Archiwum dla 2008

Fajne płyty

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on Maj 12, 2011 by headphonesporno

Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Ach ta dzisiejsza młodzież. Zamiast pić alkohol, palić papierosy i uprawiać szalony seks w ciemnych bramach, oni nagrywają płyty, które wprowadzają sporo zamieszania w świecie muzyki i w połowie roku dokonują rezerwacji na muzycznych podsumowaniach roku. Ok, co to jest Nicolas Jaar? To James Blake. Tylko zamiast „God Save the Queen” śpiewa „A Star-Spangled Banner”. Śmiało można przyłożyć obie płyty do siebie i zadać niełatwa zagadkę – znajdź różnice. Obaj młodzi, obaj zdolni, obaj kochają pustkę, minimalizm, obaj są świetnymi elektronikami, ale to nie oznacza, że nie wiedzą co to pianino czy śpiewanie. „Space is Only Noise” to 46minut lewitacji w pustce, z lekko rozmytym obrazem; to grzebanie wspomnieniach z dzieciństwa na tle nieśmiałego dubu a wszystko oprawione w subtelną, inteligentną elektronikę, która miewa zarówno momenty przytupu jak i chrapnięcia. Czuć tu, podobnie jak u Blake’a szacunek do dźwięku, totalne opanowanie swoich elektronicznych zabawek i, co najważniejsze, brak pyszałkowatości podczas zabaw samplerami i laptopami, wszystko z rozwagą, przemyśleniem i rozumem. Generalnie: ładne. Bardzo nawet. (7.8/10)

True Widow – True Widow

Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami. True Widow. (7.5/10)

Alex Turner – Submarine OST

Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „Riot Van„, czy „Only Ones Who Know” wiedziałem, że wokalista Arctic Monkeys w wersji „leniwie na tarasie, na bujanym fotelu” bardzo dobrze by sobie poradził. Umie gnojek porwać nie tylko do szalonego pogo, ale i do miluśkiego tańca-przytulańca, jak dawno temu, do „Ameno”/”My Heart Will Go On” na koloniach w podstawówce. Ach! Płyta „Sumbarine OST”, jak sama nazwa wskazuje jest soundtrkiem do filmu „Submarine”debiutanckiego filmu twórcy wielu teledysków Arktiksów. Alex częstuje nas (niestety tylko) 6 leniwymi piosenkami zanuconymi głównie na akustyku z jakimiś delikatnymi pomagajkami w tle. Muzyk do tego, swoim ciepłym i miłym dla ucha głosem ze zmanierowaną angielszczyzną zaśpiewa o miłości w stylu: I’m not that kind of fool that’s gonna sit and sing to you, bout stars girl…  Płyta to naprawdę FAJNY sposób na miłe spędzenie 19 minut. Z całego serca polecam sobie to odpalić na rowerze – człowiekowi uśmiech sam pcha się wtedy na twarz. No sami posłuchajcie. (7.0/10)

Brian McBride – Effectvive Disconnect

Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy Riceboy Sleeps. „Effective Disconnect” to piękny, fenomenalny soundtrack do filmu „Vanishing of the Bees”, opowiadającym o tym, że pszczółki znikają. Spokojne, rozmyte, pozbawione rytmu, oparte na żywych smyczkach i instrumentach dętych chmurki i mgiełki. „Świetna muzyka do chodzenia” – napisał Bartek Chaciński o tej płycie. Lepiej bym tego nie ujął. Ta płyta, to obowiązkowa pozycja na randce z samotnością. Świat z nią w słuchawkach jest jakiś milszy. Cieplejszy. I chyba najważniejsze, dalszy. Klik(8.8/10)


Little Joy – Little Joy

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on Październik 19, 2009 by headphonesporno

little-joyForma nie adekwatna do treści, treść adekwatna do niczego. Dzięki bogu że piosenki trwają popową ilośc minut, bo cały dramat szybko się kończy. Nie rozumiem tylko po co wydawać płytę,  tylko dlatego, że jedna piosenka jest w miarę dobra ?

Little Joy to projekt  stworzony przez perkusistę The Strokes- Fabrizza Moretti i na tym by sie mogło skończyć.  Wrażenie jako takie jest, i szczerze mówiąc to chyba tylko o to chodzi.  Jak widać dałem sie nabrać na ten PR’owski zabieg, bo kolejny frajer płytę dorwał. Jeśli chodzi o wnętrze,  prezentuje się ono następująco: niemalże cała płyta to normalne piosenki które mogą  lecieć sobie od tak , i nie zwrócimy na nie uwagi: dobre do obiadu, do mycia garów, sprzedawnia na bazarze itp- nie ma co się  nad nimi zastanawiać, są puste, niczym nas nie zadziwią, chyba że zdumiewającą prostotą, albo bezpretensjonalnością. Wybierając na siłę coś, co może wpaść w ucho zdecyduję się na „Don’t Watch Me Dancing”- gdyby takich pozycji było więcej można by było napisać więcej  i ciekawiej.

Z tego co mi wiadomo to Albert Hammond Jr. -gitarzysta The Strokes też wydał sobie płytę albo i dwie nawet, ale z tego co słyszałem, również  podzielił los swojego kompana z zespołu. Tak więc wniosek nasuwa się sam- ekipa z The Strokes, jak Power Rangers, tylko w pełnym składzie potrafią solidnie dowalić, Little Joy to kit dla kitowców i tyle. Jak lubię strołksów tak odradzam. I to stanowczo.

Nie wchodź: http://www.youtube.com/watch?v=o2lKjazoQ9g

Tapczan

Bon Iver- For Emma, Forever ago

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on Wrzesień 26, 2009 by headphonesporno

Zawsze lubiłem smutne piosenki. Wolne, spokojne, ale emocjonalnie szczere, poruszające swoją autentycznością. Tak się składa, że zbliża się jesień- pora wyciskająca nawet z najtwardszego człowieka odrobinę melancholijnych reflekcji. Pora wzmożonego, jak dla mnie, okresu sięgania właśnie po smutne piosenki, co by jeszcze bardziej zjednoczyć się z aurą. Pora ponownego sięgnięcia po płytę Bon Iver- For Emma, Forever ago

Historia jest prosta: Justin Vernon wiedzie szczęśliwe i spokojnie życie ze swoją dziewczyną, jego zespół – De Yarmond Edison – wydaje pierwszą płytę; wszystko zdaje się zmierzać we właściwym kierunku. Nagle zespół się rozpada, dziewczyna odchodzi a zdrowie się diametralnie pogarsza. Z harmonii staje się chaos. Vernon zamyka się: w sobie i w starej chatce, gdzieś na środku ośnieżonego lasu na północy stanu Wisconsin. Przez trzy miesiące pośród dzikiej natury szuka pożywienia i duchowej równowagi. Ostatecznie, jego ascetyzm kończy się spłodzeniem dziecka- For Emma, Forever ago- płyty, na której wszystkie jego przemyślenia, kontemplacje i mentalne cierpienia zostają zamienione w dźwięki.

Pamiętacie film „Zielona Mila”, a dokładnie postać Johna Coffey? Taki wydaje się być Bon Iver. Hardy facet, który dopiero co przeżył samotne trzy miesiące w dzikim lesie, walcząc po drodze z mononukleozą, nagle okazuje się być niesamowicie wrażliwy, delikatny i najważniejsze- naturalny. To właśnie naturalizm sprawa, że płyta ta jest ponadprzeciętna. Wokalne niedoskonałości, oszczędność instrumentalno-melodyjna a nawet domowa wręcz jakość nagrań- nie ma tu drugiego dna, żadnej komputerowej obróbki- wszystko jest takie jak słychać- szczere i autentyczne. W dobie, kiedy cały proces nagrywania płyty skupia się na uzyskaniu odpowiedniego brzmienia, ktoś nagle stawia na prostotę i prawdziwość i.. udaje mu się! Praktycznie tylko za pomocą gitary akustycznej i własnego gardła, Justin Vernon wprowadza nas w klimat psychodelicznego neo-folkowego cudu, pokazując jak coś w swojej niedoskonałości może być doskonałe.

Każdy, najmniejszy dźwięk na płycie jest emocjonalnym strzałem, który przebije nawet najtwardsze serce. Nie trzeba wiedzieć o czym śpiewa, nie trzeba wiedzieć kim była/jest Emma, nie trzeba nawet znać historii Justina Vernona by odczuć siłę emocji jakie emanują w każdej piosence na tej płycie. Wystarcz tylko zamknąć oczy i dać się ponieść głosowi zwykłego faceta z gitarą, który w sposób (nie wstydźmy się słowa) PIĘKNY poezją śpiewaną opowiada o najprostszych uczuciach, które tak trudno czasem innym ludziom wyrazić zwykłymi słowami… (9.4/10)

ot, co: http://www.youtube.com/watch?v=S6rAmBt8xPs

Szadi

My Brightest Diamond- A thousand shark’s teeth

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Luty 23, 2009 by headphonesporno

Zgodnie z tradycją, zaraz po opublikowaniu Muzycznego Podsumowania Roku, wpadła mi w ręce płyta, którą definitywnie umieściłbym na tejże liście i to na bardzo wysokim miejscu. Życie…

Uszy mojego serca podbiła tym razem Shary Wordem ukrywająca się pod pseudonimem My Brightest Diaomnd. Skromna, ale definitywnie nie cicha chórzystka Sufjan Stevens’a postanowiła sama sięgnąć po instrumenty i uwolnić magię, która w niej spoczywała- tak powstała jedna z najbardziej zaczarowanych płyt zeszłego roku. Sharon jest multiinstrumentalistką, z czego najmocniejszym jej instrumentem jest definitywnie jej głos, będący mieszaniną doniosłości głosu Antoniego Hegarty, czystości Jeff’a Buckley’a i estrogenu. Ta wybuchowa mieszanka mknie przez spokojne smyczkowo-dęto-strunowe morze niczym torpeda mająca na celu zatopienie wszelkich złych skojarzeń ze słowem „opera” . Bo tak własnie najtrafniej zdefiniowałbym muzykę My Brightest Diamond- Opera XXI wieku. Nie bałbym się również określić jej muzyki jako soundtrack’u do jeszcze nie nakręconego filmu. Pełno tu pobudzających wyobraźnię długich, spokojnych smyczkowo-mruczankowych wstawek przeistaczających się potem w wielki, wyniosły wybuch, zabierający nas gdzieś wysoko…

…a cała magia polega na tym, że zostajemy w chmurkach na dłużej- do końca ostatniej piosenki. (8.8/10)

Szadi

Podsumowanie muzyczne roku 2008

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Luty 2, 2009 by headphonesporno

I co z tego, że już jest luty! Musieliśmy się modnie spóźnić, poza tym styczeń był miesiącem choroby, nauki i słuchania płyt, które się przeoczyło, a które zostały uwzględnione na blogach ludzi punktualnych i wywiązujących się z „obietnic” względem kalendarza i własnego internetowego pamiętniczka. Nie jesteśmy ani punktualni ani słowni, ale bloga mamy, więc oto i podsumowanie.

Rok 2008 rokiem płodnym nie był. Płyt wyszło dużo, dobrych mało, godnych uwagi policzalna ilość. Postanowiliśmy mimo wszystko wprowadzić podział na płyty narodowe i zagraniczne, te zaś na ciasto i rodzynki. Polskich tak nie dzielimy, bo serwery Google by nie wytrzymały tak dużej ilości danych, będącymi spisem słabych płyt polaczków. Nie ma rankingu, nie ma top10 disco relax, jak już płyta jest na liście, to znaczy, że jest po prostu dziarska lub beznadziejna. Do rzeczy:

Najgorsze płyty zagraniczne:

*The Notwist – the devil, you + me

Soczysta, aryjska elektronika usycha.

*Thievery Corporation – radio retaliation

Obojętnie którą płytę TC się włączy- leci to samo. Może starczy po 10 latach?

  

* Coldplay- Viva la Vida.

Kiedyś wruszali do łez, dziś też płaczę, ale ze śmiechu

 

* Hercules and Love Affair – Hercules and Love Affair
Anthony Hegart, coś Ty chłopie najlepszego zrobił!?
* Sons and Daughters- The gift
Zespół z potencjałem wraca i nagrywa coś, co mogłoby istnieć pod nazwą innego zespołu, a nie o to chodzi.

 

  
* The Kooks- Konk
Syndrom drugiej płyty, żyje i ma się dobrze.

*Crystal Castles- Crytsal Castles

Muzyka brzmiąca jak biegunka robota + wokale nagrane 1 kwietnia = płyta żart.
  
  
  
Najlepsze płyty zagraniczne:
 
 
  
*Jóhann Jóhannsson – Fordlândia
Sigur Ros i múm inspirują wielu. A kto inspiruje ich? Ta płyta to coś więcej niż tylko odpowiedź.
*Fleet Foxes- Fleet foxes
Świat potrzebuje młodych ludzi bez gitar elektrycznych i tekstów o imprezach. Oto Abraham nowego ruchu muzycznego.
*Promise and the monster- Transparent knives
Damski odpowiednik Jose Gonzalez’a nie może brzmieć źle. Ba! Brzmi wybornie!
*Kaki King- Dreaming of revange
Kaki zaczęła więcej śpiewać i teraz naprawdę jest King.
*Stereolab – Chemical Chords
Zawsze świeży i kruchy Stereolab, prawie jak bakietka z Auchan’a.

*Lykke li – youth novels
Słucham jej w najlepsze, w koło macieja na karuzeli kręce, jest super na 102!

*Broken Social Scene presents Brendan Canning – something for all of use
Jeden z najbardziej płodnych wykonawców ostatnich lat z naprawde smacznym nasieniem.

 

*Sing Fang Bous – clangour
Przemyślane bazgroły na białej kartce z duszy.

 

*Yeasayer – all hour cymbals
Orientalnie nie znaczy FIX Knorr’a.
*Nightmares on wax – Thought so…
Grzechem było by ich pominięcie, muszą być i basta! Nie musze mówić dlaczego, przecież wiecie.
 
*The Herbaliser – Same as it never was
Nowi Oni, żwawi i szybcy, bawią sie tymi instrumentami jak nigdy przedtem.

  

Najlepsze płyty narodowe:

 

*Iowa Super Soccer- Lullabies To Keep Your Eyes Closed
Nareszcie ktoś odkrył egzystencję popytu na melancholijną muzykę z polską metką.

*Silver Rocket- Tesla
6 za pomysł, high five za wykonanie, medal za wokale, buziak za całokształt!

 

*Pustki – koniec kryzysu
Trzymam za słowo.
*Jacaszek- Treny
Elektronika żałobna z najwyższej półki.

 

  

Szadi / Tapczan

Fisz – Heavi Metal

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Grudzień 10, 2008 by headphonesporno

Ta płyta nie jest dobra, męczyłem się straszliwie słuchając jej , Fisz popełnił muzyczne samobójstwo, a ja się czułem jakbym namydlił sobie oczy mydłem , tanim mydłem i na dodatek zrobił to świadomie.

Mam wrażenie ze Fish  chce odskoczyć trochę od typowego hip hopu, ale coś mu się noga podwinęła,powrót do starej szkoły Hip hopu ? jak można powrócić gdzieś, gdzie się nigdy nie było ?.Być może dla przeciętnego polskiego amatora tego typu brzmień  będzie to zagranie warte uwagi, ale nie dla mnie, czuć tutaj amatorszczyznę , i boję się myśleć o tej płycie w kategoriach europejskich bo  mi się śmiać chce, „na Polskę bardzo dobra płyta” , jak widać polakom do szczęście niewiele potrzeba.
Drażnią mnie w tle beatu dzwięki rodem z „fruity loopa”  , do tego Fish ,który  wykonuje buzią zabieg który trudno określić, on wylicza ?? bo to dokładnie brzmi jak wyliczanka w przedszkolu, Fisz prekursorem
„Wyliczanko-rapu”  , niebawem nie będzie wojen na rymy tylko ” wyzwiska na wyliczanki”.
Uważałem Fisza za jednego z poważniejszych artystów w Polsce, myliłem się, bo ta płyta pokazała że jego potencjał i pomysły definitywnie się skończyły, dodam jeszcze że trzeba być totalnym idiotą żeby uznać ten twór „płyta roku” tak jak często się to dzieje na  portalach muzycznych , można ją oczywiście kupić i zastosować w inny sposób, np z takiej płyty zrobić balkonowy odstraszacz gołębi żeby nie srały na kafelki, albo otworzyć nią piwo,

1, 2 , 3, Tap-cza-ny…

Pustki – Koniec kryzysu

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Listopad 15, 2008 by headphonesporno

Polska muzyka to pustki, dosłownie i w przenośni, mało kto wie jak brzmi Polska muzyka, i czy Polska muzyka w ogóle istnieje, a jeśli istnieje to jak długo i jaki ma kolor..szary ?
Koniec kryzysu brzmi jak wybawienie, odrodzenie wręcz, kryzysu już nie ma, nadeszły pustki
Fenomen Pustek polega na  skromności, koncertowali za granicą nie raz nie dwa, i o dziwo się tym nie chwalili, nie mówiąc tutaj o chłopakach z Myslovitz którzy znieśli fioletowe jajo z radości że mogli zagrać na ziemi obcej , Pustkami nie targają wiatry zachodu, wiatry urodzaju, grają tutaj, grają swoje, chwała im za to .
Koniec kryzysu to kawał dobrej roboty, i pod względem muzycznym i tekstowym co graniczy w przypadku polaków z cudem,pustki to zespół który wie czym jest sztuka i wie jak nią operować,teksty śpiewane Stanisława Wyspiańskiego ku wielkiemu zaskoczeniu wyszły wyśmienicie, oddana cała ekspresja, nastrój, Pustki to kultura w dobie kiczu, obok której nie można przejść obojętnie.
Dla dociekliwych nie małe zaskoczenie odnośnie samej piosenki „Koniec kryzysu” , otóż została ona wydana na składance upamiętniającej „Joy Division” , zbudowana na bazie „Passover” opowiadająca o  beznadziei egzystencjalnej i samotności, oddająca w pełni klimat wersji pierwotnej, z całego grona artystów jako jedyni nagrali „swoją” piosenkę
Koniec kryzysu nastał, dzięki tej płycie,”Awarii” nie było.

Tapczan

%d bloggers like this: