Archive for the O muzyce raczej na poważnie Category

20 najlepszych orgazmów roku 2011

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 22 stycznia, 2012 by headphonesporno

Obiecuję, że na na liście poniżej nie będzie Bon Ivera. Nie będzie również Tima Heckera ani Oneohtrix Point Never. Twilite ani żałosnych Nerwowych Wakacji też. Nie będzie kamieni milowych, punktów zwrotnych i nagłych przewrotów fabuły. Będzie spokojnie, ale szczerze, prawie intymnie. Będą argumenty „bo jest ładna” i będą płyty, które, niczym się nie różnią od poprzednich wydań artysty, ale które ja odkryłem dopiero w tym roku. Będzie fajnie, chodź.

20. The Lonely Island – Turtleneck & Chain

Najczęściej puszczana po pijaku płyta tego roku. Zakochana para: 40% i Lonely Island. Nie ważne z kim i gdzie, dochodzimy do połowy flaszki oznacza, że dochodzimy do Lonely Island.  I te krzywe spojrzenia, gdy cichnie dubstep i rozbrzmiewa „I’m On a Boat”. Miejsce 20 i trochę z przymrużeniem oka. Bo „Turtleneck & Chain” to w gruncie rzeczy płyta tak samo słaba jak i świetna. Trójka amerykańskich komików robiących sobie jaja z całego muzycznego showbiznesu nagrała tyle samo sucharów co bangerów. A wielki sukces leży w tym, że brzmieniowo projekt zrealizowany jest z hollywoodzkim rozmachem, do tego stopnia, że kochający rap i niekochający książek do angielskiego kolega, usłyszawszy „Motherlover”, uśmiechnął się, główką tyknął  do rytmu i powiedział: „zajebiste Szadi, nie powiedziałbym, że słuchasz takiej muzyki!”

19. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

Będzie trochę polaczków w tym roku na podsumowaniu. Kombajny wróciły i celująco zaprzeczyły, że po przerwie da się nie wypaść z wprawy. Rozpisywać się się nie będę, bo referat oddałem o nich we wpisie pod koniec października (tak brzmi „lepiej, niż jeden wpis temu”). Jest brudno i neurotycznie. Jest Zagański i jego zdrowo pojebany punkt widzenia. To najbrudniejsza płyta jaką słyszałem w tym roku, ale ten bród działa trochę jak błotko na świnkę.

18. Holy Other – With U (EP)

Nie lubię EPek. Nikt chyba ich nie lubi, i nikomu się chyba nie specjalnie chce ich ściągać. Epek też chyba nie specjalnie się powinno wciskać w jakiekolwiek roczne podsumowania płyt. Mimo to stawiam na „With U” Holy Other, który skłonił mnie do znalezienia w MediaPlayerze opcji puszczania płyty w kółko. Wytwórnia Tri Angle nie zawiodła z Balamem Acab’em, wierzę więc, że i z Holy Other wyjdą w 2012 ludzie, zwłaszcza, że materiał puszczony na krakowskim Unsound’zie brzmiał naprawdę obiecująco. Mroczny, około-burialowy klimat zawsze spoko.

17. Juliana Barwick – The Magic Place

Materiał, który mógłby być tylko ciekawostką, stał się tak dobry, że aż hipnotyzujący. Tworzenie muzyki samym głosem, nie musi oznaczać beatboxu, „Don’t Worry Be Happy” ani ciepłego kwartetu z Mam Talent. Magic Place to piękne ambientowe kompozycje tworzone metodą dośpiewania kolejnej partii do zapętlonego już materiału. Śliczny impresjonizm budowany praktycznie samym damskim głosem. Super. Więcej tutaj.

16. Coldair – Far South

Kiepska pierwsza płyta nie oznacza złej drugiej. Wydziarany nie oznacza twardziel. Nagrane w domu nie oznacza złe. Akustyk i wokal nie oznacza nudów. Muzyka późnej nocy nie oznacza senności. Rozliczenie się z przeszłością w formie piosenek nie oznacza niedojrzałej muzyki. Made in Poland nie oznacza zły. O nie, nie tym razem.

15. Promise and the Monster – Red Tide

Szlag mnie trafił, gdy gdzieś w polskim, jeszcze wolnym internecie przeczytałem, że Promise and the Monster została NAWET doceniona przez polski duet gitarowy Twilite, którzy ją zaprosili do współpracy. Trafił mnie, bo jak dla mnie to Billie zaszczyciła ich swoją chęcią do współpracy, a nie na odwrót. Tak czy siak, fantazjowałem, że „Red Tide” będzie wyżej, ale choć bardzo dobre, nie jest tak rewelacyjne jak pierwsza płyta „Transparent Knives”. Mimo wszystko Billie Lindahl pokonała syndrom drugiej płyty. Temperatura dalej pozostaje na minusie, a Billie swoim niesamowitym i magicznym  głosem czaruje przy akompaniamencie równie baśniowej muzyki.

14. King Creosote & John Hopkins – Diamond Mine

Czyli 8 romantycznych ballad o miłości do małego szkockiego miasteczka nagrywanych 7 lat przez szkockiego, folkowego songwritera i angielskiego elektronika. Unikalny i ponadczasowy, zapadający w pamięć album, który uderza delikatnością, subtelnością i czystym pięknem.

To zabrzmiało jak tandetna rekomendacja płyty z empik.com, ale serio, ta płyta jest niezła a ja nie mam akurat pomysłów, na większy rozpis o niej. Po prostu jej przesłuchajcie.

13. Cascadeur – The Human Octopus

Pod odważnym kryptonimem kryje się tajemniczy muzyk o nieśmiałym głosie i pełnej wrażliwości muzyce. Nawet nie wiadomo, jaka twarz kryje się pod kaskiem, którego nie zdejmuje nawet na scenie. Było o nim więcej tutaj.

12. Tyler, The Creator – Goblin

Po części jestem w stanie zrozumieć brak sympatii do ordynarnego 20 latka, który rapuje, że zgwałci ciężarną kobietę i powie kumplom, że miał trójkąt, ale czy tego samego rok temu nie zrobił Kanye West? Na My Beautiful Dark Twisted Fantasy Kaniusia zostawił czarną dumę w szatni i zaczął się zwierzać z robienia fotek swojego Damiana i wysłanie ich do dziewczyny. Ten rapowy strptiz sumienia wyniósł Kanyego na sam szczyt. Tyler wciąż mieszka z babcią i namiętnie się masturbuje aż go nie zacznie kuśka boleć. Kupuję to. Tyler, The Creator jest jak oglądanie gołych bab za młodu, wiesz że to co się dzieje nie jest zbyt święte, ale mimo wszystko się coś Cię tu trzyma i co więcej, wracasz do tego.

11. Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Było już tutaj. Czekamy teraz na longplay pod szyldem Darkside, bo wszystko wskazuje, że Jaar będzie czymś więcej niż gwiazdką jednego sezonu.

10. Barn Owl – Lost in a Glare

Podoba mi się to,  że Evan Caminiti i Jon Porras w przeciwieństwie do ojców gatunku nie widzą konieczności, by na pedale przesteru wszystko musiało być ustawione na maksimum. Barn Owl to dowód, że w tworzeniu drone-metalu nie musi być tylko gitar elektrycznych. Muzyka drone przyszła na świat ze wschodu i w tamtą też stronę Barn Owl spoglądają. Niby nie pierwsze, ani nie drugie wydanie, ale jakoś dopiero przy „Lost in a Glare” doznałem.

9. Jonathan Wilson – Gentle Spirit

Są ludzie, którzy ewidentnie nie urodzili się w swoich czasach. I takim człowiekiem jest Jonathan Wilson, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że hipis nagrywa album stylowo przypominający psychodeliczny folk z lat 70-tych, pełen romantycznych, akustycznych ballad, długich gitarowych, floydowskich solówek (i o ile sam wyznaję zasadę; „crazy guitar solos stopped being cool in 70’s” o tyle tutaj mogę tego słuchać w kółko) a to wszystko nagrał we własnym analogowym studiu. Swój tradycjonalizm przejawia również w w tekstach, pełnych „wild-west”owych złotych myśli, w stylu: „The raven who flies through the desert sky is wiser than you or me… the desert raven, he has poetry„. Brzmi kiczowato, jest dokładnie na odwrót. To prawdziwa sztuka napisać w 2011 roku piosenkę, która mogła by  śmiało zostać wrzucona na płytę Floydów, czy Neila Younga, 30 lat temu, więc jakie trzeba mieć jaja żeby napisać całą płytę, która mogłaby zadziwiać zarówno 30 lat temu jak i dziś?

8. Fleet Foxes – Helplessness Blues

Fleet Foxes przestali być tylko chłopcami we flanelach śpiewających melodyjne siabada o ćwierkających ptaszkach, lecz to nie oznacza, że zatracił się też urok ich muzyki. O nie. Druga płyta nie opowiada o tym co dzieje się w lesie, gdy wstaje słońce. Blues bezsilności bardziej opisuje co się dzieje o tej porze dnia w głowie i sercu Pecknolda. A że ten w skutek pracy nad albumem popadł w skrajną depresję, na drugiej płycie FF nie ma sielanki.  Ballady o starości zastąpiły te o ptaszkach, kompozycje i aranżacje stały się dojrzalsze a momentami miejsce melodyjności zastąpiła kakofonia. Czy to trochę nie Kid A neofolku?

7. James Blake – James Blake

 O kolesiu już napisano co najmniej Biblię, więc komentarz zbędny.

6. Nosowska – 8

Pamiętam  jak bardzo zaczarował mnie 5 lat temu „Unisexblues” ale pamiętam również, jak rok później strasznie rozczarowała mnie Nosowska/Osiecka, mimo, że z jednego ojca dzieci. Cóż, w 2008 roku Nosowskiej raczej nie poszło. I Marcinowi Macukowi też. Nie zagłębiając się zatem w jeszcze wcześniejszą twórczość solową Kasi, wypadkowa emocji i oczekiwań wobec nowej Nosowskiej wynosiła niewiele ponad zero (współczynnik nadziei przeważył). I takie płyty chyba cieszą najbardziej, gdzie przy nikłych oczekiwaniach muzyk robi nam kolosalną niespodziewankę. „Ósemka” to słowiański odzew na zachodnią twórczość niezależną w pigułce. Oczko zostaje tu puszczone i w stronę Reicha, i Buriala, i Arcade Fire i Radiohead (tu to buziak nie oczko) i Bowie i tak w nieskończoność. Bogate instrumentarium Macuka, zarówno klasyczne i elektroniczne, tworzy zaskakująco prostą ale jak piękną i często pełną niepokoju ściółkę muzyczną dla szorstkiego wokalu Kasi i jej nietuzinkowych tekstów, wciąż będących niedościgniętym wzorcem dla wielu artstów. Całość, świetnie przy okazji nagrana  i obrobiona tworzy dzieło wybitne, którym można by się śmiało na tym zachodzie pochwalić.

5. Giles Corey – Giles Corey

Wszystkim drygało, gdy parę lat temu słuchało się „For Emma…” Bon Ivera, bo było ładnie, smutno, z fajnym tłem fabularnym  i co najważniejsze szczerze. Wszyscy znamy już baśń o brodatym romantyku, który wskutek konfliktu z całym światem ucieka na okres zimy do lasu i nagrywa w małej chatce najsmutniejszą płytę świata. Łzy na mikrofonie były wyczuwalne jak dym petów u Elizy Fitzgerald. A co jeśli powiem, że przy Giles Corey Vernon jest troskliwym misiem ze szczęśliwym życiem?

Giles Corey był farmerem, który w XVII wieku został oskarżony czary i ostatecznie skazany na śmierć poprzez zmiażdżenie. Co ma z tym wspólnego Dan Barrett znany bardziej z twórczości w drone/industrial/metalowym projekcie Have a Nice Life? Kluczem jest tu 150 stronicowa książka, dołączona do płyty, bez której projekt Giles Corey byłby tylko dark folkowym, nawet trochę nudnawym projektem nie wartym większej uwagi. To mogłoby też tłumaczy, dlaczego w internecie tak mało recenzji na ten temat, zwłaszcza po polsku. Giles Corey to płyta, której się nie zrozumie, nie inwestując w jej fizyczny egzemplarz. Bo GC to coś o wiele poważniejszego niż tylko smutna płyta nagrywana w domowych warunkach.

Książka to klucz do zrozumienia płyty. Opisuje prawdziwą historię sekty założonej przez tajemniczego Roberta Voora. W owej sekcie główną rozrywką było zakładanie na głowę specjalnych masek (Voor’s Head Device) tak zbudowanych by człowiek nic nie widział, mało słyszał i by był powoli przyduszany w skutek czego doznawał halucynacji i mógł doświadczyć stanu bliskiego śmierci. Najistotniejsze jest jednak pierwsze  zdanie książki – Dan Barret chciał popełnić samobójstwo. Usiadł przy pianinie w swoim domu, włączył dyktafon, założył maskę Voora i czekał… na śmierć. Ocknął się po pary godzinach, leżąc na podłodze, nic nie pamiętając. Z przesłuchaniem nagranej taśmy czekał parę dni. Fragmenty tego nagrania usłyszymy w trakcie całej płyty, lecz najwyraźniej w otwierającym kawałku „The Haunting Presence”, gdzie Barret krzyczy, płacze, chodzi, uderza w pianino, rzuca się po podłodze. Barret tego nie pamięta. Ani sekundy. I to wszystko zmienia. Płyta przestaje być 9 piosenkami, lecz trochę przerażającym, trochę podniecającym doświadczeniem – Słuchaniem listu samobójcy.

„If I did not wish to be alive, did I wish to be dead? (…) I read anything, and everything, I could find – on the afterlife, on suicide, on physical evidences of ghostly existance. (…) The search for death brought me to many strange places. I learned many strange things. This book is a record of those things. These songs are a record of those things. My life is a record of those things.”

Nie ma tu ładnych, smutnych melodyjnych piosenek, które zostają w pamięci. Z drugiej strony nie wskazuje to na brak wartości muzycznej strony płyty. Materiał, w całości nagrany w różnych sypialniach domu Barretta (tego samego, w którym próbował się zabić) to głównie przesiąknięte pogłosem chórki, pianina, gitary akustycze i proste sekcje perkusyjne. Do tego dochodzą różnego rodzaju nagrania, nie tylko te z samobójczej próby. Całość brzmi bardzo obszernie, szeroko, daleko, ale przede wszystkim mrocznie. Sam Barrett, opisuje to jako acoustic music for the end of the industrial revolution” choć bardziej będzie pasować „depressive suicidal black folk”.

4. Modeselektor – Monkeytown

Druga po Lonely Island najczęściej puszczana płyta po pijaku. I przez kwartał na trzeźwo. I w samochodzie. I w gościach. Mamy tu miłość od pierwszego przesłuchu. Do tej pory twórczość Bronserta i Szarego urzekała mnie raczej tylko punktowo. Ich dwie poprzednie płyty były trochu na jedno kopyto – brutalny deutsch bit, do niego gęsty analogowy syntezator i tak przez 2 płyty. Miało się wrażenie, że 4-5 śladów wystarczało na jeden utwór. Nie mówię, że to było brzydkie, ale było to za mało by cieszyło to w innych okolicznościach niż na żywo. Monkeytown jest ciekawsze i już nie takie banalne, jak poprzednie wydawnictwa. To celująca hybryda muzyki klubowej z ostatnich paru lat. DeutschlandDuo porobili notatki do czego ludzie przytupują nóżką najbardziej a następnie nagrali płytę, która unosi kciuki w górę zarówno fanów dubstepu jak i IDM. Jednak perełkowy charakter Monkeytown leży w „niemieckiej smykałce” Modeselektor do electro, co po części wiążę się z zabawą analogowymi syntezatorami, rówież tymi 8-bitowymi. A żeby było śmieszniej Monkeytown zostało nagrane w domciu, w parę tygodni. Chyba do niczego w tym roku tyle nie tańczyłem na łóżku, przy zamkniętych drzwiach od pokoju, co do Monkeytown ;)

3. Youth Lagoon – A Year of Hibernation

Nieśmiali zawsze wydają ładne albumy. Lubię sobie przeczytać, że ktoś zaczął pisać piosenki, bo miał problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, bo tylko tak umie wyrazić swoje smutki, bo mu się w życiu nie układa. To brzmi trochę ckliwie, ale ja dalej lubię przeczytać, że ktoś się gdzieś zamyka, ucieka od świata i tworzy. Wewnętrzne cierpienie zawsze rodzi najładniejsze piosenki. Skojarzenia z Vernonem znowuż jak najbardziej  na miejscu, ale nie chciałbym, żeby takie skojarzenia się tylko na Vernonie kończyły, bo takich ludzi jest więcej. 22 letni Trevor Powers to kolejny z nich. Gnojek napisał zaledwie 8 piosenek w swojej sypialni a następnie nagrał je w domu swojego kolegi. 8 piosenek traktujących o rzeczach, które często tylko on rozumie. 8 utworów tak osobistych, tak intymnych, że aż jest to dla słuchacza krępujące. 8 utworów, o rzeczach mniej lub bardziej błahych, o strachu, samotności, również o miłości, ale na Roku Hibernacji nie zaglądamy nikomu pod kołderkę a bardziej do pamiętnika Powersa.  To krępujące, nawet mimo faktu, że chęć obnażenia się autora jest świadoma i pewna. Geniusz Youth Lagoon tkwi w jego prostocie. Melodie Trevora nie są złożone, podobnie jak instrumentarium, którym je tworzy. Gitara, klawisze, automat perkusyjny i głos, który brzmi jakby 5 minut przed nagrywaniem Trevor był jeszcze wysmarkać nosek po płaczu. To wystarczyło, by nagrać 8 rozmarzonych, dreampop’owych smutnych i szczerze przejmujących piosenek. Youth Lagoon ma dużo wspólnego z The XX, z ta różnicą, że u Xów hibernacja trwa dalej – dzieło Powersa, choć nasycone romantyczną nostalgią, mimo wszystko niesie ze sobą dużo ciepła i nadziei. Trochę jak Beach House. Zdjęcie z okładki, wykonane przez Trevora na Hawajach, zostało wykonane już w czasie „odwilży” w jego życiu. To banalne, ale wkrótce po tym zaczęło mu się układać z dziewczyną, z ludźmi i okres hibernacji się skończył. Pozostaje tylko pytanie, co dalej będzie z Youth Lagoon,  skoro okres smutku zakończył spłodzeniem tak pięknej płyty. Bon Iverowi np. wyjście z chatki ewidentnie nie pomogło…

2. Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Było było, w październiku się o nich wypowiadałem:

„Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej.”

Wspaniała kolaboracja, bez której Noto byłby zbyt brutalny a Sakamoto zbyt nudnawy. Muzyka na granicy ciszy, ale absolutnie nie muzyka tła. Dyskretna, oszczędna, bardzo minimalistyczna. Piękna.

1. Other Lives – Tamer Animals

O tym, że ta kapela będzie wielka wiedziałem już w 2008 słuchając ich pierwszego LP. Wiedziałem też, że „Tamer Animals” będzie dobre, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Podobnie nie spodziewał się tego lider, Jessie Tabish. Bo teraz, gdy świat zaczął odkrywać skromny kwintet z Oklahoma, parę większych członków poważnie stwardniało usłyszawszy ich muzykę: pojechali z Bon Iverem w trasę, w 2012 robią to samo z Radiohead, grają na Coachella, MTV obstawia na nich, jako na zespół, który „wyjaśni” w 2012, Local Natives czy John Mayer wrzucają ich klipy na swoją tablice. Dzieje się i dziać się będzie. Nie będę tu nic rozkładał na czynniki pierwsze. Drugi raz w historii  bloga pierwsze miejsce na rocznym podsumowaniu o czymś świadczy, więc po prostu przesłuchajcie Tamer Animals.

Szadi

Jedna krótka, jedna dluga i trzy w paru zdaniach bo spać iść trzeba.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 października, 2011 by headphonesporno

Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Zdaje się, że przygodę z tym duetem zacząłem od dupy strony, bo to już trzecie dziecko tego niemiecko-japońskiego, męskiego duetu. Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej. Konicznie sprawdzę jak prezentują się dwa poprzednie wydawnictwa duetu, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest duża szansa, że Summvs zostanie jeszcze pod koniec grudnia przywołane na tym blogu. 8.4/10

kssszzzzzz

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

<teskt pisany ok. 22:00> Miałem mieszane uczucia po pierwszym przesłuchaniu i mam je wciąż teraz, po dziesiątym odsłuchaniu. KDZKPW wrócił po (za) długiej przerwie i nie wiem, czy aby czasem chłopaki nie pozapominali jak grać się powinno w Kombajnie.

<tekst pisany ok.23:00 po jeszcze jednym, bardzo dokładnym odsłuchaniu> Nie, nie, nie, cofam i przepraszam. Karmelki i Gruz to jednak dzieło wybitne, choć nie tak rewelacyjne jak wydania poprzednie. Kombajn wrócił i każdy, kto kochał Ósme Piętro i Lewą Stronę Literki M odnajdzie się i wśród Karmelków i Gruzu. Przerwa nie sprawiła co prawda, że jest tu lepiej niż było, jest co najwyżej tak samo, ale to nic złego. A czemu mi sie tam wkradło „co najwyżej”? Bo Zagański z kolegami zaczęli strasznie kombinować w kompozycji. Nie żeby wcześniej tego nie robili, ale chyba za bardzo skupili się na (momentami mam wrażenie, że trochę na siłę) obligatoryjnej niebanalności strukturalnej utworów, zabijając po części brzmieniową płynność, która przecież, wcale nie oznacza niczego złego (drugi album KDZKPW w tym momencie puszcza oczko). To jak seks na jeźdźca, gdzie nagle Damian wyskakuje i przypadkowo wciska się przez tylne wejście, rozumiecie? Niby dalej przyjemnie, ale jakaś czerwona lampka się zaświeca. Na szczęście lampka zapalała się tylko przez pierwsze parę przesłuchań. Z czasem w każdym „niewygodnym” momencie zacząłem doszukiwać się swojego własnego sposobu na przejście dalej i tak uformowała się piękna podróż po Gruzie i Karmelkach.

Nie wyobrażam sobie, żeby ten krążek został wydany wiosną czy latem. Jesień to pora żółtych liści, szalików i KDZKPW w odtwarzaczu. Ogromny wpływa miał i ma dalej na to brud nagraniowy, będący po części wizytówką zespołu. Cały materiał nagrany „na setkę”, bez dogrywania potem innych partii, w wersji finalnej brzmi jakby totalnie  pominął proces masteringu, a tym zajmował się tutaj przecież  Andrzej Smolik. Także frontman Zagański nie zawiódł ze swoimi neurotycznymi tekstami. Karmelki i Gruz to kolejna widokówka ze zdrowo pojebanego i brudnego świata, który ma w głowie pseudo – schizofrenik Zagański. Nic tylko kopiować na opisy na FB i patrzeć jak kciuk w górę goni kciuka.

– Raczej nie ma szans, aby przesylka z plytami, w której będzie „Karmelki i Gruz” dotarla w dniu dzisiejszym. Najprawdopodobniej plyty otrzymamy w przyszlym tygodniu, byc moze jutro, ale nie jest to pewne.

– Cóż, szkoda, bo wolę Państwa sklep od Empiku, ale nie wytrzymam z odsłuchaniem tej płyty do przyszłego tygodnia…

Odżalowałem 7 zł więcej i kupiłem krążek w Empiku. Nie żałuję. 8.1/10

wow

Barn Owl – Lost in a Glare

Rzadko już stosuje się zabieg, gdzie okładka płyty określa to, co na płycie się dzieje. A tutaj tak właśnie jest. „Lost in a Glare” to muzyka rozgrzanych pustkowi i rytmiczny sufler podpowiadający w jakim tempie przez te pustkowia iść. Gitarowy hezychazm, zarejestrowany analogowo, zabawa w trans dla początkujących. Świetny album i chyba największy „niezobaczony” na tegorocznym Offie. 7.3/10

idź

My Brightest Diamond – All things Will Unwind

Cóż Ty mi zrobiłaś Saro Warden? Rezerwowałem dla Ciebie w ślepo miejsce w rocznym zestawieniu płyt roku 2011, a tu pstryczek  w nos, wystawiony język i figa z makiem. Czekałem na Ciebie tak bardzo, jak na nowego Deus Ex’a. I co? Zawiedliście. Nie bardzo, nie po całości, ale zawiedliście. Już okładka była swoistym, alarmującym uszczypnięciem przywracającym do trzeźwości. „Nie za wesoło tutaj? Przecież nie taki styl ma MBD?” Tak Ci dobrze szło na dwóch poprzednich płytach, po chuj w pełni oddałaś się folk-operze? Po co tyle kombinowania ze smyczkami? Po co jakieś idiotyczne fujarki i fleciki? Już miałem w obserwowanych Twoja płytę na ebayu. Odhaczyłem to. Szkoda. 5.2/10

niech stracę

Modeselektor – Monkeyown

No kurwa!  8.8/10

dupdupdup!

wstawiony Szadi

Ściągam majtki

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 7 września, 2011 by headphonesporno

Kiedy zakładaliśmy z Tapczanem tego bloga, jakieś 3 lata temu (Matko Boska Przenajświętsza Kochana i Jezusie Zbawicielu Narodów Świata już 3 lata?!) Tapczan powiedział: „nie ma mowy, o niektórych płytach nie napiszę nigdy. Za bardzo je kocham, żeby jakiś niegodny idiota ich słuchał, nie docenił, nie zrozumiał i uznał na gówno. Nie ma mowy.” Wtedy uznałem to za głupie i konsekwentnie na pierwszy ogień poleciałem z marną recenzją kapitalnej płyty. Dziś by to inaczej rozegrał, bo zacząłem dostrzegać sens w słowach Tapczana. Z drugiej strony, przecież nie tylko idioci tu zaglądają. Niech chociaż jedna osoba na 30 zrozumie płytę dokładnie w ten sam sposób co ja to mogę umierać spokojnie. No więc, dobra, niech będzie. Oto moje piękno. Mój skarb, którym Tapczan na moim miejscu nigdy by się nie podzielił. Jedna z pierwszych płyt, które kupiłem, gdy stwierdziłem, że płyty trzeba jednak kupować. Pierwsza płyta na tym blogu z oceną maksymalną. Czysty geniusz. Nie będę wam pisał, co to, kto to, z czym to się je. Sprawdźcie sobie sami. Chwilę już czytacie tego bloga, więc wiecie co mi w duszy gra. Jeśli koniec świata jest jutro, to zaraz odpalam ten album.(10/10 – dziesięć na dziesięć)

Kurwa przecież ja mam bloga!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on 18 sierpnia, 2011 by headphonesporno

Teraz kiedy już uratowałem Nowy Jork przed najeźdźcami z kosmosu, rozwiązałem problem zabójstw królów w Temerii, kiedy moja wątroba ma już dość czegokolwiek z procencikiem przyszła pora sprawdzić, czy wciąż jestem dobry w składaniu literek o muzyce. Duże zaległości, mało czasu, pierdyliard płyt przesłuchanych: dziś polecimy w ilość płyt i w nieilość znaków.

Amon Tobin – Isam

Nie trzeba wielu przesłuchań by stwierdzić, że „Isam” to coś więcej niż płyta. Amon Tobin – elektroniczny perfekcjonista, dla którego nieskończony świat filtrów, wtyczek, wymyślnych VSTi to wciąż za mało, więc sam stwarza swoją paletę dźwięków od skrzypiącego krzesła zaczynając, na dźwięku wibrującego śrubokręta kończąc. „Isam” na pewno wywoła w nas jakieś emocje, jednak ta płyta powinna być przede wszystkim podziwiana przez pryzmat dokonania ludzkiego. Amon jest malarzem, który bardzo precyzyjnie, z dokładnością do kropelki dobiera proporcje i skład farb by ostatecznie stworzyć genialny pejzaż dźwiękowych abstrakcji, które tylko na pierwszy rzut oka bytują w chaosie. Tutaj każdy dźwięk jest na swoim miejscu aż za bardzo a człowiek który miał wpływ na to wszystko, to nikt inny jak czysty geniusz. Jedyne co można mu zarzucić, to fakt, że gdy już na „Isam” robi się choć trochę melodyjnie, tudzież po prostu wciągająco, to szybko(za szybko) się to kończy, zostawiając pewien niedosyt u słuchacza, który jednak wybiera tą płytę jako źródło wrażeń estetycznych. Mimo wszystko „Isam” to Kaplica Sykstyńska muzyki elektronicznej bez dwóch zdań. Klik.  (8.3/10)

Juliana Barwick – The Magic Place

„The Magic Place” to rozmarzona podróż po świecie wspomnień z dzieciństwa młodej dziewczynki. Ambientowy soundtrack do Tajemniczego Ogrodu, którego akcja działa by się raczej w nocy i po paru grzybkach. A jak powstaje to wszystko? Julianna Barwick tworzy bliżej nieokreślone wokalne przeciągnięcia, przepuszcza je przez delay, nakłada je na siebie za pomocą loop pedala i tak w kółko aż nie powstanie rozmyta ściana ludzkiego „oddalonego” pięknego dźwięku, który czasem posłuży jako akompaniament dla fortepianu  (czyli trochę od dupy strony) tudzież po prostu który będzie formą ekspresji sam w sobie. Początkowo myślałem, że będę traktował tą płytę bardziej jako ciekawostkę, w końcu cała nagrana praktycznie a-capelle, jednak szybko się przekonałem, że „The magic place” to cudowny sposób na spożytkowanie 43 minut. (7.4/10)

Washed Out – Within and Without

Przede wszystkim to okładka roku. 28 letni Ernest Green stał się głośną postacią jeszcze zanim jego debiutancka płyta została wydana (i to przez sam Sub Pop!). Jego EPki zwiastowały wyśmienity chillwave, nagrany (podobno) w sypialni dla sypialni. Nie inaczej się też stało. „Within and Without” to 9 sensualnych, momentami niemalże intymnych utworów zbudowanych na subtelnej elektronice, dalekich wokalach i prostej rytmice. Nie o złożoność tu chodzi a o zbliżenie. Śmiało można uznać, że Ernest Green to Amor z laptopem z jabłuszkiem. Nowy patron zakochanych i nimfomanów. Innymi słowy: puśćcie to sobie do rozrywek pod kołderką ze swoim partnerem, bo ileż można lecieć na Barrym White’cie? (7.7/10)

Woodkid – Iron (EP)

W sumie to Yoann Lemoine skrywający się za drewnianym kryptonimem Woodkid ma mocno przesrane. Koleś wydał zaledwie jedną Ep’kę, zrobił do tytułowej piosenki GENIALNY (ja mam świadomość nadużywania przeze mnie tego przymiotnika, ale inaczej nie da się tego określić) klip, i co? I już jest rozchwytywany: zlecenie na teledyski od Mobyego czy Kate Perry, użycie jego piosenki w klipie Ubisoftu do gry Assasin’s Creed, a to wszystko zaledwie po wydaniu jednej, króciutkiej Epki! Boję się wiedzieć, co będzie  kiedy ten prze sympatyczny brodacz z głosem Antonyego Hegharty ukarze światu wszystkie swoje drewniane pomysły. Dzień gdy wyjdzie jego LP będzie zakończeniem jego życia towarzyskiego. O nim będzie jeszcze bardzo głośno, zobaczycie. (7.7/10)

Holy Other – With U (EP)

Uwaga konkurs: wystarczy odpowiedzieć w komentarzu na pytanie: Co to kurwa jest witch house? Bo podobno właśnie taka muzykę robi Holy Other. Jako że jestem pusia z gatunków muzycznych powiem tak: Holy Other to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Buriala, Boxcuttera czy Kryptic Minds choć Holy Other koło dubstepów nawet nie stało. Mroczne r’n’b ze słabym pulsem, niepokojącymi szumami, dość intensywną inspiracją wspomnianym już Burialem. Siedzisz dużo po nocy? Włącz Holy Other. (8.0/10)

Cass Mccombs – Wit’s End

Tutaj bez zmian. Najsmutniejszy gitarzysta akustyczny Ameryki dalej jest smutny, dalej pisze piosenki pociągając nosem, dalej patrzy się w ziemie idąc chodnikiem a ja dalej się zastanawiam, czemu on mi się dalej nie podoba. Teoretycznie niewiele różni go od starego Justina Vernona czy Sama Beama (też starego, bo wszystkim smutnym folkowym brodaczom trochę odwala ostatnio, ale o tym niedługo napiszę oddzielny post). Cass przynudza, nawet niespecjalnie się ukrywa z brakiem pomysłów na kompozycję utworów: bierze 3, 4 akordy, w tempie pogrzebowym je powtarza do pożygu i tworzy do tego nudny tekst o tym jak to life sucks. Prawie fajnie ale zzz…zzzz…zzzz…. (5.0/10 za kawałek Memory’s Stain).

Metronomy – The English Riviera

Bardzo mnie boli, że cała płyta nie wyszła im tak kapitalnie jak singiel „The Look„, którego mógłbym słuchać na okrągło. Podejrzewam, że Metronomy celowali w stworzenie muzyki letniej, przyjemniej, słodkiej, lekkiej i wesołej. Udało im się, lecz tylko na 4 utworach. Gdyby całość brzmiała tak wyśmienicie jak na odcinku od „Everything Goes My Way” do „Trouble” mielibyśmy może nawet kandydata na miejsce w rocznym podsumowaniu, tymczasem nie licząc tych 12minut (dobrze, że przynajmniej wszystkie są na płycie koło siebie) reszta płyty jest brzydka, nudna i w sumie nie warta więcej niż jedno przesłuchania. Szkoda. (5.3/10)

Myslovitz – Nieważne jak wysoko jesteśmy

Nie, po prostu nie. Myslovitz skończyło się dawno temu, na „Kill’em All”. Niech Rojek się weźmie za elektroniczną stronę Offa i za niebranie się za Lenny Valentino. A Myslovitz, o ile dobrze pamiętam mieli zakończyć działalność… Co panowie, kaska się skończyła? Tylko tu jeszcze jakoś im to brzmi…(3.0/10)

 Szadi

Fajne płyty

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 12 Maj, 2011 by headphonesporno

Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Ach ta dzisiejsza młodzież. Zamiast pić alkohol, palić papierosy i uprawiać szalony seks w ciemnych bramach, oni nagrywają płyty, które wprowadzają sporo zamieszania w świecie muzyki i w połowie roku dokonują rezerwacji na muzycznych podsumowaniach roku. Ok, co to jest Nicolas Jaar? To James Blake. Tylko zamiast „God Save the Queen” śpiewa „A Star-Spangled Banner”. Śmiało można przyłożyć obie płyty do siebie i zadać niełatwa zagadkę – znajdź różnice. Obaj młodzi, obaj zdolni, obaj kochają pustkę, minimalizm, obaj są świetnymi elektronikami, ale to nie oznacza, że nie wiedzą co to pianino czy śpiewanie. „Space is Only Noise” to 46minut lewitacji w pustce, z lekko rozmytym obrazem; to grzebanie wspomnieniach z dzieciństwa na tle nieśmiałego dubu a wszystko oprawione w subtelną, inteligentną elektronikę, która miewa zarówno momenty przytupu jak i chrapnięcia. Czuć tu, podobnie jak u Blake’a szacunek do dźwięku, totalne opanowanie swoich elektronicznych zabawek i, co najważniejsze, brak pyszałkowatości podczas zabaw samplerami i laptopami, wszystko z rozwagą, przemyśleniem i rozumem. Generalnie: ładne. Bardzo nawet. (7.8/10)

True Widow – True Widow

Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami. True Widow. (7.5/10)

Alex Turner – Submarine OST

Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „Riot Van„, czy „Only Ones Who Know” wiedziałem, że wokalista Arctic Monkeys w wersji „leniwie na tarasie, na bujanym fotelu” bardzo dobrze by sobie poradził. Umie gnojek porwać nie tylko do szalonego pogo, ale i do miluśkiego tańca-przytulańca, jak dawno temu, do „Ameno”/”My Heart Will Go On” na koloniach w podstawówce. Ach! Płyta „Sumbarine OST”, jak sama nazwa wskazuje jest soundtrkiem do filmu „Submarine”debiutanckiego filmu twórcy wielu teledysków Arktiksów. Alex częstuje nas (niestety tylko) 6 leniwymi piosenkami zanuconymi głównie na akustyku z jakimiś delikatnymi pomagajkami w tle. Muzyk do tego, swoim ciepłym i miłym dla ucha głosem ze zmanierowaną angielszczyzną zaśpiewa o miłości w stylu: I’m not that kind of fool that’s gonna sit and sing to you, bout stars girl…  Płyta to naprawdę FAJNY sposób na miłe spędzenie 19 minut. Z całego serca polecam sobie to odpalić na rowerze – człowiekowi uśmiech sam pcha się wtedy na twarz. No sami posłuchajcie. (7.0/10)

Brian McBride – Effectvive Disconnect

Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy Riceboy Sleeps. „Effective Disconnect” to piękny, fenomenalny soundtrack do filmu „Vanishing of the Bees”, opowiadającym o tym, że pszczółki znikają. Spokojne, rozmyte, pozbawione rytmu, oparte na żywych smyczkach i instrumentach dętych chmurki i mgiełki. „Świetna muzyka do chodzenia” – napisał Bartek Chaciński o tej płycie. Lepiej bym tego nie ujął. Ta płyta, to obowiązkowa pozycja na randce z samotnością. Świat z nią w słuchawkach jest jakiś milszy. Cieplejszy. I chyba najważniejsze, dalszy. Klik(8.8/10)


Młodzi, zdolni, z wielkich miast (czyli z okazji Świąt brak sprośnego tytułu)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 25 kwietnia, 2011 by headphonesporno

James Blake – James Blake

Palec pod budkę kto nie ma bladego pojęcia kim jest ten pan. Tak  myślałem. Baźgrnięcie paru dobrych słówek o Blake’u to czysta formalność – o tym gnojku i jego cholernie dobrej  płycie zostało powiedziane już wszystko i wszędzie, ale że  już, z tego miejsca mogę powiedzieć, że dla J.B. mam zarezerwowane miejsce w Rankingu Najlepszych Płyt rok 2011 to wypada mi napisać chociażby akapicik, coby mieć do czego odsyłać. W każdej gazetce wystawianej na bocznej ścianie kiosku znajdziemy słowo „finał na twarz”, w każdej gazetce informacyjnej zawsze znajdziemy słowo „Smoleńsk” a w każdej gazecie muzycznej znajdziemy słowo „James Blake”. Heh…

Króciutko. Palec pod budkę kto pamięta Bon Iver’a. No dokładnie! James jest takim Vernonem, który zamiast w lesie zaszył się w cieplutkim londyńskim mieszkanku (coś tego pokroju zapewne), zamiast akustyka miał klawiaturę MIDI i syntezator KORG’a, zamiast nagrywać wokale na sobie, użył  autotune’a (co jest chyba pierwszym w historii muzyki pomyślnym użyciem tegoż wynalazku). To co właściwie Blake ma z Vernona? Przede wszystkim silną wrażliwość wyczuwaną w głosie już od pierwszych nutek – taki Antony Hegarty za syntezatorem. Do tego z minimalistycznym podejściem do sprawy – cała płyta brzmi bardziej jak szkic czegoś większego, ale to wcale nie minus! Czuć, że każdy dźwięk został poprzedzony godzinnym przemyśleniem; stąd też dużo tu ciszy, która wyśmienicie ubarwia całość bardziej niż zrobiłby niejeden instrument – podobne wrażenie miewało się słuchając The XX. Wszystko na tej płycie jest idelanie wywarzone, nie ma nic niezaplanowanego, nie ma przesytu, wszystko jest na swoim miejscu. No i wokale! Dżejms zrezygnował z samplowania głosów (jak to robił na EPkach do tej pory) na rzecz  własnego głosu i niech go Bóg Miłosierny Król Polski i Najświętsza Maryja Zawsze-Dziewica błogosławią za to, bo James ma czym się pochwalić. Podsumowując: gnojek ma 22 lata i nagrał soulowo-post-dubstepowy i strasznie dojrzały krążek, który zostanie niejednokrotnie odznaczony w grudniu tego roku. Jedno mnie tylko zastanawia. Każda jego Epka była inna od poprzedniej. LP tez okazał się być czymś zupełnie innym. Quo vadis James? Klik. (8.0/10)

Cascadeur – Mobile

Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. Śliczne! (7.0/10)


Soap & Skin –  Lovetune For Vacuum

To taki Anthony Hegarty już po operacji zmiany płci i dość mocno odmłodzony, bo ma tylko 19 lat. (teraz już ma 21, ale płyta wyszła w 2009). Gdzieś w Austriackich górach, w zamczysku pełnym nietoperzy 19 letnia Anja Plaschg zaszyła się ze swoim złamanym sercem, litrami łez do wypłakania i starym pianinem. Śpiewała do księżyca o północy, przymierzała stare suknie, oglądała stare fotografie swojego ukochanego i leżała samotnie na ogromnym łóżku z baldachimem. Taki obraz narzuca mi moja ograniczona męska wyobraźnia, próbując podjąć się tematu genezy powstania „Lovetune for Vacuum”. Soap & Skin to 19-letnia Anja Plaschg, wiedeńska pianistka i skrzypaczka, która nagrała 13 najsmutniejszych piosenek na świecie. W duchu muzyki barokowej połączonej z delikatnym neo-folkiem Anja stworzyła obrzydliwie smutną, potwornie dojrzałą neo-klasyczną płytę, w której fundamentem prawie każdego utworu jest pianino. Do tego dochodzą smyczkowe aranże, rożnego rodzaju przeszkadzajki (w tym nawet dźwięki przewijanych kliszy) i subtelna elektronika. To w tle, bo pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim piękny zarazem przerażający głos nastoletniej Anji. Słuchając „Lovetune for Vacuum” nie łudźcie się na wesołe momenty. Nie ma tu ani nutki nadziei, to 41 minut deszczu, łez i nostalgii dousznie. To 13 częściowy marsz żałobny. Ta płyta jest niepokojąca, przerażająca, straszna  i strasznie piękna. Soap & Skin. (8.3/10)

Szadi



Radiohead z cyckami, czyli o kobietach…

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 28 marca, 2011 by headphonesporno

Wszystkie moje cycate fanki, groupies, pseudofanki, sexfanki, fanki, czytelników i haterów przepraszam za mosiężne lenistwo w karmieniu blogaska. Świat sportu, pracy, edukacji i 40% napojów wciągnął mnie sycie i coraz częściej ostatnie na co mam ochotę to stukanie… w klawiaturę. A mój mag w Dragon Age II też sam sobie skills’ów nie nabije. Spokojnie rjebjata, żaden kres nie nadciąga, koniec roku w 2012 aktualny już nie jest, więc Headphonesporno zostanie zamknięte tylko jak umrze Thom Yorke. Albo Justin Vernon. Albo jak się Fleet Foxes rozpadną. Nieważne. Blog żyje, póki mam uszy i zwinne paluszki.

Wiosna przyszła, coraz częściej szpilki zastępują ocieplane Emu, sukienki spodnie, bluzeczki z dekoltem polary, więc nic dziwnego, że o kobietach chce się myśleć, mówić, pisać, chce się kobiety mieć na kolanach no i w słuchawkach. Przedstawiam wam parę przedstawicielek płci pięknej, które sprawiają, że się ostatnimi czasy rozpływam.

Sussane SundfØer – The Brothel

 To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.

Zuzia, Norweżka, feministka, laureatka paru ważnych muzycznych nagród nie podbiła mojego serca. Ona je zjadła. Co więcej ona skończyła szkołę muzyczną! W Polsce po takim wyczynie człowiek umie wszystko, tylko nie tworzyć dobrej muzyki. Zuzia, nie mogła być wzorową uczennicą. Na pewno nie wracała grzecznie ze swoimi nutkami do domciu po zajęciach, żeby ćwiczyć do późna do pianinie i pójść spać o 21. Z zajęć też się musiała zrywać, bo jak wytłumaczymy teksty o romansach czy nazywanie swojego albumu Burdel? Zajęcia ze śpiewu Zuzia jednak zaliczyła wszystkie – to co na (w) Burdelu można usłyszeć, przyprawia o gęsią skórkę od pierwszych sekund. Zuzi zachwyca nas potężnym, pewnym i intrygującym wokalem, który jak chce poszepcze, pokrzyczy, pomruczy a nawet pośpiewa sakralnie (genialny closer „Father Father”). A na czym się ten wokal ślizga?  Na kapitalnie wyproporcjonowanej, melodyczne, bardzo rejdjołhedowej i pełnej zaskakujących przejść mieszance elektroniki, smyczków, przeróżnych klawiszy  i rocka. Ta płyta jest bardziej niż doskonała i bardziej niż obowiązkowa. Nie wierzycie? Ten Burdel to czysta przyjemność! (8.0/10)

Shara Worden /Sarah Kirkland Snider / Signal – Penelope

Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu…  Ogromna trauma,  uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci  ona  czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego.  Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z My Brightest Diamond) zaśpiewała, o tym Signal gra. O tym opowiada neo-klasyczny projekt Penelope a ja o tym wam piszę a wy macie to uważnie przesłuchać, gdyż jest to jeden z najbardziej poruszających projektów muzycznych ostatniego czasu. Urywkowo skonsumowane traci sens, więc tu jest całość. (8.0/10)

Szadi

Niezła dupa… z twarzy.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 27 lutego, 2011 by headphonesporno

Miałem dużo fantazji odnośnie tego w jaki sposób to zrobię po raz pierwszy. Nie wiedziałem czy wybrać do tego łóżko, czy zrobić to gdzieś na świeżym powietrzu czy w aucie późną nocą. Nie wiedziałem dokładnie kiedy to się stanie, jednak wiedziałem, że stanie się to na pewno. Nie znałem jej lecz wierzyłem, że będzie moja kochanką na bardzo długo. Zawsze tak było. Mieliśmy to zrobić pierwszy raz w sobotę, 19 lutego, jednak ona znowu mnie zaskoczyła i przyszła do mojego pokoju dzień wcześniej. Wylądowaliśmy u mnie w łóżku. Płyta „King of Limbs” była niezła, lecz to już nie jest ta kochanka co kiedyś.

Gdyby porównać jakąkolwiek wcześniejszą płytę Radiohead do kobiety, to byłby to ideał. Inteligentna, piękna, obrzydliwie kreatywna i zaskakująca nawet po kilku latach znajomości i wciąż będąca w pewien sposób tajemnicza i nieodkryta. Taka była „In Rainbows” i wszystkie przed nią. Tymczasem mój pierwszy raz z „King of Limbs,  zmienił się ostatecznie w trójkąt – dołączyło się delikatne rozczarowanie. Było szybko, kiepsko i tylko ona doszła… do końca.

Zawsze byłem ślepym i wiernym fanem Radiohead. Każde najgłupsze słowo Yorke’a odbierałem przez obtarty już do bólu pryzmat „RH to geniusze i chuj”. Są zespoły świata i Radiohead – niedoścignięty geniusz. Jednak w najciemniejszych zakątkach wyobraźni uświadamiałem sobie po cichu, że nic nie trwa wiecznie i wiedziałem, że przyjdzie czas kiedy i oni w końcu się potkną. Że przyjdzie czas kiedy zębatki w fabryce płyt idealnych w końcu przestaną pracować jak należy. No i pękło.

King of Limbs to nic innego jak płyta… przeciętna. Nie ma tu czarnego / białego. Jest tylko odcień szarości. Podążając moim recenzenckim transwestytyzmem – ta płyta jest potwornie inteligentną dziewczyną, z fajnym tyłkiem ale brzydką opryszczoną twarzą, która używa przeterminowanych perfum o tym samym zapachu co poprzednia.  King of Limbs jest duszne, klaustrofobiczne i rozmazane. Przez pierwszą połowę płyty (czyli do „Feral”) niemalże oślepiająco razi w oczy gitarowy minimalizm i perkusyjny barok. Melodia oddała życie za rytmikę. Brakuje tu również… zespołu! Gitary: sprzedane. Perkusja: „ej Phil, siema tu Thom. Właściwie to nagrywam album naszej kapeli, wiem że jesteś trochę zajęty pisaniem swoich smutnych piosenek, ale możesz wpaść do studia, nagrać szybko jakieś totalnie pojebane rytmy, a my je potem puścimy w kółko? Tak? spoko. A i weź akustyka, potrzebuję go do jednej piosenki„. Ed („czekaj, kojarzę go, on nie grał czasem kiedyś w Radiohead?”), Colin i Jony też chyba  za długo w studiu się nie zagrzali -cały KoL brzmi bardziej jak solowy Tomek z pomocą Godricha, który jako realizator-producent też się raczej tu nie popisał – duża część albumu to brzydka zbitka  dźwięków, które bardziej ładują się jeden na drugiego niż stoją ładnie w szeregu. Nic tu nie jest ani wyraźne ani ładnie obrobione (płyta przesłuchana na studyjnych słuchawkach brzmi okropnie! Sic!). Od  pasa w dół „King of Limbs” robi się już ciekawsze. Jest bardziej harmoniczne,  klasycznie, bardziej rejdjołhedowo, ale to za mało na miłość a nawet romans.

Nie kieruję kciuka w dół dla nowych Radiogłowych. Jako ślepy fan znalazłem ścieżkę, którą będę przemierzał przez tą płytę i znalazłem momenty (refren „Morning Mr. Magpie”), minuty (cały „Lotus Flower” )i linijki (znowu „Lotus Flower” i „Codex”), przy których jakieś tam ciarki dostaję, ale momenty, minuty i linijki to stanowczo za mało na kisiel w gaciach. Po cichu liczę, że teoria spiskowa, że KoL to album dwupłytowy okaże się prawdą i strona B okaże się bardziej zaspokajającą kochanką. Póki co jest to tylko przeciętna dzieucha z brakiem pomysłów na siebie i na wieczór ze mną.

7.0/10 (powinno być 6.0 ale jak Radiohead to zawsze +1 do oceny ogólnej)

Jedyny kiler: http://www.youtube.com/watch?v=cfOa1a8hYP8

 

Szadi

 

Jaką płytą był rok 2010 – Podsumowanie

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 grudnia, 2010 by headphonesporno

Intro w tym roku skromnie, bo zostawiłem je na koniec, a jest 2 w nocy i już sram literkami. 2010 był fantastycznym, muzycznym rokiem! Na pierdylaird albumów, jakie wyszły, usłyszałem zaledwie 120, jednak to wystarczy by ze spokojem powiedzieć – good job. W TOP 10 nie zmieścili się już Ceo – White Magic, Swans – My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky ani Trentemoller ze swoim Into the Great Wide Yonder, co nie znaczy jednak, że nie są oni warci uwagi. Tak czy siak, oto moje dziesięć ukochanych płyt, przy których moje uszy robiły się wilgotne:

10. Shearwater – The Golden Archipelago

Niezobaczenie Shearwater na OFF’ie było moim największym grzechem tego roku. Jonathan Meiburg – wokalista-ornitolog całą płytę  poświęcił wyspom, które w skutek ludzkiej brutalności wobec Ziemii… znikną. Gdzieś pod wodą zginą a wraz z nimi cała ich unikalna fauna i flora. O tym się pisze artykuły i przemówienia, ale płyty nagrywa?! Nieźle, nie? Mamy tu perfekcyjnie wymierzoną równowagę między cichymi, pięknymi balladami i agresywniejszymi momentami a w nich wszystkich swoim fenomenalnym głosem czaruje nas bardzo unikatowy wokal Jonathana. Dla jego głosu i tekstów warto było się uczyć angielskiego. 

9.Bonobo – Black Sands

Bonobo to bezwstydnik, kolejny raz pokazał, że ma jaja nie tylko duże, ale i płodne za trzech. Simon Green, jedna z moich ulubionych wizytówek wytwórni Ninja Tune nagrał, dosłownie, płytę perfekcyjną i chyba najlepszą w swojej karierze. Nie ma tu choćby milisekundy, przy której bym wąsem kręcił i marudził. Na „Black Sands” muzyk-perfekcjonista  swoją „już-fantastyczną” i melancholijnie piękną muzykę przyprawia tym raz swoimi interpretacjami tego co obecnie dzieje się na scenie elektronicznej (dubstepik w wersji soft -„Eyesdown” to chyba największy killa albumu). Warto poświęcić swoje 55mniut życia na ten album, zdecydowanie.

8. Gonjasufi – A Sufi and a Killer

„Większość piosenek było nagrane tutaj na pustyni, i czuć to diametralnie. Klimat,  pogodę, wszystko to się nagrało. Dlatego chciałem użyć analogowych mikrofonów i taśmy.  Sposób nagrania dźwięku jest tak samo ważny jak on sam. Na kasecie to się rezonuje, z czasem  zatapia się bardziej w głąb taśmy, dzięki czemu powietrze i środowisko również zostają uchwycone . Słuchasz Milesa Davisa, Charlie Parker, i możesz słyszeć dym papierosa. Gdy słyszę, Billie Holiday, czuję jak jestem w tym pokoju – czuję dym papierosa, nawet niewolnictwo…” Gonjasufi wpieprzył chyba z 8 betoniarek ćpania, teraz jest po odwyku, uczy yogi, rapuje, medytuje, wyznaje sufizm i mieszka na pustyni gdzieś pod Las Vegas… Nagrał tam schizofreniczno-paranoiczną triphopową płytę, która jest enigmatyczna, mistyczna i kipi psychodelią. I wiecie co? Podoba mi się ten stan.

7. Flying Lotus – Cosmogramma

Weźmy 7 didżei, 4 klasycznych kompozytorów, Halinę Kunicką, jednego pingpongistę i ze 4 Thomów Yorków. Niech każdy z nich nagra jakąś płytę, a wszystkie skrawki, które w trakcie mixu i masteringu uzna się za śmieci zgrajmy na coś i dajmy Stevenowi Ellisonowi aka Flying Lotus. On te „niby-niewtórne” odpady poskłada i zbuduję arcydzieło. Cosmogramma to  płyta brzydka, chaotyczna i niezdecydowana. To rzeźba ze śmieci a podobno z gówna rzeźby nie zrobisz. Flying lotus zrobił i dlatego wrzucam ją do TOP TENU – na Cosmogrammę nie można patrzeć (nie licząc paru minutowych wyjątków) jak na płytę, którą się z przyjemnością posłucha w aucie czy po ciężkim dniu w robocie. Ten album trzeba podziwiać przez pryzmat rzemiosła, dzieła ludzkiego, zrobienia czegoś z niczego. To krok w stronę niedościgniętego geniuszu The Avalanches, jednak tamci przy okazji niezłej roboty stworzyli też kawał solidnego, pociągającego dźwięku.

6. CocoRosie – Grey Oceans

Dwa Piotrusie Pany w wersji z cyckami od początku do końca trzymają nas na Grey Oceans w swojej krainie dziecięcych wspomnień, pełnych zabawek, przejażdżek na tylnym siedzeniu w aucie (bez skojarzeń pedryle, mówimy tu o dzieciach!), lemoniad, wyliczanek i baza z krzeseł i koców. Wszystko klawo, ale w tym świecie bawią się same, bez rodziców. I stąd wynikająca melancholia buduje na tej płycie niesamowity klimat, najsmaczniejszy dla wszystkich „smutolubów” mojego pokroju.  Nie ma tu odkrycia, CocoRosie kolejny rok bacznie podążają po wyznaczonej przez siebie ścieżce, wzbogacając ją tylko o większe instrumentarium nabyte w zabawkowym, dwa lokale dalej od muzycznego. Mimo wszystko Grey Oceans na długo nie schodziła z mojego odtwarzacza. Dobra płyta to taka, o której się myśli przez 8h w robocie w oczekiwaniu na jej dalsze przesłuchanie. Grey Oceans to bardzo dobra płyta. W rankingu na najbrzydszą okładkę 2010 zajmują jednak #1. To dobra nauczka, dla tych (czyli dla mnie również) którzy oceniają płytę po okładce.

5. Everything Everything – A Man Alive

Po pierwszej randce, stwierdziłem że to nie ma sensu i ją porzuciłem. Po jakimś czasie sobie o niej przypomniałem i błagałem by wróciła… i wróciła. Nie przeszkadza mi to, że łączy chyba wszystkie możliwe style i co chwilę je zmienia, że cały czas wyje swoim jękowatym głosem, który brzmi  jak ten pacan z Panic! At The Disco, tylko jest trochę wyższy. Nie przeszkadza mi również,  że jest gadatliwa i używa sprośnych i często niezrozumiałych tekstów. Nie przeszkadza mi nawet, to że inni nie dają jej absolutnie szans. Kocham ją, jej transcendencję, barwność i niezdecydowanie. Kocham ją jak nikt!

4. The Knife – Tomorrow in a Year

Nie ma się co rozpisywać, bo temat wyczerpałem dwa tygodnie temu. Lubię gdy płyta to podróż, wymagająca spostrzegawczości i wysiłku. Tutaj mamy eskapadę, która trwa paręnaście (paręset?) tysięcy lat.


3. Deftones – Diamond Eyes

Mocno przesterowanych, przestrojonych o 2 tony w dół, 8 strunowych gitar w moich słuchawkach nie usłyszy się za dużo. Tymczasem, daję słowo, „Diamond Eyes” jest chyba najdłużej egzystującą na moim odtwarzaczu płytą – ten czas należy liczyć  w miesiącach. Typowe już dla Deftonsów idealnie wyśrodkowane połączenie ciężkiego grania z pięknymi  i chwytliwymi melodiami zostało wzmocnione o potężny ładunek emocjonalny, wynikający z ciężkiego stanu zdrowotnego dotychczasowego basisty. Jest tu depresyjnie, mrocznie i ciężko. Jest tu cudownie, chyba najlepiej od czasów „White Pony”.

2. Beach House – Teen Dream

Druga po CocoRosie najbrzydsza okładka roku i jeszcze wokalista okazuje się wokalistką. Co więcej o płycie dowiedziałem się przypadkowo na Onecie. Nie dajcie się jednak zwieść tym trzem antypokusom. Teen Dream to dream-popowe arcydzieło, łączące w sobie instrumentalny minimalizm z barokową dawką emocji. Tego nie da się nie pokochać. To czyste piękno, które śmiało bym przypisał Europie Północnej, nie Ameryce. Beach House pokazali, że by osiągnąć sukces nie trzeba otwierać portfela, a serce. Tylko tak szeroko.  Ładnie to ujął Arturek: ” Tak pięknie nie gra dzisiaj nikt”  Nikt. Prawie nikt…

1. Karkwa – Les Chemins De Verre

Ile to razy już zadawałem sobie pytanie: czy ja wraz z wiekiem staję się coraz bardziej odporny na piękno, czy dziś już po prostu nikt nie gra tak jak kiedyś na „Parachutes” czy „Takk” ? Ile razy się nie słyszy, że kapele inspirują się Radiohead, Coldplay i Sigur Ros? Ile razy już się człowiekowi nie chciało o tej gadaniny rzygać, bo obiecanki kończyły się ostatecznie na pustych słowach? Ileż jeszcze Szadi będziesz wracał do tych zasranych albumów? Dużo, bo  do tych albumów wracać warto. Dziś już nikt nie gra w ten sposób. Wiecie ile razy przesłuchałem pod rząd „Les Chemins De Verre”, gdy pierwszy raz je usłyszałem? … fchuj.

Podobno weszli do studia, z piosenkami, które istniały tylko w ich głowach. Nigdy nie grali ich nikomu, nawet sobie na próbach. Po 21 dniach wyszli z gotowym albumem i… i kurwa nagrali genialne arcydzieło, które powala na kolana wszystko, co w tym roku usłyszeć można było. Ale tu przecież nic nie ma! Nie są odkrywczy, nie wnoszą nic nowego, nie robią rewolucji, oni tylko grają, spokojnie, folkowo-rockowo. Takich kapel jest pierdyliard. Może to ten francuski, może to te pianina, nie wiem. Wiem jedno. Karkwa to zespół, który nagrał najśliczniejszą płytę, jaką w tym roku słyszałem! Oni naprawdę mają w sobie coś z „Takk” czy „Parachutes”! Warto było czekać. To nie ja się starzeję, tylko świat grać nie umie. Karkwa lekcji wrażliwości udzieli. Posłuchajcie.

Szadi

3 razy TAK! cz.2

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 25 grudnia, 2010 by headphonesporno

Everything Everything – Man Alive

Wszystko wszystko! Dosłownie wszystko, co słyszę na tej płycie, jest fantastyczne! Zawsze wolałem gitary akustyczne od elektrycznych, pianina od syntezatorów, smooth jazz od popu, a tymczasem płyta, która na 1000% zagości na TOP10 roku bożego 2010 jest pure popem, przy który wszystkie wszystkie stawy mojego ciała zginają się jak szalone! Ahhh!

 

Nie sztuką jest stawać na głowie w czasie 30minutowej  gry wstępnej, by potem dać dupy w tym drugim znaczeniu. Nie sztuką również jest wydać przeklawą EPkę, która narobiła smaku wszystkim a potem zmaścić całą sprawę niemorowym LP. Czwóreczka z Manchesteru namachała nam kiełbasą przed nosem a następnie, uroczyście nam ją wręczyła z pysznymi dodatkami. I to jest to! Cały świat ślinił się słuchając EPki „Schoolin” produkując jak fabryka kisiel w bieliźnie w oczekiwaniu na longplay. Stawka była wysoka, presja jeszcze większa a EvyEvy odwalili robotę na medal. Jak mówią w wywiadach i jak sugeruje nazwa, inspirowali się wszystkim od Steva Reicha, Craiga Davida,  przez Queen czy Radiohead (bo jakże), blablabla. Ta płyta to barwne szaleństwo, gatunkowa transcendencja z Mr. Bungle w tle.  I w łóżku i w muzyce cenię sobie nieoczekiwane zwroty akcji – Man Alive to orgia barw,  gdzie bardzo się postarano  by każda utwór, każda minuta była inna od poprzedniej, zachowując przy tym jednak rdzeń – czystą popową przyjemność. I gitary i wokale (mega wysoki wokal w stylu „zostawił-jaja-w-szatni” Jonathana Higgsa zasługuje generalnie na oddzielny akapit, ale nie nie nie – sami to sobie sprawdźcie, tak samo jak zasługujące na jeszcze inny akapit genialne, często bezpruderyjne teksty – „Who’s gonna sit on your face when I’m gone”) i wszystkie syntetyczne dźwięki – wszystko tu jest tak pokombinowane, co chwilę obraca się o 180 stopni i świruje pawiana, ale to wszystko ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk.

Przyniosłem Man Alive do pracy i sprzedaż nam zmalała, bo rozmawiając z klientem tańczę sobie nieśmiało i gram na niewidzialnej gitarze zamiast snowboardy opylać. Robienie z siebie idioty jednak mi nie przeszkadza – EvyEvy porywają mnie, jak mało która taneczna płyta. Man Alive to muzyczny kameleon – klimaty się zmieniają co chwilę, ale idealnie dopasowuje się do wszystkiego i wszystkich. Miód dla uszu! Wszystko wszystko co tu słyszę jest fantastyczne! Pop nie umarł, tylko dojrzał!  (8.3/10)

<3<3<3

Szadi

3 razy TAK! cz. 1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 15 grudnia, 2010 by headphonesporno

The Knife – Tomorrow in a Year

WordPress.com – loguj – Mój Blog – Nowy Wpis – The Knife – cisza… Jak ja mam zacząć, tak by w pełni oddać, przekazać, namalować 41 literkami wszystkie emocje, odczucia, zmieszania i zaskoczenia jakie doznawałem słuchając tej płyty. Blog ten ma 2,5 roku i właśnie przyszło mi zmierzyć się z  napisaniem tu najtrudniejszej recenzji do tej pory. Płyta Tomorrow in a Year wyszła w marcu, dopiero teraz jestem w stanie jakkolwiek, cokolwiek o niej powiedzieć. I moje nieróbstwo, lenistwo czy writer’s blocki nie mają tu nic do rzeczy. Ta płyta to potężna twierdza, którą obchodziłem wiele razy z wielu stron i długo nie mogąc pojąć jej budowy. Specjalnie dla tej płyty, kładłem się wcześniej do łóżka, by w kompletnej ciszy i skupieniu spróbować zrozumieć to co się na niej dzieje przez bite półtorej godziny. Teorytycznie mogłem to popieprzyć, skoro nie podeszła za pierwszym razem, nie podejdzie pewnie i za ósmym. Mimo to, gdzieś podświadomie czułem, że ta płyta zawiera w sobie ogromny potencjał, który trzeba odszukać.  Znalazłem go – jest potężny.

Ideą płyty szwedzki duet kupił mnie na dzień dobry, chociaż szczerze ich nie lubiłem (i dalej nie lubię wszystkiego spod znaku The Knife od lutego 2010 wstecz z Heartbeats na czele). Bo co wyjdzie jeśli zachcemy nagrać płytę, która dźwiękowo przedstawi powstanie życia na Ziemi, zaczynając już od jednokomórkowych organizmów wychodzących z wody na ląd? Co wyjdzie jeśli do tego będziemy przy tym głęboko zainspirowani książką „O powstaniu gatunków” Darwina? Co więcej, co wyjdzie jeśli ma to być w formie electro-opery, o której aspektach technicznych przed rozpoczęciem rejestracji nie mamy dosłownie zielonego pojęcia? The Knife podjęli się tego ryzyka i na chwilę po wielu starciach z albumem mój werdykt brzmi – szwedzki duet nagrał swoje Kid A.

Wyobraźcie sobie, że powstały mega czułe i mega małe mikrofony, które pozwalają zarejestrować dźwięki wydawane przez mikroorganizmy. Tymi właśnie dźwiękami mniej więcej zaczyna się Tomorrow in a Year. Totalna cisza z czasem coraz bardziej się rozwija, początkowo tylko poprzez większą ilość nieregularnych plumknięć, zgrzytów aż z czasem pojawiają się bardziej industrialne, ciągnące się w nieskończoność szumy, brudy i wszystko co atonalne, niemelodyczne i niebrzmiące. Po 7 minutach na powierzchnie całego tego wzburzonego paska oscyloskopu wypływa wokal – mezzosopran Kristiny Wahlin (to się mija z celem, ale chcąc interpretować płytę pod kątem biblijnym to jest to moment pojawienia się światła), który w jakiś sposób poprowadzi nas do końca tego szaleństwa. Nagle całość  zagłusza brutalny, syntetyczny bass. I tak przez dłuższy okres czas – The Knife wystawiają słuchacza tu na wielką próbę – cierpliwości jak i odwagi. Wiele razy krążek zalewa nas dźwiękami, naprawdę ciężkimi do zniesienia lub których dosłownie można się przestraszyć. Wiele razy przyjdzie nam usłyszeć coś, do czego ostatnie czego się spodziewamy to wokal (Variations of birds). Co ciekawe nie wszystko tu jest z pochodzenia syntetyczne. Olof Dreijer dużo podróżował (np. do Amazonii) i rejestrował wiele dźwięków w czasie tejże podróży. Owoce jego pracy są bardzo sprytnie przemycone na płycie (dopiero za którymś przesłuchaniem wspomnianego już Variations od birds dopatrzyłem się tam ptaków/papug i pojmując zarazem tytuł utworu). Przystanek w całej wyprawie od początku do końca płyty niosą ścieżki z zarejestrowanym deszczem, szumem, zwierzętami – są to momenty niosące naprawdę upragniony odpoczynek . To moment, w którym choć zmęczeni ( bo ta płyta naprawdę męczy) stoimy przed wyborem: koniec czy lecimy dalej? Wiele razy rezygnowałem – za płytę zabierałem się jakieś 10 razy zanim rzeczywiście ją przesłuchałem od początku do końca.

Rdzenne brzmienie the Knife zakopało się na tej płycie bardzo głęboko i potrzeba nie lada cierpliwości (dla fanów duetu zwłaszcza) by tą nagrodę odkopać.  Jak już pisałem,  sam się zagłębiałem w całości parę dobrych razy i TO The Knife usłyszałem dopiero pod koniec. Bo taka prawda: podchodząc do Tomorrow in a Year zapomnijcie o „najfach” jakie znaliście do tej pory. Pierwszy jakikolwiek rytm (z serii co autor miał na myśli?: pojawia się rytm – pojawia się człowiek?) zaszczyca nas bardzo późno, podobnie jak wokal-wizytówka tej bardziej cycatej połówki duetu – Karin, jednak warto, naprawdę warto powalczyć. To tęcza po burzy.

Bardzo, bardzo, bardzo cenię sobie albumy koncepcyjne, które wystawiają nas na próbę, każą nam czekać na niespodzianki z ich strony i stanowią swoistego rodzaju wyprawę z punktu A do punktu B, bez skrótów czy pojedynczych przygód. Albo lecimy od początku do końca, albo figa z makiem. Dodajmy do tego całą fenomenalną ideę z Darwinem w tle, szwedzki wrodzony w nutki chłód i tajemniczość. Ta płyta to dźwiękowa Mona Liza, której każda z kolei próba rozgryzienia niesie ze sobą kolejne odpowiedzi wraz z kolejną serią pytań. Ta płyta to elektroniczny geniusz i  syntetyczne śmieci zarazem. To zapowiedź czegoś nowego w świecie muzyki i najodważniejszy z możliwych kroków, bo ku nieznanemu A ja się tylko zastanawiam:  co teraz The Knife? / Co teraz muzyko? (9.1/10)

 

linka brak, załatwiać płytę, do łóżka ze słuchawkami i walczyć – warto.

 

Szadi

3 razy NIE!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , on 5 grudnia, 2010 by headphonesporno

Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy

Próbowałem na wszystkie sposoby. I po cichu, i w mieście i w aucie. Nawet w pracy jako muzyka tła się nie sprawdziła. I nie pomoże tu ani Pitchfork, ani Chaciński ani sam Bon Iver (i Ty Brutusie!?). Podobno psy nie trawią ziemniaków. Moje uszy nie trawią My Beautiful Dark Twisted Fantasy. (3.2/10)

 

 

Klaxons – Surfing the Void

Klaxons RIP [*] piszcie miasta. (2.8/10)

 

 

 

 

 

NIN – Pretty Hate Machine (remastered)

Celem postu było głownie pojechanie po Kanim i Klaksonach. Trzeciej tak niepodobającej się płyty ostatnio nie słyszałem, ale że pierw powstał tytuł notki a dopiero potem rozpocząłem przemyślenia o czym napiszę, muszę tu coś doczepić. Cóż, jak lubię Nine Inch Nails tak jego pierwsza płyta nie ważne czy ma 21 lat czy miesiąc wciąż mi się nie podoba i tyle. (3/10)

 

 

Szadi

o Antku jeszcze raz

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 26 listopada, 2010 by headphonesporno

…ale i tak najładniejszą rzeczą jaką ostatnio w wykonaniu Antony’ego usłyszałem, to prężnie zarejestrowany koncert z Metropole Orchestra (czyli tą najlepszą, największą, najprężniejszą, z którą grał i Patton i Fitzegerald i Garfunkel i tak w nieskończoność) w Amsterdamie, w zeszłym roku. Fenomenalny, śliczny i jakże poruszający występ, który podwaja wrażenia bo można go również oglądnąć. Hegharty niezdarnie telepiący się (widać, jak strasznie „nagi”czuje się bez fortepianu przed sobą) przed orkiestrą, kapitalnie coverujący Beyonce. A ta „boska” aura świetlna, która go otacza  – ciekawe czy rzeczywiście na żywo również miało to tak anielski wydźwięk. Klikać, oglądać. CAŁE!

Szadi

Kryzys wieku średniego dopadł radiogłowych

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 29 września, 2010 by headphonesporno

Drogi panie  Selwey,

Dawno temu, gdy odkrywałem Radiohead, zastanawiałem się co też ten przesympatyczny, łysy i poważny perkusista w garniturze sobie myśli, widząc przed sobą idiotycznie tańczącego Thoma Yorka, który co chwilę stroi autystyczne miny i wrzeszczy dziwne rzeczy do ludzi. Parę lat później, przy bonusowym materiale z In Rainbows, znalazłem powyższe zdjęcie – zaciekawiło mnie to. Dziś już wiem, co sobie Pan myślał – „dobra, jeszcze tylko 5 piosenek, 6 koncertów i znów będę mógł wrócić do mojej ukochanej gitarki (tu jakieś obrzydliwie słodkie imię dla niej – np. Jennifer), piżamki w misie i ukochanego fotelu.

Nie wierzę w bajki o syndromie perkusisty, który zawsze jest tylko tłem, maszyną wybijającą rytm da reszty kapeli. Jak ktoś jest pojętny (a muzykę Pana kapeli doceniają raczej pojętni ludzie), to docenia równomiernie wkład każdego członka zespołu w jego muzykę. Niemniej jednak rozumiem, że nieustannie stojąc w cieniu takich kolosów jak Yorke czy Greenwood i Panu zachciało się mieć swoje 5min solo na scenie muzycznej. Również nie dziwię się ani Panu, ani żadnemu innemu perkusiście, ani jakiemukolwiek muzykowi, że macie czasem ochotę odłożyć swoje perkusyjne pały i pograć sobie  na czymś innym, mrucząc przy tym ewentualnie. Również nie dziwi mnie fakt, że po takich bangerach jak np. „Myxomatosis” ma się ochotę na wyciszenie. Niestety słuchając Pana nowej płyty dochodzę do wniosków, że nie wszystko co przyjdzie do głowy w czasie takiej sesji powinno trafić na taśmę.

Cały świat dobrze wie, że synonimem Radiohead jest fabryka dzieł sztuki. 17 lat już pokazujecie, że macie jaja jak planety i ani razu nie zarejestrowałem nawet malutkiego rumieńca, potknięcia, czegokolwiek (może poza „Creep” – żadna piosenka nie ma tak idealnie dobranego tytułu). Niestety – nieunikniony był moment w którym któryś z was w końcu gafę strzeli. Padło na Pana, szkoda, obstawiałem Eda. Najgorsza muzyka, to taka, która nie wywołuje żadnych uczuć. Tak właśnie działa (czyli absolutnie nie działa) na mnie „Familial”.  Świat, ze mną na czele, ma już dość tandetnych podróbek klimatów Nicka Cave. Próbowałem, szczerze starałem się polubić te 10 kawałków. Niestety, choćbym na głowie stawał, cały czas zlewało mi się to w szarą całość, przechodzącą na drugi plan. Zamiast muzyka do ucha, właził mi palec do nosa. Oboje dobrze wiemy, że dla większości ludzi autorem „Familial” nie jest Phil Selwey lecz perkusista Radiohead – nawet taka reklama nie pomogła. Nic nie pomoże.  Z przykrością stwierdzam, że kryzys wieku średniego żyje i ma się dobrze.

Proszę więcej tego nie robić. Naprawdę. I mean it.

No niech Pan sam posłucha, no… (5.3/10)

Szadi

Pozycja klasyczna

Posted in O koncertach, O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , on 19 września, 2010 by headphonesporno

W Krakowie wczoraj skończył się Sacrum Profanum a wszyscy dobrze wiemy że Sacrum Profanum to nie tylko pierwszy i ostatni koncert (mum i jonsi) ale również, a w zasadzie przede wszystkim muzyka klasyczna, której koncerty odbywają się przez cały tydzień. No więc udałem się w czwartek, totalnie z głupa, nie sprawdzając nawet cotoktoto, na koncert Ensemble Recherche, który wykonał utwory z repertuaru Hans’a Abrahamsen’a. I jak? Bomba! Wyszedłem po 15minutach, jak połowa sali z resztą. Bądźmy poważni: wchodzi dwóch niemęsko ubranych mężczyzn na scenę, jeden siada za klawiaturą fortepianu, drugi wchodzi do swojej bazy, pełnej gongów, dzwoneczków, grzechotek, tamburyn, skromny ukłonik po czym  zaczęli tworzyć dźwięki (bo muzyką bym tego nie nazwał) totalnie pozbawione jakiegokolwiek rytmu, tonacji, melodii, czegokolwiek co by wywoływało u mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. I mieli to rozpisane na nuty! Jak?! Niemal że na oślep walili raz mocno, raz lżej w te swoje instrumenty; miałem odczucie że równie dobrze ja mógłbym zagrać taki koncert z kimkolwiek, nawet na trzeźwo. Totalne zbezczeszczenie pięknego instrumentu jakim jest fortepian. Wyszedłem po pierwszym utworze (który akurat był polskiego autorstwa…) i pomyślałem: Boże, czy do takiej muzyki trzeba dojrzeć? Jeśli porównać muzykę do pornosów, to je tego dnia oglądałem film ze zwierzętami i przedmiotami martwymi. Pokażę wam więc te cuda w wersji soft, do strawienia przez absolutnie każdego:

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się  ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)

Clint Mansell – The Fountain OST

Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)

Arvo Pärt – Fratres

Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.

A piątkowy Jónsi? Cóż mogę rzec – spodziewałem się mniej, dostałem więcej. Było magicznie i niepowtarzalnie  i chyba widziałem najlepsze wizualizacje do koncertu ever. mimo to zeszłotygodniowego múm nie przebili. Wykonanie piosenki „The Land Between Solar Systems” na długo zapamiętam. Na bardzo długo… (8.8/10)

Szadi

Rozmanżanie się misiów gryzli

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Na 3 godziny przez zobaczeniem otwierającego znakomite Sacrum Profanum koncertu múm & friends (ależ ja ostatnio festiwali zaliczam, co?) zachciało mi się szybko coś naskrobać. W końcu parę literek o czymś, co nie jest festiwalem.

The Morning Benders- Big Echo

Grizzly Bear, Grizzly Bear , Grizzly Bear. W każdej nawet najmniejszej recenzji tyczącej się tej płyty, nawet takiej pisanej między horoskopami a ogłoszeniami 0700 w piątkowym dodatku do Dziennika Polskiego musi, choćbym nie wiem co, znaleźć się słowo Grizzyly Bear. Nie ma wuja we wsi, musi i tyle. Dlaczego? A no dlatego, że NIEPRAWDĄ jest stwierdzenie, że Morning Benders brzmią jak Grizzy Bear. Bo Mornings Benders są Grizzly Bear’ami. Wszystko za sprawą Chrisa Taylor’a (ale nie tego od Dungeon Siege :P), czyli świetnego basisty Grizzly Bear oraz jednocześnie ich producenta, którego wkład przy Big Echoes był  no, nie mały. W oficjalnych wywiadach i artykułach zapewne przeczytamy, że Taylor po prostu wyprodukował tą płytę, my jednak dobrze wiemy, że niejedną flaszkę Bendersi z Grizzly Bear wypili na tourach (bo supportowali się nie raz) i przy któreś z kolei padło hasło „let’s do it together guys”.

Tak czy siak mamy tu płytę bardzo intensywnie pachnącą Grizzly Bearami, poczynając od samego brzmienia gitar („Promises”) do pianinek („sam początek płyty na przykład), harmonii (najładniejsze z całej płyty „Sleepin In”) a nawet samych strun głosowych wokalisty- Chrisa Chu. Big Echoes to płyta, która z całego serca dąży do totalnej nieprzewidywalności. Co chwile zmieniające się tempa, brzmienia, nastroje, wszystko to co zaskakiwało nas i odwracało kota ogonem na Veckatimest zaskakuje i odwraca kota ogonem na Big Echoes. Jak narazie możecie mieć wrażenie, że ja tej płyty nie lubię. A jest wręcz przeciwnie! Morning Benders bardzo, ale to bardzo mi się podobają. Nie oskarżam ich o podrabianie stylu, bo trudno nie brzmieć jak Grizzly Bear (jedenaście) gdy pracuje z Tobą ich muzyk i producent. W całej tej notce napisałem słowo Grizzy Bear łącznie 11 razy i ani mi ani pewnie wam to nie przeszkadza. Tyle samo a nawet więcej jest Grizzly Bear w nowej płycie The Morning Benders i zamiast przeszkadzać, zaczarowuje mnie to niemal tak samo jak Veckatimest. (7.7/10)

Ahh! Pora na múm!

Szadi

Nocne spotkanie i klon Bonobo

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 11 sierpnia, 2010 by headphonesporno

UNKLE- Where Did the Night Fall

Budząc się w środku nocy namiętnie lubię, przezwyciężając pierw wszelkie czynniki zmuszające mnie do pójścia dalej spać, włączyć sobie radio, coby mi cicho grał do uszka. Prawda jest taka, że szeroko pojęte polskie media radiowe za dnia nie serwują czegoś co mnie satysfakcjonowało. Inaczej to wygląda (a w zasadzie brzmi) w porach nocnych, kiedy np. w Trójce można usłyszeć naprawdę tłuste kawałki. (Oczywiście, my Krakusy poradziliśmy sobie z tym problemem i mamy boską, studencką Radiofonię, która kiedyś wprowadzi małe zawieruszenie w polskich mediach, szerząc się na cały kraj <3)  Tak czy siak, pewnej pięknej, deszczowej nocy wykonałem czynności opisane wyżej i usłyszałem… no właśnie, coś usłyszałem. Wiedziałem tylko, że głos znajomy i już po paru sekundach rozbudzony, czekałem do końca piosenki. „Prawda, że niesamowite? To proszę państwa był nowy UNKLE, zamykający utwór z Markiem Leneganem”. Wiedziałem! No i się wkręciłem. UNKLE nigdy nie znałem za dobrze, wiedziałem tylko, że co płytę stosują złotą zasadę Michała Wiśniewskiego „keine grenzen”, więc po Where Did the Night Fall można było się spodziewać absolutnie wszystkiego. Co dostaliśmy? Całkiem niezłą dawkę electro/triphop’owych czteryipółminutowców, tradycyjnie z multum gości. Cudów wielkch ni mo. Materiał jest dobry, jest tu wszystko od hałasów, do motywów orientalnych, smyczków, potężnych porywających perkusji do doniosłych chórów. Jednak mimo całej tej różnorodności, którą Lavelle i Clements starają się nam zaserwować, płyta zaczyna być monotonna i gdzieś, mniej-więcej w połowie, miałem już dość. Ocenę jednak, po znajomości dostają ode mnie pozytywną, właśnie przez nasze nocne zapoznanie, które okazało się być najlepszym kawałkiem na płycie. Dla niego warto posłuchaj tej płyty do końca. (7.2/10)

Berry Weight – Music for Imaginary Movies

To jest płyta debiutowa, lecz nie znaczy to, że już się nigdy nigdzie w świecie nie pojawili. Dawno temu Wax Tailor zarządził konkurs na remixy swoich kawałków no i zgadnijcie, kto wygrał? Yeap! Berry Weight to dwójka didżejów, którzy tworzą, jak sami to określają: „electro / organic / space / jazz”. Cóż, i to właśnie tworzą. Wykonane z największą precyzją na pół chilloutowe kawałki znakomicie podchodzą o każdej porze dnia i nocy do jakiejkolwiek czynności. Nazwałbym to tanią podróbką Bonoba, jednak znacząco odróżniającym czynnikiem obu wykonawców jest spore użycie mixera na Music for Imaginary Movies, który wnosi w 11 utworów naprawdę dużo czarów. Nie do końca wiem, co mogę jeszcze o tej płycie napisać. Nie są to jakieś cuda, nie jest to kiszka, taka o! uniwersalna muzyka, którą można puścić i na randce i jako melodyjkę w windzie. Bonobo cieszy się w Polsce niemałym uznaniem, więc myślę, że każdy kto go lubi polubi i formację Berry Weight. Naprawdę warto zato sprawdzić teledysk to piosenki „Equations” i poczekać to momentu kiedy Astrid Engberg będzie śpiewać „so maybe we could give all the numbers, colours instead…” śliczne! (6.9/10)

Szadi

Fantazja z dwoma dziewczynami i nie tylko

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 30 lipca, 2010 by headphonesporno

Co za ironia losu, że zachciało mi się pisać o muzyce, akurat gdy mam zapalenie ucha i słyszę dosłownie w mono. Po obejrzeniu wszystkich filmów świata, rozegraniu miliona bitew na Quake Live (btw, jak ktoś ma konto to zagadywać) przyszła pora na nakarmienie niedokarmianego ostatnio blogaska.

Local Natives- Gorilla Manor

Gdyby nie to, że zaległych płyt do opisania mam jak stąd do Gruzji, to bym napisał odzielną notkę o Local Natives, gdzie trzynastozgłoskowy napisałbym erotyk. Bo w rankingu na „za późno odkrytą płytę z 2009” to właśnie piątka z LA zgarnęłaby laury. W oczekiwaniu na mocno (powtarzam MOCNO!) przeginających pałę Fleet Foxes z wydaniem nowej płyty Local Natives są wspaniałym zamiennikiem. CTRL+Z. Oni nie są zamiennikiem. Z początku (w sensie, że po paru pierwszych piosenkach) można tak pomyśleć, ale tymi Jankesami nie można nie mieć dłuższej miłości, zwłaszcza jeśli w 2008 nasze uszy pieścili Fleet Foxes. Skojarzenie takie budzą przede wszystkim wspaniałe, potrójne harmonie męskie (nie chciałbym, żeby to zabrzmiało gejowsko, ale uwielbiam wspaniałe, potrójne  harmonie męskie),lecz z podobieństw to tyle. Bo FF to grali wszystko o 5 nad ranem przy wschodzącym słońcu, koło jeziora gdzieś w Tennesie. A Local Natives raczej robią imprezę na plaży w środku dnia. Daję dyszkę temu, który słuchając Gorilla Manor nie pokiwa głową, przytupnie nóżką, nie mówiąc już o tańcu na siedząco, jak to się skończyło ze mną. Podczas gdy Fleet Foxes często rezygnowali z perkusji u LN jest ona drugim (po gardzielach) najważniejszym instrumentem. Jest kurefff$ko naparzająca, co najmniej jakby ze 3 kolesi tam siedziało, jest porywająca sama w sobie, a na odzielny zachwyt zasługują… pałeczki! Dźwięk ich uderzania o siebie, lub o krawędź bębna występuje tu często i znacząco wpływa na klimat piosenek. Do tego wszystkiego dochodzą gitary, czasem smyczki, czasem pianina a to wszystko daje kawał, naprawdę świetnej, solidnej roboty, gdzie muzyka jest porywająca, genialna w swojej prostocie (niemalże w każdym utworze mamy do czynienia ze standardowym intro-verse-chorus-itakwkółko) i wchodząca do głowy jak wódzia na czczo. Zakochany po uszy dzielę się z wami, tym co najlepsze. (Największym ignorantom rozkazuje poczekać, lub w najgorszym przypadku przewinąć do 2:50 i zobaczyć co tam się #$%@& będzie zaraz działo!) (8.5/10)

Stornway- Beachcomber’s Windowsill

Wchodzę na rower, odpalam nowość. Zaczyna się jak ciepły, kościelny śpiew słodziutkiego ministrancika, ulubieńca księdza. Po chwili grzeczna gitara i prosta perkusja zrobiły z tego wszystkiego coś, co sprawiło, że dawno mi się tak cudownie na rowerze nie jechało. Stornway to czysty jak łza pop-folk, w którym wraca się do korzeni, do spania w sianie, do wiejskiej sielanki Tomka Sawyera, do podróży Włóczykija,  Huckleberry Finn’a a momentami nawet do szantowych przyśpiewek gdzie gra się na tarce i dmucha w butelkę z potrójnym X na boku. Do tego Brian Briggs i jego nie-mógł-być-lepszy-dla-tego-zepsołu wokal i silnie odbijająca się w tekstach i filmach na necie pasja do natury! Beachcomber’s Windowsill zachwyca prostotą, ciepłem, skromnością, umiejętnością malowania pejzaży, epickim storytellingiem i tym, że się ich nuci co chwile, już po pierwszym przesłuchaniu. Sami popatrzcie, jakie kochane mordki :) (7.7/10)

Coco Rosie- Grey Oceans

Inaczej trochę chciałem to rozegrać. Miałem w planach napisanie notki pt. „Od dupy strony” gdzie ostatnie płyty niedebiutujących już artystów, a które (płyty) byłby dla mnie dziewiczym kontaktem z nimi. I w tej właśnie notce, chciałem się rozpisać na temat Szarych Oceanów. Tak wiem, niezła siara, że jako Pierwszy Fan Muzyki Ogólnie Smutnej IV RP, Coco Rosie poznałem tak na serio w 2010 roku, lecz,  ja zawsze taki byłem w tyle za innymi (do dziś nie mam jeszcze zarostu jak piracice na okładce, a mam 22 lata : ( ) Tak czy siak, nie ma się co rozpisywać co i jak grają Coco Rosie bo każdy to wie. Przesłuchałem (w standardowej dla tego typu odkrycia kolejności 4,1,2,3 ) wszystkie płyty sióstr i ewidentnie więcej na Grey Oceans elektroniki co jest świetne. Bo zawsze jest ona dodana z gracją. Tą samą gracją, z którą siostry śpiewają operowo, grają na syntezatorze i bawią się zabawkami udającym dinozaury. Brakuje mi tylko tej gracji w okładce, która jest najbrzydszą jaką widziałem ostatnio.  Cała płyta, typowo dla CocoRosie, jest przeładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym z gatunku „te najgorsze i najbardziej dołujące”, czyli tak jak lubię najbardziej. Fantazja z dwoma dziewczynami niemalże spełniona. Linky link. (8.3/10)

Burial & Four Tet- Wolf Cub/ Moth
To, że Burial, po ukazaniu swojej tożsamości całemu światu, zacznie współpracować z jakimś rzeźnikiem, było pewne jak 624 x 245=152880. Nie zdziwiłem się więc szczególnie, kiedy usłyszałem o jego projekcie z Four Tet. Czarna koperta, wydanie tylko winylowe i to limitowane- idealnie dobrany mroczny klimat zarówno do twórców jak i zawartości, która choć w liczbie 2 zostawia w głowie wspomnienia intensywne co najmniej jak liczba np. 69. Syntetyczny mrok, będące wizytówką Buriala bity, strzępki powycinanych skądś wokali, parę sampli, tajemniczość, trans. Powinno się tu zadać pytanie czy to tylko, czy aż dwa utwory, które mimo czasu trwania (każdy prawie po 10minut), braku jakiś transcendentnych wykroczeń w strukturze kawałków, nie męczą, nie nudzą, a wręcz przeciwnie- hipnotyzują. To chyba najlepszy czasownik jaki można użyć do opisania tego, co robi z nami Wolf Cub / Moth przez te 19minut. Hipnotyzuje, zniewala i zabiera w inny, mistyczny, duchowy świat. Zwłaszcza ta lepsza połówka, czyli Moth. Wiedziałem, że czarna koperta będzie zawierać coś ciekawego. Nie wiedziałem, że będzie to tak niesamowite. Burial nie ucierpiał na odsłonięciu swojej tożsamości, dalej jest carem swego rzemiosła i dalej wykorzystując swój niepowtarzalny, surowy styl włada naszymi emocjami. O nim pisze mi się łatwo, gdyż jest mi o wiele bliższy, zwłaszcza w emocjonalnym tego słowa znaczeniu, jednak nie można zlekceważyć wkładu pracy Four Tet, który do czarnej koperty wlał tyle samo męskiego potu.  Wyraźnie słychać, a przynajmniej można się domyśleć, kto który dźwięk stworzył i prawdą jest też, że oboje odwalili kawał świetnej roboty. Jak wszystko do czego Burial rekę przyłożył, polecam Wolf Cub / Moth w nocy, najlepiej w półmroku, na słuchawkach. Samo Moth natomiast, w moim przypadku, na stałe wpisało się w set puszczany w czasie nocnych uniesień z tą jedyną… Sami zobaczcie. (7.7/10)


Szadi

Bawełniany Janek o poranku

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 24 czerwca, 2010 by headphonesporno

Cotton Jones- Paranoid Cocoon

-Ej byku a jaki masz sprzęt w ogóle?

– No taki mam, nie?

Dziś już takich empetrójek nie robią… Różowe Ipody wyparły z rynku proste słodziutkie odtwarzacze, których obsługa była prosta jak sranie. Nie ma już dziś emeptrójek, które równocześnie są USB, na baterię i nie wymagają programów, bo działają jak zwykły pendrive. Ja takiego niedobitka jeszcze mam i nigdy przenigdy go nie zmienię, tym bardziej, że nie znalazłem na Allegro ani jednego odtwarzacza, który by zaspokoił moje, definitywnie niewyrafinowane, wymagania. Mój Krijetivek<3 ma jeszcze jedną dużą zaletę: ma mała pojemność- nie mieści mi się na nim więcej niż 20 albumów. To oznacza, że co chwilę muszę wymieniać zawartość. Jeśli zatem jakiś album zamieszka na moim Damianie (;p) dłużej niż tydzień, to jest naprawdę dobry. Moje słuchawki gdyby mogły, to by rzygały już płytą Cotton Jones- Paranoid Coccon, ja mogę, ale tego nie robię.

Muzyka smutna trafia we mnie najlepiej. Nie żebym miał problemy ze sobą, ale jakoś tak wyszło wszystko co brzmi jakby było nagrane w deszczowe dni gdzieś między październikiem a marcem, najczęściej dostaje moje błogosławieństwo. Cotton Jones pewnie właśnie wtedy nagrywali swój pierwszy LP- ich muzyka to neo-folkowy melancholijny lament, który się puszcza gdzieś nad ranem w klubie złamanych serc, na czas gdy braman już pucuje ladę i układa krzesła. Cotton Jones to połączenie M.Ward’a, Devendry Banhart i wysmarkanych chusteczek. Tak powinna brzmieć tegoroczna Iowa Super Soccer. Co tu więcej mówić. Cotton Jones są naprawdę niesamowici, na płycie nie ma ani jednego słabszego kawałka… definitywnie do błogosławieństwa dorzucam jeszcze rękę córki i pół królestwa. Macie, idźcie słuchaj i buczeć w poduchy:  http://hypem.com/track/722584/Cotton+Jones+-+I+Am+The+Changer (7.8/10)

Szadi

Kochanie, a może po francusku?

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags on 1 czerwca, 2010 by headphonesporno

Trochę już słucham tej zasranej muzyki, i piszę też już chwilę o niej, zagłębiam się jak cholera, eksploruję, grzebię, kopię, wybrzydzam i marudzę, żeby tylko znaleźć coś nieznanego, nieodkrytego, ciekawego, godnego pokazania światu a prawda jest taka, że nieustannie poszukując samych rodzynków, nie mam pojęcia o cieście.  Nie mam i nigdy nie miałem większego pojęcia o wielu artystach i zespołach, które zna cały świat, które muzyce zrobiły wiele dobrego i do dziś mają swoje ołtarze. Nigdy nie przesłuchałem całej dyskografii Floydów, ani Beatlesów, ani Dylana, ani Waitsa ani wielu podobnego formatu. (za to przed napisaniem tego, przesłuchałem całą, powtarzam, CAŁĄ obrzydliwą dyskografię Nirvany i potem przez tydzień mama nie wiedziała co mi jest). Siara trochę, wiem, ale co zrobić. Nie zmienia to faktu, że czasem mam nagłe napady potrzeby zapoznania się z czymś ogólnie znanym i wielkim. I tak włączyłem ostatnio jeden z moich ulubionych albumów z muzyką filmową (OST „The Good Year” z 2006) , usłyszałem Charles’a Trenet’a i… łzę żalu uroniłem na osobą mą.

Charles Trenet ma mnie. Nie mam pojęcia o czym śpiewa, ale sposób w jaki to robi i jeszcze na tle trzasków nagrań z tamtych czasów (Charles pierwszą piosenkę napisał zanim mu włochy pod pachami urosły, czyli w 1923 roku) sprawia, że moje samopoczucie regeneruje się szybciej niż Volverine z X-Man’ów. Gdyby on jeszcze żył i występował, stałbym w pierwszym rzędzie i piszczał jak baba. On napisał ok 1000 piosenek! Słownie: tysiąc! Kto dziś tyle produkuje?!  Co ja wam będę więcej rozpisywał, Charles wielkim człowiekiem był, znać go jak inwokację trzeba, dlatego ściągajcie cokolwiek co jego, idźcie na rower i patrzcie jak Trenet czary robi! Aahhhh…. i ohhhhhh!

Szadi

Polish to!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , on 10 Maj, 2010 by headphonesporno

<Kopiuj wklej> wymówkę czemu miesiąc nikt (czyli ja) dupy nie ruszył i nie napisał czegokolwiek. Jedziemy:  trochę ostatnio ciekawej polskiej muzyki powychodziło więc o tym właśnie napiszę.Jutro urodziny Headphonesporno, pamiętajcie o życzeniach i fajnych, modnych, drogich i dużych prezentach.

Ania Dąbrowska- Ania Movie

Z Anią to ja sam nie wiem co zrobić. Może błędnie, ale miałbym wątpliwości czy wsadzać ją do szufladki: KOMERCJA. Bo niby każdy wie kto to, wykluła się w TVN, ale od samego początku nagrywa muzykę naprawdę, naprawdę dobrą. Jeśli już występowała, to też u dobrych artystów a’la Smolik. Co mnie zawsze irytowało jednak w jej muzyce, to denne teksty o tym jak to jakiś facet ją tym razem w wuja nie zrobił. Teraz Ania rzuciła całą to retro-smucenie nieszczęśliwych relacjach z płcią silną i wzięła się za covery piosenek filmowych. I Bomba!. Bo Ania dalej nosi retro sukienkę, ale nie ma już pod nią retro zarostu! Takiej właśnie Ani oczekiwałem- umytej, odświeżonej, odważnej i chętnej na eksperymenty (bo nawet DeepThroat zalicza, za co specjaliści z Headphonesporno przybijają piątkę!). Dobór utworów pozwolił pokazać się jej i jej muzykom z innej strony. Nie licząc dosłownie paru słabych pozycji, które nie wniosły nic nowego i mogłoby by ich na płycie nie być (np.”Sound of silence”, które już zostało wyeksploatowane  wystarczająca ilość razy) to cała płyta jest naprawdę ciekawa a przede wszystkim wspaniale nagrana i dopieszczona. Na największa pochwałę zasługuje chyba 8 minutowe „Silent Sigh„, które płynnie przechodzi potem do „Strawberry fields forever” Beatlesów. A to przechodzi z kolei w mały jam, z fletami i syntezatorami. Klawo i dziarsko!

Ah! Ludzie czepiają się wszędzie, że Dąbrowska to tylko to retro, że niewolnica stylu i że wystarczy już tego. Sranie w banie.  Gdyby zrobiła to gwałtownie, wyszło by to jak Chylińskiej. Ania obiecała, że zmieni coś w swojej twórczości, że zakończy pewien etap. Zrobiła to z powoli, z klasą i miejmy nadzieję że kierunek, który wybrała nie zmieni się, bo pierwszy krok ku nieznanemu postawiony został pomyślnie. (6.9/10)

Sublim- Summerends

Wszędzie można poczytać że to polski Coldplay, mutacja Mylsovitz. Chlopaki, dla odmiany, jak wszystkie pieprzone, polskie, kapele alternatywne inspirowały takie formacje jak: BonIver, AIR, SigurRos, Radiohead  blablabla, itp, itd, rotfl, lol2, śpi. Tymczasem w ręce wpadła płyta, która co najwyżej brzmi głównie jak Myslovitz na wolniejszych obrotach. Nie twierdzę, że to źle, bo Myslovitz na wolniejszych obrotach lubię. W miarę lubię. Dobra, lubiłem. Summerends było zapowiadane jako krótka opowieść o wieku dorastania oraz wszystkich emocjach, lękach i pragnieniach, jakie się z nim wiążą. I macie chłopaki farta, że przynajmniej w tej kwestii dotrzymaliście słowa! Bo ta płyta właśnie taka jest. Jest jak  wczesne liceum. Niby dorosły, ale kupsko wiesz o życiu. Niby już uprawiasz sex, ale do ” sir Dupcinger” jeszcze długa droga. Taki jest Sublim- mają chłopaki parę całkiem ciekawych pomysłów, lecz to wszystko jest we wczesnym stadium rozwoju i wymaga jeszcze dużo, naprawdę dużo pracy. A TO CO?! Wokalista i autor tekstów Wojciech Wiśniewski ma 30lat!? I dopiero teraz wydaje płytę o dojrzewaniu?! Kiblował tyle czy co? Summerends jest sztuczne. Sztucznie buduje się nastrój, usilnie wciska w każde miejsce melancholię, myslogitarki i inne nasiłezerżnięteodeuropejskichkapelmotywy. To wszystko jest nużące, przeźroczyste, niekonkretne i płytkie. Do tego teksty są na poziomie Piotrka Kupichy (a kawałek „Scalić nas” przypisałbym bez zastanowienia Feel’owi, gdybym nie wiedział kto to wykonuje). Martwi mnie też ich niepewność co do swojego muzycznego kształtu, o czym mówili będąc gośćmi w radiowej Trójce.  Nagrali płytę, tak o, podsumowali sobie tym jakiś tam okres swojego życia a teraz nie wiedzą co będzie dalej, co będą grać. To jest przerażające.

Mimo to nie skreślam w pełni Sublima. Bo Summerends ma swoje dobre momenty. A dokładnie dwa dobre momenty. „Here is your love” to ogromny przepyszny rodzynek w całym tym zakalcu, którego mogę słuchać w kółko (i ten bas trzeszczący w lewym kanale, no dosko!). Drugi, trochę mniejszy to zamykający utwór „Nie będzie więcej tak”. Śpiewanie po polsku to bardzo niebezpieczny zabieg- w naszym cudownym języku cieniutka jest granica między kiczem a czymś konkretnym, a właśnie coś konkretnego udało się uzyskać w tym utworze. Gdyby cała płyta była tak konkretna jak te dwa kawałki, mielibyście moje błogosławieństwo. A narazie nie macie. Życzę, żeby tylko narazie. (6.5/10)

Iowa Super Soccer- Stories Without Happy Ending

I Ty Brutusie! Myślałem, że takie zespoły jak IowaSuperSoccer, nie mogą spieprzyć sprawy przy wydawaniu nowych płyt. A okazuje się, że mogą. Bo płyta #1 kupiła mnie klimatem, znakomitym jego budowaniem i damsko męskim wokalem (co prawda na żywo tak dobrze to już się nie sprawdzało, ale mówimy o płycie nie o koncercie). Teraz Ajołka niestety wraz z ogromnymi zmianami w składzie uległa też mutacji muzycznie. Na pierwszy ogień pojadę ostro po Natalce, której słodkiego głosu jest na tej płycie tak dużo, że człowiek rzuca słodycze na tydzień. To wszystko momentami brzmi jak soundtrack z Pocahontas a nie jak najlepsza polska kapela 2008.  Pytam: gdzie się kurna podział drugi kierownik zespołu, Michał Skrzydło?! No ok, często się spotykałem z opinią, której sam jestem zwolennikiem,  że Michał śpiewać nie umie ( bo nie umie), co najbardziej dawało się we znaki na koncertach. Michasiowi chyba zryła się psycha i na „Stories Without Happy Ending” Michaś śpiewa mało i pod noskiem. Za to Natalia zbytnio chyba zachłysnęła się zacnym tytułem frontwomana grupy, bo jej głos zamiast mnie głaskać i lulać, to drapie, kopie i kuje. Za dużo wszędzie jej wysokiego głosu, którym jak na złość próbuje zrobić różne salta, fikołki i gwiazdy. I  akcent też jej się zepsuł. I za wysoko. I człowiek ma wrażenie, że wzięła parę lekcji jak źle śpiewać. I teksty dalej brzydkie mają. Ametamorfoza. Z pięknej robi się bestia. Tyle o Natalce. Diss na Ajołkę numer 2: muzyka. Na rzecz smutniejszych piosenek powoli wprowadzających nastrój, pełnych melancholii, przesiąkniętych jesienią ISS postawili na proste, czasem skocznie, płytkie i lekkie piosenki, które…mi się kurwa nie podobają. Mogę zrozumieć, że jest to uzasadnione zmianami w teamie, szyld jednak pozostaje dalej ten sam i niestety Ajołko tym razem zawiodłem się. Nie mówię, że wszystko takie jest, bo naturalnie czuć momentami na tej płycie stary dobry klimat z Lullabies to Keep Your Eyes Closed”‚ ale tego jest tyle co dialogów w pornuszkach. Mogę od niechcenia pochwalić utwór „Scary Book” utrzymany w klimatach tanga / RazDwaTrzy. Mimo to 1/12 to za mało na przybicie piątki. Thumbs down Ajołko. Przykro mi… ;( (5.1/10)

Szadi

Smutaśno

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , on 11 kwietnia, 2010 by headphonesporno

W sumie, to spodobało mi się pisanie na raz o paru płytach w jednym poście, więc dopóty mi się to nie znudzi, bądź nie zachce mi się wylewnie napisać o trochę ważniejszych płytach (a takich na spuście parę mam), będę się trzymał takich trójkątów/ czworokątów. Ziemie słowiańskie miały wczoraj słabszy dzień, więc postaram się dziś napisać o trochę smutniejszych, spokojniejszych płytach, żeby nie było. Dodałbym może jakąś wstążkę czarną w headphoneslogo, ale nie umię. Przy okazji, chciałbym pozdrowić harującego jak wół Tapczana.Mhm.

Arms & Sleepers- Black Paris ’86

Z chłopakami poznałem przez Onet(sic!), i przyznaję, że poleciałem na ich nazwę. Arms & Sleepers- wiedziałem, że to nie może brzmieć źle. No i nie brzmi. Najbardziej przypadła mi do gustu ich debiutancka płyta Black Paris 86, więc to o niej będę baźgrał. Chłopaki otwierają zapominaną już trochę szufladę z triphopem i wrzucają do niej coś do siebie. I kurczę, ich praca to kawał niezłej roboty a już mówię czemu. Muzyka A&S to spokojne, powolne pomieszanie raz instrumentalne, raz elektroniczne utwory. Co więcej, wokalu na tych utworach jest tyle co dobrych piosenek na nowym Gorillaz. W tym momencie powinna się zapalić czerwona lampka, czy aby czasem nie wygląda to tak: puszczamy w kółko fajnie zmontowany bit, robimy do tego elektro-sleepy mgiełkę, CTRL+C  CTRL+V razy 12 i do wytwórni. Taki grzech dwóch pierwszych płyt kapeli All India Radio. I tu pokłon trzykrotny, bo u Arms & Sleepers  tak nie jest. Chłopakom daleko do monotonii, materiał jest zróżnicowany ciekawy i naprawdę ładny. Jak na debiutancki album, to naprawdę kawał dobrej roboty. Linky link. (7.2/10)

Parachutes

Minęły już czasy, kiedy Sigur Ros był mało popularny, a przez to niesamowicie intymny. Ja jednak pozostaję przy dziadowaniu i szczerzę przyznaję, że piękno ich muzyki wciąż trafia prosto w moje serce, podobnie jak wszystko co stworzy ich lider Jonsi. I tak stanowczo podtrzymuję decyzję o uznaniu płyty Jonsi & Alex Riceboy sleeps, jako jednej z najpiękniejszych jakie usłyszałem w roku 2009. I o ile wszyscy wiedzą kim jest Jonsi, to zapewne nie wiele osób próbowało zgłębić postać Alex. Człowieczek ten zaprojektował większość okładek Sigurów, w tym Takk, i założył również swój własny zespół Parachutes , który nieraz ich supportował. I bóg k…a jeden wie, ile nieprzespanych nocy się trudziłem szukając w internecie jakiekolwiek płyty, chociażby EPki do ściągnięcia. Poddałem się jakiś czas temu. I jakaż była moja radość, kiedy odwiedziwszy ostatnio ich Myspace moim oczom ukazał się komunikat, że Parachutes kończą działalność i udostępniają za darmo CAŁĄ SWOJĄ DYSKOGRAFIĘ!

No i jest. Parachutes. Nieistniejący zespół partnera lidera Sigur Ros. Islandia. Nazwa zespołu pochodząca od białych owoców mleczy. Czego chcieć więcej. Czyste piękno. Wszystkie dźwięki nagrywane w kuchni, przez co jakość dźwięku słaba, ale właśnie w tym jest magia. Intymność, bliskość, słaba wyrazistość, nieszablonowość- tylko Islandia może sobie pozwolić na coś takiego. Wszystko to brzmi, jakby ktoś schował w pokoju Alexa dyktafon pod poduszką, który po powrocie do domu (z randki z Jonsim, hehehehe) nuci sobie pod wąsem różne miłosne melodie. Genialne. (8.2/10)

Iambic²

Pieprzony Gnojek! Ma 22 lata a wydał już 2 longplay’e, 2 EP’ki, zaliczył parę dobrych festiwali i pewnie ma jeszcze swoich groopies. Ale trzeba mu przyznać, że zasłużył, bo Guy Andrews, ukrywający się pod pseudonimem Iambic, ma  talent jak stąd do Gruzji. Iambic kupił mnie swoim remixem kawałka Husky Rescue. Cała muzyka jaką tworzy to spokojna ambient elektronika, zahaczająca czasami o jazz czy post-rock. I cóż więcej mogę dodać? Nie jest to jakiś cud, nowatorstwo czy odkrycie roku, lecz na pewno Iambic zasługuje na uznanie i zainteresowanie, choćby nawet przez swój wiek. Tworzy on dźwięki ładne, aczkolwiek lepiej funkcjonujące jako tło, niż ognisko naszego skupienia. Jeszcze jednym ważnym powodem, by się Andrews’em zainteresować jest to, że większość swojej muzyki udostępnia on za darmo, a to co mało znane i za darmo, często jest lepsze niż to co znane i za cash. Tutej ło wchodźcie! (7.3/10)

Jak teraz, ktoś przesłucha wszystkie trzy płyty, od początku do końca i nie zaśnie niech napisze. Nagroda niespodzianka!

Szadi

Pozimowe powodzie płytowe (Wiosenna ogarniawka part.2)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 4 kwietnia, 2010 by headphonesporno

Miike Snow- Miike Snow

Z komputerów korzystamy codziennie a założę się, że nikt nie wie kto je wymyślił. Na rowerach jeździmy wszyscy i też nikt nie wie kto je zbudował. Zwiedzamy piramidy, oglądamy mumie, katakumby i inne pierdoły, ale nikt nie wie kto je odnalazł.  Słuchamy np. „Toxic” Britney Spears i… mam nadzieję, że nie myślimy, że to jej piosenka. Bo „Toxic” to Britney tylko śpiewa.  I jeszcze miała, kurna, za tę piosenkę Grammy dostać. Jakby dostała, to wtedy nagrodę powinni odebrać  Christian Karlsson i Pontus Winnberg, bo to oni stworzyli ten hicior…i wiele innych  należących np. Madonny, Kelis czy innych Kylie Minouge). Dżentelmeni Ci, wraz z Andrew Wyatt założyli zacną kapelę pt. Miike Snow.

Płyta jest 100% popowa. Komercyjnie popowa. Nie jest to jednak komercja typu „Umbrella” Ruhan, tylko właśnie rzędu „Toxic” Britni. Bo przecież „Toxic”, jak i większość kawałków z tego okresu Britney są naprawdę dobre. Świetnie skomponowane, świetnie wyprodukowane i świetnie brzmiące. I taki jest Miike Snow: pozytywnie komercyjny, znakomicie zagrany i wyprodukowany , wybitnie zaśpiewany, no świetny!  Mniej lub bardziej taneczne kawałki, ze zdrową dawką dźwięków od komputera, idealne na tę porę roku. Ani to jakieś ambitne, ani ciężkie. Idealne do puszczenia w MTV po „Meet uncle of mother of my sister”. Idealne na dzwonek za SMSa z tyłu gazetki. Idealne na muzykę do reklamy nowej kolekcji H&M. Miike Snow balansują na granicy dobrej i złej komerchy, z przewagą na tę pierwszą, i oby tak było cały czas. Czek yt ałt! (7.7/10)

Deftones- Diamond Eyes

Zawsze gdy mam ochotę na „pierdolnięcie” odpalam albo Snot, albo Deftones’ów. Z czego tych drugich zdecydowanie częściej.  Cenię sobie ich za to, że podczas gdy ich muzyka jest takim wzburzonym morzem, to rozmarzony wokal Chino jakby nigdy nic płynie sobie po tej wodzie spokojnie.  Kolejna płyta Deftonesów jest dokładnie taka, jaka chciałem żeby była. Nie ma tu żadnych kryzysów wieku średniego, jest ostro, bywa spokojnie. No bardzo ładne piosenki są. Nie wiem, co więcej mogę powiedzieć. O płytach tego typu, ciężko mi pisać a o każdej piosence z osobna pisać nie będę, bo to taka forma recenzji jest bez sensu. To tak jakby pisać o książce i opisać każdy jej rozdział  z osobna. Sięgnąć na pewno po Diamond Eyes trzeba, każdy znajdzie coś dla siebie. Moim faworytem jest „You have seen the butcher”, którego nigdzie nie ma, tak jak całej płyty, bo premiera 5 maja. Ja już słuchałem bo mi Chino z kumplami wysłali próbkę, żebym powiedział co myślę. (8.7/10)

Pantha du Prince- Black Noise

Za delikatne przegięcie pyty uważam bezgraniczny zachwyt nad Black Noise i nominacje do płyty roku.  Ok, Pantha du Prince to na pewno projekt ciekawy. Dźwięki, które tworzy Henrik Weber, są naprawdę godne podziwu, i człowiek nie raz zastanawia się: jak!? Ładnie gdzieś na necie ktoś to ujął, że Henrik nasypał szklanych kulek do słoika zatrząsnął. Ludzie wsadzają to do szufladki z minimal’em podczas gdy na Black Nosie wszystko wygląda jak Екатерининский дворец w Petersburgu. Plumy, brzdęki, tiktaki, packi,świecidełka. Ładnie tu, ale nie na tyle, żeby cały rok zostawiać. Do tego samego słoika, można śmiało wsypać wszystkie utwory Pantha du Prince’a zatrząsnąć, wylosować pierwszy lepszy, i chyba nikt prócz samego Henrika Weber’a nie będzie wiedział jaki to kawałek i z której płyty. Bo dla mnie wszystko spod loga Pantha du Prince to takie mgiełki. Ani do tego tańczyć, ani się uczyć, ani pod wąsem zanucić. Siąść na stołku, posłuchać i powiedzieć: „Łał”. Nie mam czasu ani cierpliwości panie Weber. Sprafć to. (6.7/10)

Szadi

Wiosenna ogarniawka part.1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 22 marca, 2010 by headphonesporno

Znowuż się z Tapczanem rozleniwiliśmy. Znowuż przez miesiąc blog był niedokarmiony. Systematyczność pojawiania się notek zagubiła się gdzieś między feriowym nieróbstwem a niskim wskaźnikiem odwiedzin… Cóż, dopóty jeszcze paru z was to czyta, o muzyce pisać będziemy.

Rok 2010 rozpoczął się wyśmienicie, jeśli mowa o muzyce.  Dużo dobrych artystów coś w końcu wydało, znalazło się tez parę niedobitków z roku 2009. Jako, że trochę tego jest, przedstawię to w formie serialowej, regularnie update’owanej. „Dajesz Malina”:

Gorillaz- Plastic Beach

Jestem ogromnym przeciwnikiem występów gościnnych. Gdy tylko widzę, że jakiś kawałek obok tytuł ma  napisane „feat.” bierze mnie jak po śliwkach z mlekiem. No bo albo tworzymy samodzielnie, albo nie. Zrozumiem jeszcze, jak  na jeden kawałek wpadnie kumpel, bo przy wódce się dogadali. Ale, żeby na więcej niż połowie! Albarn pobawił się w kolekcjonera i wyszło mu to, delikatnie mówiąc, CHUJOWO.  Na 15 piosenek z pierwszego longplaya „Gorillaz” gościnnych występów było 4. Daje to ok 27%. Dopuszczalna norma, zwłaszcza, że te występy nie były strasznie odczuwalne. Na „Demon Days” już się robiło groźnie, bo około połowa piosenek, była nasączona mate’ami Damona. D/G-sidów nie liczę, no bo wiadomka. A na Plastikowej Plaży 11/16 ma gości! Prawie 70% płyty to inne wokale! Fajnie że Snoop, fajnie że Little Dragons czy Simonon, ale to nie Glastonbury tylko płyta własna! Tam więcej Alborna nie słychać, niż słychać. Kawałki rdzenne, samodzielne, są jak najbardziej OK, czuć stare dobre Gorillaz, ale za mało! Przy następnej  płycie Panie Albarn, proszę nagrać wszystko, bez żadnej wódki z kumplami po drodze,  podzielić wynik przez dwa i dopiero do wytwórni. Bo dla „Plastic Beach” thumbs down. Headphonesporno daje 2/5 bo chyba tylko dwie piosenki mi się spodobały. Szkoda. (6.0/10)

Husky Rescue- Ship of Light

Rajciu, ileż ja na tą płytę czekałem! Moja muzyczna fantazja, niespełnione marzenie, spóźniony prezent pod choinkę. Chyba większej niespodzianki mi zrobić nie mogli moi ulubieni Finowie, jak sprawić, że pierwszą płytą z rokiem 2010 w dacie urodzenia, jaką usłyszałem było „Ship of light”. O płycie nie ma się co rozpisywać, bo to wciąż stare dobre Husky Rescue, o którym pracę inżynierską już pisałem. Nic się specjlanie u nich nie zmieniło.  Znowu mamy dzwoneczki, plumknięcia, skandynawskie gitary i delikatny głos zasypiającej za mikrofonem Reety-Leeny Korhola, której każde wyśpiewane słowo wlewa się do naszych uszu jak rosół do talerzy w niedzielę przy Familiadzie. Kiitoksia oikein paljon Husky Rescue! :* <3 xD lol (7.4/10)

Sulphur Phuture- Sulphur Phuture

Okładka płyty to bardzo, ale to bardzo ważna rzecz. To jest jak ciało kobiety. Niunia może być pusta jak pudełko po butach, ale jak widać że jest „zdrowa”, to właśnie ją byśmy wybrali, mając… jakiś tam wybór:) I właśnie taka zdrowa, okładka mnie uwiodła. Gdzieś, kiedyś znalazłem przez przypadek recenzję Sulphur Phuture, nie przeczytałem jej bom leń, ale zapisałem sobie stronę w folderze „Sprawdź”, właśnie dzięki okładce. Ostatnio płytę znalazłem, przesłuchałem… i dostałem nauczkę. Bo po przesłuchaniu pierwszego kawałka stwierdziłem, że płyta jest *&^%$#, do tego !@#$%^  i @#$%&*. I wyłączyłem. Wróciłem do niej po paru tygodniach, przesłuchałem od tracku 2 i …doznałem. To jest polskie!? Sulphur Phuture to solowy projekt  niejakiego Praczasa z niejakich Masala, Village Kollektiv. Fuck me! Ja- pierwszy antydubstepowiec IV RP, zostałem uwiedzony przez obiekt mojej największej pogardy, w dodatku z polską metką! Sulphur Phuture to mieszaninka dub’u, breakbeat’u, d’n’b, dubstepu itp. Do tego jakieś wstawki jazzowe, flamenco, głosy polskiej telewizji, i wszystko tak kolorowe, tak bogate i tak dopieszczone- niemalże z bonobowską precyzją! I choć piosenka nr 1 dalej pozostaje w moich oczach chłamem totalnym, asertywnie stwierdzam: Polak z roku na rok potrafi coraz bardziej. Jadąc w gości za granicę, jako prezent wziąłbym ze sobą 2 płyty: Kapelę Ze Wsi Warszawa i Sulphur Phuture! (7.6/10)

Szadi

Yeasayer – Odd Blood

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 19 lutego, 2010 by headphonesporno

Nie ma nic lepszego niż chujowa płyta ulubionego zespołu. PYTOZA

Machina doszła do przełomowych konkluzji,  które brzmią: „Nie wszystkim na dobre wychodzi zmiana stylistyki, zwłaszcza na drugiej płycie, jednak Yeasayer zrobiło to naprawdę dobrze„. Czuję się coraz bardziej załamany widząc, że większości ludzi „Odd Blood” się  podoba…

A co do zmiany stylu, zastanawialiście się kiedyś co stało by się gdyby Avey Tarey i Noah Lennox pewnego pięknego słonecznego dnia doznali olśnienia i zaczęli grać country i układać piosenki o zabawie w Kansas City, albo o uprawianiu pszenicy i o tym, że ich kumpel ma nowy ciągnik? W sumie nie zdziwiłbym się, gdyby Yeasayer do swojej ostrej kosmicznej elektro napierdalanki zaśpiewali o dzidach laserowych, a Machina by na to: ” nie wszystkim na dobre wychodzi śpiewanie o dzidach laserowych, jednak Yeasayer wykonał to na medal„. Próżno szukałem „Odd Blood” coś co przypominało by starego dobrego Yeasayera, którego  lubiałem i pochłaniałem godzinami. Powodem może być moda i ekspansja muzyki elektronicznej, troche awangardowej ale przede wszystkim experymentalnej: Grizzly Bear, Animal Collective czy chodźby Atlas Sound… Różnica taka, że oni wypracowywali swoje charakterystyczne brzmienie latami i nie popadli w skrajność, która co najlepsze jest na „Odd blood” słyszalna i, co komiczne, wychwalana. Kawałek promujący album to  „Ambling Alp”- przecietna kupeczka która trwa 4 minuty. 4 minuty przeciętnego rytmu, który w kółko się powtarza. Tak, niech teraz ktoś powie ze tutaj chodzi o trans i pulsacje , o mistyczne wprowadzenie sluchacza w stan oscylacji i osłupienia umysłu, o jebnięcie z dzidy laserowej!  Odnośnie zawartosci tego kału, kawałek otwierający płytę zwie się „The Children”. Machina pewnie by powiedziała: „Nie wszystkim inspiracja Crystal Castles wychodzi na dobre, ale Yeasayer zrobił to na medal”. Następny hicior  to „Love Me Girl” zaczynający się trochę Avant- synth- popowo z takim elektro wokalem „uuuUUuuuu  yyyyuuu”. Reszta płyty to dla mnie zagadka, której nie potrafię rozgryźć… „Rome”, ” Strange Reunions”, „Mondegreen”  są dla mnie nie osiągalne jako słuchacza, gwałcą moje poczucie estetyki w ten sposób, że nawet na oscyloskopie w winampie  mi kutasy migają. Wracając do toposu i konkluzji początkowej, z ręką na sercu przyznajcie się czy znacie zespół, który w taki agresywny sposób zmienia podejście do muzyki.A może trzeba ich cenić za to, że faktycznie nie starali się zrobić tego samego i udowodnić, że odnajdują się wyśmienicie w każdych muzycznych ramach… Mhm, szkoda że NIE udowodnili, bo zgubiła ich brawura…  Pozostaje druga opcja, panowie z Yeasayer to rzeczywiście geniusze którzy sie nie kićkają i odrazu po debiucie wydają na świat płytę, która stylistycznie byłaby przez innych dopracowywana około 7 lat. Yeasayer = Demiurg ?  Najbardziej żałuję, że nie usłyszałem ludzi którzy potrafią grać na instrumentach czerpiąc z tego radość; ludzi potrafiący się dogadać i poskładać do kupy trudne a jednocześnie lekkie i przejściowe kompozycje z bogatym instrumentarium. Teraz takie coś graniczy z cudem, a cuda już  wymieniłem wyżej.

http://www.youtube.com/watch?v=t4LGv5L_460 Nie wchodźcie

Tapczan

%d blogerów lubi to: