Archiwum dla 2009

Młodzi, zdolni, z wielkich miast (czyli z okazji Świąt brak sprośnego tytułu)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 25 kwietnia, 2011 by headphonesporno

James Blake – James Blake

Palec pod budkę kto nie ma bladego pojęcia kim jest ten pan. Tak  myślałem. Baźgrnięcie paru dobrych słówek o Blake’u to czysta formalność – o tym gnojku i jego cholernie dobrej  płycie zostało powiedziane już wszystko i wszędzie, ale że  już, z tego miejsca mogę powiedzieć, że dla J.B. mam zarezerwowane miejsce w Rankingu Najlepszych Płyt rok 2011 to wypada mi napisać chociażby akapicik, coby mieć do czego odsyłać. W każdej gazetce wystawianej na bocznej ścianie kiosku znajdziemy słowo „finał na twarz”, w każdej gazetce informacyjnej zawsze znajdziemy słowo „Smoleńsk” a w każdej gazecie muzycznej znajdziemy słowo „James Blake”. Heh…

Króciutko. Palec pod budkę kto pamięta Bon Iver’a. No dokładnie! James jest takim Vernonem, który zamiast w lesie zaszył się w cieplutkim londyńskim mieszkanku (coś tego pokroju zapewne), zamiast akustyka miał klawiaturę MIDI i syntezator KORG’a, zamiast nagrywać wokale na sobie, użył  autotune’a (co jest chyba pierwszym w historii muzyki pomyślnym użyciem tegoż wynalazku). To co właściwie Blake ma z Vernona? Przede wszystkim silną wrażliwość wyczuwaną w głosie już od pierwszych nutek – taki Antony Hegarty za syntezatorem. Do tego z minimalistycznym podejściem do sprawy – cała płyta brzmi bardziej jak szkic czegoś większego, ale to wcale nie minus! Czuć, że każdy dźwięk został poprzedzony godzinnym przemyśleniem; stąd też dużo tu ciszy, która wyśmienicie ubarwia całość bardziej niż zrobiłby niejeden instrument – podobne wrażenie miewało się słuchając The XX. Wszystko na tej płycie jest idelanie wywarzone, nie ma nic niezaplanowanego, nie ma przesytu, wszystko jest na swoim miejscu. No i wokale! Dżejms zrezygnował z samplowania głosów (jak to robił na EPkach do tej pory) na rzecz  własnego głosu i niech go Bóg Miłosierny Król Polski i Najświętsza Maryja Zawsze-Dziewica błogosławią za to, bo James ma czym się pochwalić. Podsumowując: gnojek ma 22 lata i nagrał soulowo-post-dubstepowy i strasznie dojrzały krążek, który zostanie niejednokrotnie odznaczony w grudniu tego roku. Jedno mnie tylko zastanawia. Każda jego Epka była inna od poprzedniej. LP tez okazał się być czymś zupełnie innym. Quo vadis James? Klik. (8.0/10)

Cascadeur – Mobile

Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. Śliczne! (7.0/10)


Soap & Skin –  Lovetune For Vacuum

To taki Anthony Hegarty już po operacji zmiany płci i dość mocno odmłodzony, bo ma tylko 19 lat. (teraz już ma 21, ale płyta wyszła w 2009). Gdzieś w Austriackich górach, w zamczysku pełnym nietoperzy 19 letnia Anja Plaschg zaszyła się ze swoim złamanym sercem, litrami łez do wypłakania i starym pianinem. Śpiewała do księżyca o północy, przymierzała stare suknie, oglądała stare fotografie swojego ukochanego i leżała samotnie na ogromnym łóżku z baldachimem. Taki obraz narzuca mi moja ograniczona męska wyobraźnia, próbując podjąć się tematu genezy powstania „Lovetune for Vacuum”. Soap & Skin to 19-letnia Anja Plaschg, wiedeńska pianistka i skrzypaczka, która nagrała 13 najsmutniejszych piosenek na świecie. W duchu muzyki barokowej połączonej z delikatnym neo-folkiem Anja stworzyła obrzydliwie smutną, potwornie dojrzałą neo-klasyczną płytę, w której fundamentem prawie każdego utworu jest pianino. Do tego dochodzą smyczkowe aranże, rożnego rodzaju przeszkadzajki (w tym nawet dźwięki przewijanych kliszy) i subtelna elektronika. To w tle, bo pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim piękny zarazem przerażający głos nastoletniej Anji. Słuchając „Lovetune for Vacuum” nie łudźcie się na wesołe momenty. Nie ma tu ani nutki nadziei, to 41 minut deszczu, łez i nostalgii dousznie. To 13 częściowy marsz żałobny. Ta płyta jest niepokojąca, przerażająca, straszna  i strasznie piękna. Soap & Skin. (8.3/10)

Szadi



o Antku jeszcze raz

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 26 listopada, 2010 by headphonesporno

…ale i tak najładniejszą rzeczą jaką ostatnio w wykonaniu Antony’ego usłyszałem, to prężnie zarejestrowany koncert z Metropole Orchestra (czyli tą najlepszą, największą, najprężniejszą, z którą grał i Patton i Fitzegerald i Garfunkel i tak w nieskończoność) w Amsterdamie, w zeszłym roku. Fenomenalny, śliczny i jakże poruszający występ, który podwaja wrażenia bo można go również oglądnąć. Hegharty niezdarnie telepiący się (widać, jak strasznie „nagi”czuje się bez fortepianu przed sobą) przed orkiestrą, kapitalnie coverujący Beyonce. A ta „boska” aura świetlna, która go otacza  – ciekawe czy rzeczywiście na żywo również miało to tak anielski wydźwięk. Klikać, oglądać. CAŁE!

Szadi

Bawełniany Janek o poranku

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 24 czerwca, 2010 by headphonesporno

Cotton Jones- Paranoid Cocoon

-Ej byku a jaki masz sprzęt w ogóle?

– No taki mam, nie?

Dziś już takich empetrójek nie robią… Różowe Ipody wyparły z rynku proste słodziutkie odtwarzacze, których obsługa była prosta jak sranie. Nie ma już dziś emeptrójek, które równocześnie są USB, na baterię i nie wymagają programów, bo działają jak zwykły pendrive. Ja takiego niedobitka jeszcze mam i nigdy przenigdy go nie zmienię, tym bardziej, że nie znalazłem na Allegro ani jednego odtwarzacza, który by zaspokoił moje, definitywnie niewyrafinowane, wymagania. Mój Krijetivek<3 ma jeszcze jedną dużą zaletę: ma mała pojemność- nie mieści mi się na nim więcej niż 20 albumów. To oznacza, że co chwilę muszę wymieniać zawartość. Jeśli zatem jakiś album zamieszka na moim Damianie (;p) dłużej niż tydzień, to jest naprawdę dobry. Moje słuchawki gdyby mogły, to by rzygały już płytą Cotton Jones- Paranoid Coccon, ja mogę, ale tego nie robię.

Muzyka smutna trafia we mnie najlepiej. Nie żebym miał problemy ze sobą, ale jakoś tak wyszło wszystko co brzmi jakby było nagrane w deszczowe dni gdzieś między październikiem a marcem, najczęściej dostaje moje błogosławieństwo. Cotton Jones pewnie właśnie wtedy nagrywali swój pierwszy LP- ich muzyka to neo-folkowy melancholijny lament, który się puszcza gdzieś nad ranem w klubie złamanych serc, na czas gdy braman już pucuje ladę i układa krzesła. Cotton Jones to połączenie M.Ward’a, Devendry Banhart i wysmarkanych chusteczek. Tak powinna brzmieć tegoroczna Iowa Super Soccer. Co tu więcej mówić. Cotton Jones są naprawdę niesamowici, na płycie nie ma ani jednego słabszego kawałka… definitywnie do błogosławieństwa dorzucam jeszcze rękę córki i pół królestwa. Macie, idźcie słuchaj i buczeć w poduchy:  http://hypem.com/track/722584/Cotton+Jones+-+I+Am+The+Changer (7.8/10)

Szadi

Smutaśno

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , on 11 kwietnia, 2010 by headphonesporno

W sumie, to spodobało mi się pisanie na raz o paru płytach w jednym poście, więc dopóty mi się to nie znudzi, bądź nie zachce mi się wylewnie napisać o trochę ważniejszych płytach (a takich na spuście parę mam), będę się trzymał takich trójkątów/ czworokątów. Ziemie słowiańskie miały wczoraj słabszy dzień, więc postaram się dziś napisać o trochę smutniejszych, spokojniejszych płytach, żeby nie było. Dodałbym może jakąś wstążkę czarną w headphoneslogo, ale nie umię. Przy okazji, chciałbym pozdrowić harującego jak wół Tapczana.Mhm.

Arms & Sleepers- Black Paris ’86

Z chłopakami poznałem przez Onet(sic!), i przyznaję, że poleciałem na ich nazwę. Arms & Sleepers- wiedziałem, że to nie może brzmieć źle. No i nie brzmi. Najbardziej przypadła mi do gustu ich debiutancka płyta Black Paris 86, więc to o niej będę baźgrał. Chłopaki otwierają zapominaną już trochę szufladę z triphopem i wrzucają do niej coś do siebie. I kurczę, ich praca to kawał niezłej roboty a już mówię czemu. Muzyka A&S to spokojne, powolne pomieszanie raz instrumentalne, raz elektroniczne utwory. Co więcej, wokalu na tych utworach jest tyle co dobrych piosenek na nowym Gorillaz. W tym momencie powinna się zapalić czerwona lampka, czy aby czasem nie wygląda to tak: puszczamy w kółko fajnie zmontowany bit, robimy do tego elektro-sleepy mgiełkę, CTRL+C  CTRL+V razy 12 i do wytwórni. Taki grzech dwóch pierwszych płyt kapeli All India Radio. I tu pokłon trzykrotny, bo u Arms & Sleepers  tak nie jest. Chłopakom daleko do monotonii, materiał jest zróżnicowany ciekawy i naprawdę ładny. Jak na debiutancki album, to naprawdę kawał dobrej roboty. Linky link. (7.2/10)

Parachutes

Minęły już czasy, kiedy Sigur Ros był mało popularny, a przez to niesamowicie intymny. Ja jednak pozostaję przy dziadowaniu i szczerzę przyznaję, że piękno ich muzyki wciąż trafia prosto w moje serce, podobnie jak wszystko co stworzy ich lider Jonsi. I tak stanowczo podtrzymuję decyzję o uznaniu płyty Jonsi & Alex Riceboy sleeps, jako jednej z najpiękniejszych jakie usłyszałem w roku 2009. I o ile wszyscy wiedzą kim jest Jonsi, to zapewne nie wiele osób próbowało zgłębić postać Alex. Człowieczek ten zaprojektował większość okładek Sigurów, w tym Takk, i założył również swój własny zespół Parachutes , który nieraz ich supportował. I bóg k…a jeden wie, ile nieprzespanych nocy się trudziłem szukając w internecie jakiekolwiek płyty, chociażby EPki do ściągnięcia. Poddałem się jakiś czas temu. I jakaż była moja radość, kiedy odwiedziwszy ostatnio ich Myspace moim oczom ukazał się komunikat, że Parachutes kończą działalność i udostępniają za darmo CAŁĄ SWOJĄ DYSKOGRAFIĘ!

No i jest. Parachutes. Nieistniejący zespół partnera lidera Sigur Ros. Islandia. Nazwa zespołu pochodząca od białych owoców mleczy. Czego chcieć więcej. Czyste piękno. Wszystkie dźwięki nagrywane w kuchni, przez co jakość dźwięku słaba, ale właśnie w tym jest magia. Intymność, bliskość, słaba wyrazistość, nieszablonowość- tylko Islandia może sobie pozwolić na coś takiego. Wszystko to brzmi, jakby ktoś schował w pokoju Alexa dyktafon pod poduszką, który po powrocie do domu (z randki z Jonsim, hehehehe) nuci sobie pod wąsem różne miłosne melodie. Genialne. (8.2/10)

Iambic²

Pieprzony Gnojek! Ma 22 lata a wydał już 2 longplay’e, 2 EP’ki, zaliczył parę dobrych festiwali i pewnie ma jeszcze swoich groopies. Ale trzeba mu przyznać, że zasłużył, bo Guy Andrews, ukrywający się pod pseudonimem Iambic, ma  talent jak stąd do Gruzji. Iambic kupił mnie swoim remixem kawałka Husky Rescue. Cała muzyka jaką tworzy to spokojna ambient elektronika, zahaczająca czasami o jazz czy post-rock. I cóż więcej mogę dodać? Nie jest to jakiś cud, nowatorstwo czy odkrycie roku, lecz na pewno Iambic zasługuje na uznanie i zainteresowanie, choćby nawet przez swój wiek. Tworzy on dźwięki ładne, aczkolwiek lepiej funkcjonujące jako tło, niż ognisko naszego skupienia. Jeszcze jednym ważnym powodem, by się Andrews’em zainteresować jest to, że większość swojej muzyki udostępnia on za darmo, a to co mało znane i za darmo, często jest lepsze niż to co znane i za cash. Tutej ło wchodźcie! (7.3/10)

Jak teraz, ktoś przesłucha wszystkie trzy płyty, od początku do końca i nie zaśnie niech napisze. Nagroda niespodzianka!

Szadi

Pozimowe powodzie płytowe (Wiosenna ogarniawka part.2)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 4 kwietnia, 2010 by headphonesporno

Miike Snow- Miike Snow

Z komputerów korzystamy codziennie a założę się, że nikt nie wie kto je wymyślił. Na rowerach jeździmy wszyscy i też nikt nie wie kto je zbudował. Zwiedzamy piramidy, oglądamy mumie, katakumby i inne pierdoły, ale nikt nie wie kto je odnalazł.  Słuchamy np. „Toxic” Britney Spears i… mam nadzieję, że nie myślimy, że to jej piosenka. Bo „Toxic” to Britney tylko śpiewa.  I jeszcze miała, kurna, za tę piosenkę Grammy dostać. Jakby dostała, to wtedy nagrodę powinni odebrać  Christian Karlsson i Pontus Winnberg, bo to oni stworzyli ten hicior…i wiele innych  należących np. Madonny, Kelis czy innych Kylie Minouge). Dżentelmeni Ci, wraz z Andrew Wyatt założyli zacną kapelę pt. Miike Snow.

Płyta jest 100% popowa. Komercyjnie popowa. Nie jest to jednak komercja typu „Umbrella” Ruhan, tylko właśnie rzędu „Toxic” Britni. Bo przecież „Toxic”, jak i większość kawałków z tego okresu Britney są naprawdę dobre. Świetnie skomponowane, świetnie wyprodukowane i świetnie brzmiące. I taki jest Miike Snow: pozytywnie komercyjny, znakomicie zagrany i wyprodukowany , wybitnie zaśpiewany, no świetny!  Mniej lub bardziej taneczne kawałki, ze zdrową dawką dźwięków od komputera, idealne na tę porę roku. Ani to jakieś ambitne, ani ciężkie. Idealne do puszczenia w MTV po „Meet uncle of mother of my sister”. Idealne na dzwonek za SMSa z tyłu gazetki. Idealne na muzykę do reklamy nowej kolekcji H&M. Miike Snow balansują na granicy dobrej i złej komerchy, z przewagą na tę pierwszą, i oby tak było cały czas. Czek yt ałt! (7.7/10)

Deftones- Diamond Eyes

Zawsze gdy mam ochotę na „pierdolnięcie” odpalam albo Snot, albo Deftones’ów. Z czego tych drugich zdecydowanie częściej.  Cenię sobie ich za to, że podczas gdy ich muzyka jest takim wzburzonym morzem, to rozmarzony wokal Chino jakby nigdy nic płynie sobie po tej wodzie spokojnie.  Kolejna płyta Deftonesów jest dokładnie taka, jaka chciałem żeby była. Nie ma tu żadnych kryzysów wieku średniego, jest ostro, bywa spokojnie. No bardzo ładne piosenki są. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. O płytach tego typu, ciężko mi pisać a o każdej piosence z osobna pisać nie będę, bo to taka forma recenzji jest bez sensu. To tak jakby pisać o książce i opisać każdy jej rozdział  z osobna. Sięgnąć na pewno po Diamond Eyes trzeba, każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest „You have seen the butcher”, którego nigdzie nie ma, tak jak całej płyty, bo premiera 5 maja. Ja już słuchałem bo mi Chino z kumplami wysłali próbkę, żebym powiedział co myślę. (8.7/10)

Pantha du Prince- Black Noise

Za delikatne przegięcie pyty uważam bezgraniczny zachwyt nad Black Noise i nominacje do płyty roku.  Ok, Pantha du Prince to na pewno projekt ciekawy. Dźwięki, które tworzy Henrik Weber, są naprawdę godne podziwu, i człowiek nie raz zastanawia się: jak!? Ładnie gdzieś na necie ktoś to ujął, że Henrik nasypał szklanych kulek do słoika zatrząsnął. Ludzie wsadzają to do szufladki z minimal’em podczas gdy na Black Nosie wszystko wygląda jak Екатерининский дворец w Petersburgu. Plumy, brzdęki, tiktaki, packi,świecidełka. Ładnie tu, ale nie na tyle, żeby cały rok zostawiać. Do tego samego słoika, można śmiało wsypać wszystkie utwory Pantha du Prince’a zatrząsnąć, wylosować pierwszy lepszy, i chyba nikt prócz samego Henrika Weber’a nie będzie wiedział jaki to kawałek i z której płyty. Bo dla mnie wszystko spod loga Pantha du Prince to takie mgiełki. Ani do tego tańczyć, ani się uczyć, ani pod wąsem zanucić. Siąść na stołku, posłuchać i powiedzieć: „Łał”. Nie mam czasu ani cierpliwości panie Weber. Sprafć to. (6.7/10)

Szadi

Wiosenna ogarniawka part.1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 22 marca, 2010 by headphonesporno

Znowuż się z Tapczanem rozleniwiliśmy. Znowuż przez miesiąc blog był niedokarmiony. Systematyczność pojawiania się notek zagubiła się gdzieś między feriowym nieróbstwem a niskim wskaźnikiem odwiedzin… Cóż, dopóty jeszcze paru z was to czyta, o muzyce pisać będziemy.

Rok 2010 rozpoczął się wyśmienicie, jeśli mowa o muzyce.  Dużo dobrych artystów coś w końcu wydało, znalazło się tez parę niedobitków z roku 2009. Jako, że trochę tego jest, przedstawię to w formie serialowej, regularnie update’owanej. „Dajesz Malina”:

Gorillaz- Plastic Beach

Jestem ogromnym przeciwnikiem występów gościnnych. Gdy tylko widzę, że jakiś kawałek obok tytuł ma  napisane „feat.” bierze mnie jak po śliwkach z mlekiem. No bo albo tworzymy samodzielnie, albo nie. Zrozumiem jeszcze, jak  na jeden kawałek wpadnie kumpel, bo przy wódce się dogadali. Ale, żeby na więcej niż połowie! Albarn pobawił się w kolekcjonera i wyszło mu to, delikatnie mówiąc, CHUJOWO.  Na 15 piosenek z pierwszego longplaya „Gorillaz” gościnnych występów było 4. Daje to ok 27%. Dopuszczalna norma, zwłaszcza, że te występy nie były strasznie odczuwalne. Na „Demon Days” już się robiło groźnie, bo około połowa piosenek, była nasączona mate’ami Damona. D/G-sidów nie liczę, no bo wiadomka. A na Plastikowej Plaży 11/16 ma gości! Prawie 70% płyty to inne wokale! Fajnie że Snoop, fajnie że Little Dragons czy Simonon, ale to nie Glastonbury tylko płyta własna! Tam więcej Alborna nie słychać, niż słychać. Kawałki rdzenne, samodzielne, są jak najbardziej OK, czuć stare dobre Gorillaz, ale za mało! Przy następnej  płycie Panie Albarn, proszę nagrać wszystko, bez żadnej wódki z kumplami po drodze,  podzielić wynik przez dwa i dopiero do wytwórni. Bo dla „Plastic Beach” thumbs down. Headphonesporno daje 2/5 bo chyba tylko dwie piosenki mi się spodobały. Szkoda. (6.0/10)

Husky Rescue- Ship of Light

Rajciu, ileż ja na tą płytę czekałem! Moja muzyczna fantazja, niespełnione marzenie, spóźniony prezent pod choinkę. Chyba większej niespodzianki mi zrobić nie mogli moi ulubieni Finowie, jak sprawić, że pierwszą płytą z rokiem 2010 w dacie urodzenia, jaką usłyszałem było „Ship of light”. O płycie nie ma się co rozpisywać, bo to wciąż stare dobre Husky Rescue, o którym pracę inżynierską już pisałem. Nic się specjlanie u nich nie zmieniło.  Znowu mamy dzwoneczki, plumknięcia, skandynawskie gitary i delikatny głos zasypiającej za mikrofonem Reety-Leeny Korhola, której każde wyśpiewane słowo wlewa się do naszych uszu jak rosół do talerzy w niedzielę przy Familiadzie. Kiitoksia oikein paljon Husky Rescue! :* <3 xD lol (7.4/10)

Sulphur Phuture- Sulphur Phuture

Okładka płyty to bardzo, ale to bardzo ważna rzecz. To jest jak ciało kobiety. Niunia może być pusta jak pudełko po butach, ale jak widać że jest „zdrowa”, to właśnie ją byśmy wybrali, mając… jakiś tam wybór:) I właśnie taka zdrowa, okładka mnie uwiodła. Gdzieś, kiedyś znalazłem przez przypadek recenzję Sulphur Phuture, nie przeczytałem jej bom leń, ale zapisałem sobie stronę w folderze „Sprawdź”, właśnie dzięki okładce. Ostatnio płytę znalazłem, przesłuchałem… i dostałem nauczkę. Bo po przesłuchaniu pierwszego kawałka stwierdziłem, że płyta jest *&^%$#, do tego !@#$%^  i @#$%&*. I wyłączyłem. Wróciłem do niej po paru tygodniach, przesłuchałem od tracku 2 i …doznałem. To jest polskie!? Sulphur Phuture to solowy projekt  niejakiego Praczasa z niejakich Masala, Village Kollektiv. Fuck me! Ja- pierwszy antydubstepowiec IV RP, zostałem uwiedzony przez obiekt mojej największej pogardy, w dodatku z polską metką! Sulphur Phuture to mieszaninka dub’u, breakbeat’u, d’n’b, dubstepu itp. Do tego jakieś wstawki jazzowe, flamenco, głosy polskiej telewizji, i wszystko tak kolorowe, tak bogate i tak dopieszczone- niemalże z bonobowską precyzją! I choć piosenka nr 1 dalej pozostaje w moich oczach chłamem totalnym, asertywnie stwierdzam: Polak z roku na rok potrafi coraz bardziej. Jadąc w gości za granicę, jako prezent wziąłbym ze sobą 2 płyty: Kapelę Ze Wsi Warszawa i Sulphur Phuture! (7.6/10)

Szadi

Yeasayer – Odd Blood

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 19 lutego, 2010 by headphonesporno

Nie ma nic lepszego niż chujowa płyta ulubionego zespołu. PYTOZA

Machina doszła do przełomowych konkluzji,  które brzmią: „Nie wszystkim na dobre wychodzi zmiana stylistyki, zwłaszcza na drugiej płycie, jednak Yeasayer zrobiło to naprawdę dobrze„. Czuję się coraz bardziej załamany widząc, że większości ludzi „Odd Blood” się  podoba…

A co do zmiany stylu, zastanawialiście się kiedyś co stało by się gdyby Avey Tarey i Noah Lennox pewnego pięknego słonecznego dnia doznali olśnienia i zaczęli grać country i układać piosenki o zabawie w Kansas City, albo o uprawianiu pszenicy i o tym, że ich kumpel ma nowy ciągnik? W sumie nie zdziwiłbym się, gdyby Yeasayer do swojej ostrej kosmicznej elektro napierdalanki zaśpiewali o dzidach laserowych, a Machina by na to: ” nie wszystkim na dobre wychodzi śpiewanie o dzidach laserowych, jednak Yeasayer wykonał to na medal„. Próżno szukałem „Odd Blood” coś co przypominało by starego dobrego Yeasayera, którego  lubiałem i pochłaniałem godzinami. Powodem może być moda i ekspansja muzyki elektronicznej, troche awangardowej ale przede wszystkim experymentalnej: Grizzly Bear, Animal Collective czy chodźby Atlas Sound… Różnica taka, że oni wypracowywali swoje charakterystyczne brzmienie latami i nie popadli w skrajność, która co najlepsze jest na „Odd blood” słyszalna i, co komiczne, wychwalana. Kawałek promujący album to  „Ambling Alp”- przecietna kupeczka która trwa 4 minuty. 4 minuty przeciętnego rytmu, który w kółko się powtarza. Tak, niech teraz ktoś powie ze tutaj chodzi o trans i pulsacje , o mistyczne wprowadzenie sluchacza w stan oscylacji i osłupienia umysłu, o jebnięcie z dzidy laserowej!  Odnośnie zawartosci tego kału, kawałek otwierający płytę zwie się „The Children”. Machina pewnie by powiedziała: „Nie wszystkim inspiracja Crystal Castles wychodzi na dobre, ale Yeasayer zrobił to na medal”. Następny hicior  to „Love Me Girl” zaczynający się trochę Avant- synth- popowo z takim elektro wokalem „uuuUUuuuu  yyyyuuu”. Reszta płyty to dla mnie zagadka, której nie potrafię rozgryźć… „Rome”, ” Strange Reunions”, „Mondegreen”  są dla mnie nie osiągalne jako słuchacza, gwałcą moje poczucie estetyki w ten sposób, że nawet na oscyloskopie w winampie  mi kutasy migają. Wracając do toposu i konkluzji początkowej, z ręką na sercu przyznajcie się czy znacie zespół, który w taki agresywny sposób zmienia podejście do muzyki.A może trzeba ich cenić za to, że faktycznie nie starali się zrobić tego samego i udowodnić, że odnajdują się wyśmienicie w każdych muzycznych ramach… Mhm, szkoda że NIE udowodnili, bo zgubiła ich brawura…  Pozostaje druga opcja, panowie z Yeasayer to rzeczywiście geniusze którzy sie nie kićkają i odrazu po debiucie wydają na świat płytę, która stylistycznie byłaby przez innych dopracowywana około 7 lat. Yeasayer = Demiurg ?  Najbardziej żałuję, że nie usłyszałem ludzi którzy potrafią grać na instrumentach czerpiąc z tego radość; ludzi potrafiący się dogadać i poskładać do kupy trudne a jednocześnie lekkie i przejściowe kompozycje z bogatym instrumentarium. Teraz takie coś graniczy z cudem, a cuda już  wymieniłem wyżej.

http://www.youtube.com/watch?v=t4LGv5L_460 Nie wchodźcie

Tapczan

Popo- Go Upstream

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 11 lutego, 2010 by headphonesporno

Nie jestem patriotą. Ani politycznym ani muzycznym. Nie oddałbym za Polskę ani życia ani słuchawek, jednak po ostatniej muzycznej lekturze, jaką jest płyta Popo- „Go Upstream”, chyba zaszło w moim, skażonym muzyką zagraniczną ciele, niepokalane poczęcie nadziei, że Polak potrafi, nie tylko w kiblu z rurami, ale i z instrumentem na scenie. Specjalnie nie napisałem „z gitarą”.

Karierę Popo zacząłem podglądać jakieś dwa lata temu. Ot, takie chłopaczki-cukiereczki bawiące się muzyką z naciskiem na klawisze, jednak już wtedy w ich dziełach było coś, co zostawało w głowie na dłużej niż trzy minuty. Teraz piątka parnych, muzycznie dojrzałych facetów weszła do studia i nagrała materiał z jajami jak planety. Zakładając, że Popo nie znacie, od razu mówię: nie jest to tylko i wyłącznie pop, choć pop w Popo popularyzowany trochę jest! Okładkowy trójkącik w kosmosie, wszystkim kojarzący się jednoznacznie, niby trochę podpowiada, czego się spodziewać po „Go Upstream”, jednak floydowska mieszanka gitary-elektronika to nie wszystko. Popo to przygoda osadzona w kosmicznej czasoprzestrzeni X&Y Coldplay-a. Nie unosimy się tu jednak swobodnie, a raczej prujemy na przód potężną rakietą, na pokładzie której Popo zrobili imprezę, gdzie trójkąty są tylko dla frajerów. Tutaj mamy prawdziwą orgię z Madonną, Bee-Gees, Muse, Jamiroquai-em a nawet islandzką melancholią. Chłopaki na tej imprezie ostro pomieszali i wyszło im to na dobre. Nawet bardzo dobre. Wszystkie jedenaście piosenek łącznie niosą ładunek na tyle potężny, by zamiast przewietrzać pokój polskiego muzycznego chłamu, są w stanie go rozwalić i wszystko poukładać od nowa. Oby tak dalej bydgoszczanie! Oby tak dalej Polacy! Go Upstream! (7.7/10)

http://www.myspace.com/musicpopo

Szadi

tekst do czaspopisma  WUJ, luty 2010

Muzyczne podsumowanie roku 2009

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 23 grudnia, 2009 by headphonesporno

Roczek 2009 był rokiem płodnym. Kopulowali młodzi, kopulowali starzy, niektórzy mieli swój pierwszy raz.  Z niektórych  tych wygibasków powstała całkiem niezła Kamasutra. Z wielkiej ilości płyt, które przyszło nam gwałcić wybraliśmy kilkanaście, do których można oddzwonić. Reszcie zostanie onanizacja. Niestety, nie ma w podsumowaniu miejsca ani dla St.Vincent, ani  XX, ani Dirty Projectors, Anthonego, Bat For Lashes czy Joker’s Daughter. Sory, ale to była tylko przygoda na jeden raz. Podsumowanie trochę z przymrużeniem oka, dość banalne, ale wizualnie a już na pewno ideologicznie poprawne. Oto pozycje godne polecenia;  spróbowania w domu. Oddajemy ducha roku 2009 w wasze ręce:

Szadiemu stawał do:

Other Lives- Other Lives

bo jest definitywnie najśliczniejszą płytą jaką usłyszałem w tym roku.

We Fell to Earth- We Fell To Earth

bo kiedy chłop z UNKLE, zaczyna się inspirować krajobrazem pustynnym, to to musi brzmieć super.

Moderat- Moderat

bo jak trzech dobrych elektryków podejdzie do komputera to nie mogą tego spieprzyć.

Popo- Go Upstream

bo jest to jedyną polską płytą z tego roku, którą odpaliłem więcej niż raz.

Archive- Controlling Crowds

bo się zorientowałem, że na tej płycie nie ma słabych piosenek.

Jónsi & Alex- Riceboy sleeps

bo to Jónsi i nawet jego bąk to harmonia.

Volcano Choir- Unmap

bo Vernon wyszedł z chaty, włączył komputer,  zaśpiewał nisko i wyszło mu to na jeszcze lepsze.

Ancient Astronauts- We Are To Answer

bo mi się kojarzą z Bonobo, a nie, bo brzmią identycznie  jak Bonobo.

V/A- Dark Was The Night

bo to najlepsza składanka jaką kiedykolwiek świat usłyszał.

Kasabian – The West Ryder Pauper Lunatic Asylum

bo to najlepsza płyta w ich całym dorobku.

Grizzly Bear- Veckatimest

bo się należy i tyle.

.

Tapczan robił się mokry przy:

Flaming Lips -Embryonic

bo słuchając tej płyty wpadłem pod samochód.

The Mayfair Set -Young One

bo to potwierdzenie że bez pudru i tuszu  da się zaciągnąć chłopa do łóżka.

Real Estate – Real Estate

bo ta płyta to ja: leniwa i marudna, ale jeszcze z tendencją do spontaniczności typu: chodźmy na piwo.

Nurses – Apple Acres

bo hipnotyzuje, ale po obudzeniu pamiętamy wszystko i chcemy jeszcze raz.

Le Loup – Family

bo odkryłem z tą płytą nowy ląd, nie pytacie gdzie kiedy i jak, po prostu zrobiłem to.

Atlas Sound – Logos

bo Bradford Cox nawet z masy solnej zrobi dzieło sztuki.

Black Lips – 200 Million Thousand

bo to z martwych wstanie rock n’ rolla, szczanie na budyniowych indie pedziów, nie denerwuj mnie mamo bo nie zjem obiadu!

Devendra Banhart – What Will Be

bo to ciągle ten sam Devendra, brodaty topos z gitarą, o którym dzieci się powinny uczyć w szkole.

The Most Serene Republic – …And the Ever Expanding Universe

bo Kanada to nie tylko Celine Dion i bąki w twarz.

Neon Indain- Psychic Chasm

bo jest dobry na wszystko! Na katar, na prywatkę u Kacpra i na kajaki też.

.

Szadi & Tapczan


Other Lives- Other Lives

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 16 grudnia, 2009 by headphonesporno

Z serii  „Od autora„: „Ok, jestem zajebistym leniem. Bo notka poniżej jest o naprawdę dobrej płycie, jednej z lepszych, o ile nie o najlepszej jaką usłyszałem w tym roku, a ja łajza, zamiast pisać „poematy” kopiuję to, co napisałem do gazetki (pozdro gazetka), ale… w sumie nie rozpisując  się, pobudzę Waszą wyobraźnie i muzyczny głód, który ta płyta może syto zaspokoić. Czytać więc, słuchać i czcić”

„Niestety, rok 2009,  ani płodny, ani wybitny nie był, wyszło parę dobrych płyt, ale prócz krótkiego romansu, nic poważniejszego z nimi nie wynikło” – już od jakiegoś czasu układałem sobie w głowie plan takiej notki, co by znowu nie skompromitować się, jak to zrobiłem układając żałosne muzyczne podsumowanie roku 2008 w lutym 2009. Tak czy siak, będę musiał napisać inaczej, bo w moim życiu pojawili się Other Lives.

Szkoda, że redaktor dał mi tylko 1500 znaków, na napisanie o płycie, o której można pisać stronicowe poematy. Muzyczne epopeje z inwokacją do Jesse’iego Tabish’a na początku. Pan ten jakieś 4 lata temu założył zespół Kunek. Formacja tworzyła muzykę melancholijnie-gitarową, z mrocznością radiogłowych wplecioną w pięciolinie. W tym roku wydali nową płytę, pod nową banderą, z lekko zmienionym składem, ale z zachowanym kręgosłupem poprzedniego projektu. Tak powstał „Other Lives”- album atakujący nasze serca tonami emocji, dając te bardziej jesienne jako mięso armatnie. A my najlepiej zrobimy, podnosząc białą flagę.

Słuchając „Other Lives”, na każdym kroku można zauważyć duży wpływ Coldplay. Ale tego wczesnego Coldplay, tego z „Parachutes”. Tego z prostym, wrażliwym człowiekiem za mikrofonem i takimi samymi muzykami wokół. I tylko tego. I jak można bardziej posłodzić Other Lives, niż przyrównując ich do jednej z najpiękniejszych płyt XXI wieku? Pewnie, można, ale po co? Gdybym bardziej się otworzył, bardziej opisał te niesamowite 39 minut, czułbym się co najmniej jakbym napisał spoiler. Doznajcie sami, chyba najlepszej płyty, jaką słyszałem w roku 2009. „Other Lives” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich kochających sztukę z melancholią w tle i nie tylko… (9.0/10)

http://www.youtube.com/watch?v=XHxTC2NVYaE

Szadi

Grizzly Bear- Veckatimest

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 11 listopada, 2009 by headphonesporno

Każdy kto choć trochę interesuje się grupą Radiohead wie, że ich gitarzysta- Jonny Greenwood nigdy, przenigdy nie mówi nic na scenie. Zmowa milczenia została przerwana w zeszłym roku, na koncercie w Toronto, kiedy to podszedł do mikrofonu i powiedział coś w stylu: „Chciałbym podziękować mojemu najulubieńszemu zespołowi na świecie- Grizzly Bear, za to, że byliście z nami na tour’rze”. Dostając takie błogosławieństwo od carów eksperymentalnego rocka cudotwórcy z Grizzly Bear nie mogli nie wydać kolejnej płyty.

Więc wydali. Panuje już jakiś czas moda na tworzenie nowych nazw gatunków muzycznych. I ja się pobawię- nowa płyta miśków to difficult-alko-dream-folk- o! Tak, „Veckatimest” to płyta trudna. Nie zdziwię się, jeśli przeczytacie moją recenzję, włączycie płytę i po paru minutach wyłączycie z komentarzem- „koleś ma gust jak Strausburger dowcip”. Trzeba do „Veckatimest” podchodzić wiele razy, z wielu stron. To taka ściana: stojąc przed nią słyszymy niewyraźnie, co jest za nią a już na pewno nie widzimy. Zmienne nastroje, tempa, hałas przeplatany z ciszą a do tego wokal Ed’a Droste’a, brzmiący, jakby co najmniej go to śpiewanie męczyło. Kiedy jednak, po którymś przesłuchaniu, znajdziemy w tej ścianie szczelinę- wszystko nabierze barw i kształtów. Z początkowego, dźwiękowego chaosu wyłoni się nam pełen niepokoju, melancholii i nie do końca pełen sensu obraz, przypominający bardzo marzenia senne po zakrapianej nocy. I stąd mój „alko-dream folk”. Tyle, że rano zamiast kaca mamy ochotę na jeszcze. (8.5/10)

Szadi

Tekst ukazał się w gazetc WUJ, listopad 2009

Jónsi & Alex- Riceboy Sleeps

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 2 listopada, 2009 by headphonesporno

I co ja mam napisać? Ile bym nie napisał, będzie to za mało. Jak poetycko bym tego nie ujął, będzie to zbyt ubogo.  Człowiek jeszcze nie wymyślił takiego przymiotnika, który by w stu procentach określał to, co dzieje się na Riceboy Sleeps. Lider Sigur Ros’a po prostu nie umie stworzyć słabej muzyki. Nie potrafi. Tą płytę trzeba włączyć ( TYLKO na słuchawkach), zamknąć oczy i… (9.4/10)

Szadi

Koncert Archive w Studiu, Kraków 15.10.09

Posted in O koncertach with tags , , , , on 18 października, 2009 by headphonesporno

 archvie1

Jakież to było miłe uczucie, kiedy to w lipcu tego roku, zaraz po pełnym zachwytu odkryciu nowej płyty Archive Controlling Crowds, zobaczyłem w Empiku, że zespół przyjedzie w październiku do Polski, tą że własnie płytę promować. Nie dość że mieli grać w Krakowie, to jeszcze dzień po moich urodzinach! Nie mogłem nie iść, więc, bez chwili wahania, wyciągnałem portfel i wydałem stówe na bilet.

Po półgodzinnym poślizgu, zgasły światła, i sala pełna ludzi usłyszała „wibrujące” organki z tytułowego Controlling Crowds- openera nowej płyty brytyjczyków. Dźwięk był, muzyków nie. Gdy tylko wszedł bit weszli i oni, co zrobiło całkiem niezłe wrażenie. Chwycili za keyboard’y gitary, pałki, mikrofony i zaczęli dogrywać do tego co już leciało. Po Controlling Crowds zostały zagrane Bullets ( do teraz mi głowie dźwięczy „Personal responsibility”) i Words on Signs, co dało do zrozumienia że będą lecieć po koleji, jak na płycie. W sumie miało to sens, gdyż płyta Controlling Crowds jest albumem koncepcyjnym. Co już na starcie bardzo rzucało się w oczy, to bardzo precyzyjne odtworzone kompozycje z płyty. Wszystko co zagrali zdawało się brzmieć identycznie jak na płycie, gitary wokale, organy- nutka w nutkę, z identycznym brzmieniem, barwą itp.  

archive3 

Prawie wszystkim utworom towarzyszyły wyświetlane w tle filmy/animacje potęgujące, już istniejącą atmosferę niepokoju i mroku. Szczególnie podobał mi się opadający śnieg na początku utworu Quite Time, idelanie pasujący do organów otwierających utwór. Ten kawałek był jednym z tych, które na koncercie zrobiły na mnie największe wrażenie. Słuchając Controlling Crowds, prawie zawsze go przewiajałem, teraz słucham go w kółko. Po Quite Time, zgodnie z budową płyty, nastepny w kolejce było Collapse/Collide, które było największą porażką koncertu. Kto słuchał, ten wie że w tym utworze śpiewa zaprzyajźniona z Archive Maria Q, która zaśpiewała- ale z telebima… Dziwnie się czułem, słuchając na koncercie profesjonalnego zespołu, wokal grany z playbacku. A można było tego uniknąć, po prostu nie grając tej piosenki, zwłaszcza, że była to jedyna zagrana, gdzie ta Pani „zaśpiewała”. Przykre też jest też, że nie był to jedyny przypadek, kiedy wywęszyłem że jakiś dźwięk, nie był zagrany a puszczony przez dobrego duszka-pomocnika. Biorąc pod uwagę że na scenie cały czas było siedem, a czasem  osiem osób ( wchodził i schodził raper John Rosko), nie wierzę że żaden z nich nie mógł zająć się zagraniem /(ostatecznie) operowaniem laptopa.  Trudno. Kolejne zostały zagrane Clones, Bastardised Ink Kings of Speed. Dopiero w tym momencie zostało przerwane ścisłe trzymanie się playlisty Controlling Crowds, gdyż kolejne zostały zagrane Lines i Empty Bottles, czyli utwory z dodatku Controlling Crowds IV :) Ostatnim utworem przed bisem był zamykający płytę Funeral, po którym, w tle gęstych owacji Archive zeszli ze sceny… by za parę minut pojawić się na niej z powrotem. Miałem wrażenie, że dopiero wtedy muzycy i publiczność naprawdę się rozkręcili i rozluźnili. Ci pierwsi jakoś bardziej szaleli na scenie, a ludzie też jakoś zdawali sie lepiej bawić… Bardzo ładnie zostało zagrane Londinium, gdzie kwestię Marii Q zaśpiewał główny wokalista Pollard Berrier ( nie dało się tak zaśpiewać w Collapse/Collide?!), potem Numb, bardzo energiczne System i na koniec, w ramach kropki nad i, Archive zagrali kochane przez cały świat, a dla mnie ładne, ale obrzydliwie przedłużone Again. Gorąco podziękowali („Absolutely fuckin’ wonderful”) i poszli.

lineup

Koncertowi można wiele zarzucić: za dużo półplaybacku (który można było zautylizować), przez długi okres muzycy sprawiali wrażenie jakby grali dlatego że są w pracy, a nie dlatego że to ich pasja. Poza tym praktycznie wszystkie utwory zostały zagrane bardzo wiernie w stosunku do wersji albumowych. Nutka w nutkę wszystko brzmiało idelanie tak jak na płytach. Niektórzy moga powiedzieć, że to przecież bardzo dobrze, lecz mi brakowało jednak jakiejkolwiek odskoczni od schematu, improwizacji. Faktu to jednak nie zmienia, że w gruncie rzeczy koncert był naprawdę dobry, niemal że świetny, porywający, z naprawdę niesamowitą atmosferą. Jakość dźwięku była celująca ( w przeciwieństwie do koncertu zagranego dzień później w warszawskiej Stodole, gdzie, jak to w Stodole, dźwięk był ponoć średni). Do tego Archive okazał się zespołem, który na żywo gra i śpiewa tak samo dobrze jak na płytach, co bardzo sobie cenię. Z serii „szkoda, że nie zagrali..” brakowało mi utworu Chaos, który musiałem sobie póścić na pocieszenie w aucie, no ale może następnym razem uda mi sie to usłyszeć. A pójdę na pewno!

 „Absolutely fuckin’ wonderful”!

 

wideło: http://www.youtube.com/watch?v=1CBAhjcAu-I

foto: http://marcinbogusz.fotohasiok.pl/archives/1070

 

Szadi

 

Pierwsze dwie fotki autorstwa kriz'a, z serwisu www.rockmetal.pl 

The Heavy – The House That Dirt Built

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 13 października, 2009 by headphonesporno

the hevy

1- Potrzebne składniki : Tradycyjny angielski rockn’roll ze szczyptą północno- amerykańskich wpływów, psychobilly, odrobiną bluesa, gangesterką a’la Cypress Hill, do tego wysuszone dredy Boba Marleya dla wyostrzenia smaku, jeszcze może coś romantycznego ( kolacja dla dwojga), i może ska, ale tylko troszeczkę…

The Heavy to najwięksi fantaści i wirtuozi sadomasohistycznej kuchni, więc nie zdziwcie się kiedy w przystawce znajdzie
się okrwawiony palec. Tradycja to nie ich broszka, tutaj chodzi raczej o pokazanie  tym wszystkim nudnym niedowiarkom że się da, kiedy za młodu ich koledzy grali w piłkę oni szukali na strychu starych płyt; nie uganiali się za spódniczkami w szkole, bo woleli koncerty, pewnie nawet nie mieli trądziku, bo to takie szczeniackie.

2-Siekamy, kroimy, miażdżymy, jeśli komuś  wygodnie- robimy to rękoma, wszystkie  chwyty dozwolone !
Chodzi o to, żeby wszystkie ww. składniki rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać na nowo w obojętnie jakiej formie.

Na sukces tej płyty składa się lekkość z jaką wszystko tutaj ze sobą współgra, zaczyna się rock’ndrollowym jebnięciem
„Oh no not you again” żeby po chwili dobić nas funkowo- transowym „How you like me now” łaaa! „Short change hero”- co tutaj robią latynoskie wstawki!?
Nie doszukujcie się  żadnej prawidłowości i nie pytajcie jak to działa, bo ja sam nie mam pojęcia, płyta jedyna w swoim
rodzaju, nie grzeszy skromnością i urodą, grzeszy natomiast powagą, mam wrażenie że całe  prace nad nagraniami odbywały
się w grobowej ciszy z kamiennymi minami muzyków, a to dziwne, ja nigdy z powagą się nie bawiłem klockami.
Jedyne co mi się  nie podoba to teledyski, są  fatalne, nie wymagam kręcenia klipów które będą powalać artyzmem, ale na boga bez przesady, klip to część klimatu który serwuje nam artysta, jego wizytówka po której odrazu wiemy z czym mamy do czynienia, zresztą ocenicie sami bo klip tradycyjnie znajdzie się na końcu.

3-Rozkoszna uczta , konsumujemy sami lub we dwoje, poczęstujmy  znajomych i tych wszystkich którzy zasłużyli. Jeśli szukacie pełnego przepisu znajdziecie  go na stronie wytwórni Ninja Tune bo na polskich serwisach jak zawsze niewiele. Smacznego :

http://www.youtube.com/watch?v=sVzvRsl4rEM

Tapczan

Mount Eerie- Wind’s poem

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 13 października, 2009 by headphonesporno

Dzisiaj wstałem ok 10.30. Śniło mi się, że pojechałem na wieś pod Kraków i bawiłem się w chowanego z Karoliną i Szczepanem. Pograłem na rozbudzenie na akustyku i zszedłem na dół zrobić sobie sniadanie. Postanowiłem, że dziś zjem tosty. Zrobiłem je z szynką, serem, pomidorem i ogórkiem. Jedząc je przejrzałem poranną prasę. Pisali, że w Bułgarii mafia ma nową zabawę, kto przejedzie przez ruchliwe skrzyżowanie na czerownym z dużą prędkością. A to Ci heca. Wróciłem do pokoju. Sprawdziłem strony, które sprawdzam codziennie. Byłem bliski  zrobieniu zadania na czwartkowy ruski, ale jednak pograłem w grę Risen. Do 13.45 grałem w komputer i oglądałem telewizor. Pojechałem na zajęcia. Było nudno. Wracając włączyłem nowe Mount Eerie. Pierwszą piosenkę wyłączyłem w połowie. Następną też i następną też. I nastepną też. Puściłem nastepną płytę. Wróciłem do domu. Chciałem zrobić zadanie na czwartkowy ruski, ale stwierdziłem, że lepiej zrobię porządek w pokoju. Znalazłem dużo ciekawych rzeczy, w tym mojego starego dicsmana i ścieżkę dźwiękową do filmu SPONA. Włączyłem. I wyłączyłem. Sprzątałem do 20.10 bo wtedy zaczynało się NaWspólnej. Weronika i Adam robią sobie testy na płodność. Do Mai dzwoni mama z prośbą o wyjaśnienia, dlaczego uciekła ze ślubu. Igor, mimo zapewnień Mai, obawia się o jej rozmowe z Tadeuszem. Dochodzi do spotkania i ona oddaje mu pierścionek. On jest smutny i uważa, że to jego wina. Oboje są smutni. Ziębowie cieszą się, że mają chwilowych gości w domu, bo przypomina im to czasy jak Grzegorz mieszkał z nimi razem. Weronika chce pobaraszkować przed snem z Adamem, ale on nie ma ochoty. Koniec. Dokańczyłem porządki i poszedłem na obiado-kolację. Pycha. Wróciłem do pokoju i grałem na gitarze. Napisałem nowy wpis an blogasku. Resztę dnia spędziłem grając w komputer i oglądają telewizor. To był dobry dzień. (4.5/10)

Szadi

Yeah Yeah Yeahs – It’s Blitz

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 17 Maj, 2009 by headphonesporno

 

Zastanawia mnie Fenomen Yeah Yeah Yeahs, bo ani z nich dobrzy muzycy, ani ładni ludzie, a jakoś ich lubią i murem stoją. Nowa płyta jest podobno bardziej przebojowa, podobno świeższa, pachnąca inaczej, i podobno muzycznej.pl się podobała. Jak dla mnie Drodzy Państwo, jedna względnie udana pozycja nie czyni płyty dobrej. Wystarczy nie udolnie parę razy na płycie dodać wstawki disco, troszkę ortalionu  i więcej klawiszy a miliony głuchych ludzi uzna to za innowacyjność i wielki talent, porozmawiaj z takimi,oni tak mądrze patrzą…

-„It’s Blitz! to dziesięć bezpretensjonalnych numerów, będących owocem rocznej pracy Yeah Yeah Yeahs”. „Wśród nagrań koniecznie zwróćcie uwagę na Dragon Queen”. Koniecznie musimy zwrócić uwagę na bezpretensjonalny kawałek Dragon Queen, który jest tak prosty, tak skromny, taki naturalny, no taki..BEZPRETENSJONALNY.

Kolejny idiotyzm który znalazłem brzmi tak: „głównymi inspiracjami zespołu podczas pracy nad płytą były nagrania Joy Division i klasyki italo-disco autorstwa Giorgio Morodera i wokalem Donny Summer„- (brak mi sił na komentarz).
„Zespół po raz pierwszy użył przy nagraniu płyty keyboardu. Brzmienie instrumentu okazało się decydujące dla całego krążka”.
Keyboard Casio tez nie raz nadawał brzmienie płyt Bayer full’a, Skanera, i Mister Dex’a.
„W koło jest tyle zespołów, które żyją z cztery, pięć lat, że przy nich nasze 10 lat istnienia, jest jak wieczność”– powiedział Zinner BBC Newsbeat. 10 lat bezpretensjonalnego grania na bezpretensjonalnym Keyboardzie Casio to jest to !

Jako całość płyta balansuje na granicy banału , próba zmiany brzmienia sama w sobie jako idea sie chwali, gorzej to wychodzi w praktyce, prawda jest taka ze cały potencjał zespołu ujawnia się dopiero w chwili kiedy ich brzmienie zaczyna się zmieniać i kiedy oni sami potrafią to wykorzystać, w tym przypadku całkowicie się to nie udało, noisowe wstawki z popowym refrenem to pomysł dobry, ale daleki od realizacji w wypadku tego zespołu. Nie wstyd wam ? 10 lat a wy stoicie w miejscu.

Tapczan

Caravan Palace

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 22 listopada, 2008 by headphonesporno
Zakochałem się ostatnio. I to bezgranicznie. To uczucie odjęło mi lat do tego stopnia, że placzę po nocach z myślą, iż moja wielka miłość nie jest nawet świadoma mojej egzystencji. Takim moim Bravo’owym Billim z Tokyo Hotel jest Colotis Zoe. Kocham ją za to jej głos, za jej urodę, za jej ruchy, za jej zatkany palcami nos i styl ubierania się. I za to, że śpiewa w Caravan Palace, zespole będącym najlepszym dowodem na to, że MySpace jest nie tylko rejestrem ludzi zarażonych lansem ale i niewyczeprującą się kopalnią: a)dobrej, b)bardzo dobrej, c) wspaniałej muzyki. Zoe mieszka w odpowiedzi C.
Gęsty bicior dyskotekowy kojarzył mi się do tej pory tylko dwuznacznie-źle. Albo Madonna wymachuje celulitisem przed kamerą, albo łyse pały robią patrol autem taty po osiedlu. A tu nagle Colotis, pokazała mi, że ten bit ma w drugie dno, że da sie go wykorzystać, że on ma w sobie potencjał. Oglądaliscie ten musical Chicago? Ja też nie, ale słyszałem jakies tam melodyki z niego i wyobraźcie sobie że do tego całego skrzypeczko-chórko-sexo-klarnetowego mixu 1930 dodamy gęsty-elo-mocny-bass bit 2000. Przyprawmy to gracją, lekką elektroniką i hisotrycznymi strojami, posypmy francuzkim pochodzeniem, zapijmy to marsyliańskim winem a otrzymamy ucztę bardziej niż królewską. I nim się obejrzycie, główka będzie chodzić w górę i w dół. Panie i panowie, oto nowy gatunek muzyczny: electro swing! Delektować się do woli… ale Colotis zostawcie dla mnie <3
$zAd!
 
Tekst ukazał się w gazetce WUJ, w październiku 2009.
%d blogerów lubi to: