Archive for the O muzyce raczej na poważnie Category

20 najlepszych orgazmów roku 2011

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Styczeń 22, 2012 by headphonesporno

Obiecuję, że na na liście poniżej nie będzie Bon Ivera. Nie będzie również Tima Heckera ani Oneohtrix Point Never. Twilite ani żałosnych Nerwowych Wakacji też. Nie będzie kamieni milowych, punktów zwrotnych i nagłych przewrotów fabuły. Będzie spokojnie, ale szczerze, prawie intymnie. Będą argumenty „bo jest ładna” i będą płyty, które, niczym się nie różnią od poprzednich wydań artysty, ale które ja odkryłem dopiero w tym roku. Będzie fajnie, chodź.

20. The Lonely Island – Turtleneck & Chain

Najczęściej puszczana po pijaku płyta tego roku. Zakochana para: 40% i Lonely Island. Nie ważne z kim i gdzie, dochodzimy do połowy flaszki oznacza, że dochodzimy do Lonely Island.  I te krzywe spojrzenia, gdy cichnie dubstep i rozbrzmiewa „I’m On a Boat”. Miejsce 20 i trochę z przymrużeniem oka. Bo „Turtleneck & Chain” to w gruncie rzeczy płyta tak samo słaba jak i świetna. Trójka amerykańskich komików robiących sobie jaja z całego muzycznego showbiznesu nagrała tyle samo sucharów co bangerów. A wielki sukces leży w tym, że brzmieniowo projekt zrealizowany jest z hollywoodzkim rozmachem, do tego stopnia, że kochający rap i niekochający książek do angielskiego kolega, usłyszawszy „Motherlover”, uśmiechnął się, główką tyknął  do rytmu i powiedział: „zajebiste Szadi, nie powiedziałbym, że słuchasz takiej muzyki!”

19. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

Będzie trochę polaczków w tym roku na podsumowaniu. Kombajny wróciły i celująco zaprzeczyły, że po przerwie da się nie wypaść z wprawy. Rozpisywać się się nie będę, bo referat oddałem o nich we wpisie pod koniec października (tak brzmi „lepiej, niż jeden wpis temu”). Jest brudno i neurotycznie. Jest Zagański i jego zdrowo pojebany punkt widzenia. To najbrudniejsza płyta jaką słyszałem w tym roku, ale ten bród działa trochę jak błotko na świnkę.

18. Holy Other – With U (EP)

Nie lubię EPek. Nikt chyba ich nie lubi, i nikomu się chyba nie specjalnie chce ich ściągać. Epek też chyba nie specjalnie się powinno wciskać w jakiekolwiek roczne podsumowania płyt. Mimo to stawiam na „With U” Holy Other, który skłonił mnie do znalezienia w MediaPlayerze opcji puszczania płyty w kółko. Wytwórnia Tri Angle nie zawiodła z Balamem Acab’em, wierzę więc, że i z Holy Other wyjdą w 2012 ludzie, zwłaszcza, że materiał puszczony na krakowskim Unsound’zie brzmiał naprawdę obiecująco. Mroczny, około-burialowy klimat zawsze spoko.

17. Juliana Barwick – The Magic Place

Materiał, który mógłby być tylko ciekawostką, stał się tak dobry, że aż hipnotyzujący. Tworzenie muzyki samym głosem, nie musi oznaczać beatboxu, „Don’t Worry Be Happy” ani ciepłego kwartetu z Mam Talent. Magic Place to piękne ambientowe kompozycje tworzone metodą dośpiewania kolejnej partii do zapętlonego już materiału. Śliczny impresjonizm budowany praktycznie samym damskim głosem. Super. Więcej tutaj.

16. Coldair – Far South

Kiepska pierwsza płyta nie oznacza złej drugiej. Wydziarany nie oznacza twardziel. Nagrane w domu nie oznacza złe. Akustyk i wokal nie oznacza nudów. Muzyka późnej nocy nie oznacza senności. Rozliczenie się z przeszłością w formie piosenek nie oznacza niedojrzałej muzyki. Made in Poland nie oznacza zły. O nie, nie tym razem.

15. Promise and the Monster – Red Tide

Szlag mnie trafił, gdy gdzieś w polskim, jeszcze wolnym internecie przeczytałem, że Promise and the Monster została NAWET doceniona przez polski duet gitarowy Twilite, którzy ją zaprosili do współpracy. Trafił mnie, bo jak dla mnie to Billie zaszczyciła ich swoją chęcią do współpracy, a nie na odwrót. Tak czy siak, fantazjowałem, że „Red Tide” będzie wyżej, ale choć bardzo dobre, nie jest tak rewelacyjne jak pierwsza płyta „Transparent Knives”. Mimo wszystko Billie Lindahl pokonała syndrom drugiej płyty. Temperatura dalej pozostaje na minusie, a Billie swoim niesamowitym i magicznym  głosem czaruje przy akompaniamencie równie baśniowej muzyki.

14. King Creosote & John Hopkins – Diamond Mine

Czyli 8 romantycznych ballad o miłości do małego szkockiego miasteczka nagrywanych 7 lat przez szkockiego, folkowego songwritera i angielskiego elektronika. Unikalny i ponadczasowy, zapadający w pamięć album, który uderza delikatnością, subtelnością i czystym pięknem.

To zabrzmiało jak tandetna rekomendacja płyty z empik.com, ale serio, ta płyta jest niezła a ja nie mam akurat pomysłów, na większy rozpis o niej. Po prostu jej przesłuchajcie.

13. Cascadeur – The Human Octopus

Pod odważnym kryptonimem kryje się tajemniczy muzyk o nieśmiałym głosie i pełnej wrażliwości muzyce. Nawet nie wiadomo, jaka twarz kryje się pod kaskiem, którego nie zdejmuje nawet na scenie. Było o nim więcej tutaj.

12. Tyler, The Creator – Goblin

Po części jestem w stanie zrozumieć brak sympatii do ordynarnego 20 latka, który rapuje, że zgwałci ciężarną kobietę i powie kumplom, że miał trójkąt, ale czy tego samego rok temu nie zrobił Kanye West? Na My Beautiful Dark Twisted Fantasy Kaniusia zostawił czarną dumę w szatni i zaczął się zwierzać z robienia fotek swojego Damiana i wysłanie ich do dziewczyny. Ten rapowy strptiz sumienia wyniósł Kanyego na sam szczyt. Tyler wciąż mieszka z babcią i namiętnie się masturbuje aż go nie zacznie kuśka boleć. Kupuję to. Tyler, The Creator jest jak oglądanie gołych bab za młodu, wiesz że to co się dzieje nie jest zbyt święte, ale mimo wszystko się coś Cię tu trzyma i co więcej, wracasz do tego.

11. Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Było już tutaj. Czekamy teraz na longplay pod szyldem Darkside, bo wszystko wskazuje, że Jaar będzie czymś więcej niż gwiazdką jednego sezonu.

10. Barn Owl – Lost in a Glare

Podoba mi się to,  że Evan Caminiti i Jon Porras w przeciwieństwie do ojców gatunku nie widzą konieczności, by na pedale przesteru wszystko musiało być ustawione na maksimum. Barn Owl to dowód, że w tworzeniu drone-metalu nie musi być tylko gitar elektrycznych. Muzyka drone przyszła na świat ze wschodu i w tamtą też stronę Barn Owl spoglądają. Niby nie pierwsze, ani nie drugie wydanie, ale jakoś dopiero przy „Lost in a Glare” doznałem.

9. Jonathan Wilson – Gentle Spirit

Są ludzie, którzy ewidentnie nie urodzili się w swoich czasach. I takim człowiekiem jest Jonathan Wilson, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że hipis nagrywa album stylowo przypominający psychodeliczny folk z lat 70-tych, pełen romantycznych, akustycznych ballad, długich gitarowych, floydowskich solówek (i o ile sam wyznaję zasadę; „crazy guitar solos stopped being cool in 70’s” o tyle tutaj mogę tego słuchać w kółko) a to wszystko nagrał we własnym analogowym studiu. Swój tradycjonalizm przejawia również w w tekstach, pełnych „wild-west”owych złotych myśli, w stylu: „The raven who flies through the desert sky is wiser than you or me… the desert raven, he has poetry„. Brzmi kiczowato, jest dokładnie na odwrót. To prawdziwa sztuka napisać w 2011 roku piosenkę, która mogła by  śmiało zostać wrzucona na płytę Floydów, czy Neila Younga, 30 lat temu, więc jakie trzeba mieć jaja żeby napisać całą płytę, która mogłaby zadziwiać zarówno 30 lat temu jak i dziś?

8. Fleet Foxes – Helplessness Blues

Fleet Foxes przestali być tylko chłopcami we flanelach śpiewających melodyjne siabada o ćwierkających ptaszkach, lecz to nie oznacza, że zatracił się też urok ich muzyki. O nie. Druga płyta nie opowiada o tym co dzieje się w lesie, gdy wstaje słońce. Blues bezsilności bardziej opisuje co się dzieje o tej porze dnia w głowie i sercu Pecknolda. A że ten w skutek pracy nad albumem popadł w skrajną depresję, na drugiej płycie FF nie ma sielanki.  Ballady o starości zastąpiły te o ptaszkach, kompozycje i aranżacje stały się dojrzalsze a momentami miejsce melodyjności zastąpiła kakofonia. Czy to trochę nie Kid A neofolku?

7. James Blake – James Blake

 O kolesiu już napisano co najmniej Biblię, więc komentarz zbędny.

6. Nosowska – 8

Pamiętam  jak bardzo zaczarował mnie 5 lat temu „Unisexblues” ale pamiętam również, jak rok później strasznie rozczarowała mnie Nosowska/Osiecka, mimo, że z jednego ojca dzieci. Cóż, w 2008 roku Nosowskiej raczej nie poszło. I Marcinowi Macukowi też. Nie zagłębiając się zatem w jeszcze wcześniejszą twórczość solową Kasi, wypadkowa emocji i oczekiwań wobec nowej Nosowskiej wynosiła niewiele ponad zero (współczynnik nadziei przeważył). I takie płyty chyba cieszą najbardziej, gdzie przy nikłych oczekiwaniach muzyk robi nam kolosalną niespodziewankę. „Ósemka” to słowiański odzew na zachodnią twórczość niezależną w pigułce. Oczko zostaje tu puszczone i w stronę Reicha, i Buriala, i Arcade Fire i Radiohead (tu to buziak nie oczko) i Bowie i tak w nieskończoność. Bogate instrumentarium Macuka, zarówno klasyczne i elektroniczne, tworzy zaskakująco prostą ale jak piękną i często pełną niepokoju ściółkę muzyczną dla szorstkiego wokalu Kasi i jej nietuzinkowych tekstów, wciąż będących niedościgniętym wzorcem dla wielu artstów. Całość, świetnie przy okazji nagrana  i obrobiona tworzy dzieło wybitne, którym można by się śmiało na tym zachodzie pochwalić.

5. Giles Corey – Giles Corey

Wszystkim drygało, gdy parę lat temu słuchało się „For Emma…” Bon Ivera, bo było ładnie, smutno, z fajnym tłem fabularnym  i co najważniejsze szczerze. Wszyscy znamy już baśń o brodatym romantyku, który wskutek konfliktu z całym światem ucieka na okres zimy do lasu i nagrywa w małej chatce najsmutniejszą płytę świata. Łzy na mikrofonie były wyczuwalne jak dym petów u Elizy Fitzgerald. A co jeśli powiem, że przy Giles Corey Vernon jest troskliwym misiem ze szczęśliwym życiem?

Giles Corey był farmerem, który w XVII wieku został oskarżony czary i ostatecznie skazany na śmierć poprzez zmiażdżenie. Co ma z tym wspólnego Dan Barrett znany bardziej z twórczości w drone/industrial/metalowym projekcie Have a Nice Life? Kluczem jest tu 150 stronicowa książka, dołączona do płyty, bez której projekt Giles Corey byłby tylko dark folkowym, nawet trochę nudnawym projektem nie wartym większej uwagi. To mogłoby też tłumaczy, dlaczego w internecie tak mało recenzji na ten temat, zwłaszcza po polsku. Giles Corey to płyta, której się nie zrozumie, nie inwestując w jej fizyczny egzemplarz. Bo GC to coś o wiele poważniejszego niż tylko smutna płyta nagrywana w domowych warunkach.

Książka to klucz do zrozumienia płyty. Opisuje prawdziwą historię sekty założonej przez tajemniczego Roberta Voora. W owej sekcie główną rozrywką było zakładanie na głowę specjalnych masek (Voor’s Head Device) tak zbudowanych by człowiek nic nie widział, mało słyszał i by był powoli przyduszany w skutek czego doznawał halucynacji i mógł doświadczyć stanu bliskiego śmierci. Najistotniejsze jest jednak pierwsze  zdanie książki – Dan Barret chciał popełnić samobójstwo. Usiadł przy pianinie w swoim domu, włączył dyktafon, założył maskę Voora i czekał… na śmierć. Ocknął się po pary godzinach, leżąc na podłodze, nic nie pamiętając. Z przesłuchaniem nagranej taśmy czekał parę dni. Fragmenty tego nagrania usłyszymy w trakcie całej płyty, lecz najwyraźniej w otwierającym kawałku „The Haunting Presence”, gdzie Barret krzyczy, płacze, chodzi, uderza w pianino, rzuca się po podłodze. Barret tego nie pamięta. Ani sekundy. I to wszystko zmienia. Płyta przestaje być 9 piosenkami, lecz trochę przerażającym, trochę podniecającym doświadczeniem – Słuchaniem listu samobójcy.

„If I did not wish to be alive, did I wish to be dead? (…) I read anything, and everything, I could find – on the afterlife, on suicide, on physical evidences of ghostly existance. (…) The search for death brought me to many strange places. I learned many strange things. This book is a record of those things. These songs are a record of those things. My life is a record of those things.”

Nie ma tu ładnych, smutnych melodyjnych piosenek, które zostają w pamięci. Z drugiej strony nie wskazuje to na brak wartości muzycznej strony płyty. Materiał, w całości nagrany w różnych sypialniach domu Barretta (tego samego, w którym próbował się zabić) to głównie przesiąknięte pogłosem chórki, pianina, gitary akustycze i proste sekcje perkusyjne. Do tego dochodzą różnego rodzaju nagrania, nie tylko te z samobójczej próby. Całość brzmi bardzo obszernie, szeroko, daleko, ale przede wszystkim mrocznie. Sam Barrett, opisuje to jako acoustic music for the end of the industrial revolution” choć bardziej będzie pasować „depressive suicidal black folk”.

4. Modeselektor – Monkeytown

Druga po Lonely Island najczęściej puszczana płyta po pijaku. I przez kwartał na trzeźwo. I w samochodzie. I w gościach. Mamy tu miłość od pierwszego przesłuchu. Do tej pory twórczość Bronserta i Szarego urzekała mnie raczej tylko punktowo. Ich dwie poprzednie płyty były trochu na jedno kopyto – brutalny deutsch bit, do niego gęsty analogowy syntezator i tak przez 2 płyty. Miało się wrażenie, że 4-5 śladów wystarczało na jeden utwór. Nie mówię, że to było brzydkie, ale było to za mało by cieszyło to w innych okolicznościach niż na żywo. Monkeytown jest ciekawsze i już nie takie banalne, jak poprzednie wydawnictwa. To celująca hybryda muzyki klubowej z ostatnich paru lat. DeutschlandDuo porobili notatki do czego ludzie przytupują nóżką najbardziej a następnie nagrali płytę, która unosi kciuki w górę zarówno fanów dubstepu jak i IDM. Jednak perełkowy charakter Monkeytown leży w „niemieckiej smykałce” Modeselektor do electro, co po części wiążę się z zabawą analogowymi syntezatorami, rówież tymi 8-bitowymi. A żeby było śmieszniej Monkeytown zostało nagrane w domciu, w parę tygodni. Chyba do niczego w tym roku tyle nie tańczyłem na łóżku, przy zamkniętych drzwiach od pokoju, co do Monkeytown ;)

3. Youth Lagoon – A Year of Hibernation

Nieśmiali zawsze wydają ładne albumy. Lubię sobie przeczytać, że ktoś zaczął pisać piosenki, bo miał problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, bo tylko tak umie wyrazić swoje smutki, bo mu się w życiu nie układa. To brzmi trochę ckliwie, ale ja dalej lubię przeczytać, że ktoś się gdzieś zamyka, ucieka od świata i tworzy. Wewnętrzne cierpienie zawsze rodzi najładniejsze piosenki. Skojarzenia z Vernonem znowuż jak najbardziej  na miejscu, ale nie chciałbym, żeby takie skojarzenia się tylko na Vernonie kończyły, bo takich ludzi jest więcej. 22 letni Trevor Powers to kolejny z nich. Gnojek napisał zaledwie 8 piosenek w swojej sypialni a następnie nagrał je w domu swojego kolegi. 8 piosenek traktujących o rzeczach, które często tylko on rozumie. 8 utworów tak osobistych, tak intymnych, że aż jest to dla słuchacza krępujące. 8 utworów, o rzeczach mniej lub bardziej błahych, o strachu, samotności, również o miłości, ale na Roku Hibernacji nie zaglądamy nikomu pod kołderkę a bardziej do pamiętnika Powersa.  To krępujące, nawet mimo faktu, że chęć obnażenia się autora jest świadoma i pewna. Geniusz Youth Lagoon tkwi w jego prostocie. Melodie Trevora nie są złożone, podobnie jak instrumentarium, którym je tworzy. Gitara, klawisze, automat perkusyjny i głos, który brzmi jakby 5 minut przed nagrywaniem Trevor był jeszcze wysmarkać nosek po płaczu. To wystarczyło, by nagrać 8 rozmarzonych, dreampop’owych smutnych i szczerze przejmujących piosenek. Youth Lagoon ma dużo wspólnego z The XX, z ta różnicą, że u Xów hibernacja trwa dalej – dzieło Powersa, choć nasycone romantyczną nostalgią, mimo wszystko niesie ze sobą dużo ciepła i nadziei. Trochę jak Beach House. Zdjęcie z okładki, wykonane przez Trevora na Hawajach, zostało wykonane już w czasie „odwilży” w jego życiu. To banalne, ale wkrótce po tym zaczęło mu się układać z dziewczyną, z ludźmi i okres hibernacji się skończył. Pozostaje tylko pytanie, co dalej będzie z Youth Lagoon,  skoro okres smutku zakończył spłodzeniem tak pięknej płyty. Bon Iverowi np. wyjście z chatki ewidentnie nie pomogło…

2. Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Było było, w październiku się o nich wypowiadałem:

„Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej.”

Wspaniała kolaboracja, bez której Noto byłby zbyt brutalny a Sakamoto zbyt nudnawy. Muzyka na granicy ciszy, ale absolutnie nie muzyka tła. Dyskretna, oszczędna, bardzo minimalistyczna. Piękna.

1. Other Lives – Tamer Animals

O tym, że ta kapela będzie wielka wiedziałem już w 2008 słuchając ich pierwszego LP. Wiedziałem też, że „Tamer Animals” będzie dobre, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Podobnie nie spodziewał się tego lider, Jessie Tabish. Bo teraz, gdy świat zaczął odkrywać skromny kwintet z Oklahoma, parę większych członków poważnie stwardniało usłyszawszy ich muzykę: pojechali z Bon Iverem w trasę, w 2012 robią to samo z Radiohead, grają na Coachella, MTV obstawia na nich, jako na zespół, który „wyjaśni” w 2012, Local Natives czy John Mayer wrzucają ich klipy na swoją tablice. Dzieje się i dziać się będzie. Nie będę tu nic rozkładał na czynniki pierwsze. Drugi raz w historii  bloga pierwsze miejsce na rocznym podsumowaniu o czymś świadczy, więc po prostu przesłuchajcie Tamer Animals.

Szadi

Jedna krótka, jedna dluga i trzy w paru zdaniach bo spać iść trzeba.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on Październik 30, 2011 by headphonesporno

Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Zdaje się, że przygodę z tym duetem zacząłem od dupy strony, bo to już trzecie dziecko tego niemiecko-japońskiego, męskiego duetu. Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej. Konicznie sprawdzę jak prezentują się dwa poprzednie wydawnictwa duetu, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest duża szansa, że Summvs zostanie jeszcze pod koniec grudnia przywołane na tym blogu. 8.4/10

kssszzzzzz

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

<teskt pisany ok. 22:00> Miałem mieszane uczucia po pierwszym przesłuchaniu i mam je wciąż teraz, po dziesiątym odsłuchaniu. KDZKPW wrócił po (za) długiej przerwie i nie wiem, czy aby czasem chłopaki nie pozapominali jak grać się powinno w Kombajnie.

<tekst pisany ok.23:00 po jeszcze jednym, bardzo dokładnym odsłuchaniu> Nie, nie, nie, cofam i przepraszam. Karmelki i Gruz to jednak dzieło wybitne, choć nie tak rewelacyjne jak wydania poprzednie. Kombajn wrócił i każdy, kto kochał Ósme Piętro i Lewą Stronę Literki M odnajdzie się i wśród Karmelków i Gruzu. Przerwa nie sprawiła co prawda, że jest tu lepiej niż było, jest co najwyżej tak samo, ale to nic złego. A czemu mi sie tam wkradło „co najwyżej”? Bo Zagański z kolegami zaczęli strasznie kombinować w kompozycji. Nie żeby wcześniej tego nie robili, ale chyba za bardzo skupili się na (momentami mam wrażenie, że trochę na siłę) obligatoryjnej niebanalności strukturalnej utworów, zabijając po części brzmieniową płynność, która przecież, wcale nie oznacza niczego złego (drugi album KDZKPW w tym momencie puszcza oczko). To jak seks na jeźdźca, gdzie nagle Damian wyskakuje i przypadkowo wciska się przez tylne wejście, rozumiecie? Niby dalej przyjemnie, ale jakaś czerwona lampka się zaświeca. Na szczęście lampka zapalała się tylko przez pierwsze parę przesłuchań. Z czasem w każdym „niewygodnym” momencie zacząłem doszukiwać się swojego własnego sposobu na przejście dalej i tak uformowała się piękna podróż po Gruzie i Karmelkach.

Nie wyobrażam sobie, żeby ten krążek został wydany wiosną czy latem. Jesień to pora żółtych liści, szalików i KDZKPW w odtwarzaczu. Ogromny wpływa miał i ma dalej na to brud nagraniowy, będący po części wizytówką zespołu. Cały materiał nagrany „na setkę”, bez dogrywania potem innych partii, w wersji finalnej brzmi jakby totalnie  pominął proces masteringu, a tym zajmował się tutaj przecież  Andrzej Smolik. Także frontman Zagański nie zawiódł ze swoimi neurotycznymi tekstami. Karmelki i Gruz to kolejna widokówka ze zdrowo pojebanego i brudnego świata, który ma w głowie pseudo – schizofrenik Zagański. Nic tylko kopiować na opisy na FB i patrzeć jak kciuk w górę goni kciuka.

– Raczej nie ma szans, aby przesylka z plytami, w której będzie „Karmelki i Gruz” dotarla w dniu dzisiejszym. Najprawdopodobniej plyty otrzymamy w przyszlym tygodniu, byc moze jutro, ale nie jest to pewne.

– Cóż, szkoda, bo wolę Państwa sklep od Empiku, ale nie wytrzymam z odsłuchaniem tej płyty do przyszłego tygodnia…

Odżalowałem 7 zł więcej i kupiłem krążek w Empiku. Nie żałuję. 8.1/10

wow

Barn Owl – Lost in a Glare

Rzadko już stosuje się zabieg, gdzie okładka płyty określa to, co na płycie się dzieje. A tutaj tak właśnie jest. „Lost in a Glare” to muzyka rozgrzanych pustkowi i rytmiczny sufler podpowiadający w jakim tempie przez te pustkowia iść. Gitarowy hezychazm, zarejestrowany analogowo, zabawa w trans dla początkujących. Świetny album i chyba największy „niezobaczony” na tegorocznym Offie. 7.3/10

idź

My Brightest Diamond – All things Will Unwind

Cóż Ty mi zrobiłaś Saro Warden? Rezerwowałem dla Ciebie w ślepo miejsce w rocznym zestawieniu płyt roku 2011, a tu pstryczek  w nos, wystawiony język i figa z makiem. Czekałem na Ciebie tak bardzo, jak na nowego Deus Ex’a. I co? Zawiedliście. Nie bardzo, nie po całości, ale zawiedliście. Już okładka była swoistym, alarmującym uszczypnięciem przywracającym do trzeźwości. „Nie za wesoło tutaj? Przecież nie taki styl ma MBD?” Tak Ci dobrze szło na dwóch poprzednich płytach, po chuj w pełni oddałaś się folk-operze? Po co tyle kombinowania ze smyczkami? Po co jakieś idiotyczne fujarki i fleciki? Już miałem w obserwowanych Twoja płytę na ebayu. Odhaczyłem to. Szkoda. 5.2/10

niech stracę

Modeselektor – Monkeyown

No kurwa!  8.8/10

dupdupdup!

wstawiony Szadi

Ściągam majtki

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Wrzesień 7, 2011 by headphonesporno

Kiedy zakładaliśmy z Tapczanem tego bloga, jakieś 3 lata temu (Matko Boska Przenajświętsza Kochana i Jezusie Zbawicielu Narodów Świata już 3 lata?!) Tapczan powiedział: „nie ma mowy, o niektórych płytach nie napiszę nigdy. Za bardzo je kocham, żeby jakiś niegodny idiota ich słuchał, nie docenił, nie zrozumiał i uznał na gówno. Nie ma mowy.” Wtedy uznałem to za głupie i konsekwentnie na pierwszy ogień poleciałem z marną recenzją kapitalnej płyty. Dziś by to inaczej rozegrał, bo zacząłem dostrzegać sens w słowach Tapczana. Z drugiej strony, przecież nie tylko idioci tu zaglądają. Niech chociaż jedna osoba na 30 zrozumie płytę dokładnie w ten sam sposób co ja to mogę umierać spokojnie. No więc, dobra, niech będzie. Oto moje piękno. Mój skarb, którym Tapczan na moim miejscu nigdy by się nie podzielił. Jedna z pierwszych płyt, które kupiłem, gdy stwierdziłem, że płyty trzeba jednak kupować. Pierwsza płyta na tym blogu z oceną maksymalną. Czysty geniusz. Nie będę wam pisał, co to, kto to, z czym to się je. Sprawdźcie sobie sami. Chwilę już czytacie tego bloga, więc wiecie co mi w duszy gra. Jeśli koniec świata jest jutro, to zaraz odpalam ten album.(10/10 – dziesięć na dziesięć)

Kurwa przecież ja mam bloga!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on Sierpień 18, 2011 by headphonesporno

Teraz kiedy już uratowałem Nowy Jork przed najeźdźcami z kosmosu, rozwiązałem problem zabójstw królów w Temerii, kiedy moja wątroba ma już dość czegokolwiek z procencikiem przyszła pora sprawdzić, czy wciąż jestem dobry w składaniu literek o muzyce. Duże zaległości, mało czasu, pierdyliard płyt przesłuchanych: dziś polecimy w ilość płyt i w nieilość znaków.

Amon Tobin – Isam

Nie trzeba wielu przesłuchań by stwierdzić, że „Isam” to coś więcej niż płyta. Amon Tobin – elektroniczny perfekcjonista, dla którego nieskończony świat filtrów, wtyczek, wymyślnych VSTi to wciąż za mało, więc sam stwarza swoją paletę dźwięków od skrzypiącego krzesła zaczynając, na dźwięku wibrującego śrubokręta kończąc. „Isam” na pewno wywoła w nas jakieś emocje, jednak ta płyta powinna być przede wszystkim podziwiana przez pryzmat dokonania ludzkiego. Amon jest malarzem, który bardzo precyzyjnie, z dokładnością do kropelki dobiera proporcje i skład farb by ostatecznie stworzyć genialny pejzaż dźwiękowych abstrakcji, które tylko na pierwszy rzut oka bytują w chaosie. Tutaj każdy dźwięk jest na swoim miejscu aż za bardzo a człowiek który miał wpływ na to wszystko, to nikt inny jak czysty geniusz. Jedyne co można mu zarzucić, to fakt, że gdy już na „Isam” robi się choć trochę melodyjnie, tudzież po prostu wciągająco, to szybko(za szybko) się to kończy, zostawiając pewien niedosyt u słuchacza, który jednak wybiera tą płytę jako źródło wrażeń estetycznych. Mimo wszystko „Isam” to Kaplica Sykstyńska muzyki elektronicznej bez dwóch zdań. Klik.  (8.3/10)

Juliana Barwick – The Magic Place

„The Magic Place” to rozmarzona podróż po świecie wspomnień z dzieciństwa młodej dziewczynki. Ambientowy soundtrack do Tajemniczego Ogrodu, którego akcja działa by się raczej w nocy i po paru grzybkach. A jak powstaje to wszystko? Julianna Barwick tworzy bliżej nieokreślone wokalne przeciągnięcia, przepuszcza je przez delay, nakłada je na siebie za pomocą loop pedala i tak w kółko aż nie powstanie rozmyta ściana ludzkiego „oddalonego” pięknego dźwięku, który czasem posłuży jako akompaniament dla fortepianu  (czyli trochę od dupy strony) tudzież po prostu który będzie formą ekspresji sam w sobie. Początkowo myślałem, że będę traktował tą płytę bardziej jako ciekawostkę, w końcu cała nagrana praktycznie a-capelle, jednak szybko się przekonałem, że „The magic place” to cudowny sposób na spożytkowanie 43 minut. (7.4/10)

Washed Out – Within and Without

Przede wszystkim to okładka roku. 28 letni Ernest Green stał się głośną postacią jeszcze zanim jego debiutancka płyta została wydana (i to przez sam Sub Pop!). Jego EPki zwiastowały wyśmienity chillwave, nagrany (podobno) w sypialni dla sypialni. Nie inaczej się też stało. „Within and Without” to 9 sensualnych, momentami niemalże intymnych utworów zbudowanych na subtelnej elektronice, dalekich wokalach i prostej rytmice. Nie o złożoność tu chodzi a o zbliżenie. Śmiało można uznać, że Ernest Green to Amor z laptopem z jabłuszkiem. Nowy patron zakochanych i nimfomanów. Innymi słowy: puśćcie to sobie do rozrywek pod kołderką ze swoim partnerem, bo ileż można lecieć na Barrym White’cie? (7.7/10)

Woodkid – Iron (EP)

W sumie to Yoann Lemoine skrywający się za drewnianym kryptonimem Woodkid ma mocno przesrane. Koleś wydał zaledwie jedną Ep’kę, zrobił do tytułowej piosenki GENIALNY (ja mam świadomość nadużywania przeze mnie tego przymiotnika, ale inaczej nie da się tego określić) klip, i co? I już jest rozchwytywany: zlecenie na teledyski od Mobyego czy Kate Perry, użycie jego piosenki w klipie Ubisoftu do gry Assasin’s Creed, a to wszystko zaledwie po wydaniu jednej, króciutkiej Epki! Boję się wiedzieć, co będzie  kiedy ten prze sympatyczny brodacz z głosem Antonyego Hegharty ukarze światu wszystkie swoje drewniane pomysły. Dzień gdy wyjdzie jego LP będzie zakończeniem jego życia towarzyskiego. O nim będzie jeszcze bardzo głośno, zobaczycie. (7.7/10)

Holy Other – With U (EP)

Uwaga konkurs: wystarczy odpowiedzieć w komentarzu na pytanie: Co to kurwa jest witch house? Bo podobno właśnie taka muzykę robi Holy Other. Jako że jestem pusia z gatunków muzycznych powiem tak: Holy Other to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Buriala, Boxcuttera czy Kryptic Minds choć Holy Other koło dubstepów nawet nie stało. Mroczne r’n’b ze słabym pulsem, niepokojącymi szumami, dość intensywną inspiracją wspomnianym już Burialem. Siedzisz dużo po nocy? Włącz Holy Other. (8.0/10)

Cass Mccombs – Wit’s End

Tutaj bez zmian. Najsmutniejszy gitarzysta akustyczny Ameryki dalej jest smutny, dalej pisze piosenki pociągając nosem, dalej patrzy się w ziemie idąc chodnikiem a ja dalej się zastanawiam, czemu on mi się dalej nie podoba. Teoretycznie niewiele różni go od starego Justina Vernona czy Sama Beama (też starego, bo wszystkim smutnym folkowym brodaczom trochę odwala ostatnio, ale o tym niedługo napiszę oddzielny post). Cass przynudza, nawet niespecjalnie się ukrywa z brakiem pomysłów na kompozycję utworów: bierze 3, 4 akordy, w tempie pogrzebowym je powtarza do pożygu i tworzy do tego nudny tekst o tym jak to life sucks. Prawie fajnie ale zzz…zzzz…zzzz…. (5.0/10 za kawałek Memory’s Stain).

Metronomy – The English Riviera

Bardzo mnie boli, że cała płyta nie wyszła im tak kapitalnie jak singiel „The Look„, którego mógłbym słuchać na okrągło. Podejrzewam, że Metronomy celowali w stworzenie muzyki letniej, przyjemniej, słodkiej, lekkiej i wesołej. Udało im się, lecz tylko na 4 utworach. Gdyby całość brzmiała tak wyśmienicie jak na odcinku od „Everything Goes My Way” do „Trouble” mielibyśmy może nawet kandydata na miejsce w rocznym podsumowaniu, tymczasem nie licząc tych 12minut (dobrze, że przynajmniej wszystkie są na płycie koło siebie) reszta płyty jest brzydka, nudna i w sumie nie warta więcej niż jedno przesłuchania. Szkoda. (5.3/10)

Myslovitz – Nieważne jak wysoko jesteśmy

Nie, po prostu nie. Myslovitz skończyło się dawno temu, na „Kill’em All”. Niech Rojek się weźmie za elektroniczną stronę Offa i za niebranie się za Lenny Valentino. A Myslovitz, o ile dobrze pamiętam mieli zakończyć działalność… Co panowie, kaska się skończyła? Tylko tu jeszcze jakoś im to brzmi…(3.0/10)

 Szadi

Fajne płyty

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on Maj 12, 2011 by headphonesporno

Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Ach ta dzisiejsza młodzież. Zamiast pić alkohol, palić papierosy i uprawiać szalony seks w ciemnych bramach, oni nagrywają płyty, które wprowadzają sporo zamieszania w świecie muzyki i w połowie roku dokonują rezerwacji na muzycznych podsumowaniach roku. Ok, co to jest Nicolas Jaar? To James Blake. Tylko zamiast „God Save the Queen” śpiewa „A Star-Spangled Banner”. Śmiało można przyłożyć obie płyty do siebie i zadać niełatwa zagadkę – znajdź różnice. Obaj młodzi, obaj zdolni, obaj kochają pustkę, minimalizm, obaj są świetnymi elektronikami, ale to nie oznacza, że nie wiedzą co to pianino czy śpiewanie. „Space is Only Noise” to 46minut lewitacji w pustce, z lekko rozmytym obrazem; to grzebanie wspomnieniach z dzieciństwa na tle nieśmiałego dubu a wszystko oprawione w subtelną, inteligentną elektronikę, która miewa zarówno momenty przytupu jak i chrapnięcia. Czuć tu, podobnie jak u Blake’a szacunek do dźwięku, totalne opanowanie swoich elektronicznych zabawek i, co najważniejsze, brak pyszałkowatości podczas zabaw samplerami i laptopami, wszystko z rozwagą, przemyśleniem i rozumem. Generalnie: ładne. Bardzo nawet. (7.8/10)

True Widow – True Widow

Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami. True Widow. (7.5/10)

Alex Turner – Submarine OST

Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „Riot Van„, czy „Only Ones Who Know” wiedziałem, że wokalista Arctic Monkeys w wersji „leniwie na tarasie, na bujanym fotelu” bardzo dobrze by sobie poradził. Umie gnojek porwać nie tylko do szalonego pogo, ale i do miluśkiego tańca-przytulańca, jak dawno temu, do „Ameno”/”My Heart Will Go On” na koloniach w podstawówce. Ach! Płyta „Sumbarine OST”, jak sama nazwa wskazuje jest soundtrkiem do filmu „Submarine”debiutanckiego filmu twórcy wielu teledysków Arktiksów. Alex częstuje nas (niestety tylko) 6 leniwymi piosenkami zanuconymi głównie na akustyku z jakimiś delikatnymi pomagajkami w tle. Muzyk do tego, swoim ciepłym i miłym dla ucha głosem ze zmanierowaną angielszczyzną zaśpiewa o miłości w stylu: I’m not that kind of fool that’s gonna sit and sing to you, bout stars girl…  Płyta to naprawdę FAJNY sposób na miłe spędzenie 19 minut. Z całego serca polecam sobie to odpalić na rowerze – człowiekowi uśmiech sam pcha się wtedy na twarz. No sami posłuchajcie. (7.0/10)

Brian McBride – Effectvive Disconnect

Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy Riceboy Sleeps. „Effective Disconnect” to piękny, fenomenalny soundtrack do filmu „Vanishing of the Bees”, opowiadającym o tym, że pszczółki znikają. Spokojne, rozmyte, pozbawione rytmu, oparte na żywych smyczkach i instrumentach dętych chmurki i mgiełki. „Świetna muzyka do chodzenia” – napisał Bartek Chaciński o tej płycie. Lepiej bym tego nie ujął. Ta płyta, to obowiązkowa pozycja na randce z samotnością. Świat z nią w słuchawkach jest jakiś milszy. Cieplejszy. I chyba najważniejsze, dalszy. Klik(8.8/10)


Młodzi, zdolni, z wielkich miast (czyli z okazji Świąt brak sprośnego tytułu)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on Kwiecień 25, 2011 by headphonesporno

James Blake – James Blake

Palec pod budkę kto nie ma bladego pojęcia kim jest ten pan. Tak  myślałem. Baźgrnięcie paru dobrych słówek o Blake’u to czysta formalność – o tym gnojku i jego cholernie dobrej  płycie zostało powiedziane już wszystko i wszędzie, ale że  już, z tego miejsca mogę powiedzieć, że dla J.B. mam zarezerwowane miejsce w Rankingu Najlepszych Płyt rok 2011 to wypada mi napisać chociażby akapicik, coby mieć do czego odsyłać. W każdej gazetce wystawianej na bocznej ścianie kiosku znajdziemy słowo „finał na twarz”, w każdej gazetce informacyjnej zawsze znajdziemy słowo „Smoleńsk” a w każdej gazecie muzycznej znajdziemy słowo „James Blake”. Heh…

Króciutko. Palec pod budkę kto pamięta Bon Iver’a. No dokładnie! James jest takim Vernonem, który zamiast w lesie zaszył się w cieplutkim londyńskim mieszkanku (coś tego pokroju zapewne), zamiast akustyka miał klawiaturę MIDI i syntezator KORG’a, zamiast nagrywać wokale na sobie, użył  autotune’a (co jest chyba pierwszym w historii muzyki pomyślnym użyciem tegoż wynalazku). To co właściwie Blake ma z Vernona? Przede wszystkim silną wrażliwość wyczuwaną w głosie już od pierwszych nutek – taki Antony Hegarty za syntezatorem. Do tego z minimalistycznym podejściem do sprawy – cała płyta brzmi bardziej jak szkic czegoś większego, ale to wcale nie minus! Czuć, że każdy dźwięk został poprzedzony godzinnym przemyśleniem; stąd też dużo tu ciszy, która wyśmienicie ubarwia całość bardziej niż zrobiłby niejeden instrument – podobne wrażenie miewało się słuchając The XX. Wszystko na tej płycie jest idelanie wywarzone, nie ma nic niezaplanowanego, nie ma przesytu, wszystko jest na swoim miejscu. No i wokale! Dżejms zrezygnował z samplowania głosów (jak to robił na EPkach do tej pory) na rzecz  własnego głosu i niech go Bóg Miłosierny Król Polski i Najświętsza Maryja Zawsze-Dziewica błogosławią za to, bo James ma czym się pochwalić. Podsumowując: gnojek ma 22 lata i nagrał soulowo-post-dubstepowy i strasznie dojrzały krążek, który zostanie niejednokrotnie odznaczony w grudniu tego roku. Jedno mnie tylko zastanawia. Każda jego Epka była inna od poprzedniej. LP tez okazał się być czymś zupełnie innym. Quo vadis James? Klik. (8.0/10)

Cascadeur – Mobile

Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. Śliczne! (7.0/10)


Soap & Skin –  Lovetune For Vacuum

To taki Anthony Hegarty już po operacji zmiany płci i dość mocno odmłodzony, bo ma tylko 19 lat. (teraz już ma 21, ale płyta wyszła w 2009). Gdzieś w Austriackich górach, w zamczysku pełnym nietoperzy 19 letnia Anja Plaschg zaszyła się ze swoim złamanym sercem, litrami łez do wypłakania i starym pianinem. Śpiewała do księżyca o północy, przymierzała stare suknie, oglądała stare fotografie swojego ukochanego i leżała samotnie na ogromnym łóżku z baldachimem. Taki obraz narzuca mi moja ograniczona męska wyobraźnia, próbując podjąć się tematu genezy powstania „Lovetune for Vacuum”. Soap & Skin to 19-letnia Anja Plaschg, wiedeńska pianistka i skrzypaczka, która nagrała 13 najsmutniejszych piosenek na świecie. W duchu muzyki barokowej połączonej z delikatnym neo-folkiem Anja stworzyła obrzydliwie smutną, potwornie dojrzałą neo-klasyczną płytę, w której fundamentem prawie każdego utworu jest pianino. Do tego dochodzą smyczkowe aranże, rożnego rodzaju przeszkadzajki (w tym nawet dźwięki przewijanych kliszy) i subtelna elektronika. To w tle, bo pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim piękny zarazem przerażający głos nastoletniej Anji. Słuchając „Lovetune for Vacuum” nie łudźcie się na wesołe momenty. Nie ma tu ani nutki nadziei, to 41 minut deszczu, łez i nostalgii dousznie. To 13 częściowy marsz żałobny. Ta płyta jest niepokojąca, przerażająca, straszna  i strasznie piękna. Soap & Skin. (8.3/10)

Szadi



Radiohead z cyckami, czyli o kobietach…

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on Marzec 28, 2011 by headphonesporno

Wszystkie moje cycate fanki, groupies, pseudofanki, sexfanki, fanki, czytelników i haterów przepraszam za mosiężne lenistwo w karmieniu blogaska. Świat sportu, pracy, edukacji i 40% napojów wciągnął mnie sycie i coraz częściej ostatnie na co mam ochotę to stukanie… w klawiaturę. A mój mag w Dragon Age II też sam sobie skills’ów nie nabije. Spokojnie rjebjata, żaden kres nie nadciąga, koniec roku w 2012 aktualny już nie jest, więc Headphonesporno zostanie zamknięte tylko jak umrze Thom Yorke. Albo Justin Vernon. Albo jak się Fleet Foxes rozpadną. Nieważne. Blog żyje, póki mam uszy i zwinne paluszki.

Wiosna przyszła, coraz częściej szpilki zastępują ocieplane Emu, sukienki spodnie, bluzeczki z dekoltem polary, więc nic dziwnego, że o kobietach chce się myśleć, mówić, pisać, chce się kobiety mieć na kolanach no i w słuchawkach. Przedstawiam wam parę przedstawicielek płci pięknej, które sprawiają, że się ostatnimi czasy rozpływam.

Sussane SundfØer – The Brothel

 To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.

Zuzia, Norweżka, feministka, laureatka paru ważnych muzycznych nagród nie podbiła mojego serca. Ona je zjadła. Co więcej ona skończyła szkołę muzyczną! W Polsce po takim wyczynie człowiek umie wszystko, tylko nie tworzyć dobrej muzyki. Zuzia, nie mogła być wzorową uczennicą. Na pewno nie wracała grzecznie ze swoimi nutkami do domciu po zajęciach, żeby ćwiczyć do późna do pianinie i pójść spać o 21. Z zajęć też się musiała zrywać, bo jak wytłumaczymy teksty o romansach czy nazywanie swojego albumu Burdel? Zajęcia ze śpiewu Zuzia jednak zaliczyła wszystkie – to co na (w) Burdelu można usłyszeć, przyprawia o gęsią skórkę od pierwszych sekund. Zuzi zachwyca nas potężnym, pewnym i intrygującym wokalem, który jak chce poszepcze, pokrzyczy, pomruczy a nawet pośpiewa sakralnie (genialny closer „Father Father”). A na czym się ten wokal ślizga?  Na kapitalnie wyproporcjonowanej, melodyczne, bardzo rejdjołhedowej i pełnej zaskakujących przejść mieszance elektroniki, smyczków, przeróżnych klawiszy  i rocka. Ta płyta jest bardziej niż doskonała i bardziej niż obowiązkowa. Nie wierzycie? Ten Burdel to czysta przyjemność! (8.0/10)

Shara Worden /Sarah Kirkland Snider / Signal – Penelope

Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu…  Ogromna trauma,  uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci  ona  czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego.  Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z My Brightest Diamond) zaśpiewała, o tym Signal gra. O tym opowiada neo-klasyczny projekt Penelope a ja o tym wam piszę a wy macie to uważnie przesłuchać, gdyż jest to jeden z najbardziej poruszających projektów muzycznych ostatniego czasu. Urywkowo skonsumowane traci sens, więc tu jest całość. (8.0/10)

Szadi

%d bloggers like this: