślnym użyciem tegoż wynalazku). To co właściwie Blake ma z Vernona? Przede wszystkim silną wrażliwość wyczuwaną w głosie już od pierwszych nutek – taki Antony Hegarty za syntezatorem. Do tego z minimalistycznym podejściem do sprawy – cała płyta brzmi bardziej jak szkic czegoś większego, ale to wcale nie minus! Czuć, że każdy dźwięk został poprzedzony godzinnym przemyśleniem; stąd też dużo tu ciszy, która wyśmienicie ubarwia całość bardziej niż zrobiłby niejeden instrument – podobne wrażenie miewało się słuchając The XX. Wszystko na tej płycie jest idelanie wywarzone, nie ma nic niezaplanowanego, nie ma przesytu, wszystko jest na swoim miejscu. No i wokale! Dżejms zrezygnował z samplowania głosów (jak to robił na EPkach do tej pory) na rzecz  własnego głosu i niech go Bóg Miłosierny Król Polski i Najświętsza Maryja Zawsze-Dziewica błogosławią za to, bo James ma czym się pochwalić. Podsumowując: gnojek ma 22 lata i nagrał soulowo-post-dubstepowy i strasznie dojrzały krążek, który zostanie niejednokrotnie odznaczony w grudniu tego roku. Jedno mnie tylko zastanawia. Każda jego Epka była inna od poprzedniej. LP tez okazał się być czymś zupełnie innym. Quo vadis James? Klik. (8.0/10)

Cascadeur – Mobile

Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. Śliczne! (7.0/10)


Soap & Skin –  Lovetune For Vacuum

To taki Anthony Hegarty już po operacji zmiany płci i dość mocno odmłodzony, bo ma tylko 19 lat. (teraz już ma 21, ale płyta wyszła w 2009). Gdzieś w Austriackich górach, w zamczysku pełnym nietoperzy 19 letnia Anja Plaschg zaszyła się ze swoim złamanym sercem, litrami łez do wypłakania i starym pianinem. Śpiewała do księżyca o północy, przymierzała stare suknie, oglądała stare fotografie swojego ukochanego i leżała samotnie na ogromnym łóżku z baldachimem. Taki obraz narzuca mi moja ograniczona męska wyobraźnia, próbując podjąć się tematu genezy powstania „Lovetune for Vacuum”. Soap & Skin to 19-letnia Anja Plaschg, wiedeńska pianistka i skrzypaczka, która nagrała 13 najsmutniejszych piosenek na świecie. W duchu muzyki barokowej połączonej z delikatnym neo-folkiem Anja stworzyła obrzydliwie smutną, potwornie dojrzałą neo-klasyczną płytę, w której fundamentem prawie każdego utworu jest pianino. Do tego dochodzą smyczkowe aranże, rożnego rodzaju przeszkadzajki (w tym nawet dźwięki przewijanych kliszy) i subtelna elektronika. To w tle, bo pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim piękny zarazem przerażający głos nastoletniej Anji. Słuchając „Lovetune for Vacuum” nie łudźcie się na wesołe momenty. Nie ma tu ani nutki nadziei, to 41 minut deszczu, łez i nostalgii dousznie. To 13 częściowy marsz żałobny. Ta płyta jest niepokojąca, przerażająca, straszna  i strasznie piękna. Soap & Skin. (8.3/10)

Szadi



Radiohead z cyckami, czyli o kobietach…

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on Marzec 28, 2011 by headphonesporno

Wszystkie moje cycate fanki, groupies, pseudofanki, sexfanki, fanki, czytelników i haterów przepraszam za mosiężne lenistwo w karmieniu blogaska. Świat sportu, pracy, edukacji i 40% napojów wciągnął mnie sycie i coraz częściej ostatnie na co mam ochotę to stukanie… w klawiaturę. A mój mag w Dragon Age II też sam sobie skills’ów nie nabije. Spokojnie rjebjata, żaden kres nie nadciąga, koniec roku w 2012 aktualny już nie jest, więc Headphonesporno zostanie zamknięte tylko jak umrze Thom Yorke. Albo Justin Vernon. Albo jak się Fleet Foxes rozpadną. Nieważne. Blog żyje, póki mam uszy i zwinne paluszki.

Wiosna przyszła, coraz częściej szpilki zastępują ocieplane Emu, sukienki spodnie, bluzeczki z dekoltem polary, więc nic dziwnego, że o kobietach chce się myśleć, mówić, pisać, chce się kobiety mieć na kolanach no i w słuchawkach. Przedstawiam wam parę przedstawicielek płci pięknej, które sprawiają, że się ostatnimi czasy rozpływam.

Sussane SundfØer – The Brothel

 To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.

Zuzia, Norweżka, feministka, laureatka paru ważnych muzycznych nagród nie podbiła mojego serca. Ona je zjadła. Co więcej ona skończyła szkołę muzyczną! W Polsce po takim wyczynie człowiek umie wszystko, tylko nie tworzyć dobrej muzyki. Zuzia, nie mogła być wzorową uczennicą. Na pewno nie wracała grzecznie ze swoimi nutkami do domciu po zajęciach, żeby ćwiczyć do późna do pianinie i pójść spać o 21. Z zajęć też się musiała zrywać, bo jak wytłumaczymy teksty o romansach czy nazywanie swojego albumu Burdel? Zajęcia ze śpiewu Zuzia jednak zaliczyła wszystkie – to co na (w) Burdelu można usłyszeć, przyprawia o gęsią skórkę od pierwszych sekund. Zuzi zachwyca nas potężnym, pewnym i intrygującym wokalem, który jak chce poszepcze, pokrzyczy, pomruczy a nawet pośpiewa sakralnie (genialny closer „Father Father”). A na czym się ten wokal ślizga?  Na kapitalnie wyproporcjonowanej, melodyczne, bardzo rejdjołhedowej i pełnej zaskakujących przejść mieszance elektroniki, smyczków, przeróżnych klawiszy  i rocka. Ta płyta jest bardziej niż doskonała i bardziej niż obowiązkowa. Nie wierzycie? Ten Burdel to czysta przyjemność! (8.0/10)

Shara Worden /Sarah Kirkland Snider / Signal – Penelope

Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu…  Ogromna trauma,  uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci  ona  czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego.  Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z My Brightest Diamond) zaśpiewała, o tym Signal gra. O tym opowiada neo-klasyczny projekt Penelope a ja o tym wam piszę a wy macie to uważnie przesłuchać, gdyż jest to jeden z najbardziej poruszających projektów muzycznych ostatniego czasu. Urywkowo skonsumowane traci sens, więc tu jest całość. (8.0/10)

Szadi

Jaką płytą był rok 2010 – Podsumowanie

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Grudzień 30, 2010 by headphonesporno

Intro w tym roku skromnie, bo zostawiłem je na koniec, a jest 2 w nocy i już sram literkami. 2010 był fantastycznym, muzycznym rokiem! Na pierdylaird albumów, jakie wyszły, usłyszałem zaledwie 120, jednak to wystarczy by ze spokojem powiedzieć – good job. W TOP 10 nie zmieścili się już Ceo – White Magic, Swans – My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky ani Trentemoller ze swoim Into the Great Wide Yonder, co nie znaczy jednak, że nie są oni warci uwagi. Tak czy siak, oto moje dziesięć ukochanych płyt, przy których moje uszy robiły się wilgotne:

10. Shearwater – The Golden Archipelago

Niezobaczenie Shearwater na OFF’ie było moim największym grzechem tego roku. Jonathan Meiburg – wokalista-ornitolog całą płytę  poświęcił wyspom, które w skutek ludzkiej brutalności wobec Ziemii… znikną. Gdzieś pod wodą zginą a wraz z nimi cała ich unikalna fauna i flora. O tym się pisze artykuły i przemówienia, ale płyty nagrywa?! Nieźle, nie? Mamy tu perfekcyjnie wymierzoną równowagę między cichymi, pięknymi balladami i agresywniejszymi momentami a w nich wszystkich swoim fenomenalnym głosem czaruje nas bardzo unikatowy wokal Jonathana. Dla jego głosu i tekstów warto było się uczyć angielskiego. 

9.Bonobo – Black Sands

Bonobo to bezwstydnik, kolejny raz pokazał, że ma jaja nie tylko duże, ale i płodne za trzech. Simon Green, jedna z moich ulubionych wizytówek wytwórni Ninja Tune nagrał, dosłownie, płytę perfekcyjną i chyba najlepszą w swojej karierze. Nie ma tu choćby milisekundy, przy której bym wąsem kręcił i marudził. Na „Black Sands” muzyk-perfekcjonista  swoją „już-fantastyczną” i melancholijnie piękną muzykę przyprawia tym raz swoimi interpretacjami tego co obecnie dzieje się na scenie elektronicznej (dubstepik w wersji soft -„Eyesdown” to chyba największy killa albumu). Warto poświęcić swoje 55mniut życia na ten album, zdecydowanie.

8. Gonjasufi – A Sufi and a Killer

„Większość piosenek było nagrane tutaj na pustyni, i czuć to diametralnie. Klimat,  pogodę, wszystko to się nagrało. Dlatego chciałem użyć analogowych mikrofonów i taśmy.  Sposób nagrania dźwięku jest tak samo ważny jak on sam. Na kasecie to się rezonuje, z czasem  zatapia się bardziej w głąb taśmy, dzięki czemu powietrze i środowisko również zostają uchwycone . Słuchasz Milesa Davisa, Charlie Parker, i możesz słyszeć dym papierosa. Gdy słyszę, Billie Holiday, czuję jak jestem w tym pokoju – czuję dym papierosa, nawet niewolnictwo…” Gonjasufi wpieprzył chyba z 8 betoniarek ćpania, teraz jest po odwyku, uczy yogi, rapuje, medytuje, wyznaje sufizm i mieszka na pustyni gdzieś pod Las Vegas… Nagrał tam schizofreniczno-paranoiczną triphopową płytę, która jest enigmatyczna, mistyczna i kipi psychodelią. I wiecie co? Podoba mi się ten stan.

7. Flying Lotus – Cosmogramma

Weźmy 7 didżei, 4 klasycznych kompozytorów, Halinę Kunicką, jednego pingpongistę i ze 4 Thomów Yorków. Niech każdy z nich nagra jakąś płytę, a wszystkie skrawki, które w trakcie mixu i masteringu uzna się za śmieci zgrajmy na coś i dajmy Stevenowi Ellisonowi aka Flying Lotus. On te „niby-niewtórne” odpady poskłada i zbuduję arcydzieło. Cosmogramma to  płyta brzydka, chaotyczna i niezdecydowana. To rzeźba ze śmieci a podobno z gówna rzeźby nie zrobisz. Flying lotus zrobił i dlatego wrzucam ją do TOP TENU – na Cosmogrammę nie można patrzeć (nie licząc paru minutowych wyjątków) jak na płytę, którą się z przyjemnością posłucha w aucie czy po ciężkim dniu w robocie. Ten album trzeba podziwiać przez pryzmat rzemiosła, dzieła ludzkiego, zrobienia czegoś z niczego. To krok w stronę niedościgniętego geniuszu The Avalanches, jednak tamci przy okazji niezłej roboty stworzyli też kawał solidnego, pociągającego dźwięku.

6. CocoRosie – Grey Oceans

Dwa Piotrusie Pany w wersji z cyckami od początku do końca trzymają nas na Grey Oceans w swojej krainie dziecięcych wspomnień, pełnych zabawek, przejażdżek na tylnym siedzeniu w aucie (bez skojarzeń pedryle, mówimy tu o dzieciach!), lemoniad, wyliczanek i baza z krzeseł i koców. Wszystko klawo, ale w tym świecie bawią się same, bez rodziców. I stąd wynikająca melancholia buduje na tej płycie niesamowity klimat, najsmaczniejszy dla wszystkich „smutolubów” mojego pokroju.  Nie ma tu odkrycia, CocoRosie kolejny rok bacznie podążają po wyznaczonej przez siebie ścieżce, wzbogacając ją tylko o większe instrumentarium nabyte w zabawkowym, dwa lokale dalej od muzycznego. Mimo wszystko Grey Oceans na długo nie schodziła z mojego odtwarzacza. Dobra płyta to taka, o której się myśli przez 8h w robocie w oczekiwaniu na jej dalsze przesłuchanie. Grey Oceans to bardzo dobra płyta. W rankingu na najbrzydszą okładkę 2010 zajmują jednak #1. To dobra nauczka, dla tych (czyli dla mnie również) którzy oceniają płytę po okładce.

5. Everything Everything – A Man Alive

Po pierwszej randce, stwierdziłem że to nie ma sensu i ją porzuciłem. Po jakimś czasie sobie o niej przypomniałem i błagałem by wróciła… i wróciła. Nie przeszkadza mi to, że łączy chyba wszystkie możliwe style i co chwilę je zmienia, że cały czas wyje swoim jękowatym głosem, który brzmi  jak ten pacan z Panic! At The Disco, tylko jest trochę wyższy. Nie przeszkadza mi również,  że jest gadatliwa i używa sprośnych i często niezrozumiałych tekstów. Nie przeszkadza mi nawet, to że inni nie dają jej absolutnie szans. Kocham ją, jej transcendencję, barwność i niezdecydowanie. Kocham ją jak nikt!

4. The Knife – Tomorrow in a Year

Nie ma się co rozpisywać, bo temat wyczerpałem dwa tygodnie temu. Lubię gdy płyta to podróż, wymagająca spostrzegawczości i wysiłku. Tutaj mamy eskapadę, która trwa paręnaście (paręset?) tysięcy lat.


3. Deftones – Diamond Eyes

Mocno przesterowanych, przestrojonych o 2 tony w dół, 8 strunowych gitar w moich słuchawkach nie usłyszy się za dużo. Tymczasem, daję słowo, „Diamond Eyes” jest chyba najdłużej egzystującą na moim odtwarzaczu płytą – ten czas należy liczyć  w miesiącach. Typowe już dla Deftonsów idealnie wyśrodkowane połączenie ciężkiego grania z pięknymi  i chwytliwymi melodiami zostało wzmocnione o potężny ładunek emocjonalny, wynikający z ciężkiego stanu zdrowotnego dotychczasowego basisty. Jest tu depresyjnie, mrocznie i ciężko. Jest tu cudownie, chyba najlepiej od czasów „White Pony”.

2. Beach House – Teen Dream

Druga po CocoRosie najbrzydsza okładka roku i jeszcze wokalista okazuje się wokalistką. Co więcej o płycie dowiedziałem się przypadkowo na Onecie. Nie dajcie się jednak zwieść tym trzem antypokusom. Teen Dream to dream-popowe arcydzieło, łączące w sobie instrumentalny minimalizm z barokową dawką emocji. Tego nie da się nie pokochać. To czyste piękno, które śmiało bym przypisał Europie Północnej, nie Ameryce. Beach House pokazali, że by osiągnąć sukces nie trzeba otwierać portfela, a serce. Tylko tak szeroko.  Ładnie to ujął Arturek: ” Tak pięknie nie gra dzisiaj nikt”  Nikt. Prawie nikt…

1. Karkwa – Les Chemins De Verre

Ile to razy już zadawałem sobie pytanie: czy ja wraz z wiekiem staję się coraz bardziej odporny na piękno, czy dziś już po prostu nikt nie gra tak jak kiedyś na „Parachutes” czy „Takk” ? Ile razy się nie słyszy, że kapele inspirują się Radiohead, Coldplay i Sigur Ros? Ile razy już się człowiekowi nie chciało o tej gadaniny rzygać, bo obiecanki kończyły się ostatecznie na pustych słowach? Ileż jeszcze Szadi będziesz wracał do tych zasranych albumów? Dużo, bo  do tych albumów wracać warto. Dziś już nikt nie gra w ten sposób. Wiecie ile razy przesłuchałem pod rząd „Les Chemins De Verre”, gdy pierwszy raz je usłyszałem? … fchuj.

Podobno weszli do studia, z piosenkami, które istniały tylko w ich głowach. Nigdy nie grali ich nikomu, nawet sobie na próbach. Po 21 dniach wyszli z gotowym albumem i… i kurwa nagrali genialne arcydzieło, które powala na kolana wszystko, co w tym roku usłyszeć można było. Ale tu przecież nic nie ma! Nie są odkrywczy, nie wnoszą nic nowego, nie robią rewolucji, oni tylko grają, spokojnie, folkowo-rockowo. Takich kapel jest pierdyliard. Może to ten francuski, może to te pianina, nie wiem. Wiem jedno. Karkwa to zespół, który nagrał najśliczniejszą płytę, jaką w tym roku słyszałem! Oni naprawdę mają w sobie coś z „Takk” czy „Parachutes”! Warto było czekać. To nie ja się starzeję, tylko świat grać nie umie. Karkwa lekcji wrażliwości udzieli. Posłuchajcie.

Szadi

3 razy TAK! cz.3

Posted in Bez kategorii with tags , , , on Grudzień 27, 2010 by headphonesporno

Beach House – Teen Dream

1. Druga klasa gimnazjum. Korytarz, przerwa, mijaliśmy się obojętnie nieraz, ale tym razem i ona spojrzała. No i coś się u mnie obudziło.

2 . Nie znałem imienia, ale znałem klasę i dokładnie nauczyłem się gdzie miała jakie lekcje. Wzrok zaczął uciekać w jej stronę, ilekroć nie była w jego zasięgu. Nawet między tłumami.

3. Pięciominutówka przed religią, 2 końce korytarza, masa ludzi pomiędzy, ale i tak dokładnie ją widziałem.  „A pójdę tam… coś sprawdzić! Chłopaki, zaraz wracam” .Popatrzyła się na mnie. Przypadek, nie przypadek, do końca dnia nie myślałem o niczym innym.

4. Uśmiechnęła się do mnie!

5. Szkolne walentynki. Głupie kawały, głupie serduszka, głupie wierszyki. Wysłałem. Jak głupi się cieszyłem.

6. „Cześć, pójdziemy do kina na film z Meg Ryan?”

7. Perfumy od Mikołaja na specjalną okazję, różyczka kupiona za pieniądze od rodziców, spacer po parku, ławka, dzieci na placu zabaw. Młodzieńcza sielanka, pierwsze złapanie za rękę.

8.”Całowałaś się już kiedyś?”. „Ja też nie”

9. SMSy wysyłane z Nokii 3210 o treści „KCB”. 15sms/dzień. Kara od rodziców za rachunki.

10. (…)

Jeśli chcecie swoją pierwszą szczeniacką, niewinną, głupią, ale najśliczniejszą miłość przeżyć jeszcze raz, odpalcie sobie Teen Dream i zapomnijcie na chwilę o bożym świecie. (8.9/10)

 

Uśmiechnij się

 

Szadi

3 razy TAK! cz.2

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Grudzień 25, 2010 by headphonesporno

Everything Everything – Man Alive

Wszystko wszystko! Dosłownie wszystko, co słyszę na tej płycie, jest fantastyczne! Zawsze wolałem gitary akustyczne od elektrycznych, pianina od syntezatorów, smooth jazz od popu, a tymczasem płyta, która na 1000% zagości na TOP10 roku bożego 2010 jest pure popem, przy który wszystkie wszystkie stawy mojego ciała zginają się jak szalone! Ahhh!

 

Nie sztuką jest stawać na głowie w czasie 30minutowej  gry wstępnej, by potem dać dupy w tym drugim znaczeniu. Nie sztuką również jest wydać przeklawą EPkę, która narobiła smaku wszystkim a potem zmaścić całą sprawę niemorowym LP. Czwóreczka z Manchesteru namachała nam kiełbasą przed nosem a następnie, uroczyście nam ją wręczyła z pysznymi dodatkami. I to jest to! Cały świat ślinił się słuchając EPki „Schoolin” produkując jak fabryka kisiel w bieliźnie w oczekiwaniu na longplay. Stawka była wysoka, presja jeszcze większa a EvyEvy odwalili robotę na medal. Jak mówią w wywiadach i jak sugeruje nazwa, inspirowali się wszystkim od Steva Reicha, Craiga Davida,  przez Queen czy Radiohead (bo jakże), blablabla. Ta płyta to barwne szaleństwo, gatunkowa transcendencja z Mr. Bungle w tle.  I w łóżku i w muzyce cenię sobie nieoczekiwane zwroty akcji – Man Alive to orgia barw,  gdzie bardzo się postarano  by każda utwór, każda minuta była inna od poprzedniej, zachowując przy tym jednak rdzeń – czystą popową przyjemność. I gitary i wokale (mega wysoki wokal w stylu „zostawił-jaja-w-szatni” Jonathana Higgsa zasługuje generalnie na oddzielny akapit, ale nie nie nie – sami to sobie sprawdźcie, tak samo jak zasługujące na jeszcze inny akapit genialne, często bezpruderyjne teksty – „Who’s gonna sit on your face when I’m gone”) i wszystkie syntetyczne dźwięki – wszystko tu jest tak pokombinowane, co chwilę obraca się o 180 stopni i świruje pawiana, ale to wszystko ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk.

Przyniosłem Man Alive do pracy i sprzedaż nam zmalała, bo rozmawiając z klientem tańczę sobie nieśmiało i gram na niewidzialnej gitarze zamiast snowboardy opylać. Robienie z siebie idioty jednak mi nie przeszkadza – EvyEvy porywają mnie, jak mało która taneczna płyta. Man Alive to muzyczny kameleon – klimaty się zmieniają co chwilę, ale idealnie dopasowuje się do wszystkiego i wszystkich. Miód dla uszu! Wszystko wszystko co tu słyszę jest fantastyczne! Pop nie umarł, tylko dojrzał!  (8.3/10)

<3<3<3

Szadi

3 razy TAK! cz. 1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on Grudzień 15, 2010 by headphonesporno

The Knife – Tomorrow in a Year

WordPress.com – loguj – Mój Blog – Nowy Wpis – The Knife – cisza… Jak ja mam zacząć, tak by w pełni oddać, przekazać, namalować 41 literkami wszystkie emocje, odczucia, zmieszania i zaskoczenia jakie doznawałem słuchając tej płyty. Blog ten ma 2,5 roku i właśnie przyszło mi zmierzyć się z  napisaniem tu najtrudniejszej recenzji do tej pory. Płyta Tomorrow in a Year wyszła w marcu, dopiero teraz jestem w stanie jakkolwiek, cokolwiek o niej powiedzieć. I moje nieróbstwo, lenistwo czy writer’s blocki nie mają tu nic do rzeczy. Ta płyta to potężna twierdza, którą obchodziłem wiele razy z wielu stron i długo nie mogąc pojąć jej budowy. Specjalnie dla tej płyty, kładłem się wcześniej do łóżka, by w kompletnej ciszy i skupieniu spróbować zrozumieć to co się na niej dzieje przez bite półtorej godziny. Teorytycznie mogłem to popieprzyć, skoro nie podeszła za pierwszym razem, nie podejdzie pewnie i za ósmym. Mimo to, gdzieś podświadomie czułem, że ta płyta zawiera w sobie ogromny potencjał, który trzeba odszukać.  Znalazłem go – jest potężny.

Ideą płyty szwedzki duet kupił mnie na dzień dobry, chociaż szczerze ich nie lubiłem (i dalej nie lubię wszystkiego spod znaku The Knife od lutego 2010 wstecz z Heartbeats na czele). Bo co wyjdzie jeśli zachcemy nagrać płytę, która dźwiękowo przedstawi powstanie życia na Ziemi, zaczynając już od jednokomórkowych organizmów wychodzących z wody na ląd? Co wyjdzie jeśli do tego będziemy przy tym głęboko zainspirowani książką „O powstaniu gatunków” Darwina? Co więcej, co wyjdzie jeśli ma to być w formie electro-opery, o której aspektach technicznych przed rozpoczęciem rejestracji nie mamy dosłownie zielonego pojęcia? The Knife podjęli się tego ryzyka i na chwilę po wielu starciach z albumem mój werdykt brzmi – szwedzki duet nagrał swoje Kid A.

Wyobraźcie sobie, że powstały mega czułe i mega małe mikrofony, które pozwalają zarejestrować dźwięki wydawane przez mikroorganizmy. Tymi właśnie dźwiękami mniej więcej zaczyna się Tomorrow in a Year. Totalna cisza z czasem coraz bardziej się rozwija, początkowo tylko poprzez większą ilość nieregularnych plumknięć, zgrzytów aż z czasem pojawiają się bardziej industrialne, ciągnące się w nieskończoność szumy, brudy i wszystko co atonalne, niemelodyczne i niebrzmiące. Po 7 minutach na powierzchnie całego tego wzburzonego paska oscyloskopu wypływa wokal – mezzosopran Kristiny Wahlin (to się mija z celem, ale chcąc interpretować płytę pod kątem biblijnym to jest to moment pojawienia się światła), który w jakiś sposób poprowadzi nas do końca tego szaleństwa. Nagle całość  zagłusza brutalny, syntetyczny bass. I tak przez dłuższy okres czas – The Knife wystawiają słuchacza tu na wielką próbę – cierpliwości jak i odwagi. Wiele razy krążek zalewa nas dźwiękami, naprawdę ciężkimi do zniesienia lub których dosłownie można się przestraszyć. Wiele razy przyjdzie nam usłyszeć coś, do czego ostatnie czego się spodziewamy to wokal (Variations of birds). Co ciekawe nie wszystko tu jest z pochodzenia syntetyczne. Olof Dreijer dużo podróżował (np. do Amazonii) i rejestrował wiele dźwięków w czasie tejże podróży. Owoce jego pracy są bardzo sprytnie przemycone na płycie (dopiero za którymś przesłuchaniem wspomnianego już Variations od birds dopatrzyłem się tam ptaków/papug i pojmując zarazem tytuł utworu). Przystanek w całej wyprawie od początku do końca płyty niosą ścieżki z zarejestrowanym deszczem, szumem, zwierzętami – są to momenty niosące naprawdę upragniony odpoczynek . To moment, w którym choć zmęczeni ( bo ta płyta naprawdę męczy) stoimy przed wyborem: koniec czy lecimy dalej? Wiele razy rezygnowałem – za płytę zabierałem się jakieś 10 razy zanim rzeczywiście ją przesłuchałem od początku do końca.

Rdzenne brzmienie the Knife zakopało się na tej płycie bardzo głęboko i potrzeba nie lada cierpliwości (dla fanów duetu zwłaszcza) by tą nagrodę odkopać.  Jak już pisałem,  sam się zagłębiałem w całości parę dobrych razy i TO The Knife usłyszałem dopiero pod koniec. Bo taka prawda: podchodząc do Tomorrow in a Year zapomnijcie o „najfach” jakie znaliście do tej pory. Pierwszy jakikolwiek rytm (z serii co autor miał na myśli?: pojawia się rytm – pojawia się człowiek?) zaszczyca nas bardzo późno, podobnie jak wokal-wizytówka tej bardziej cycatej połówki duetu – Karin, jednak warto, naprawdę warto powalczyć. To tęcza po burzy.

Bardzo, bardzo, bardzo cenię sobie albumy koncepcyjne, które wystawiają nas na próbę, każą nam czekać na niespodzianki z ich strony i stanowią swoistego rodzaju wyprawę z punktu A do punktu B, bez skrótów czy pojedynczych przygód. Albo lecimy od początku do końca, albo figa z makiem. Dodajmy do tego całą fenomenalną ideę z Darwinem w tle, szwedzki wrodzony w nutki chłód i tajemniczość. Ta płyta to dźwiękowa Mona Liza, której każda z kolei próba rozgryzienia niesie ze sobą kolejne odpowiedzi wraz z kolejną serią pytań. Ta płyta to elektroniczny geniusz i  syntetyczne śmieci zarazem. To zapowiedź czegoś nowego w świecie muzyki i najodważniejszy z możliwych kroków, bo ku nieznanemu A ja się tylko zastanawiam:  co teraz The Knife? / Co teraz muzyko? (9.1/10)

 

linka brak, załatwiać płytę, do łóżka ze słuchawkami i walczyć – warto.

 

Szadi

%d blogerów lubi to: