Archiwum dla 2010

Ściągam majtki

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 7 września, 2011 by headphonesporno

Kiedy zakładaliśmy z Tapczanem tego bloga, jakieś 3 lata temu (Matko Boska Przenajświętsza Kochana i Jezusie Zbawicielu Narodów Świata już 3 lata?!) Tapczan powiedział: „nie ma mowy, o niektórych płytach nie napiszę nigdy. Za bardzo je kocham, żeby jakiś niegodny idiota ich słuchał, nie docenił, nie zrozumiał i uznał na gówno. Nie ma mowy.” Wtedy uznałem to za głupie i konsekwentnie na pierwszy ogień poleciałem z marną recenzją kapitalnej płyty. Dziś by to inaczej rozegrał, bo zacząłem dostrzegać sens w słowach Tapczana. Z drugiej strony, przecież nie tylko idioci tu zaglądają. Niech chociaż jedna osoba na 30 zrozumie płytę dokładnie w ten sam sposób co ja to mogę umierać spokojnie. No więc, dobra, niech będzie. Oto moje piękno. Mój skarb, którym Tapczan na moim miejscu nigdy by się nie podzielił. Jedna z pierwszych płyt, które kupiłem, gdy stwierdziłem, że płyty trzeba jednak kupować. Pierwsza płyta na tym blogu z oceną maksymalną. Czysty geniusz. Nie będę wam pisał, co to, kto to, z czym to się je. Sprawdźcie sobie sami. Chwilę już czytacie tego bloga, więc wiecie co mi w duszy gra. Jeśli koniec świata jest jutro, to zaraz odpalam ten album.(10/10 – dziesięć na dziesięć)

Młodzi, zdolni, z wielkich miast (czyli z okazji Świąt brak sprośnego tytułu)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 25 kwietnia, 2011 by headphonesporno

James Blake – James Blake

Palec pod budkę kto nie ma bladego pojęcia kim jest ten pan. Tak  myślałem. Baźgrnięcie paru dobrych słówek o Blake’u to czysta formalność – o tym gnojku i jego cholernie dobrej  płycie zostało powiedziane już wszystko i wszędzie, ale że  już, z tego miejsca mogę powiedzieć, że dla J.B. mam zarezerwowane miejsce w Rankingu Najlepszych Płyt rok 2011 to wypada mi napisać chociażby akapicik, coby mieć do czego odsyłać. W każdej gazetce wystawianej na bocznej ścianie kiosku znajdziemy słowo „finał na twarz”, w każdej gazetce informacyjnej zawsze znajdziemy słowo „Smoleńsk” a w każdej gazecie muzycznej znajdziemy słowo „James Blake”. Heh…

Króciutko. Palec pod budkę kto pamięta Bon Iver’a. No dokładnie! James jest takim Vernonem, który zamiast w lesie zaszył się w cieplutkim londyńskim mieszkanku (coś tego pokroju zapewne), zamiast akustyka miał klawiaturę MIDI i syntezator KORG’a, zamiast nagrywać wokale na sobie, użył  autotune’a (co jest chyba pierwszym w historii muzyki pomyślnym użyciem tegoż wynalazku). To co właściwie Blake ma z Vernona? Przede wszystkim silną wrażliwość wyczuwaną w głosie już od pierwszych nutek – taki Antony Hegarty za syntezatorem. Do tego z minimalistycznym podejściem do sprawy – cała płyta brzmi bardziej jak szkic czegoś większego, ale to wcale nie minus! Czuć, że każdy dźwięk został poprzedzony godzinnym przemyśleniem; stąd też dużo tu ciszy, która wyśmienicie ubarwia całość bardziej niż zrobiłby niejeden instrument – podobne wrażenie miewało się słuchając The XX. Wszystko na tej płycie jest idelanie wywarzone, nie ma nic niezaplanowanego, nie ma przesytu, wszystko jest na swoim miejscu. No i wokale! Dżejms zrezygnował z samplowania głosów (jak to robił na EPkach do tej pory) na rzecz  własnego głosu i niech go Bóg Miłosierny Król Polski i Najświętsza Maryja Zawsze-Dziewica błogosławią za to, bo James ma czym się pochwalić. Podsumowując: gnojek ma 22 lata i nagrał soulowo-post-dubstepowy i strasznie dojrzały krążek, który zostanie niejednokrotnie odznaczony w grudniu tego roku. Jedno mnie tylko zastanawia. Każda jego Epka była inna od poprzedniej. LP tez okazał się być czymś zupełnie innym. Quo vadis James? Klik. (8.0/10)

Cascadeur – Mobile

Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. Śliczne! (7.0/10)


Soap & Skin –  Lovetune For Vacuum

To taki Anthony Hegarty już po operacji zmiany płci i dość mocno odmłodzony, bo ma tylko 19 lat. (teraz już ma 21, ale płyta wyszła w 2009). Gdzieś w Austriackich górach, w zamczysku pełnym nietoperzy 19 letnia Anja Plaschg zaszyła się ze swoim złamanym sercem, litrami łez do wypłakania i starym pianinem. Śpiewała do księżyca o północy, przymierzała stare suknie, oglądała stare fotografie swojego ukochanego i leżała samotnie na ogromnym łóżku z baldachimem. Taki obraz narzuca mi moja ograniczona męska wyobraźnia, próbując podjąć się tematu genezy powstania „Lovetune for Vacuum”. Soap & Skin to 19-letnia Anja Plaschg, wiedeńska pianistka i skrzypaczka, która nagrała 13 najsmutniejszych piosenek na świecie. W duchu muzyki barokowej połączonej z delikatnym neo-folkiem Anja stworzyła obrzydliwie smutną, potwornie dojrzałą neo-klasyczną płytę, w której fundamentem prawie każdego utworu jest pianino. Do tego dochodzą smyczkowe aranże, rożnego rodzaju przeszkadzajki (w tym nawet dźwięki przewijanych kliszy) i subtelna elektronika. To w tle, bo pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim piękny zarazem przerażający głos nastoletniej Anji. Słuchając „Lovetune for Vacuum” nie łudźcie się na wesołe momenty. Nie ma tu ani nutki nadziei, to 41 minut deszczu, łez i nostalgii dousznie. To 13 częściowy marsz żałobny. Ta płyta jest niepokojąca, przerażająca, straszna  i strasznie piękna. Soap & Skin. (8.3/10)

Szadi



Radiohead z cyckami, czyli o kobietach…

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 28 marca, 2011 by headphonesporno

Wszystkie moje cycate fanki, groupies, pseudofanki, sexfanki, fanki, czytelników i haterów przepraszam za mosiężne lenistwo w karmieniu blogaska. Świat sportu, pracy, edukacji i 40% napojów wciągnął mnie sycie i coraz częściej ostatnie na co mam ochotę to stukanie… w klawiaturę. A mój mag w Dragon Age II też sam sobie skills’ów nie nabije. Spokojnie rjebjata, żaden kres nie nadciąga, koniec roku w 2012 aktualny już nie jest, więc Headphonesporno zostanie zamknięte tylko jak umrze Thom Yorke. Albo Justin Vernon. Albo jak się Fleet Foxes rozpadną. Nieważne. Blog żyje, póki mam uszy i zwinne paluszki.

Wiosna przyszła, coraz częściej szpilki zastępują ocieplane Emu, sukienki spodnie, bluzeczki z dekoltem polary, więc nic dziwnego, że o kobietach chce się myśleć, mówić, pisać, chce się kobiety mieć na kolanach no i w słuchawkach. Przedstawiam wam parę przedstawicielek płci pięknej, które sprawiają, że się ostatnimi czasy rozpływam.

Sussane SundfØer – The Brothel

 To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.

Zuzia, Norweżka, feministka, laureatka paru ważnych muzycznych nagród nie podbiła mojego serca. Ona je zjadła. Co więcej ona skończyła szkołę muzyczną! W Polsce po takim wyczynie człowiek umie wszystko, tylko nie tworzyć dobrej muzyki. Zuzia, nie mogła być wzorową uczennicą. Na pewno nie wracała grzecznie ze swoimi nutkami do domciu po zajęciach, żeby ćwiczyć do późna do pianinie i pójść spać o 21. Z zajęć też się musiała zrywać, bo jak wytłumaczymy teksty o romansach czy nazywanie swojego albumu Burdel? Zajęcia ze śpiewu Zuzia jednak zaliczyła wszystkie – to co na (w) Burdelu można usłyszeć, przyprawia o gęsią skórkę od pierwszych sekund. Zuzi zachwyca nas potężnym, pewnym i intrygującym wokalem, który jak chce poszepcze, pokrzyczy, pomruczy a nawet pośpiewa sakralnie (genialny closer „Father Father”). A na czym się ten wokal ślizga?  Na kapitalnie wyproporcjonowanej, melodyczne, bardzo rejdjołhedowej i pełnej zaskakujących przejść mieszance elektroniki, smyczków, przeróżnych klawiszy  i rocka. Ta płyta jest bardziej niż doskonała i bardziej niż obowiązkowa. Nie wierzycie? Ten Burdel to czysta przyjemność! (8.0/10)

Shara Worden /Sarah Kirkland Snider / Signal – Penelope

Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu…  Ogromna trauma,  uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci  ona  czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego.  Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z My Brightest Diamond) zaśpiewała, o tym Signal gra. O tym opowiada neo-klasyczny projekt Penelope a ja o tym wam piszę a wy macie to uważnie przesłuchać, gdyż jest to jeden z najbardziej poruszających projektów muzycznych ostatniego czasu. Urywkowo skonsumowane traci sens, więc tu jest całość. (8.0/10)

Szadi

Jaką płytą był rok 2010 – Podsumowanie

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 grudnia, 2010 by headphonesporno

Intro w tym roku skromnie, bo zostawiłem je na koniec, a jest 2 w nocy i już sram literkami. 2010 był fantastycznym, muzycznym rokiem! Na pierdylaird albumów, jakie wyszły, usłyszałem zaledwie 120, jednak to wystarczy by ze spokojem powiedzieć – good job. W TOP 10 nie zmieścili się już Ceo – White Magic, Swans – My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky ani Trentemoller ze swoim Into the Great Wide Yonder, co nie znaczy jednak, że nie są oni warci uwagi. Tak czy siak, oto moje dziesięć ukochanych płyt, przy których moje uszy robiły się wilgotne:

10. Shearwater – The Golden Archipelago

Niezobaczenie Shearwater na OFF’ie było moim największym grzechem tego roku. Jonathan Meiburg – wokalista-ornitolog całą płytę  poświęcił wyspom, które w skutek ludzkiej brutalności wobec Ziemii… znikną. Gdzieś pod wodą zginą a wraz z nimi cała ich unikalna fauna i flora. O tym się pisze artykuły i przemówienia, ale płyty nagrywa?! Nieźle, nie? Mamy tu perfekcyjnie wymierzoną równowagę między cichymi, pięknymi balladami i agresywniejszymi momentami a w nich wszystkich swoim fenomenalnym głosem czaruje nas bardzo unikatowy wokal Jonathana. Dla jego głosu i tekstów warto było się uczyć angielskiego. 

9.Bonobo – Black Sands

Bonobo to bezwstydnik, kolejny raz pokazał, że ma jaja nie tylko duże, ale i płodne za trzech. Simon Green, jedna z moich ulubionych wizytówek wytwórni Ninja Tune nagrał, dosłownie, płytę perfekcyjną i chyba najlepszą w swojej karierze. Nie ma tu choćby milisekundy, przy której bym wąsem kręcił i marudził. Na „Black Sands” muzyk-perfekcjonista  swoją „już-fantastyczną” i melancholijnie piękną muzykę przyprawia tym raz swoimi interpretacjami tego co obecnie dzieje się na scenie elektronicznej (dubstepik w wersji soft -„Eyesdown” to chyba największy killa albumu). Warto poświęcić swoje 55mniut życia na ten album, zdecydowanie.

8. Gonjasufi – A Sufi and a Killer

„Większość piosenek było nagrane tutaj na pustyni, i czuć to diametralnie. Klimat,  pogodę, wszystko to się nagrało. Dlatego chciałem użyć analogowych mikrofonów i taśmy.  Sposób nagrania dźwięku jest tak samo ważny jak on sam. Na kasecie to się rezonuje, z czasem  zatapia się bardziej w głąb taśmy, dzięki czemu powietrze i środowisko również zostają uchwycone . Słuchasz Milesa Davisa, Charlie Parker, i możesz słyszeć dym papierosa. Gdy słyszę, Billie Holiday, czuję jak jestem w tym pokoju – czuję dym papierosa, nawet niewolnictwo…” Gonjasufi wpieprzył chyba z 8 betoniarek ćpania, teraz jest po odwyku, uczy yogi, rapuje, medytuje, wyznaje sufizm i mieszka na pustyni gdzieś pod Las Vegas… Nagrał tam schizofreniczno-paranoiczną triphopową płytę, która jest enigmatyczna, mistyczna i kipi psychodelią. I wiecie co? Podoba mi się ten stan.

7. Flying Lotus – Cosmogramma

Weźmy 7 didżei, 4 klasycznych kompozytorów, Halinę Kunicką, jednego pingpongistę i ze 4 Thomów Yorków. Niech każdy z nich nagra jakąś płytę, a wszystkie skrawki, które w trakcie mixu i masteringu uzna się za śmieci zgrajmy na coś i dajmy Stevenowi Ellisonowi aka Flying Lotus. On te „niby-niewtórne” odpady poskłada i zbuduję arcydzieło. Cosmogramma to  płyta brzydka, chaotyczna i niezdecydowana. To rzeźba ze śmieci a podobno z gówna rzeźby nie zrobisz. Flying lotus zrobił i dlatego wrzucam ją do TOP TENU – na Cosmogrammę nie można patrzeć (nie licząc paru minutowych wyjątków) jak na płytę, którą się z przyjemnością posłucha w aucie czy po ciężkim dniu w robocie. Ten album trzeba podziwiać przez pryzmat rzemiosła, dzieła ludzkiego, zrobienia czegoś z niczego. To krok w stronę niedościgniętego geniuszu The Avalanches, jednak tamci przy okazji niezłej roboty stworzyli też kawał solidnego, pociągającego dźwięku.

6. CocoRosie – Grey Oceans

Dwa Piotrusie Pany w wersji z cyckami od początku do końca trzymają nas na Grey Oceans w swojej krainie dziecięcych wspomnień, pełnych zabawek, przejażdżek na tylnym siedzeniu w aucie (bez skojarzeń pedryle, mówimy tu o dzieciach!), lemoniad, wyliczanek i baza z krzeseł i koców. Wszystko klawo, ale w tym świecie bawią się same, bez rodziców. I stąd wynikająca melancholia buduje na tej płycie niesamowity klimat, najsmaczniejszy dla wszystkich „smutolubów” mojego pokroju.  Nie ma tu odkrycia, CocoRosie kolejny rok bacznie podążają po wyznaczonej przez siebie ścieżce, wzbogacając ją tylko o większe instrumentarium nabyte w zabawkowym, dwa lokale dalej od muzycznego. Mimo wszystko Grey Oceans na długo nie schodziła z mojego odtwarzacza. Dobra płyta to taka, o której się myśli przez 8h w robocie w oczekiwaniu na jej dalsze przesłuchanie. Grey Oceans to bardzo dobra płyta. W rankingu na najbrzydszą okładkę 2010 zajmują jednak #1. To dobra nauczka, dla tych (czyli dla mnie również) którzy oceniają płytę po okładce.

5. Everything Everything – A Man Alive

Po pierwszej randce, stwierdziłem że to nie ma sensu i ją porzuciłem. Po jakimś czasie sobie o niej przypomniałem i błagałem by wróciła… i wróciła. Nie przeszkadza mi to, że łączy chyba wszystkie możliwe style i co chwilę je zmienia, że cały czas wyje swoim jękowatym głosem, który brzmi  jak ten pacan z Panic! At The Disco, tylko jest trochę wyższy. Nie przeszkadza mi również,  że jest gadatliwa i używa sprośnych i często niezrozumiałych tekstów. Nie przeszkadza mi nawet, to że inni nie dają jej absolutnie szans. Kocham ją, jej transcendencję, barwność i niezdecydowanie. Kocham ją jak nikt!

4. The Knife – Tomorrow in a Year

Nie ma się co rozpisywać, bo temat wyczerpałem dwa tygodnie temu. Lubię gdy płyta to podróż, wymagająca spostrzegawczości i wysiłku. Tutaj mamy eskapadę, która trwa paręnaście (paręset?) tysięcy lat.


3. Deftones – Diamond Eyes

Mocno przesterowanych, przestrojonych o 2 tony w dół, 8 strunowych gitar w moich słuchawkach nie usłyszy się za dużo. Tymczasem, daję słowo, „Diamond Eyes” jest chyba najdłużej egzystującą na moim odtwarzaczu płytą – ten czas należy liczyć  w miesiącach. Typowe już dla Deftonsów idealnie wyśrodkowane połączenie ciężkiego grania z pięknymi  i chwytliwymi melodiami zostało wzmocnione o potężny ładunek emocjonalny, wynikający z ciężkiego stanu zdrowotnego dotychczasowego basisty. Jest tu depresyjnie, mrocznie i ciężko. Jest tu cudownie, chyba najlepiej od czasów „White Pony”.

2. Beach House – Teen Dream

Druga po CocoRosie najbrzydsza okładka roku i jeszcze wokalista okazuje się wokalistką. Co więcej o płycie dowiedziałem się przypadkowo na Onecie. Nie dajcie się jednak zwieść tym trzem antypokusom. Teen Dream to dream-popowe arcydzieło, łączące w sobie instrumentalny minimalizm z barokową dawką emocji. Tego nie da się nie pokochać. To czyste piękno, które śmiało bym przypisał Europie Północnej, nie Ameryce. Beach House pokazali, że by osiągnąć sukces nie trzeba otwierać portfela, a serce. Tylko tak szeroko.  Ładnie to ujął Arturek: ” Tak pięknie nie gra dzisiaj nikt”  Nikt. Prawie nikt…

1. Karkwa – Les Chemins De Verre

Ile to razy już zadawałem sobie pytanie: czy ja wraz z wiekiem staję się coraz bardziej odporny na piękno, czy dziś już po prostu nikt nie gra tak jak kiedyś na „Parachutes” czy „Takk” ? Ile razy się nie słyszy, że kapele inspirują się Radiohead, Coldplay i Sigur Ros? Ile razy już się człowiekowi nie chciało o tej gadaniny rzygać, bo obiecanki kończyły się ostatecznie na pustych słowach? Ileż jeszcze Szadi będziesz wracał do tych zasranych albumów? Dużo, bo  do tych albumów wracać warto. Dziś już nikt nie gra w ten sposób. Wiecie ile razy przesłuchałem pod rząd „Les Chemins De Verre”, gdy pierwszy raz je usłyszałem? … fchuj.

Podobno weszli do studia, z piosenkami, które istniały tylko w ich głowach. Nigdy nie grali ich nikomu, nawet sobie na próbach. Po 21 dniach wyszli z gotowym albumem i… i kurwa nagrali genialne arcydzieło, które powala na kolana wszystko, co w tym roku usłyszeć można było. Ale tu przecież nic nie ma! Nie są odkrywczy, nie wnoszą nic nowego, nie robią rewolucji, oni tylko grają, spokojnie, folkowo-rockowo. Takich kapel jest pierdyliard. Może to ten francuski, może to te pianina, nie wiem. Wiem jedno. Karkwa to zespół, który nagrał najśliczniejszą płytę, jaką w tym roku słyszałem! Oni naprawdę mają w sobie coś z „Takk” czy „Parachutes”! Warto było czekać. To nie ja się starzeję, tylko świat grać nie umie. Karkwa lekcji wrażliwości udzieli. Posłuchajcie.

Szadi

3 razy TAK! cz.3

Posted in Bez kategorii with tags , , , on 27 grudnia, 2010 by headphonesporno

Beach House – Teen Dream

1. Druga klasa gimnazjum. Korytarz, przerwa, mijaliśmy się obojętnie nieraz, ale tym razem i ona spojrzała. No i coś się u mnie obudziło.

2 . Nie znałem imienia, ale znałem klasę i dokładnie nauczyłem się gdzie miała jakie lekcje. Wzrok zaczął uciekać w jej stronę, ilekroć nie była w jego zasięgu. Nawet między tłumami.

3. Pięciominutówka przed religią, 2 końce korytarza, masa ludzi pomiędzy, ale i tak dokładnie ją widziałem.  „A pójdę tam… coś sprawdzić! Chłopaki, zaraz wracam” .Popatrzyła się na mnie. Przypadek, nie przypadek, do końca dnia nie myślałem o niczym innym.

4. Uśmiechnęła się do mnie!

5. Szkolne walentynki. Głupie kawały, głupie serduszka, głupie wierszyki. Wysłałem. Jak głupi się cieszyłem.

6. „Cześć, pójdziemy do kina na film z Meg Ryan?”

7. Perfumy od Mikołaja na specjalną okazję, różyczka kupiona za pieniądze od rodziców, spacer po parku, ławka, dzieci na placu zabaw. Młodzieńcza sielanka, pierwsze złapanie za rękę.

8.”Całowałaś się już kiedyś?”. „Ja też nie”

9. SMSy wysyłane z Nokii 3210 o treści „KCB”. 15sms/dzień. Kara od rodziców za rachunki.

10. (…)

Jeśli chcecie swoją pierwszą szczeniacką, niewinną, głupią, ale najśliczniejszą miłość przeżyć jeszcze raz, odpalcie sobie Teen Dream i zapomnijcie na chwilę o bożym świecie. (8.9/10)

 

Uśmiechnij się

 

Szadi

3 razy TAK! cz.2

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 25 grudnia, 2010 by headphonesporno

Everything Everything – Man Alive

Wszystko wszystko! Dosłownie wszystko, co słyszę na tej płycie, jest fantastyczne! Zawsze wolałem gitary akustyczne od elektrycznych, pianina od syntezatorów, smooth jazz od popu, a tymczasem płyta, która na 1000% zagości na TOP10 roku bożego 2010 jest pure popem, przy który wszystkie wszystkie stawy mojego ciała zginają się jak szalone! Ahhh!

 

Nie sztuką jest stawać na głowie w czasie 30minutowej  gry wstępnej, by potem dać dupy w tym drugim znaczeniu. Nie sztuką również jest wydać przeklawą EPkę, która narobiła smaku wszystkim a potem zmaścić całą sprawę niemorowym LP. Czwóreczka z Manchesteru namachała nam kiełbasą przed nosem a następnie, uroczyście nam ją wręczyła z pysznymi dodatkami. I to jest to! Cały świat ślinił się słuchając EPki „Schoolin” produkując jak fabryka kisiel w bieliźnie w oczekiwaniu na longplay. Stawka była wysoka, presja jeszcze większa a EvyEvy odwalili robotę na medal. Jak mówią w wywiadach i jak sugeruje nazwa, inspirowali się wszystkim od Steva Reicha, Craiga Davida,  przez Queen czy Radiohead (bo jakże), blablabla. Ta płyta to barwne szaleństwo, gatunkowa transcendencja z Mr. Bungle w tle.  I w łóżku i w muzyce cenię sobie nieoczekiwane zwroty akcji – Man Alive to orgia barw,  gdzie bardzo się postarano  by każda utwór, każda minuta była inna od poprzedniej, zachowując przy tym jednak rdzeń – czystą popową przyjemność. I gitary i wokale (mega wysoki wokal w stylu „zostawił-jaja-w-szatni” Jonathana Higgsa zasługuje generalnie na oddzielny akapit, ale nie nie nie – sami to sobie sprawdźcie, tak samo jak zasługujące na jeszcze inny akapit genialne, często bezpruderyjne teksty – „Who’s gonna sit on your face when I’m gone”) i wszystkie syntetyczne dźwięki – wszystko tu jest tak pokombinowane, co chwilę obraca się o 180 stopni i świruje pawiana, ale to wszystko ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk.

Przyniosłem Man Alive do pracy i sprzedaż nam zmalała, bo rozmawiając z klientem tańczę sobie nieśmiało i gram na niewidzialnej gitarze zamiast snowboardy opylać. Robienie z siebie idioty jednak mi nie przeszkadza – EvyEvy porywają mnie, jak mało która taneczna płyta. Man Alive to muzyczny kameleon – klimaty się zmieniają co chwilę, ale idealnie dopasowuje się do wszystkiego i wszystkich. Miód dla uszu! Wszystko wszystko co tu słyszę jest fantastyczne! Pop nie umarł, tylko dojrzał!  (8.3/10)

<3<3<3

Szadi

3 razy TAK! cz. 1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 15 grudnia, 2010 by headphonesporno

The Knife – Tomorrow in a Year

WordPress.com – loguj – Mój Blog – Nowy Wpis – The Knife – cisza… Jak ja mam zacząć, tak by w pełni oddać, przekazać, namalować 41 literkami wszystkie emocje, odczucia, zmieszania i zaskoczenia jakie doznawałem słuchając tej płyty. Blog ten ma 2,5 roku i właśnie przyszło mi zmierzyć się z  napisaniem tu najtrudniejszej recenzji do tej pory. Płyta Tomorrow in a Year wyszła w marcu, dopiero teraz jestem w stanie jakkolwiek, cokolwiek o niej powiedzieć. I moje nieróbstwo, lenistwo czy writer’s blocki nie mają tu nic do rzeczy. Ta płyta to potężna twierdza, którą obchodziłem wiele razy z wielu stron i długo nie mogąc pojąć jej budowy. Specjalnie dla tej płyty, kładłem się wcześniej do łóżka, by w kompletnej ciszy i skupieniu spróbować zrozumieć to co się na niej dzieje przez bite półtorej godziny. Teorytycznie mogłem to popieprzyć, skoro nie podeszła za pierwszym razem, nie podejdzie pewnie i za ósmym. Mimo to, gdzieś podświadomie czułem, że ta płyta zawiera w sobie ogromny potencjał, który trzeba odszukać.  Znalazłem go – jest potężny.

Ideą płyty szwedzki duet kupił mnie na dzień dobry, chociaż szczerze ich nie lubiłem (i dalej nie lubię wszystkiego spod znaku The Knife od lutego 2010 wstecz z Heartbeats na czele). Bo co wyjdzie jeśli zachcemy nagrać płytę, która dźwiękowo przedstawi powstanie życia na Ziemi, zaczynając już od jednokomórkowych organizmów wychodzących z wody na ląd? Co wyjdzie jeśli do tego będziemy przy tym głęboko zainspirowani książką „O powstaniu gatunków” Darwina? Co więcej, co wyjdzie jeśli ma to być w formie electro-opery, o której aspektach technicznych przed rozpoczęciem rejestracji nie mamy dosłownie zielonego pojęcia? The Knife podjęli się tego ryzyka i na chwilę po wielu starciach z albumem mój werdykt brzmi – szwedzki duet nagrał swoje Kid A.

Wyobraźcie sobie, że powstały mega czułe i mega małe mikrofony, które pozwalają zarejestrować dźwięki wydawane przez mikroorganizmy. Tymi właśnie dźwiękami mniej więcej zaczyna się Tomorrow in a Year. Totalna cisza z czasem coraz bardziej się rozwija, początkowo tylko poprzez większą ilość nieregularnych plumknięć, zgrzytów aż z czasem pojawiają się bardziej industrialne, ciągnące się w nieskończoność szumy, brudy i wszystko co atonalne, niemelodyczne i niebrzmiące. Po 7 minutach na powierzchnie całego tego wzburzonego paska oscyloskopu wypływa wokal – mezzosopran Kristiny Wahlin (to się mija z celem, ale chcąc interpretować płytę pod kątem biblijnym to jest to moment pojawienia się światła), który w jakiś sposób poprowadzi nas do końca tego szaleństwa. Nagle całość  zagłusza brutalny, syntetyczny bass. I tak przez dłuższy okres czas – The Knife wystawiają słuchacza tu na wielką próbę – cierpliwości jak i odwagi. Wiele razy krążek zalewa nas dźwiękami, naprawdę ciężkimi do zniesienia lub których dosłownie można się przestraszyć. Wiele razy przyjdzie nam usłyszeć coś, do czego ostatnie czego się spodziewamy to wokal (Variations of birds). Co ciekawe nie wszystko tu jest z pochodzenia syntetyczne. Olof Dreijer dużo podróżował (np. do Amazonii) i rejestrował wiele dźwięków w czasie tejże podróży. Owoce jego pracy są bardzo sprytnie przemycone na płycie (dopiero za którymś przesłuchaniem wspomnianego już Variations od birds dopatrzyłem się tam ptaków/papug i pojmując zarazem tytuł utworu). Przystanek w całej wyprawie od początku do końca płyty niosą ścieżki z zarejestrowanym deszczem, szumem, zwierzętami – są to momenty niosące naprawdę upragniony odpoczynek . To moment, w którym choć zmęczeni ( bo ta płyta naprawdę męczy) stoimy przed wyborem: koniec czy lecimy dalej? Wiele razy rezygnowałem – za płytę zabierałem się jakieś 10 razy zanim rzeczywiście ją przesłuchałem od początku do końca.

Rdzenne brzmienie the Knife zakopało się na tej płycie bardzo głęboko i potrzeba nie lada cierpliwości (dla fanów duetu zwłaszcza) by tą nagrodę odkopać.  Jak już pisałem,  sam się zagłębiałem w całości parę dobrych razy i TO The Knife usłyszałem dopiero pod koniec. Bo taka prawda: podchodząc do Tomorrow in a Year zapomnijcie o „najfach” jakie znaliście do tej pory. Pierwszy jakikolwiek rytm (z serii co autor miał na myśli?: pojawia się rytm – pojawia się człowiek?) zaszczyca nas bardzo późno, podobnie jak wokal-wizytówka tej bardziej cycatej połówki duetu – Karin, jednak warto, naprawdę warto powalczyć. To tęcza po burzy.

Bardzo, bardzo, bardzo cenię sobie albumy koncepcyjne, które wystawiają nas na próbę, każą nam czekać na niespodzianki z ich strony i stanowią swoistego rodzaju wyprawę z punktu A do punktu B, bez skrótów czy pojedynczych przygód. Albo lecimy od początku do końca, albo figa z makiem. Dodajmy do tego całą fenomenalną ideę z Darwinem w tle, szwedzki wrodzony w nutki chłód i tajemniczość. Ta płyta to dźwiękowa Mona Liza, której każda z kolei próba rozgryzienia niesie ze sobą kolejne odpowiedzi wraz z kolejną serią pytań. Ta płyta to elektroniczny geniusz i  syntetyczne śmieci zarazem. To zapowiedź czegoś nowego w świecie muzyki i najodważniejszy z możliwych kroków, bo ku nieznanemu A ja się tylko zastanawiam:  co teraz The Knife? / Co teraz muzyko? (9.1/10)

 

linka brak, załatwiać płytę, do łóżka ze słuchawkami i walczyć – warto.

 

Szadi

3 razy NIE!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , on 5 grudnia, 2010 by headphonesporno

Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy

Próbowałem na wszystkie sposoby. I po cichu, i w mieście i w aucie. Nawet w pracy jako muzyka tła się nie sprawdziła. I nie pomoże tu ani Pitchfork, ani Chaciński ani sam Bon Iver (i Ty Brutusie!?). Podobno psy nie trawią ziemniaków. Moje uszy nie trawią My Beautiful Dark Twisted Fantasy. (3.2/10)

 

 

Klaxons – Surfing the Void

Klaxons RIP [*] piszcie miasta. (2.8/10)

 

 

 

 

 

NIN – Pretty Hate Machine (remastered)

Celem postu było głownie pojechanie po Kanim i Klaksonach. Trzeciej tak niepodobającej się płyty ostatnio nie słyszałem, ale że pierw powstał tytuł notki a dopiero potem rozpocząłem przemyślenia o czym napiszę, muszę tu coś doczepić. Cóż, jak lubię Nine Inch Nails tak jego pierwsza płyta nie ważne czy ma 21 lat czy miesiąc wciąż mi się nie podoba i tyle. (3/10)

 

 

Szadi

Antek dalej nie zna swojej płci, ale to dobrze…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , on 22 listopada, 2010 by headphonesporno

Teraz, gdy już spełniłem swoje 3 letnie marzenie i zagrałem Everything in it’s right place na swojej nowej, pięknej Yamasze (przez którą notek ostatnio było ile było),  przeszedłem Fallout’a New Vegas i założyłem po 1,5 miesiąca abstynencji słuchawki na uszy, mogę w końcu napisać coś konkretnego na wychudzonym ostatnio Headphonesporno. A że mamy jesień, a ja mam piękną Yamahę metr ode mnie, grzechem byłoby dla mnie nie napisać o czymś klawiszowym:

Anthony & The Johnsons – Swanlights

Podobno gdzieś w Niemczech znajduje się miasteczko, które nie zostało odbudowane po bombardowaniach z czasów II Wojny Światowej, które w takim stanie egzystuje, rzecz jasna dla celów turystycznych. Antony w tym roku też zrzucił bombę – melancholijną atomówkę prosto na moje wrażliwe muzyczne serce, a ja nie mam zamiaru po tym dochodzić do siebie – wracam do tego tak jak Ci turyści w Niemczech i zachwycam się za każdym razem tak samo.

O Anthonym na tym blogu powinno się do tej pory pojawić ok 6 wpisów – czyli tyle ile mniej więcej płyt wydał. Jezus współczesnej muzyki alternatywnej, Chopin wrażliwości, Thom Yorke melancholii, którego głos albo się kocha całym sercem, albo z całego serca nienawidzi, działa na mnie jak słońce na sople . I co z tego, że bidulka Antek nawet nie wie czy chce być nim czy nią – jeśli jego teksty, muzyka, emocje wynikają właśnie ze swoich płciowych rozterek, to egoistycznie z całego (rozgrzanego) serca życzę mu tego niezdecydowania do końca życia.

Przestraszyłem się nieco, gdy słuchając pierwszego tracku z zapowiadającej Swanlights EP-ki „Thank You For Your Love” zauważyłem, że jest to utwór…  wesoły. Ostatni raz Antek się tak wygłupił przy Hercules & Love Affair sprawiając sobie tym samym jedyny w historii naszej znajomości brak błogosławieństwa. Na szczęście reszta tejże EPki jak i cały LP Swanlights to kontynuacja tego, co Antek do tej pory robił najlepiej, czyli kruchych utworów, które z całych sił próbują wzbudzić w nas gęsią skórkę dzięki swojej prze szczerej melancholii. Płyta będąca podsumowaniem dziesięcioletniej twórczości twórczości Antony & The Johnsons to mieszanina skromnego mruczenia pod noskiem spod znaku „I am A Bird Now” i bardziej wzbogaconego o dźwięki ” A Crying Light”. W efekcie dostajemy potężny ładunek emocjonalny, w którym boski głos Antony’ego  porusza sprawy uśmiercania niewinnych zwierząt (martwy miś na okładce) czy zakochiwania się w istnieniach już martwych. Płyta ta po brzegi wypełniona dramaturgią, trzymająca napięcie od klucza wiolinowego do zamknięcia jest pozycją obowiązkową dla każdego. Nie ważne czy piszecie na Facebooku: „I miss summer” – Antony Hegharty to kanon, ikona i Jezus, którego twórczość trzeba poznać. (7.6/10)

Szadi

Kryzys wieku średniego dopadł radiogłowych

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 29 września, 2010 by headphonesporno

Drogi panie  Selwey,

Dawno temu, gdy odkrywałem Radiohead, zastanawiałem się co też ten przesympatyczny, łysy i poważny perkusista w garniturze sobie myśli, widząc przed sobą idiotycznie tańczącego Thoma Yorka, który co chwilę stroi autystyczne miny i wrzeszczy dziwne rzeczy do ludzi. Parę lat później, przy bonusowym materiale z In Rainbows, znalazłem powyższe zdjęcie – zaciekawiło mnie to. Dziś już wiem, co sobie Pan myślał – „dobra, jeszcze tylko 5 piosenek, 6 koncertów i znów będę mógł wrócić do mojej ukochanej gitarki (tu jakieś obrzydliwie słodkie imię dla niej – np. Jennifer), piżamki w misie i ukochanego fotelu.

Nie wierzę w bajki o syndromie perkusisty, który zawsze jest tylko tłem, maszyną wybijającą rytm da reszty kapeli. Jak ktoś jest pojętny (a muzykę Pana kapeli doceniają raczej pojętni ludzie), to docenia równomiernie wkład każdego członka zespołu w jego muzykę. Niemniej jednak rozumiem, że nieustannie stojąc w cieniu takich kolosów jak Yorke czy Greenwood i Panu zachciało się mieć swoje 5min solo na scenie muzycznej. Również nie dziwię się ani Panu, ani żadnemu innemu perkusiście, ani jakiemukolwiek muzykowi, że macie czasem ochotę odłożyć swoje perkusyjne pały i pograć sobie  na czymś innym, mrucząc przy tym ewentualnie. Również nie dziwi mnie fakt, że po takich bangerach jak np. „Myxomatosis” ma się ochotę na wyciszenie. Niestety słuchając Pana nowej płyty dochodzę do wniosków, że nie wszystko co przyjdzie do głowy w czasie takiej sesji powinno trafić na taśmę.

Cały świat dobrze wie, że synonimem Radiohead jest fabryka dzieł sztuki. 17 lat już pokazujecie, że macie jaja jak planety i ani razu nie zarejestrowałem nawet malutkiego rumieńca, potknięcia, czegokolwiek (może poza „Creep” – żadna piosenka nie ma tak idealnie dobranego tytułu). Niestety – nieunikniony był moment w którym któryś z was w końcu gafę strzeli. Padło na Pana, szkoda, obstawiałem Eda. Najgorsza muzyka, to taka, która nie wywołuje żadnych uczuć. Tak właśnie działa (czyli absolutnie nie działa) na mnie „Familial”.  Świat, ze mną na czele, ma już dość tandetnych podróbek klimatów Nicka Cave. Próbowałem, szczerze starałem się polubić te 10 kawałków. Niestety, choćbym na głowie stawał, cały czas zlewało mi się to w szarą całość, przechodzącą na drugi plan. Zamiast muzyka do ucha, właził mi palec do nosa. Oboje dobrze wiemy, że dla większości ludzi autorem „Familial” nie jest Phil Selwey lecz perkusista Radiohead – nawet taka reklama nie pomogła. Nic nie pomoże.  Z przykrością stwierdzam, że kryzys wieku średniego żyje i ma się dobrze.

Proszę więcej tego nie robić. Naprawdę. I mean it.

No niech Pan sam posłucha, no… (5.3/10)

Szadi

Pozycja klasyczna

Posted in O koncertach, O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , on 19 września, 2010 by headphonesporno

W Krakowie wczoraj skończył się Sacrum Profanum a wszyscy dobrze wiemy że Sacrum Profanum to nie tylko pierwszy i ostatni koncert (mum i jonsi) ale również, a w zasadzie przede wszystkim muzyka klasyczna, której koncerty odbywają się przez cały tydzień. No więc udałem się w czwartek, totalnie z głupa, nie sprawdzając nawet cotoktoto, na koncert Ensemble Recherche, który wykonał utwory z repertuaru Hans’a Abrahamsen’a. I jak? Bomba! Wyszedłem po 15minutach, jak połowa sali z resztą. Bądźmy poważni: wchodzi dwóch niemęsko ubranych mężczyzn na scenę, jeden siada za klawiaturą fortepianu, drugi wchodzi do swojej bazy, pełnej gongów, dzwoneczków, grzechotek, tamburyn, skromny ukłonik po czym  zaczęli tworzyć dźwięki (bo muzyką bym tego nie nazwał) totalnie pozbawione jakiegokolwiek rytmu, tonacji, melodii, czegokolwiek co by wywoływało u mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. I mieli to rozpisane na nuty! Jak?! Niemal że na oślep walili raz mocno, raz lżej w te swoje instrumenty; miałem odczucie że równie dobrze ja mógłbym zagrać taki koncert z kimkolwiek, nawet na trzeźwo. Totalne zbezczeszczenie pięknego instrumentu jakim jest fortepian. Wyszedłem po pierwszym utworze (który akurat był polskiego autorstwa…) i pomyślałem: Boże, czy do takiej muzyki trzeba dojrzeć? Jeśli porównać muzykę do pornosów, to je tego dnia oglądałem film ze zwierzętami i przedmiotami martwymi. Pokażę wam więc te cuda w wersji soft, do strawienia przez absolutnie każdego:

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się  ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)

Clint Mansell – The Fountain OST

Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)

Arvo Pärt – Fratres

Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.

A piątkowy Jónsi? Cóż mogę rzec – spodziewałem się mniej, dostałem więcej. Było magicznie i niepowtarzalnie  i chyba widziałem najlepsze wizualizacje do koncertu ever. mimo to zeszłotygodniowego múm nie przebili. Wykonanie piosenki „The Land Between Solar Systems” na długo zapamiętam. Na bardzo długo… (8.8/10)

Szadi

múm

Posted in O koncertach with tags , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Jest pierwsza w nocy a ja wciąż nie mogę dojść do siebie po tym co zobaczyłem, usłyszałem, doznałem. múm miało zagrać dobrze, miało być przedsmakiem do nadchodzącego koncertu Jonsiego, a było czymś, czego nigdy nie zapomnę. Jonsi mu nie podoła, już to wiem. Właśnie widziałem jeden z najpiękniejszych koncertów mojego życia, o ile nie najpiękniejszy… i to „pa a a pa a a ” szumiące w głowie… Dziękuję múm.

Rozmanżanie się misiów gryzli

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Na 3 godziny przez zobaczeniem otwierającego znakomite Sacrum Profanum koncertu múm & friends (ależ ja ostatnio festiwali zaliczam, co?) zachciało mi się szybko coś naskrobać. W końcu parę literek o czymś, co nie jest festiwalem.

The Morning Benders- Big Echo

Grizzly Bear, Grizzly Bear , Grizzly Bear. W każdej nawet najmniejszej recenzji tyczącej się tej płyty, nawet takiej pisanej między horoskopami a ogłoszeniami 0700 w piątkowym dodatku do Dziennika Polskiego musi, choćbym nie wiem co, znaleźć się słowo Grizzyly Bear. Nie ma wuja we wsi, musi i tyle. Dlaczego? A no dlatego, że NIEPRAWDĄ jest stwierdzenie, że Morning Benders brzmią jak Grizzy Bear. Bo Mornings Benders są Grizzly Bear’ami. Wszystko za sprawą Chrisa Taylor’a (ale nie tego od Dungeon Siege :P), czyli świetnego basisty Grizzly Bear oraz jednocześnie ich producenta, którego wkład przy Big Echoes był  no, nie mały. W oficjalnych wywiadach i artykułach zapewne przeczytamy, że Taylor po prostu wyprodukował tą płytę, my jednak dobrze wiemy, że niejedną flaszkę Bendersi z Grizzly Bear wypili na tourach (bo supportowali się nie raz) i przy któreś z kolei padło hasło „let’s do it together guys”.

Tak czy siak mamy tu płytę bardzo intensywnie pachnącą Grizzly Bearami, poczynając od samego brzmienia gitar („Promises”) do pianinek („sam początek płyty na przykład), harmonii (najładniejsze z całej płyty „Sleepin In”) a nawet samych strun głosowych wokalisty- Chrisa Chu. Big Echoes to płyta, która z całego serca dąży do totalnej nieprzewidywalności. Co chwile zmieniające się tempa, brzmienia, nastroje, wszystko to co zaskakiwało nas i odwracało kota ogonem na Veckatimest zaskakuje i odwraca kota ogonem na Big Echoes. Jak narazie możecie mieć wrażenie, że ja tej płyty nie lubię. A jest wręcz przeciwnie! Morning Benders bardzo, ale to bardzo mi się podobają. Nie oskarżam ich o podrabianie stylu, bo trudno nie brzmieć jak Grizzly Bear (jedenaście) gdy pracuje z Tobą ich muzyk i producent. W całej tej notce napisałem słowo Grizzy Bear łącznie 11 razy i ani mi ani pewnie wam to nie przeszkadza. Tyle samo a nawet więcej jest Grizzly Bear w nowej płycie The Morning Benders i zamiast przeszkadzać, zaczarowuje mnie to niemal tak samo jak Veckatimest. (7.7/10)

Ahh! Pora na múm!

Szadi

Nieseksowny latex i niesłowność autora tego bloga

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , on 8 września, 2010 by headphonesporno

Potwornie mi się nie chce rozpisywać o Tauron Festiwal Nowa Muzyka, na którym również ostatnio byłem, a nie chce mi się z paru powodów.  Po pierwsze: dopiero co piętro niżej napisałem książkę  o Coke Live Music Festival a pisanie o festiwalach / koncertach przychodzi mi niechętnie. Po drugie mam na spuście kupeczkę dobrych płyt do skomentowania a po trzecie jest to blogasek, a zasadą #1 na blogaskach jest brak jakichkolwiek zasad, więc dziś Tauronie krótko, ale  na temat a następnie przechodzimy do konkretów, których ostatnio sporo w moich uszach.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka

Szczerze chciałbym pisać teraz króciutko o Kołku, zamiast o Tałronie. Ten drugi miał o niebo lepszy line-up, klimat, wszystko, a ja- cieć, się tam wybrałem tylko na jeden dzień. Cóż…

Lokalizacja / klimat : Dosko! Lepiej być niem mogło! Centrum Katowic, tereny starej kopalni, industrialny klimat, do tego festiwal mały powierzchniowo, małe sceny (MainStage wielkościowo porównywalny do sceny na dniach Myślenic), brak milionów ludzi- to wszystko sprawiło, że festiwal miał niesamowity klimat, wręcz kameralną atmosferę, chodzenie po całości było czystą przyjemnością.

Artyści / line-up: Shame on me, gdyż byłem tylko na jednym, pierwszym dniu. Tak wiem, straciłem dużo, straciłem Gonjasufi’ego, pluje sobie w brodę, lecz cóż, naszym main objective tego festiwalu był Bonobo Live- urodzinowy prezent dla mojej niuni (K0Fa|\/| ĆeM K0tQ <3) i to dla niego tam przyjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że trochę jeszcze tego dnia zoabczyliśmy:

Jaga Jazzist– jak dla kogoś kto JJ kojarzy (bo zna to za mocne słowo) tylko z jednej, ostatniej płyty, czyli mnie, to tym co najbardziej zapadło mi w pamięć to fenomenalnie napompowany energią, zarówno tą witalną jak i tą pozytywną, pocieszny perkusista z olbrzymią brodą- Martin Horntveth, który wraz z 10 osobową ekipą naparzał swój jazz z całych sił. Byli potwornie żywiołowi, lecz ten ich szalony jazz jednak po dłuższym czasie okazał się dla mnie zbyt szalony. Sorry chłopaki, ale jeśli jazz, to tylko w wersji smooth. Poszedłem więc na…

Pantha du Prince– na którym usłyszałem najgorsze intro/rozgrzewkę przed konretnym graniem ever. Po około 15 minutowym kocikowiku i jazgocie Henrik Weber rozpoczął swoje techno-plumkanie, o którym już pisałem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, zwłaszcza, że tak jak to ostatnio ciekawie poruszył Bartek Chaciński, występ budził pewne podejrzenia, ile z przedstawionego materiału polegało na wciskaniu PLAY / STOP a ile na rzeczywistym graniu. Cóż. Pantha również długo mnie w miejscu nie zatrzymała, poszedłem więc na Bonobo zahaczając po drodze o…

Novika & Lex– Do Noviki mam sentyment, zwłaszcza przez jej gościnne partie u Smolika i ogólnie płytę feat Novika. Od tego czasu trochę się w jej życiu artystycznym działo, nie poruszając mnie przy tym zbytnio. Cóż, obecnie pani Kasia ma lat obecnie 46, nosi aseksowne latexowe leginsy i dalej śpiewa teksty o miłości, podnoszeniu rąk do góry i oddaniu się muzyce, żeby wyniosła nas wysoko nad niebo. Do tego robi to  tylko w języku angielskim i to w sposób niezmiernie odtrącający. Matko bosko, prawie się porzygałem na jej koncercie i to prawie dwukrotnie. Novika dokonała zamachu na moje oczy swoim latexem i na moje uszy swoją muzyką. Uciekłem z płaczem, bo zaraz zaczynało…

Bonobo Live- fantastycznie, kapitalnie, cudownie, seksownie, wspaniale, fenomenalnie, klawo, świetnie, niesamowicie, transcendentnie, dziarsko, bombowo, wystrzałowo, spektakularnie, miło i przyjemnie. Wybaczam że krótko, wybaczam że smyczki puszczone z playbacku, wszystko wybaczam. Bonobo mnie oczarował, zahipnotyzował i wprowadził w stan z klasy: najcudowniejsze. Lepszego prezentu z okazji urodzin mojej lubej sprawić sobie nie mogłem.

Miało być mało, wyszło tyle co przy Coke’u. Cholera. Jest już prawie północ, ja, stary piernik już usypiam przed komputerem, więc recenzję płyt następnym razem. Tauron, taka prawda, prócz lineup’u i atmosfery miał dużo minusów: ogromne kolejki po bony (które same w sobie są potężnym minusem wielu festiwali), śmiesznie małe sceny ze śmieszną ilością, śmiesznych rozmiarów, ekranów, czy dyskryminacja ludzi z opaskami na 1 dzień, czyli rozdawanie darmowych peleryn tylko tym co byli na wszystkie 3. Mam to gdzieś, muzyka Bonoba przysłoniła mi wszystkie niedoskonałości Taurona. Jak na jeden dzień oceniam festiwal całkiem pozytywnie. Piątkę biję i w pościel!

Szadi

Darmowa koka, trochę złego słowa o Muse i sex analny.

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 sierpnia, 2010 by headphonesporno

Nie byłbym sobą, gdybym na wstępie nie przypucował się, że Headphonesporno zarobiło na siebie pierwsze dobra materialne! Otóż organizatorzy Coke Live Music Festival wybrali bodajże 3 polskie blogi muzyczne, których autorom podarowali darmowe wejściówki na festiwal. Tak! Wasz ulubiony blogasek też się załapał!

Coke Live Music Festival 2010

Wyruszyłem więc 20 sierpnia po pracy w stronę krakowskiego muzeum lotnictwa, nie do końca wiedząc czego się po tym festiwalu spodziewać – na mainstage’u praktycznie same gwiazdy światowych formatów, co taka off’owa bidulka jak ja tam znajdzie dla siebie, prócz Chemicznych, których zawsze chciałem zobaczyć. Za cel więc uznałem zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej odsiadując tylko całość na wyżej wspomnianych Chemical Brothers. Nie było tak źle. Na miejsce przybyłem za późno, bo już po koncercie NERD’a, który ponoć było rewelacyjny. Pierwsze co usłyszałem po przyjściu to  30 Seconds to Mars, które zaczynając grać, niczym magnes przyciągnęło zewsząd wszystkie lolitki <16. Moja znajomość z twórczością Jaredo Leto zaczęło się i skończyła na „Requiem for a dream” i paru, jak  się okazało, nieświadomie usłyszanych piosenkach w radiu na sali w markecie. Postałem chwilę, pooglądałem, skojarzyłem 2 piosenki, „za dużo oooooooooo! / uuuuuuuuujeeeeeeeeeeee! / łoooooooouuuuułoooooooo!” pomyślałem, po czym poszedłem sobie. (Nie chcę wiedzieć, jak kiepskie muszą dawać koncerty, skoro Jared uznał, że to był najlepszy koncert ever i czuje się teraz Polakiem. Niggawhaaa?!) Trafiłem więc na Sorry Ghettoblaster, z którego szybciutko jednak zrezygnowałem tak samo jak z grających później na clubstage Plastic vs. Pono, Mosqitoo i Last Robots z prostej przyczyny: będąc na festiwalu serwującym muzykę światowego formatu ostatnie na co mam ochotę, będąc jeszcze po drodze 100% trzeźwym, to klubowe balety. Wyjątkiem mogłyby być dubstepy, jednak żaden z wymienionych wyżej ich nie zaserwował w stopniu mnie satysfakcjonującym. Poszedłem zatem na Donguralesko, na którym było wesoło zwłaszcza, że był to mój pierwszy koncert hiphopowy w życiu. Koncert tradycyjnie polegał na staniu z prawą rączką do góry, uginaniu kolanek do bitu i „robieniu pierdolonego hałasu”. Szybko jednak, bo po trzeciej piosence, uświadomiłem sobie, że pierwszą złotą zasadą dobrej zabawy na koncercie rapowym prócz alkoholu jest znajomość tekstów. A że ja i Donguralesko znamy się tylko z nazwy, szybko podziękowałem Piotrkowi i udałem się z wypiekami na twarzy na  The Chemical Brothers

… i nie zawiodłem się ani odrobinkę! Na scenę zostało wprowadzone ogromne coś, pełne syntezatorów, świecących maszyn, laptopów i innych wichajstrów, po to, by parę minut później weszło do tego na dwóch, skromnie wyglądających facetów, którzy zza swojego electro-ufa zaczęli wydobywać dźwięki, które zahipnotyzowały mnie na najbliższe półtorej godziny. Zagrali wszystko co najlepsze z nowej płyty Further, parę staroci, parę kawałków z poprzedniej płyty a ja do wszystkiego gibałem się jak szalony; dostałem to czego oczekiwałem, czyli męskiej ilości tłustego electro-bitu, do którego mogłem się porządnie wytańczyć. A że potrzebę porządnego wytańczenia miewam raz na pół roku, Chemiczni naprawdę dobrze mi zrobili.  Do tego wszystkiego animacje na ogromnym obrazie za nimi- No miód! Najlepszy koncert pierwszego dnia…

ale nie całego festiwalu :) Bo ten odbył się dnia drugiego. Dałem dupska wtedy, gdyż na festiwal zajechałem dopiero na występ Panic! at the Disco, który ku moim oczekiwaniom był taki jak cała kapela, czyli dość kiepski. Swego czasu przesłuchałem ich obie płyty, należą się pochwały za ogromny progres jaki dokonali na 2 krążku, jednak daleko im jeszcze do mojego błogosławieństwa- nie ta liga. Udałem się zatem zając dobre miejsca na wyczekiwany przeze mnie i najlepszy koncert całego festiwalu- Eldo.

Mój ulubiony Leszek w Polsce, wyszedł na scenę bez żadnych pomagierów, czyli tak jak sobie to wymarzyłem (bo 3 kolesi chodzących wokół rapera i wykrzykujących do mica co trzecie słowo piosenki- FAIL!). Za deckami Danny Drumz i jedziemy. Nie przesłuchałem nigdy całej dyskografii Elda, ani Grammatika ale ubóstwiam każdą literkę postawioną przez Leszka i choćby zaczął śpiewać zamiast rapować, zawsze będę miał olbrzymi sentyment do niego. A wszystko dzięki najlepszej płycie rapowej jaką znam czyli Światła Miasta. I nie dziwne więc, że piszczałem jak baba gdy Lesiu podniósł nagle koszulkę, pod którą była jeszcze jedna, właśnie z logiem Grammatika i słowami „był kiedyś taki kawałek z tekstem: „kupujcie polskie rap płyty” wyruszył z całą, ogromną publicznością w podróż w czasie, do najstarszych dzieł swojej formacji, nawet tych z czasów płyty EP+. Łezka w oku mi się kręciła, gdy poszedł bit z „Friko” (00:57), kawałka od którego zaczęła się cała moja przygoda z polskim rapem. Darłem gardło z całego serca do wszystkich piosenek, które znałem, baunsowałem tak, że sam siebie nie poznałem. Bawiłem się w najlepsze jak za gówniarza na koncertach Myslovitz, bez kropli alkoholu we krwi! I tak bez przerwy. Zwieńczeniem całości było pytanie ze strony Leszka, kto jeszcze Światła Miasta posiada w oryginale (dla niewtajemniczonych: płyta jest obecnie nieosiągalna, jedynie na Allegro, gdzie schodzi nawet za 4 stówki) i moja najwyżej podniesiona na sali ręka, w towarzystwie max 4  innych, na pełny namiot fanów! Boże, byłem taki dumny! Ach… Cofnąłem się tego wieczoru wiekowo o dobre 8 lat. Z każdej piosenki, każdego tekstu, każdego poczciwego uśmiechu Leszka cieszyłem się jak dziecko. Nigdy nie pomyślałbym, że mój pierwszy prawdziwy (bo na Guralu to siedziałem kwadrans) koncert rapowy da mi tyle radości i pozytywnej energii. Z bólem serca opuściłem Elda po godzinie, co by zobaczyć główną gwiazdę festiwalu…

czyli Muse. I żałowałem. Nigdy nie trawiłem całej twórczości Bellamy’ego i spółki. Jeśli muzyka jest mięsem, to Muse sa parówkami. Na pierwszy i główny ogień idzie Mateusz „Sztuczny” Bellamy, który wielce namaszczony przez niebiosa, lata po scenie i śpiewa, niemalże lewituje i przemawia głosem swojego boga, Jeffa Buckley’a i tym samym robi dokładnie wszystko, żebym ja tylko nie wytrzymał do końca płyty / koncertu. Na Coke’u był w takiej nirwanie, że ponoć nie zauważył że na jednej z piosenek zmówieni wcześniej fani świecili latarkami w stronę sceny. So FAIL! Do tego cała ta przesadna wyniosłość którą są przesączone  zarówno ich teksty („Uprising” na pierwszy ogień), całe utwory,  jak i wspomniany zdanie wstecz, pseudo-operowy, wręcz pyszny wokal. Na dobitkę argument stary jak jazz, czyli delikatne podpierdalanie wszystkiego co się da od Radiohead. To wszystko sprawia, że Muse zamiast catchy są kitchy. Poza tematem: zauważyłem pewną prawidłowość (oczywiście od każdej prawidłowości są wyjątki, droga Agafjo i drogi Paweuu’le), że osoby nielubiące (nierozumiejące) twórczości Radiohead, uciekają do Muse. Smutne to, ale nie zapominajmy: kwadrat jest prostokątem, ale prostokąt nie jest kwadratem. Muse brzmią jak Radiohead, ale Radiohead nie brzmią jak Muse. Tak i tylko tak.

Tak czy siak, Muse mnie nie powalili. Było spektakularnie i widowiskowo, to fakt. To co chciałem usłyszeć usłyszałem, animacje na plasterkach miodu mieli ładne, Bellamy udowodnił mi tylko, że naprawdę jest kurewsko utalentowanym gitarzystą i klawiszowcem za co przybijam mu piątkę. Gdybym jednak był bohaterem gry rpg, to miałbym tego wieczoru +100% obrony od Muse; nie siedziałem na nich do końca, nie zahipnotyzowali mnie i skończyło się tak, że front mainstage’u opuściłem trochę wcześniej i poszedłem zobaczyć, czym u licha jest grupa Fox. Ci jednak nie zagrali zgodnie z lineup’em ( bo pewnie sami byli na Bellamy’m) pojechałem zatem do domu zaraz po fajerwerkach i puściłem sobie Światła Miasta.

Z Coke’a jestem bardzo zadowolony. Przed pójściem miałem mieszane uczucia; na 25 zespołów, znałem / chciałem zobaczyć raptem 8. Zobaczyłem więcej, podobało mi się bardziej lub mniej, jednak imprezę oceniam bardzo pozytywnie. Oczywiście bez bicia się przyznaję, że sam bym biletów na niego nie kupił, więc tutaj chciałbym podziękować pani Coca-Coli za zaproszenie i pokazanie mi czegoś nowego. Piontka!

W tytule notki, napisałem „sex analny” w zasadzie tylko po to, żeby zachęcić kogokolwiek do przeczytania tego. Sorry :*

Szadi


zdjęcie Leszka autorstwa Baxa: http://bax.fotolog.pl, reszta Onet'u

Nocne spotkanie i klon Bonobo

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 11 sierpnia, 2010 by headphonesporno

UNKLE- Where Did the Night Fall

Budząc się w środku nocy namiętnie lubię, przezwyciężając pierw wszelkie czynniki zmuszające mnie do pójścia dalej spać, włączyć sobie radio, coby mi cicho grał do uszka. Prawda jest taka, że szeroko pojęte polskie media radiowe za dnia nie serwują czegoś co mnie satysfakcjonowało. Inaczej to wygląda (a w zasadzie brzmi) w porach nocnych, kiedy np. w Trójce można usłyszeć naprawdę tłuste kawałki. (Oczywiście, my Krakusy poradziliśmy sobie z tym problemem i mamy boską, studencką Radiofonię, która kiedyś wprowadzi małe zawieruszenie w polskich mediach, szerząc się na cały kraj <3)  Tak czy siak, pewnej pięknej, deszczowej nocy wykonałem czynności opisane wyżej i usłyszałem… no właśnie, coś usłyszałem. Wiedziałem tylko, że głos znajomy i już po paru sekundach rozbudzony, czekałem do końca piosenki. „Prawda, że niesamowite? To proszę państwa był nowy UNKLE, zamykający utwór z Markiem Leneganem”. Wiedziałem! No i się wkręciłem. UNKLE nigdy nie znałem za dobrze, wiedziałem tylko, że co płytę stosują złotą zasadę Michała Wiśniewskiego „keine grenzen”, więc po Where Did the Night Fall można było się spodziewać absolutnie wszystkiego. Co dostaliśmy? Całkiem niezłą dawkę electro/triphop’owych czteryipółminutowców, tradycyjnie z multum gości. Cudów wielkch ni mo. Materiał jest dobry, jest tu wszystko od hałasów, do motywów orientalnych, smyczków, potężnych porywających perkusji do doniosłych chórów. Jednak mimo całej tej różnorodności, którą Lavelle i Clements starają się nam zaserwować, płyta zaczyna być monotonna i gdzieś, mniej-więcej w połowie, miałem już dość. Ocenę jednak, po znajomości dostają ode mnie pozytywną, właśnie przez nasze nocne zapoznanie, które okazało się być najlepszym kawałkiem na płycie. Dla niego warto posłuchaj tej płyty do końca. (7.2/10)

Berry Weight – Music for Imaginary Movies

To jest płyta debiutowa, lecz nie znaczy to, że już się nigdy nigdzie w świecie nie pojawili. Dawno temu Wax Tailor zarządził konkurs na remixy swoich kawałków no i zgadnijcie, kto wygrał? Yeap! Berry Weight to dwójka didżejów, którzy tworzą, jak sami to określają: „electro / organic / space / jazz”. Cóż, i to właśnie tworzą. Wykonane z największą precyzją na pół chilloutowe kawałki znakomicie podchodzą o każdej porze dnia i nocy do jakiejkolwiek czynności. Nazwałbym to tanią podróbką Bonoba, jednak znacząco odróżniającym czynnikiem obu wykonawców jest spore użycie mixera na Music for Imaginary Movies, który wnosi w 11 utworów naprawdę dużo czarów. Nie do końca wiem, co mogę jeszcze o tej płycie napisać. Nie są to jakieś cuda, nie jest to kiszka, taka o! uniwersalna muzyka, którą można puścić i na randce i jako melodyjkę w windzie. Bonobo cieszy się w Polsce niemałym uznaniem, więc myślę, że każdy kto go lubi polubi i formację Berry Weight. Naprawdę warto zato sprawdzić teledysk to piosenki „Equations” i poczekać to momentu kiedy Astrid Engberg będzie śpiewać „so maybe we could give all the numbers, colours instead…” śliczne! (6.9/10)

Szadi

Fantazja z dwoma dziewczynami i nie tylko

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 30 lipca, 2010 by headphonesporno

Co za ironia losu, że zachciało mi się pisać o muzyce, akurat gdy mam zapalenie ucha i słyszę dosłownie w mono. Po obejrzeniu wszystkich filmów świata, rozegraniu miliona bitew na Quake Live (btw, jak ktoś ma konto to zagadywać) przyszła pora na nakarmienie niedokarmianego ostatnio blogaska.

Local Natives- Gorilla Manor

Gdyby nie to, że zaległych płyt do opisania mam jak stąd do Gruzji, to bym napisał odzielną notkę o Local Natives, gdzie trzynastozgłoskowy napisałbym erotyk. Bo w rankingu na „za późno odkrytą płytę z 2009” to właśnie piątka z LA zgarnęłaby laury. W oczekiwaniu na mocno (powtarzam MOCNO!) przeginających pałę Fleet Foxes z wydaniem nowej płyty Local Natives są wspaniałym zamiennikiem. CTRL+Z. Oni nie są zamiennikiem. Z początku (w sensie, że po paru pierwszych piosenkach) można tak pomyśleć, ale tymi Jankesami nie można nie mieć dłuższej miłości, zwłaszcza jeśli w 2008 nasze uszy pieścili Fleet Foxes. Skojarzenie takie budzą przede wszystkim wspaniałe, potrójne harmonie męskie (nie chciałbym, żeby to zabrzmiało gejowsko, ale uwielbiam wspaniałe, potrójne  harmonie męskie),lecz z podobieństw to tyle. Bo FF to grali wszystko o 5 nad ranem przy wschodzącym słońcu, koło jeziora gdzieś w Tennesie. A Local Natives raczej robią imprezę na plaży w środku dnia. Daję dyszkę temu, który słuchając Gorilla Manor nie pokiwa głową, przytupnie nóżką, nie mówiąc już o tańcu na siedząco, jak to się skończyło ze mną. Podczas gdy Fleet Foxes często rezygnowali z perkusji u LN jest ona drugim (po gardzielach) najważniejszym instrumentem. Jest kurefff$ko naparzająca, co najmniej jakby ze 3 kolesi tam siedziało, jest porywająca sama w sobie, a na odzielny zachwyt zasługują… pałeczki! Dźwięk ich uderzania o siebie, lub o krawędź bębna występuje tu często i znacząco wpływa na klimat piosenek. Do tego wszystkiego dochodzą gitary, czasem smyczki, czasem pianina a to wszystko daje kawał, naprawdę świetnej, solidnej roboty, gdzie muzyka jest porywająca, genialna w swojej prostocie (niemalże w każdym utworze mamy do czynienia ze standardowym intro-verse-chorus-itakwkółko) i wchodząca do głowy jak wódzia na czczo. Zakochany po uszy dzielę się z wami, tym co najlepsze. (Największym ignorantom rozkazuje poczekać, lub w najgorszym przypadku przewinąć do 2:50 i zobaczyć co tam się #$%@& będzie zaraz działo!) (8.5/10)

Stornway- Beachcomber’s Windowsill

Wchodzę na rower, odpalam nowość. Zaczyna się jak ciepły, kościelny śpiew słodziutkiego ministrancika, ulubieńca księdza. Po chwili grzeczna gitara i prosta perkusja zrobiły z tego wszystkiego coś, co sprawiło, że dawno mi się tak cudownie na rowerze nie jechało. Stornway to czysty jak łza pop-folk, w którym wraca się do korzeni, do spania w sianie, do wiejskiej sielanki Tomka Sawyera, do podróży Włóczykija,  Huckleberry Finn’a a momentami nawet do szantowych przyśpiewek gdzie gra się na tarce i dmucha w butelkę z potrójnym X na boku. Do tego Brian Briggs i jego nie-mógł-być-lepszy-dla-tego-zepsołu wokal i silnie odbijająca się w tekstach i filmach na necie pasja do natury! Beachcomber’s Windowsill zachwyca prostotą, ciepłem, skromnością, umiejętnością malowania pejzaży, epickim storytellingiem i tym, że się ich nuci co chwile, już po pierwszym przesłuchaniu. Sami popatrzcie, jakie kochane mordki :) (7.7/10)

Coco Rosie- Grey Oceans

Inaczej trochę chciałem to rozegrać. Miałem w planach napisanie notki pt. „Od dupy strony” gdzie ostatnie płyty niedebiutujących już artystów, a które (płyty) byłby dla mnie dziewiczym kontaktem z nimi. I w tej właśnie notce, chciałem się rozpisać na temat Szarych Oceanów. Tak wiem, niezła siara, że jako Pierwszy Fan Muzyki Ogólnie Smutnej IV RP, Coco Rosie poznałem tak na serio w 2010 roku, lecz,  ja zawsze taki byłem w tyle za innymi (do dziś nie mam jeszcze zarostu jak piracice na okładce, a mam 22 lata : ( ) Tak czy siak, nie ma się co rozpisywać co i jak grają Coco Rosie bo każdy to wie. Przesłuchałem (w standardowej dla tego typu odkrycia kolejności 4,1,2,3 ) wszystkie płyty sióstr i ewidentnie więcej na Grey Oceans elektroniki co jest świetne. Bo zawsze jest ona dodana z gracją. Tą samą gracją, z którą siostry śpiewają operowo, grają na syntezatorze i bawią się zabawkami udającym dinozaury. Brakuje mi tylko tej gracji w okładce, która jest najbrzydszą jaką widziałem ostatnio.  Cała płyta, typowo dla CocoRosie, jest przeładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym z gatunku „te najgorsze i najbardziej dołujące”, czyli tak jak lubię najbardziej. Fantazja z dwoma dziewczynami niemalże spełniona. Linky link. (8.3/10)

Burial & Four Tet- Wolf Cub/ Moth
To, że Burial, po ukazaniu swojej tożsamości całemu światu, zacznie współpracować z jakimś rzeźnikiem, było pewne jak 624 x 245=152880. Nie zdziwiłem się więc szczególnie, kiedy usłyszałem o jego projekcie z Four Tet. Czarna koperta, wydanie tylko winylowe i to limitowane- idealnie dobrany mroczny klimat zarówno do twórców jak i zawartości, która choć w liczbie 2 zostawia w głowie wspomnienia intensywne co najmniej jak liczba np. 69. Syntetyczny mrok, będące wizytówką Buriala bity, strzępki powycinanych skądś wokali, parę sampli, tajemniczość, trans. Powinno się tu zadać pytanie czy to tylko, czy aż dwa utwory, które mimo czasu trwania (każdy prawie po 10minut), braku jakiś transcendentnych wykroczeń w strukturze kawałków, nie męczą, nie nudzą, a wręcz przeciwnie- hipnotyzują. To chyba najlepszy czasownik jaki można użyć do opisania tego, co robi z nami Wolf Cub / Moth przez te 19minut. Hipnotyzuje, zniewala i zabiera w inny, mistyczny, duchowy świat. Zwłaszcza ta lepsza połówka, czyli Moth. Wiedziałem, że czarna koperta będzie zawierać coś ciekawego. Nie wiedziałem, że będzie to tak niesamowite. Burial nie ucierpiał na odsłonięciu swojej tożsamości, dalej jest carem swego rzemiosła i dalej wykorzystując swój niepowtarzalny, surowy styl włada naszymi emocjami. O nim pisze mi się łatwo, gdyż jest mi o wiele bliższy, zwłaszcza w emocjonalnym tego słowa znaczeniu, jednak nie można zlekceważyć wkładu pracy Four Tet, który do czarnej koperty wlał tyle samo męskiego potu.  Wyraźnie słychać, a przynajmniej można się domyśleć, kto który dźwięk stworzył i prawdą jest też, że oboje odwalili kawał świetnej roboty. Jak wszystko do czego Burial rekę przyłożył, polecam Wolf Cub / Moth w nocy, najlepiej w półmroku, na słuchawkach. Samo Moth natomiast, w moim przypadku, na stałe wpisało się w set puszczany w czasie nocnych uniesień z tą jedyną… Sami zobaczcie. (7.7/10)


Szadi

Crystal Castles II

Posted in Bez kategorii with tags , , , on 17 Maj, 2010 by headphonesporno

Szadi
no i kryształowe zameczki tez wydali nową płytę

Szadi

a w zasadzie to im wyciekła do sieci, co za pech

Szadi
http://www.youtube.com/watch?v=ppEW1C8sQsI genialne

Tapczan
mmmm, jakie ładne

Tapczan
takie…

Tapczan
…lekkie i przyjemne!

Tapczan
i ten wokal

Tapczan
mmm.. no miód!

Szadi
mmmm…

Tapczan
ładnie śpiewa i świetny tekst piosenki

Tapczan
i ładne gitary

Szadi
idealne na romantyczny wieczór

Szadi
gitary mają prześliczne

Szadi
ten wokal wręcz płynie

Tapczan
tak..te gitary to wirtuozeria

Szadi
jak chmurka przez niebo

Tapczan
ale widać zmianę stylu

Tapczan
poprzednia płyta

Tapczan
to surowy wokal

Tapczan
a ta

Szadi
tutaj się postarali!

Tapczan
już te popisy wokalne są śmielsze

Tapczan
no i te instrumenty

Tapczan
frank zappa to miękki rodzyn przy nich

Szadi
słyszałem, że na żywo będą grać z zespołem

Szadi
10/10

Tapczan
i nie wiem czy wiesz

Tapczan
ale ich występy będą zsynchronizowane z taki teatrem lalek

Szadi
tak słyszałem!

Tapczan
który ma oddać w pełni klimat

Tapczan
jak wyjdzie płyta

Szadi
i te lalki będą wykonane z ekologicznego materiału, Thom Yorke im to załatwił

Tapczan
i zapowiadają też koncerty unplugged, tylko oni i akustyczne gitary

Szadi
jak dla mnie bomba

Szadi
płyta roku jak z bicza szczelił

Tapczan

ale urwał

(3.2/10)

Polish to!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , on 10 Maj, 2010 by headphonesporno

<Kopiuj wklej> wymówkę czemu miesiąc nikt (czyli ja) dupy nie ruszył i nie napisał czegokolwiek. Jedziemy:  trochę ostatnio ciekawej polskiej muzyki powychodziło więc o tym właśnie napiszę.Jutro urodziny Headphonesporno, pamiętajcie o życzeniach i fajnych, modnych, drogich i dużych prezentach.

Ania Dąbrowska- Ania Movie

Z Anią to ja sam nie wiem co zrobić. Może błędnie, ale miałbym wątpliwości czy wsadzać ją do szufladki: KOMERCJA. Bo niby każdy wie kto to, wykluła się w TVN, ale od samego początku nagrywa muzykę naprawdę, naprawdę dobrą. Jeśli już występowała, to też u dobrych artystów a’la Smolik. Co mnie zawsze irytowało jednak w jej muzyce, to denne teksty o tym jak to jakiś facet ją tym razem w wuja nie zrobił. Teraz Ania rzuciła całą to retro-smucenie nieszczęśliwych relacjach z płcią silną i wzięła się za covery piosenek filmowych. I Bomba!. Bo Ania dalej nosi retro sukienkę, ale nie ma już pod nią retro zarostu! Takiej właśnie Ani oczekiwałem- umytej, odświeżonej, odważnej i chętnej na eksperymenty (bo nawet DeepThroat zalicza, za co specjaliści z Headphonesporno przybijają piątkę!). Dobór utworów pozwolił pokazać się jej i jej muzykom z innej strony. Nie licząc dosłownie paru słabych pozycji, które nie wniosły nic nowego i mogłoby by ich na płycie nie być (np.”Sound of silence”, które już zostało wyeksploatowane  wystarczająca ilość razy) to cała płyta jest naprawdę ciekawa a przede wszystkim wspaniale nagrana i dopieszczona. Na największa pochwałę zasługuje chyba 8 minutowe „Silent Sigh„, które płynnie przechodzi potem do „Strawberry fields forever” Beatlesów. A to przechodzi z kolei w mały jam, z fletami i syntezatorami. Klawo i dziarsko!

Ah! Ludzie czepiają się wszędzie, że Dąbrowska to tylko to retro, że niewolnica stylu i że wystarczy już tego. Sranie w banie.  Gdyby zrobiła to gwałtownie, wyszło by to jak Chylińskiej. Ania obiecała, że zmieni coś w swojej twórczości, że zakończy pewien etap. Zrobiła to z powoli, z klasą i miejmy nadzieję że kierunek, który wybrała nie zmieni się, bo pierwszy krok ku nieznanemu postawiony został pomyślnie. (6.9/10)

Sublim- Summerends

Wszędzie można poczytać że to polski Coldplay, mutacja Mylsovitz. Chlopaki, dla odmiany, jak wszystkie pieprzone, polskie, kapele alternatywne inspirowały takie formacje jak: BonIver, AIR, SigurRos, Radiohead  blablabla, itp, itd, rotfl, lol2, śpi. Tymczasem w ręce wpadła płyta, która co najwyżej brzmi głównie jak Myslovitz na wolniejszych obrotach. Nie twierdzę, że to źle, bo Myslovitz na wolniejszych obrotach lubię. W miarę lubię. Dobra, lubiłem. Summerends było zapowiadane jako krótka opowieść o wieku dorastania oraz wszystkich emocjach, lękach i pragnieniach, jakie się z nim wiążą. I macie chłopaki farta, że przynajmniej w tej kwestii dotrzymaliście słowa! Bo ta płyta właśnie taka jest. Jest jak  wczesne liceum. Niby dorosły, ale kupsko wiesz o życiu. Niby już uprawiasz sex, ale do ” sir Dupcinger” jeszcze długa droga. Taki jest Sublim- mają chłopaki parę całkiem ciekawych pomysłów, lecz to wszystko jest we wczesnym stadium rozwoju i wymaga jeszcze dużo, naprawdę dużo pracy. A TO CO?! Wokalista i autor tekstów Wojciech Wiśniewski ma 30lat!? I dopiero teraz wydaje płytę o dojrzewaniu?! Kiblował tyle czy co? Summerends jest sztuczne. Sztucznie buduje się nastrój, usilnie wciska w każde miejsce melancholię, myslogitarki i inne nasiłezerżnięteodeuropejskichkapelmotywy. To wszystko jest nużące, przeźroczyste, niekonkretne i płytkie. Do tego teksty są na poziomie Piotrka Kupichy (a kawałek „Scalić nas” przypisałbym bez zastanowienia Feel’owi, gdybym nie wiedział kto to wykonuje). Martwi mnie też ich niepewność co do swojego muzycznego kształtu, o czym mówili będąc gośćmi w radiowej Trójce.  Nagrali płytę, tak o, podsumowali sobie tym jakiś tam okres swojego życia a teraz nie wiedzą co będzie dalej, co będą grać. To jest przerażające.

Mimo to nie skreślam w pełni Sublima. Bo Summerends ma swoje dobre momenty. A dokładnie dwa dobre momenty. „Here is your love” to ogromny przepyszny rodzynek w całym tym zakalcu, którego mogę słuchać w kółko (i ten bas trzeszczący w lewym kanale, no dosko!). Drugi, trochę mniejszy to zamykający utwór „Nie będzie więcej tak”. Śpiewanie po polsku to bardzo niebezpieczny zabieg- w naszym cudownym języku cieniutka jest granica między kiczem a czymś konkretnym, a właśnie coś konkretnego udało się uzyskać w tym utworze. Gdyby cała płyta była tak konkretna jak te dwa kawałki, mielibyście moje błogosławieństwo. A narazie nie macie. Życzę, żeby tylko narazie. (6.5/10)

Iowa Super Soccer- Stories Without Happy Ending

I Ty Brutusie! Myślałem, że takie zespoły jak IowaSuperSoccer, nie mogą spieprzyć sprawy przy wydawaniu nowych płyt. A okazuje się, że mogą. Bo płyta #1 kupiła mnie klimatem, znakomitym jego budowaniem i damsko męskim wokalem (co prawda na żywo tak dobrze to już się nie sprawdzało, ale mówimy o płycie nie o koncercie). Teraz Ajołka niestety wraz z ogromnymi zmianami w składzie uległa też mutacji muzycznie. Na pierwszy ogień pojadę ostro po Natalce, której słodkiego głosu jest na tej płycie tak dużo, że człowiek rzuca słodycze na tydzień. To wszystko momentami brzmi jak soundtrack z Pocahontas a nie jak najlepsza polska kapela 2008.  Pytam: gdzie się kurna podział drugi kierownik zespołu, Michał Skrzydło?! No ok, często się spotykałem z opinią, której sam jestem zwolennikiem,  że Michał śpiewać nie umie ( bo nie umie), co najbardziej dawało się we znaki na koncertach. Michasiowi chyba zryła się psycha i na „Stories Without Happy Ending” Michaś śpiewa mało i pod noskiem. Za to Natalia zbytnio chyba zachłysnęła się zacnym tytułem frontwomana grupy, bo jej głos zamiast mnie głaskać i lulać, to drapie, kopie i kuje. Za dużo wszędzie jej wysokiego głosu, którym jak na złość próbuje zrobić różne salta, fikołki i gwiazdy. I  akcent też jej się zepsuł. I za wysoko. I człowiek ma wrażenie, że wzięła parę lekcji jak źle śpiewać. I teksty dalej brzydkie mają. Ametamorfoza. Z pięknej robi się bestia. Tyle o Natalce. Diss na Ajołkę numer 2: muzyka. Na rzecz smutniejszych piosenek powoli wprowadzających nastrój, pełnych melancholii, przesiąkniętych jesienią ISS postawili na proste, czasem skocznie, płytkie i lekkie piosenki, które…mi się kurwa nie podobają. Mogę zrozumieć, że jest to uzasadnione zmianami w teamie, szyld jednak pozostaje dalej ten sam i niestety Ajołko tym razem zawiodłem się. Nie mówię, że wszystko takie jest, bo naturalnie czuć momentami na tej płycie stary dobry klimat z Lullabies to Keep Your Eyes Closed”‚ ale tego jest tyle co dialogów w pornuszkach. Mogę od niechcenia pochwalić utwór „Scary Book” utrzymany w klimatach tanga / RazDwaTrzy. Mimo to 1/12 to za mało na przybicie piątki. Thumbs down Ajołko. Przykro mi… ;( (5.1/10)

Szadi

Pozimowe powodzie płytowe (Wiosenna ogarniawka part.2)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 4 kwietnia, 2010 by headphonesporno

Miike Snow- Miike Snow

Z komputerów korzystamy codziennie a założę się, że nikt nie wie kto je wymyślił. Na rowerach jeździmy wszyscy i też nikt nie wie kto je zbudował. Zwiedzamy piramidy, oglądamy mumie, katakumby i inne pierdoły, ale nikt nie wie kto je odnalazł.  Słuchamy np. „Toxic” Britney Spears i… mam nadzieję, że nie myślimy, że to jej piosenka. Bo „Toxic” to Britney tylko śpiewa.  I jeszcze miała, kurna, za tę piosenkę Grammy dostać. Jakby dostała, to wtedy nagrodę powinni odebrać  Christian Karlsson i Pontus Winnberg, bo to oni stworzyli ten hicior…i wiele innych  należących np. Madonny, Kelis czy innych Kylie Minouge). Dżentelmeni Ci, wraz z Andrew Wyatt założyli zacną kapelę pt. Miike Snow.

Płyta jest 100% popowa. Komercyjnie popowa. Nie jest to jednak komercja typu „Umbrella” Ruhan, tylko właśnie rzędu „Toxic” Britni. Bo przecież „Toxic”, jak i większość kawałków z tego okresu Britney są naprawdę dobre. Świetnie skomponowane, świetnie wyprodukowane i świetnie brzmiące. I taki jest Miike Snow: pozytywnie komercyjny, znakomicie zagrany i wyprodukowany , wybitnie zaśpiewany, no świetny!  Mniej lub bardziej taneczne kawałki, ze zdrową dawką dźwięków od komputera, idealne na tę porę roku. Ani to jakieś ambitne, ani ciężkie. Idealne do puszczenia w MTV po „Meet uncle of mother of my sister”. Idealne na dzwonek za SMSa z tyłu gazetki. Idealne na muzykę do reklamy nowej kolekcji H&M. Miike Snow balansują na granicy dobrej i złej komerchy, z przewagą na tę pierwszą, i oby tak było cały czas. Czek yt ałt! (7.7/10)

Deftones- Diamond Eyes

Zawsze gdy mam ochotę na „pierdolnięcie” odpalam albo Snot, albo Deftones’ów. Z czego tych drugich zdecydowanie częściej.  Cenię sobie ich za to, że podczas gdy ich muzyka jest takim wzburzonym morzem, to rozmarzony wokal Chino jakby nigdy nic płynie sobie po tej wodzie spokojnie.  Kolejna płyta Deftonesów jest dokładnie taka, jaka chciałem żeby była. Nie ma tu żadnych kryzysów wieku średniego, jest ostro, bywa spokojnie. No bardzo ładne piosenki są. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. O płytach tego typu, ciężko mi pisać a o każdej piosence z osobna pisać nie będę, bo to taka forma recenzji jest bez sensu. To tak jakby pisać o książce i opisać każdy jej rozdział  z osobna. Sięgnąć na pewno po Diamond Eyes trzeba, każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest „You have seen the butcher”, którego nigdzie nie ma, tak jak całej płyty, bo premiera 5 maja. Ja już słuchałem bo mi Chino z kumplami wysłali próbkę, żebym powiedział co myślę. (8.7/10)

Pantha du Prince- Black Noise

Za delikatne przegięcie pyty uważam bezgraniczny zachwyt nad Black Noise i nominacje do płyty roku.  Ok, Pantha du Prince to na pewno projekt ciekawy. Dźwięki, które tworzy Henrik Weber, są naprawdę godne podziwu, i człowiek nie raz zastanawia się: jak!? Ładnie gdzieś na necie ktoś to ujął, że Henrik nasypał szklanych kulek do słoika zatrząsnął. Ludzie wsadzają to do szufladki z minimal’em podczas gdy na Black Nosie wszystko wygląda jak Екатерининский дворец w Petersburgu. Plumy, brzdęki, tiktaki, packi,świecidełka. Ładnie tu, ale nie na tyle, żeby cały rok zostawiać. Do tego samego słoika, można śmiało wsypać wszystkie utwory Pantha du Prince’a zatrząsnąć, wylosować pierwszy lepszy, i chyba nikt prócz samego Henrika Weber’a nie będzie wiedział jaki to kawałek i z której płyty. Bo dla mnie wszystko spod loga Pantha du Prince to takie mgiełki. Ani do tego tańczyć, ani się uczyć, ani pod wąsem zanucić. Siąść na stołku, posłuchać i powiedzieć: „Łał”. Nie mam czasu ani cierpliwości panie Weber. Sprafć to. (6.7/10)

Szadi

Wiosenna ogarniawka part.1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 22 marca, 2010 by headphonesporno

Znowuż się z Tapczanem rozleniwiliśmy. Znowuż przez miesiąc blog był niedokarmiony. Systematyczność pojawiania się notek zagubiła się gdzieś między feriowym nieróbstwem a niskim wskaźnikiem odwiedzin… Cóż, dopóty jeszcze paru z was to czyta, o muzyce pisać będziemy.

Rok 2010 rozpoczął się wyśmienicie, jeśli mowa o muzyce.  Dużo dobrych artystów coś w końcu wydało, znalazło się tez parę niedobitków z roku 2009. Jako, że trochę tego jest, przedstawię to w formie serialowej, regularnie update’owanej. „Dajesz Malina”:

Gorillaz- Plastic Beach

Jestem ogromnym przeciwnikiem występów gościnnych. Gdy tylko widzę, że jakiś kawałek obok tytuł ma  napisane „feat.” bierze mnie jak po śliwkach z mlekiem. No bo albo tworzymy samodzielnie, albo nie. Zrozumiem jeszcze, jak  na jeden kawałek wpadnie kumpel, bo przy wódce się dogadali. Ale, żeby na więcej niż połowie! Albarn pobawił się w kolekcjonera i wyszło mu to, delikatnie mówiąc, CHUJOWO.  Na 15 piosenek z pierwszego longplaya „Gorillaz” gościnnych występów było 4. Daje to ok 27%. Dopuszczalna norma, zwłaszcza, że te występy nie były strasznie odczuwalne. Na „Demon Days” już się robiło groźnie, bo około połowa piosenek, była nasączona mate’ami Damona. D/G-sidów nie liczę, no bo wiadomka. A na Plastikowej Plaży 11/16 ma gości! Prawie 70% płyty to inne wokale! Fajnie że Snoop, fajnie że Little Dragons czy Simonon, ale to nie Glastonbury tylko płyta własna! Tam więcej Alborna nie słychać, niż słychać. Kawałki rdzenne, samodzielne, są jak najbardziej OK, czuć stare dobre Gorillaz, ale za mało! Przy następnej  płycie Panie Albarn, proszę nagrać wszystko, bez żadnej wódki z kumplami po drodze,  podzielić wynik przez dwa i dopiero do wytwórni. Bo dla „Plastic Beach” thumbs down. Headphonesporno daje 2/5 bo chyba tylko dwie piosenki mi się spodobały. Szkoda. (6.0/10)

Husky Rescue- Ship of Light

Rajciu, ileż ja na tą płytę czekałem! Moja muzyczna fantazja, niespełnione marzenie, spóźniony prezent pod choinkę. Chyba większej niespodzianki mi zrobić nie mogli moi ulubieni Finowie, jak sprawić, że pierwszą płytą z rokiem 2010 w dacie urodzenia, jaką usłyszałem było „Ship of light”. O płycie nie ma się co rozpisywać, bo to wciąż stare dobre Husky Rescue, o którym pracę inżynierską już pisałem. Nic się specjlanie u nich nie zmieniło.  Znowu mamy dzwoneczki, plumknięcia, skandynawskie gitary i delikatny głos zasypiającej za mikrofonem Reety-Leeny Korhola, której każde wyśpiewane słowo wlewa się do naszych uszu jak rosół do talerzy w niedzielę przy Familiadzie. Kiitoksia oikein paljon Husky Rescue! :* <3 xD lol (7.4/10)

Sulphur Phuture- Sulphur Phuture

Okładka płyty to bardzo, ale to bardzo ważna rzecz. To jest jak ciało kobiety. Niunia może być pusta jak pudełko po butach, ale jak widać że jest „zdrowa”, to właśnie ją byśmy wybrali, mając… jakiś tam wybór:) I właśnie taka zdrowa, okładka mnie uwiodła. Gdzieś, kiedyś znalazłem przez przypadek recenzję Sulphur Phuture, nie przeczytałem jej bom leń, ale zapisałem sobie stronę w folderze „Sprawdź”, właśnie dzięki okładce. Ostatnio płytę znalazłem, przesłuchałem… i dostałem nauczkę. Bo po przesłuchaniu pierwszego kawałka stwierdziłem, że płyta jest *&^%$#, do tego !@#$%^  i @#$%&*. I wyłączyłem. Wróciłem do niej po paru tygodniach, przesłuchałem od tracku 2 i …doznałem. To jest polskie!? Sulphur Phuture to solowy projekt  niejakiego Praczasa z niejakich Masala, Village Kollektiv. Fuck me! Ja- pierwszy antydubstepowiec IV RP, zostałem uwiedzony przez obiekt mojej największej pogardy, w dodatku z polską metką! Sulphur Phuture to mieszaninka dub’u, breakbeat’u, d’n’b, dubstepu itp. Do tego jakieś wstawki jazzowe, flamenco, głosy polskiej telewizji, i wszystko tak kolorowe, tak bogate i tak dopieszczone- niemalże z bonobowską precyzją! I choć piosenka nr 1 dalej pozostaje w moich oczach chłamem totalnym, asertywnie stwierdzam: Polak z roku na rok potrafi coraz bardziej. Jadąc w gości za granicę, jako prezent wziąłbym ze sobą 2 płyty: Kapelę Ze Wsi Warszawa i Sulphur Phuture! (7.6/10)

Szadi

%d blogerów lubi to: