Archive for the O koncertach Category

Pozycja klasyczna

Posted in O koncertach, O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , on 19 września, 2010 by headphonesporno

W Krakowie wczoraj skończył się Sacrum Profanum a wszyscy dobrze wiemy że Sacrum Profanum to nie tylko pierwszy i ostatni koncert (mum i jonsi) ale również, a w zasadzie przede wszystkim muzyka klasyczna, której koncerty odbywają się przez cały tydzień. No więc udałem się w czwartek, totalnie z głupa, nie sprawdzając nawet cotoktoto, na koncert Ensemble Recherche, który wykonał utwory z repertuaru Hans’a Abrahamsen’a. I jak? Bomba! Wyszedłem po 15minutach, jak połowa sali z resztą. Bądźmy poważni: wchodzi dwóch niemęsko ubranych mężczyzn na scenę, jeden siada za klawiaturą fortepianu, drugi wchodzi do swojej bazy, pełnej gongów, dzwoneczków, grzechotek, tamburyn, skromny ukłonik po czym  zaczęli tworzyć dźwięki (bo muzyką bym tego nie nazwał) totalnie pozbawione jakiegokolwiek rytmu, tonacji, melodii, czegokolwiek co by wywoływało u mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. I mieli to rozpisane na nuty! Jak?! Niemal że na oślep walili raz mocno, raz lżej w te swoje instrumenty; miałem odczucie że równie dobrze ja mógłbym zagrać taki koncert z kimkolwiek, nawet na trzeźwo. Totalne zbezczeszczenie pięknego instrumentu jakim jest fortepian. Wyszedłem po pierwszym utworze (który akurat był polskiego autorstwa…) i pomyślałem: Boże, czy do takiej muzyki trzeba dojrzeć? Jeśli porównać muzykę do pornosów, to je tego dnia oglądałem film ze zwierzętami i przedmiotami martwymi. Pokażę wam więc te cuda w wersji soft, do strawienia przez absolutnie każdego:

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się  ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)

Clint Mansell – The Fountain OST

Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)

Arvo Pärt – Fratres

Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.

A piątkowy Jónsi? Cóż mogę rzec – spodziewałem się mniej, dostałem więcej. Było magicznie i niepowtarzalnie  i chyba widziałem najlepsze wizualizacje do koncertu ever. mimo to zeszłotygodniowego múm nie przebili. Wykonanie piosenki „The Land Between Solar Systems” na długo zapamiętam. Na bardzo długo… (8.8/10)

Szadi

múm

Posted in O koncertach with tags , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Jest pierwsza w nocy a ja wciąż nie mogę dojść do siebie po tym co zobaczyłem, usłyszałem, doznałem. múm miało zagrać dobrze, miało być przedsmakiem do nadchodzącego koncertu Jonsiego, a było czymś, czego nigdy nie zapomnę. Jonsi mu nie podoła, już to wiem. Właśnie widziałem jeden z najpiękniejszych koncertów mojego życia, o ile nie najpiękniejszy… i to „pa a a pa a a ” szumiące w głowie… Dziękuję múm.

Nieseksowny latex i niesłowność autora tego bloga

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , on 8 września, 2010 by headphonesporno

Potwornie mi się nie chce rozpisywać o Tauron Festiwal Nowa Muzyka, na którym również ostatnio byłem, a nie chce mi się z paru powodów.  Po pierwsze: dopiero co piętro niżej napisałem książkę  o Coke Live Music Festival a pisanie o festiwalach / koncertach przychodzi mi niechętnie. Po drugie mam na spuście kupeczkę dobrych płyt do skomentowania a po trzecie jest to blogasek, a zasadą #1 na blogaskach jest brak jakichkolwiek zasad, więc dziś Tauronie krótko, ale  na temat a następnie przechodzimy do konkretów, których ostatnio sporo w moich uszach.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka

Szczerze chciałbym pisać teraz króciutko o Kołku, zamiast o Tałronie. Ten drugi miał o niebo lepszy line-up, klimat, wszystko, a ja- cieć, się tam wybrałem tylko na jeden dzień. Cóż…

Lokalizacja / klimat : Dosko! Lepiej być niem mogło! Centrum Katowic, tereny starej kopalni, industrialny klimat, do tego festiwal mały powierzchniowo, małe sceny (MainStage wielkościowo porównywalny do sceny na dniach Myślenic), brak milionów ludzi- to wszystko sprawiło, że festiwal miał niesamowity klimat, wręcz kameralną atmosferę, chodzenie po całości było czystą przyjemnością.

Artyści / line-up: Shame on me, gdyż byłem tylko na jednym, pierwszym dniu. Tak wiem, straciłem dużo, straciłem Gonjasufi’ego, pluje sobie w brodę, lecz cóż, naszym main objective tego festiwalu był Bonobo Live- urodzinowy prezent dla mojej niuni (K0Fa|\/| ĆeM K0tQ <3) i to dla niego tam przyjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że trochę jeszcze tego dnia zoabczyliśmy:

Jaga Jazzist– jak dla kogoś kto JJ kojarzy (bo zna to za mocne słowo) tylko z jednej, ostatniej płyty, czyli mnie, to tym co najbardziej zapadło mi w pamięć to fenomenalnie napompowany energią, zarówno tą witalną jak i tą pozytywną, pocieszny perkusista z olbrzymią brodą- Martin Horntveth, który wraz z 10 osobową ekipą naparzał swój jazz z całych sił. Byli potwornie żywiołowi, lecz ten ich szalony jazz jednak po dłuższym czasie okazał się dla mnie zbyt szalony. Sorry chłopaki, ale jeśli jazz, to tylko w wersji smooth. Poszedłem więc na…

Pantha du Prince– na którym usłyszałem najgorsze intro/rozgrzewkę przed konretnym graniem ever. Po około 15 minutowym kocikowiku i jazgocie Henrik Weber rozpoczął swoje techno-plumkanie, o którym już pisałem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, zwłaszcza, że tak jak to ostatnio ciekawie poruszył Bartek Chaciński, występ budził pewne podejrzenia, ile z przedstawionego materiału polegało na wciskaniu PLAY / STOP a ile na rzeczywistym graniu. Cóż. Pantha również długo mnie w miejscu nie zatrzymała, poszedłem więc na Bonobo zahaczając po drodze o…

Novika & Lex– Do Noviki mam sentyment, zwłaszcza przez jej gościnne partie u Smolika i ogólnie płytę feat Novika. Od tego czasu trochę się w jej życiu artystycznym działo, nie poruszając mnie przy tym zbytnio. Cóż, obecnie pani Kasia ma lat obecnie 46, nosi aseksowne latexowe leginsy i dalej śpiewa teksty o miłości, podnoszeniu rąk do góry i oddaniu się muzyce, żeby wyniosła nas wysoko nad niebo. Do tego robi to  tylko w języku angielskim i to w sposób niezmiernie odtrącający. Matko bosko, prawie się porzygałem na jej koncercie i to prawie dwukrotnie. Novika dokonała zamachu na moje oczy swoim latexem i na moje uszy swoją muzyką. Uciekłem z płaczem, bo zaraz zaczynało…

Bonobo Live- fantastycznie, kapitalnie, cudownie, seksownie, wspaniale, fenomenalnie, klawo, świetnie, niesamowicie, transcendentnie, dziarsko, bombowo, wystrzałowo, spektakularnie, miło i przyjemnie. Wybaczam że krótko, wybaczam że smyczki puszczone z playbacku, wszystko wybaczam. Bonobo mnie oczarował, zahipnotyzował i wprowadził w stan z klasy: najcudowniejsze. Lepszego prezentu z okazji urodzin mojej lubej sprawić sobie nie mogłem.

Miało być mało, wyszło tyle co przy Coke’u. Cholera. Jest już prawie północ, ja, stary piernik już usypiam przed komputerem, więc recenzję płyt następnym razem. Tauron, taka prawda, prócz lineup’u i atmosfery miał dużo minusów: ogromne kolejki po bony (które same w sobie są potężnym minusem wielu festiwali), śmiesznie małe sceny ze śmieszną ilością, śmiesznych rozmiarów, ekranów, czy dyskryminacja ludzi z opaskami na 1 dzień, czyli rozdawanie darmowych peleryn tylko tym co byli na wszystkie 3. Mam to gdzieś, muzyka Bonoba przysłoniła mi wszystkie niedoskonałości Taurona. Jak na jeden dzień oceniam festiwal całkiem pozytywnie. Piątkę biję i w pościel!

Szadi

Darmowa koka, trochę złego słowa o Muse i sex analny.

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 sierpnia, 2010 by headphonesporno

Nie byłbym sobą, gdybym na wstępie nie przypucował się, że Headphonesporno zarobiło na siebie pierwsze dobra materialne! Otóż organizatorzy Coke Live Music Festival wybrali bodajże 3 polskie blogi muzyczne, których autorom podarowali darmowe wejściówki na festiwal. Tak! Wasz ulubiony blogasek też się załapał!

Coke Live Music Festival 2010

Wyruszyłem więc 20 sierpnia po pracy w stronę krakowskiego muzeum lotnictwa, nie do końca wiedząc czego się po tym festiwalu spodziewać – na mainstage’u praktycznie same gwiazdy światowych formatów, co taka off’owa bidulka jak ja tam znajdzie dla siebie, prócz Chemicznych, których zawsze chciałem zobaczyć. Za cel więc uznałem zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej odsiadując tylko całość na wyżej wspomnianych Chemical Brothers. Nie było tak źle. Na miejsce przybyłem za późno, bo już po koncercie NERD’a, który ponoć było rewelacyjny. Pierwsze co usłyszałem po przyjściu to  30 Seconds to Mars, które zaczynając grać, niczym magnes przyciągnęło zewsząd wszystkie lolitki <16. Moja znajomość z twórczością Jaredo Leto zaczęło się i skończyła na „Requiem for a dream” i paru, jak  się okazało, nieświadomie usłyszanych piosenkach w radiu na sali w markecie. Postałem chwilę, pooglądałem, skojarzyłem 2 piosenki, „za dużo oooooooooo! / uuuuuuuuujeeeeeeeeeeee! / łoooooooouuuuułoooooooo!” pomyślałem, po czym poszedłem sobie. (Nie chcę wiedzieć, jak kiepskie muszą dawać koncerty, skoro Jared uznał, że to był najlepszy koncert ever i czuje się teraz Polakiem. Niggawhaaa?!) Trafiłem więc na Sorry Ghettoblaster, z którego szybciutko jednak zrezygnowałem tak samo jak z grających później na clubstage Plastic vs. Pono, Mosqitoo i Last Robots z prostej przyczyny: będąc na festiwalu serwującym muzykę światowego formatu ostatnie na co mam ochotę, będąc jeszcze po drodze 100% trzeźwym, to klubowe balety. Wyjątkiem mogłyby być dubstepy, jednak żaden z wymienionych wyżej ich nie zaserwował w stopniu mnie satysfakcjonującym. Poszedłem zatem na Donguralesko, na którym było wesoło zwłaszcza, że był to mój pierwszy koncert hiphopowy w życiu. Koncert tradycyjnie polegał na staniu z prawą rączką do góry, uginaniu kolanek do bitu i „robieniu pierdolonego hałasu”. Szybko jednak, bo po trzeciej piosence, uświadomiłem sobie, że pierwszą złotą zasadą dobrej zabawy na koncercie rapowym prócz alkoholu jest znajomość tekstów. A że ja i Donguralesko znamy się tylko z nazwy, szybko podziękowałem Piotrkowi i udałem się z wypiekami na twarzy na  The Chemical Brothers

… i nie zawiodłem się ani odrobinkę! Na scenę zostało wprowadzone ogromne coś, pełne syntezatorów, świecących maszyn, laptopów i innych wichajstrów, po to, by parę minut później weszło do tego na dwóch, skromnie wyglądających facetów, którzy zza swojego electro-ufa zaczęli wydobywać dźwięki, które zahipnotyzowały mnie na najbliższe półtorej godziny. Zagrali wszystko co najlepsze z nowej płyty Further, parę staroci, parę kawałków z poprzedniej płyty a ja do wszystkiego gibałem się jak szalony; dostałem to czego oczekiwałem, czyli męskiej ilości tłustego electro-bitu, do którego mogłem się porządnie wytańczyć. A że potrzebę porządnego wytańczenia miewam raz na pół roku, Chemiczni naprawdę dobrze mi zrobili.  Do tego wszystkiego animacje na ogromnym obrazie za nimi- No miód! Najlepszy koncert pierwszego dnia…

ale nie całego festiwalu :) Bo ten odbył się dnia drugiego. Dałem dupska wtedy, gdyż na festiwal zajechałem dopiero na występ Panic! at the Disco, który ku moim oczekiwaniom był taki jak cała kapela, czyli dość kiepski. Swego czasu przesłuchałem ich obie płyty, należą się pochwały za ogromny progres jaki dokonali na 2 krążku, jednak daleko im jeszcze do mojego błogosławieństwa- nie ta liga. Udałem się zatem zając dobre miejsca na wyczekiwany przeze mnie i najlepszy koncert całego festiwalu- Eldo.

Mój ulubiony Leszek w Polsce, wyszedł na scenę bez żadnych pomagierów, czyli tak jak sobie to wymarzyłem (bo 3 kolesi chodzących wokół rapera i wykrzykujących do mica co trzecie słowo piosenki- FAIL!). Za deckami Danny Drumz i jedziemy. Nie przesłuchałem nigdy całej dyskografii Elda, ani Grammatika ale ubóstwiam każdą literkę postawioną przez Leszka i choćby zaczął śpiewać zamiast rapować, zawsze będę miał olbrzymi sentyment do niego. A wszystko dzięki najlepszej płycie rapowej jaką znam czyli Światła Miasta. I nie dziwne więc, że piszczałem jak baba gdy Lesiu podniósł nagle koszulkę, pod którą była jeszcze jedna, właśnie z logiem Grammatika i słowami „był kiedyś taki kawałek z tekstem: „kupujcie polskie rap płyty” wyruszył z całą, ogromną publicznością w podróż w czasie, do najstarszych dzieł swojej formacji, nawet tych z czasów płyty EP+. Łezka w oku mi się kręciła, gdy poszedł bit z „Friko” (00:57), kawałka od którego zaczęła się cała moja przygoda z polskim rapem. Darłem gardło z całego serca do wszystkich piosenek, które znałem, baunsowałem tak, że sam siebie nie poznałem. Bawiłem się w najlepsze jak za gówniarza na koncertach Myslovitz, bez kropli alkoholu we krwi! I tak bez przerwy. Zwieńczeniem całości było pytanie ze strony Leszka, kto jeszcze Światła Miasta posiada w oryginale (dla niewtajemniczonych: płyta jest obecnie nieosiągalna, jedynie na Allegro, gdzie schodzi nawet za 4 stówki) i moja najwyżej podniesiona na sali ręka, w towarzystwie max 4  innych, na pełny namiot fanów! Boże, byłem taki dumny! Ach… Cofnąłem się tego wieczoru wiekowo o dobre 8 lat. Z każdej piosenki, każdego tekstu, każdego poczciwego uśmiechu Leszka cieszyłem się jak dziecko. Nigdy nie pomyślałbym, że mój pierwszy prawdziwy (bo na Guralu to siedziałem kwadrans) koncert rapowy da mi tyle radości i pozytywnej energii. Z bólem serca opuściłem Elda po godzinie, co by zobaczyć główną gwiazdę festiwalu…

czyli Muse. I żałowałem. Nigdy nie trawiłem całej twórczości Bellamy’ego i spółki. Jeśli muzyka jest mięsem, to Muse sa parówkami. Na pierwszy i główny ogień idzie Mateusz „Sztuczny” Bellamy, który wielce namaszczony przez niebiosa, lata po scenie i śpiewa, niemalże lewituje i przemawia głosem swojego boga, Jeffa Buckley’a i tym samym robi dokładnie wszystko, żebym ja tylko nie wytrzymał do końca płyty / koncertu. Na Coke’u był w takiej nirwanie, że ponoć nie zauważył że na jednej z piosenek zmówieni wcześniej fani świecili latarkami w stronę sceny. So FAIL! Do tego cała ta przesadna wyniosłość którą są przesączone  zarówno ich teksty („Uprising” na pierwszy ogień), całe utwory,  jak i wspomniany zdanie wstecz, pseudo-operowy, wręcz pyszny wokal. Na dobitkę argument stary jak jazz, czyli delikatne podpierdalanie wszystkiego co się da od Radiohead. To wszystko sprawia, że Muse zamiast catchy są kitchy. Poza tematem: zauważyłem pewną prawidłowość (oczywiście od każdej prawidłowości są wyjątki, droga Agafjo i drogi Paweuu’le), że osoby nielubiące (nierozumiejące) twórczości Radiohead, uciekają do Muse. Smutne to, ale nie zapominajmy: kwadrat jest prostokątem, ale prostokąt nie jest kwadratem. Muse brzmią jak Radiohead, ale Radiohead nie brzmią jak Muse. Tak i tylko tak.

Tak czy siak, Muse mnie nie powalili. Było spektakularnie i widowiskowo, to fakt. To co chciałem usłyszeć usłyszałem, animacje na plasterkach miodu mieli ładne, Bellamy udowodnił mi tylko, że naprawdę jest kurewsko utalentowanym gitarzystą i klawiszowcem za co przybijam mu piątkę. Gdybym jednak był bohaterem gry rpg, to miałbym tego wieczoru +100% obrony od Muse; nie siedziałem na nich do końca, nie zahipnotyzowali mnie i skończyło się tak, że front mainstage’u opuściłem trochę wcześniej i poszedłem zobaczyć, czym u licha jest grupa Fox. Ci jednak nie zagrali zgodnie z lineup’em ( bo pewnie sami byli na Bellamy’m) pojechałem zatem do domu zaraz po fajerwerkach i puściłem sobie Światła Miasta.

Z Coke’a jestem bardzo zadowolony. Przed pójściem miałem mieszane uczucia; na 25 zespołów, znałem / chciałem zobaczyć raptem 8. Zobaczyłem więcej, podobało mi się bardziej lub mniej, jednak imprezę oceniam bardzo pozytywnie. Oczywiście bez bicia się przyznaję, że sam bym biletów na niego nie kupił, więc tutaj chciałbym podziękować pani Coca-Coli za zaproszenie i pokazanie mi czegoś nowego. Piontka!

W tytule notki, napisałem „sex analny” w zasadzie tylko po to, żeby zachęcić kogokolwiek do przeczytania tego. Sorry :*

Szadi


zdjęcie Leszka autorstwa Baxa: http://bax.fotolog.pl, reszta Onet'u

Koncert Archive w Studiu, Kraków 15.10.09

Posted in O koncertach with tags , , , , on 18 października, 2009 by headphonesporno

 archvie1

Jakież to było miłe uczucie, kiedy to w lipcu tego roku, zaraz po pełnym zachwytu odkryciu nowej płyty Archive Controlling Crowds, zobaczyłem w Empiku, że zespół przyjedzie w październiku do Polski, tą że własnie płytę promować. Nie dość że mieli grać w Krakowie, to jeszcze dzień po moich urodzinach! Nie mogłem nie iść, więc, bez chwili wahania, wyciągnałem portfel i wydałem stówe na bilet.

Po półgodzinnym poślizgu, zgasły światła, i sala pełna ludzi usłyszała „wibrujące” organki z tytułowego Controlling Crowds- openera nowej płyty brytyjczyków. Dźwięk był, muzyków nie. Gdy tylko wszedł bit weszli i oni, co zrobiło całkiem niezłe wrażenie. Chwycili za keyboard’y gitary, pałki, mikrofony i zaczęli dogrywać do tego co już leciało. Po Controlling Crowds zostały zagrane Bullets ( do teraz mi głowie dźwięczy „Personal responsibility”) i Words on Signs, co dało do zrozumienia że będą lecieć po koleji, jak na płycie. W sumie miało to sens, gdyż płyta Controlling Crowds jest albumem koncepcyjnym. Co już na starcie bardzo rzucało się w oczy, to bardzo precyzyjne odtworzone kompozycje z płyty. Wszystko co zagrali zdawało się brzmieć identycznie jak na płycie, gitary wokale, organy- nutka w nutkę, z identycznym brzmieniem, barwą itp.  

archive3 

Prawie wszystkim utworom towarzyszyły wyświetlane w tle filmy/animacje potęgujące, już istniejącą atmosferę niepokoju i mroku. Szczególnie podobał mi się opadający śnieg na początku utworu Quite Time, idelanie pasujący do organów otwierających utwór. Ten kawałek był jednym z tych, które na koncercie zrobiły na mnie największe wrażenie. Słuchając Controlling Crowds, prawie zawsze go przewiajałem, teraz słucham go w kółko. Po Quite Time, zgodnie z budową płyty, nastepny w kolejce było Collapse/Collide, które było największą porażką koncertu. Kto słuchał, ten wie że w tym utworze śpiewa zaprzyajźniona z Archive Maria Q, która zaśpiewała- ale z telebima… Dziwnie się czułem, słuchając na koncercie profesjonalnego zespołu, wokal grany z playbacku. A można było tego uniknąć, po prostu nie grając tej piosenki, zwłaszcza, że była to jedyna zagrana, gdzie ta Pani „zaśpiewała”. Przykre też jest też, że nie był to jedyny przypadek, kiedy wywęszyłem że jakiś dźwięk, nie był zagrany a puszczony przez dobrego duszka-pomocnika. Biorąc pod uwagę że na scenie cały czas było siedem, a czasem  osiem osób ( wchodził i schodził raper John Rosko), nie wierzę że żaden z nich nie mógł zająć się zagraniem /(ostatecznie) operowaniem laptopa.  Trudno. Kolejne zostały zagrane Clones, Bastardised Ink Kings of Speed. Dopiero w tym momencie zostało przerwane ścisłe trzymanie się playlisty Controlling Crowds, gdyż kolejne zostały zagrane Lines i Empty Bottles, czyli utwory z dodatku Controlling Crowds IV :) Ostatnim utworem przed bisem był zamykający płytę Funeral, po którym, w tle gęstych owacji Archive zeszli ze sceny… by za parę minut pojawić się na niej z powrotem. Miałem wrażenie, że dopiero wtedy muzycy i publiczność naprawdę się rozkręcili i rozluźnili. Ci pierwsi jakoś bardziej szaleli na scenie, a ludzie też jakoś zdawali sie lepiej bawić… Bardzo ładnie zostało zagrane Londinium, gdzie kwestię Marii Q zaśpiewał główny wokalista Pollard Berrier ( nie dało się tak zaśpiewać w Collapse/Collide?!), potem Numb, bardzo energiczne System i na koniec, w ramach kropki nad i, Archive zagrali kochane przez cały świat, a dla mnie ładne, ale obrzydliwie przedłużone Again. Gorąco podziękowali („Absolutely fuckin’ wonderful”) i poszli.

lineup

Koncertowi można wiele zarzucić: za dużo półplaybacku (który można było zautylizować), przez długi okres muzycy sprawiali wrażenie jakby grali dlatego że są w pracy, a nie dlatego że to ich pasja. Poza tym praktycznie wszystkie utwory zostały zagrane bardzo wiernie w stosunku do wersji albumowych. Nutka w nutkę wszystko brzmiało idelanie tak jak na płytach. Niektórzy moga powiedzieć, że to przecież bardzo dobrze, lecz mi brakowało jednak jakiejkolwiek odskoczni od schematu, improwizacji. Faktu to jednak nie zmienia, że w gruncie rzeczy koncert był naprawdę dobry, niemal że świetny, porywający, z naprawdę niesamowitą atmosferą. Jakość dźwięku była celująca ( w przeciwieństwie do koncertu zagranego dzień później w warszawskiej Stodole, gdzie, jak to w Stodole, dźwięk był ponoć średni). Do tego Archive okazał się zespołem, który na żywo gra i śpiewa tak samo dobrze jak na płytach, co bardzo sobie cenię. Z serii „szkoda, że nie zagrali..” brakowało mi utworu Chaos, który musiałem sobie póścić na pocieszenie w aucie, no ale może następnym razem uda mi sie to usłyszeć. A pójdę na pewno!

 „Absolutely fuckin’ wonderful”!

 

wideło: http://www.youtube.com/watch?v=1CBAhjcAu-I

foto: http://marcinbogusz.fotohasiok.pl/archives/1070

 

Szadi

 

Pierwsze dwie fotki autorstwa kriz'a, z serwisu www.rockmetal.pl 

Koncert: The Mars Volta w Stodole. 25.07.08

Posted in O koncertach with tags , , , , on 1 sierpnia, 2008 by headphonesporno

No i proszę. MarsVolta znowu przyjechała do Polski, promować swój nowy album The Bedlam in Goliath. Tym razem udało mi sie tego nie przeoczyć. Koncert odbył się w warszawskiej Stodole, słynącej z często zmaszcoznego nagłośnienia- nie inaczej było tym razem. Ale o tym zaraz.
Omar i przyjciele weszli na scenę z dwudziestominutowym opóźnieniem, ale kiedy tylko zaczęli grać, wszyscy już o tym zapomnieli. Rozpoczęli genialnie, bo od Goliath’a, bardzo energetycznego kawałka z nowej płyty, w sam raz na rozgrzanie publiczności mokrej od deszczu który zaatakował zanim otworzyli klub. Niestety już na początku wszyscy zauważyliśmy że jest problem z nagłośnieniem, który niestety nie został rozwiązany do samego końca. Gitary było słychać bardzo dobrze, w przeciwieństwie do sekcji dętej, pomagajek i klawiszów, które gdyby nie grały w ogóle nikt by tego niestety nie zauważył. Problemy były też z wokalem. Cedric choć ma potężna krzepę wokalną, ne podołal w przekrzywkiwaniu się z jednym wielkim chatoycznym zgrzytem jaki leciał z glośników. Nawet gdy mówił coś między utworami, było bardzo ciężko zrozumiany. Ale wróćmy do koncertu.
Wraz z początkiem koncertu, na aree między publicznością a sceną, weszli fotografowie, którzy szybko jednak zostali wyrzuceni przez samego Cedrica, jako że zasłaniali oni widok ludziom za sobą. Trawający na płycie 7 minut Goliath przedłużył się o jakieś 15min: jak zawsze muzycy pogrążyli się w głębokiej improwizacji, która zaprowadziła ich gdzieś daleko, poza świat goliatha, po to by nagle, niespodziewanie, znów wrócić i dokończyć utwór. Dalej chłopaki zagrały ( jak widać na załączonej powyżej playliście, która udało sie nam zdobyć, ale o tym za chwilę) Viscera Eyes z 3 płyty, Wax Simulcra i Ouroborous z nowej. Nastepnie nastąpił, moim zdaniem moment kulminacyjny, czyli Ilyena, ze wspaniałym wstępem i potęzna dawką energii. Tu znowu odbył się kilkunastominutowy jam gitarowo-perksuyjno-bassowy, który zakończył się słynnym z ich koncertów przejściem w Cygnusa. To było coś niesamowtiego. Niestety, w tym momencie jeszcze mocniej utkwiłem się w przekonaniu ze nowy perkusista kapeli- Thomas Armon Pridgen (lat 24!!!) nie do końca do kapeli pasuje. Jak najbardziej jest on cholernie utalentowanym muzykiem, ale nie ma poczucia kiedy trochę zwolnić, co w muzyce MarsVolty wbrew pozorm jest bardzo ważne. Kiedy przeszli do Cygnusa, Pridgen zdecydowanie uderzał za mocno i za szybko: do tego stopnia, że sam Omar, będący swoistego rodzaju szefem na scenie, odwrócił sie i kazał mu troche zwolnić. Po najdłuższym, bo chyba 35minutowym jamie z Cygnusa, chłopaki zagrali jedyny spokojny utwór na koncercie: The Widow. W sam raz, aby publiczność mogła chwilę odsapnąć po 6 ostrych kawałkach.
Jeszce długo przed koncertem słyszałem, że ma on trwać ok 3 godzin, więc jakże było olbrzymie moje zdziwienie gdy po zagraniu Aberinkuli muzycy podziękowali, rzucili pałeczki i kostki od gitar w tłum i zeszli- po niecałych dwóch godzinach grania. A że MarsVolta jest znana z tego, że bisów generlanie nie gra, byłem trochę załamany. Jeszcze bardziej się zdołowałem, gdy zobaczyłem zdobytą przez kolegę Adriana playlistę, na której widniały jeszcze dwie pozycje, które nie zostały zagrane. Na pociszenie udało się nam jeszcze zdobyć po kostce do gitary.
Tym sposobem zakończył się koncert, który mimo wszystko zaliczam do udanych. Zostaje tylko czekać do kolejnej wizyty Omara z chłopakami w Polsce i mieć nadzieje, że nagłośnienie i czas konceru będą lepsze. Z tego miejsca pragnę jeszcze pozdrowić Adriana, który poświęcił się i kosztem uderzenia od ochroniarza zdobył playliste :)
Na koniec, Ilyenka. Słabej jakości ale jest:

Szadi

%d blogerów lubi to: