Archiwum dla 2005

Télépopmusik- Angel milk.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on Marzec 24, 2009 by headphonesporno

Zachciało mi się ostatnio płyty do samochodu. Delikatnej, ale nie usypiającej. Mocnej, ale nie zabijającej. Grzebałem, grzebałem w mojej zakurzonej małej szafeczce z czasów dawnych i natrafiłem gdzieś między pierwszą płytą a trzecią płytą Smolika na płytę Télépopmusik- Genetic World z 2001. Automatycznie odkurzyły mi się w głowie czasy, kiedy chodziłem z discmanem po ulicy i odlatywałem przy Love Can Damage Your Life. Jednak ilość wyśmienitych kawałków prócz słynnego Breathe można policzyć na palcach jednej reki- z urwanym kciukiem. Wydana trzy lata później płyta Angel Milk definitywnie tego kciuka będzie wymagać- by pokazać wielkie solidne OK.

Gdyby ktoś jeszcze jakimś cudem nie wiedział co to Télépopmusik, niech nie zmyli go słowo pop w nazwie. Trio tworzy muzykę elektroniczną. A żeby przekonać jeszcze bardziej dodam że jest to formacja z Francji. Ogólnie przyjętą już zasadą jest to że epitet francuskie electro znaczenia negatywnego mieć nie może; i nie inaczej jest z Angel Milk. W pewnym sensie jest to kontynuacja pomysłów z pierwszego krążka, z drugiej strony trio odjęło trochę energii na rzecz bajeczności- i tu tkwi sęk. Elektroniczna delikatność w stylu AIR, w połączeniu z niepokojem a’la Massive Attack budują atmosferę mlecznie mglistą, tajemniczną, gdzie światełkiem numer jeden, prowadzącym nas do celu są kobiety: Angela McCluskey i Deborah Anderson. Ta pierwsza to pani, bez której głosu Breathe nie było by warte nawet sapnięcia. Angela powraca i czaruje z niemniejszą niż poprzednio gracją. Akompaniuje jej pełna szmerów i szmerków, trzasków, lekkich bicików i świerków elektronika… i nie tylko! Świetnym przykładem jest mój osobisty faworyt, płytowy rzeźnik- Love’s Almighty– utwór nie posiadający ani jednego dźwięku od pana komputera na rzecz orkiestry, do muzyki której McCluskey tańczy pełne erotyki tango…

Jak już pisałem prócz pani McCluskey śpiewa też nam Deborah Anderson . Jej głos jest bardzo podobny do głosu Bjork co w gruncie rzeczy daje radę i ładnie pasuje to całości. Powrócił tez niestety raper Mau. Zawsze twierdziłem, że połączenie rapu i electro nie działa, po prostu nie działa i tyle. Rapu NIE ma na płycie prawie w ogóle i dzięki Bogu. Mau, który niejednokrotnie i jakże okrutnie niszczył swoim głosem na Genetic World całą atmosferę na jaką dawał nam nadzieje oddechowy opener został zredukowany do dwóch, może trzech kawałków, które w gruncie rzeczy nie brzmią jeszcze aż tak tragicznie. Są one do ukrycia w cieniu jaki rzuca piękne 90% reszty płyty.

A więc wziąłem do auta Angel Milk, odświeżyłem sobie moją długą znajomość z Télépopmusik i poczułem jak mleko przesącza mój umysł i uszy. A że mleko jest zdrowe, spróbujcie tego od aniołów- od Télépopmusik. (7.7/10)

Szadi

The Mars Volta- Frances the mute

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Maj 12, 2008 by headphonesporno

Świat muzyki to takie łańcuszki. Jedni inspirują się muzyką z lat siedemdziesiątych, Ci z koleji inspirowali się czymś tam innym. Drudzy sięgają do jazzu, rapu, electro, przekształcają to, tworząc nowe pięcioczłonowe nazwy nowych pseudo gatunków muzycznych i tak w kółko Macieju. A ja czekam na dzień, a w zasadzie modlę się aby nigdy nie nastał, kiedy ktoś sięgnie do MarsVolty, bo to formacja, która jest jedyna w swoim rodzaju. Nie znam zespołu który ich kopiuje, naśladuje, który chociaż troche próbuje grać podobnie i dzięki Bogu.
Trzeci album Cedrica i Omara to krążek gdzie wszystkie utwory są ze sobą powiązane muzycznie i tekstowo, czyli to co ja lubię najbardziej. Największy ignorant wszelkich teorii muzycznych, gitarzysta – Omar Rodriguez postarał się aby ta płyta nie znudziła się nam ani na chwilę. Mamy tu nieprzewidywalne zwroty akcji, jazz, salse, ostre jak @#$%^&*! riffy, język hiszpański, trąbki i Frusciante’ego! To moc przez duże „M”. Ten album to szmery i krzyki, gęsia skórka, orgazm i podziw. Prawie wszystkie, trwające ponad dziesięć minut utwory sprawiają, ze krązek to podróż ekskluzywną furą z czerwonym workiem na głowie. Nie widzimy gdzie jedziemy, czujemy strach, ale chcemy tu zostać, bo ciekawość bierze górę. Opłaca się. „Frances the mute” to płyta którą trzeba zaliczyć. Na świecie jest hip-hop, metal, electro i jest MarsVolta. Początek i koniec. Niepodrabialny geniusz. Mój nominant do muzycznego Oscara. Jeśli po dodaniu, że Cedric Bixler- Zavala to najlpeszy wokal męski jaki w życiu słyszałem (sic!), dalej nie jesteście przekonani do MarsVolty to ja idę strzelić sobie w łeb…
Szad!

Supergrass- Road to Rouen

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Maj 12, 2008 by headphonesporno

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem Supergrass, nie wzbudzili we mnie jakiegoś konkretnego zachwytu. „Kolejni chłopcy z gitarami, lekko przestrojonymi i tradycyjnymi akordami; kolejny britpopek jakiego dużo ostatnimi czasy z tekstami o miłości szczęśliwej, nieszczęśliwej, zabawie nastolaktów, życiu sratatata”- myslałem sobie. Potem w moje ręce, nie pamiętam juz jak, dostal się album „Road to Rouen”. Jak to możliwe, ze zrobili aż taki progress!? Ten dysk to wyraźny przejaw dojrzałości muzycznej braci Coombe i ich kolegów, na którą potrzebowali dziesięciu lat. Jest tu dużo, smaczków, ciekawych pomysłów, które bynajmniej nie są podstawą do nadania chłopakom (panom?) z Supergrass , tytułu zespołu britpopowego. To coś więcej. To ambitne, melodyczne, wpadające w ucho kawałki, w których czujemy wolność, zabawę pianiem, gitarą, efektami; a to wszystko w połączeniu z ciekawym i pamiętliwym wokalem Gaz’a i chórkami (refren tytułowego kawałka płyty zabija mnie, nawet po setnym przesłuchaniu) sprawia, że do tej płyty chce się wracać, nuci się ją, świadomie czy też nie, a słysząc najlepsze jak dla mnie, otwierające „Tales of endurance (4,5,6)”, człowiek żaluje że nie umie grać na pianinie, albo śpiewać bo aż się się prosi, zeby zagrać lub zaśpiewć jednocześnie to co się słyszy w słuchawakch. Po „Road to Rouen” stwierdziłem, że gdyby zespół nazywał się „THE Supergrass”, to stuprocentowo powstało by podanie o usunięcie przedrostka THE, bo wstydem byłoby umieszczenie ich pośród innych, mainstream’owych, britpopowych THE Shit’ów.
Szadi
%d bloggers like this: