Archiwum dla Luty, 2011

Niezła dupa… z twarzy.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Luty 27, 2011 by headphonesporno

Miałem dużo fantazji odnośnie tego w jaki sposób to zrobię po raz pierwszy. Nie wiedziałem czy wybrać do tego łóżko, czy zrobić to gdzieś na świeżym powietrzu czy w aucie późną nocą. Nie wiedziałem dokładnie kiedy to się stanie, jednak wiedziałem, że stanie się to na pewno. Nie znałem jej lecz wierzyłem, że będzie moja kochanką na bardzo długo. Zawsze tak było. Mieliśmy to zrobić pierwszy raz w sobotę, 19 lutego, jednak ona znowu mnie zaskoczyła i przyszła do mojego pokoju dzień wcześniej. Wylądowaliśmy u mnie w łóżku. Płyta „King of Limbs” była niezła, lecz to już nie jest ta kochanka co kiedyś.

Gdyby porównać jakąkolwiek wcześniejszą płytę Radiohead do kobiety, to byłby to ideał. Inteligentna, piękna, obrzydliwie kreatywna i zaskakująca nawet po kilku latach znajomości i wciąż będąca w pewien sposób tajemnicza i nieodkryta. Taka była „In Rainbows” i wszystkie przed nią. Tymczasem mój pierwszy raz z „King of Limbs,  zmienił się ostatecznie w trójkąt – dołączyło się delikatne rozczarowanie. Było szybko, kiepsko i tylko ona doszła… do końca.

Zawsze byłem ślepym i wiernym fanem Radiohead. Każde najgłupsze słowo Yorke’a odbierałem przez obtarty już do bólu pryzmat „RH to geniusze i chuj”. Są zespoły świata i Radiohead – niedoścignięty geniusz. Jednak w najciemniejszych zakątkach wyobraźni uświadamiałem sobie po cichu, że nic nie trwa wiecznie i wiedziałem, że przyjdzie czas kiedy i oni w końcu się potkną. Że przyjdzie czas kiedy zębatki w fabryce płyt idealnych w końcu przestaną pracować jak należy. No i pękło.

King of Limbs to nic innego jak płyta… przeciętna. Nie ma tu czarnego / białego. Jest tylko odcień szarości. Podążając moim recenzenckim transwestytyzmem – ta płyta jest potwornie inteligentną dziewczyną, z fajnym tyłkiem ale brzydką opryszczoną twarzą, która używa przeterminowanych perfum o tym samym zapachu co poprzednia.  King of Limbs jest duszne, klaustrofobiczne i rozmazane. Przez pierwszą połowę płyty (czyli do „Feral”) niemalże oślepiająco razi w oczy gitarowy minimalizm i perkusyjny barok. Melodia oddała życie za rytmikę. Brakuje tu również… zespołu! Gitary: sprzedane. Perkusja: „ej Phil, siema tu Thom. Właściwie to nagrywam album naszej kapeli, wiem że jesteś trochę zajęty pisaniem swoich smutnych piosenek, ale możesz wpaść do studia, nagrać szybko jakieś totalnie pojebane rytmy, a my je potem puścimy w kółko? Tak? spoko. A i weź akustyka, potrzebuję go do jednej piosenki„. Ed („czekaj, kojarzę go, on nie grał czasem kiedyś w Radiohead?”), Colin i Jony też chyba  za długo w studiu się nie zagrzali -cały KoL brzmi bardziej jak solowy Tomek z pomocą Godricha, który jako realizator-producent też się raczej tu nie popisał – duża część albumu to brzydka zbitka  dźwięków, które bardziej ładują się jeden na drugiego niż stoją ładnie w szeregu. Nic tu nie jest ani wyraźne ani ładnie obrobione (płyta przesłuchana na studyjnych słuchawkach brzmi okropnie! Sic!). Od  pasa w dół „King of Limbs” robi się już ciekawsze. Jest bardziej harmoniczne,  klasycznie, bardziej rejdjołhedowo, ale to za mało na miłość a nawet romans.

Nie kieruję kciuka w dół dla nowych Radiogłowych. Jako ślepy fan znalazłem ścieżkę, którą będę przemierzał przez tą płytę i znalazłem momenty (refren „Morning Mr. Magpie”), minuty (cały „Lotus Flower” )i linijki (znowu „Lotus Flower” i „Codex”), przy których jakieś tam ciarki dostaję, ale momenty, minuty i linijki to stanowczo za mało na kisiel w gaciach. Po cichu liczę, że teoria spiskowa, że KoL to album dwupłytowy okaże się prawdą i strona B okaże się bardziej zaspokajającą kochanką. Póki co jest to tylko przeciętna dzieucha z brakiem pomysłów na siebie i na wieczór ze mną.

7.0/10 (powinno być 6.0 ale jak Radiohead to zawsze +1 do oceny ogólnej)

Jedyny kiler: http://www.youtube.com/watch?v=cfOa1a8hYP8

 

Szadi

 

%d blogerów lubi to: