Archiwum dla Wrzesień, 2010

Kryzys wieku średniego dopadł radiogłowych

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on Wrzesień 29, 2010 by headphonesporno

Drogi panie  Selwey,

Dawno temu, gdy odkrywałem Radiohead, zastanawiałem się co też ten przesympatyczny, łysy i poważny perkusista w garniturze sobie myśli, widząc przed sobą idiotycznie tańczącego Thoma Yorka, który co chwilę stroi autystyczne miny i wrzeszczy dziwne rzeczy do ludzi. Parę lat później, przy bonusowym materiale z In Rainbows, znalazłem powyższe zdjęcie – zaciekawiło mnie to. Dziś już wiem, co sobie Pan myślał – „dobra, jeszcze tylko 5 piosenek, 6 koncertów i znów będę mógł wrócić do mojej ukochanej gitarki (tu jakieś obrzydliwie słodkie imię dla niej – np. Jennifer), piżamki w misie i ukochanego fotelu.

Nie wierzę w bajki o syndromie perkusisty, który zawsze jest tylko tłem, maszyną wybijającą rytm da reszty kapeli. Jak ktoś jest pojętny (a muzykę Pana kapeli doceniają raczej pojętni ludzie), to docenia równomiernie wkład każdego członka zespołu w jego muzykę. Niemniej jednak rozumiem, że nieustannie stojąc w cieniu takich kolosów jak Yorke czy Greenwood i Panu zachciało się mieć swoje 5min solo na scenie muzycznej. Również nie dziwię się ani Panu, ani żadnemu innemu perkusiście, ani jakiemukolwiek muzykowi, że macie czasem ochotę odłożyć swoje perkusyjne pały i pograć sobie  na czymś innym, mrucząc przy tym ewentualnie. Również nie dziwi mnie fakt, że po takich bangerach jak np. „Myxomatosis” ma się ochotę na wyciszenie. Niestety słuchając Pana nowej płyty dochodzę do wniosków, że nie wszystko co przyjdzie do głowy w czasie takiej sesji powinno trafić na taśmę.

Cały świat dobrze wie, że synonimem Radiohead jest fabryka dzieł sztuki. 17 lat już pokazujecie, że macie jaja jak planety i ani razu nie zarejestrowałem nawet malutkiego rumieńca, potknięcia, czegokolwiek (może poza „Creep” – żadna piosenka nie ma tak idealnie dobranego tytułu). Niestety – nieunikniony był moment w którym któryś z was w końcu gafę strzeli. Padło na Pana, szkoda, obstawiałem Eda. Najgorsza muzyka, to taka, która nie wywołuje żadnych uczuć. Tak właśnie działa (czyli absolutnie nie działa) na mnie „Familial”.  Świat, ze mną na czele, ma już dość tandetnych podróbek klimatów Nicka Cave. Próbowałem, szczerze starałem się polubić te 10 kawałków. Niestety, choćbym na głowie stawał, cały czas zlewało mi się to w szarą całość, przechodzącą na drugi plan. Zamiast muzyka do ucha, właził mi palec do nosa. Oboje dobrze wiemy, że dla większości ludzi autorem „Familial” nie jest Phil Selwey lecz perkusista Radiohead – nawet taka reklama nie pomogła. Nic nie pomoże.  Z przykrością stwierdzam, że kryzys wieku średniego żyje i ma się dobrze.

Proszę więcej tego nie robić. Naprawdę. I mean it.

No niech Pan sam posłucha, no… (5.3/10)

Szadi

Pozycja klasyczna

Posted in O koncertach, O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , on Wrzesień 19, 2010 by headphonesporno

W Krakowie wczoraj skończył się Sacrum Profanum a wszyscy dobrze wiemy że Sacrum Profanum to nie tylko pierwszy i ostatni koncert (mum i jonsi) ale również, a w zasadzie przede wszystkim muzyka klasyczna, której koncerty odbywają się przez cały tydzień. No więc udałem się w czwartek, totalnie z głupa, nie sprawdzając nawet cotoktoto, na koncert Ensemble Recherche, który wykonał utwory z repertuaru Hans’a Abrahamsen’a. I jak? Bomba! Wyszedłem po 15minutach, jak połowa sali z resztą. Bądźmy poważni: wchodzi dwóch niemęsko ubranych mężczyzn na scenę, jeden siada za klawiaturą fortepianu, drugi wchodzi do swojej bazy, pełnej gongów, dzwoneczków, grzechotek, tamburyn, skromny ukłonik po czym  zaczęli tworzyć dźwięki (bo muzyką bym tego nie nazwał) totalnie pozbawione jakiegokolwiek rytmu, tonacji, melodii, czegokolwiek co by wywoływało u mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. I mieli to rozpisane na nuty! Jak?! Niemal że na oślep walili raz mocno, raz lżej w te swoje instrumenty; miałem odczucie że równie dobrze ja mógłbym zagrać taki koncert z kimkolwiek, nawet na trzeźwo. Totalne zbezczeszczenie pięknego instrumentu jakim jest fortepian. Wyszedłem po pierwszym utworze (który akurat był polskiego autorstwa…) i pomyślałem: Boże, czy do takiej muzyki trzeba dojrzeć? Jeśli porównać muzykę do pornosów, to je tego dnia oglądałem film ze zwierzętami i przedmiotami martwymi. Pokażę wam więc te cuda w wersji soft, do strawienia przez absolutnie każdego:

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się  ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)

Clint Mansell – The Fountain OST

Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)

Arvo Pärt – Fratres

Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.

A piątkowy Jónsi? Cóż mogę rzec – spodziewałem się mniej, dostałem więcej. Było magicznie i niepowtarzalnie  i chyba widziałem najlepsze wizualizacje do koncertu ever. mimo to zeszłotygodniowego múm nie przebili. Wykonanie piosenki „The Land Between Solar Systems” na długo zapamiętam. Na bardzo długo… (8.8/10)

Szadi

múm

Posted in O koncertach with tags , , , , on Wrzesień 12, 2010 by headphonesporno

Jest pierwsza w nocy a ja wciąż nie mogę dojść do siebie po tym co zobaczyłem, usłyszałem, doznałem. múm miało zagrać dobrze, miało być przedsmakiem do nadchodzącego koncertu Jonsiego, a było czymś, czego nigdy nie zapomnę. Jonsi mu nie podoła, już to wiem. Właśnie widziałem jeden z najpiękniejszych koncertów mojego życia, o ile nie najpiękniejszy… i to „pa a a pa a a ” szumiące w głowie… Dziękuję múm.

Rozmanżanie się misiów gryzli

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on Wrzesień 12, 2010 by headphonesporno

Na 3 godziny przez zobaczeniem otwierającego znakomite Sacrum Profanum koncertu múm & friends (ależ ja ostatnio festiwali zaliczam, co?) zachciało mi się szybko coś naskrobać. W końcu parę literek o czymś, co nie jest festiwalem.

The Morning Benders- Big Echo

Grizzly Bear, Grizzly Bear , Grizzly Bear. W każdej nawet najmniejszej recenzji tyczącej się tej płyty, nawet takiej pisanej między horoskopami a ogłoszeniami 0700 w piątkowym dodatku do Dziennika Polskiego musi, choćbym nie wiem co, znaleźć się słowo Grizzyly Bear. Nie ma wuja we wsi, musi i tyle. Dlaczego? A no dlatego, że NIEPRAWDĄ jest stwierdzenie, że Morning Benders brzmią jak Grizzy Bear. Bo Mornings Benders są Grizzly Bear’ami. Wszystko za sprawą Chrisa Taylor’a (ale nie tego od Dungeon Siege :P), czyli świetnego basisty Grizzly Bear oraz jednocześnie ich producenta, którego wkład przy Big Echoes był  no, nie mały. W oficjalnych wywiadach i artykułach zapewne przeczytamy, że Taylor po prostu wyprodukował tą płytę, my jednak dobrze wiemy, że niejedną flaszkę Bendersi z Grizzly Bear wypili na tourach (bo supportowali się nie raz) i przy któreś z kolei padło hasło „let’s do it together guys”.

Tak czy siak mamy tu płytę bardzo intensywnie pachnącą Grizzly Bearami, poczynając od samego brzmienia gitar („Promises”) do pianinek („sam początek płyty na przykład), harmonii (najładniejsze z całej płyty „Sleepin In”) a nawet samych strun głosowych wokalisty- Chrisa Chu. Big Echoes to płyta, która z całego serca dąży do totalnej nieprzewidywalności. Co chwile zmieniające się tempa, brzmienia, nastroje, wszystko to co zaskakiwało nas i odwracało kota ogonem na Veckatimest zaskakuje i odwraca kota ogonem na Big Echoes. Jak narazie możecie mieć wrażenie, że ja tej płyty nie lubię. A jest wręcz przeciwnie! Morning Benders bardzo, ale to bardzo mi się podobają. Nie oskarżam ich o podrabianie stylu, bo trudno nie brzmieć jak Grizzly Bear (jedenaście) gdy pracuje z Tobą ich muzyk i producent. W całej tej notce napisałem słowo Grizzy Bear łącznie 11 razy i ani mi ani pewnie wam to nie przeszkadza. Tyle samo a nawet więcej jest Grizzly Bear w nowej płycie The Morning Benders i zamiast przeszkadzać, zaczarowuje mnie to niemal tak samo jak Veckatimest. (7.7/10)

Ahh! Pora na múm!

Szadi

Nieseksowny latex i niesłowność autora tego bloga

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , on Wrzesień 8, 2010 by headphonesporno

Potwornie mi się nie chce rozpisywać o Tauron Festiwal Nowa Muzyka, na którym również ostatnio byłem, a nie chce mi się z paru powodów.  Po pierwsze: dopiero co piętro niżej napisałem książkę  o Coke Live Music Festival a pisanie o festiwalach / koncertach przychodzi mi niechętnie. Po drugie mam na spuście kupeczkę dobrych płyt do skomentowania a po trzecie jest to blogasek, a zasadą #1 na blogaskach jest brak jakichkolwiek zasad, więc dziś Tauronie krótko, ale  na temat a następnie przechodzimy do konkretów, których ostatnio sporo w moich uszach.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka

Szczerze chciałbym pisać teraz króciutko o Kołku, zamiast o Tałronie. Ten drugi miał o niebo lepszy line-up, klimat, wszystko, a ja- cieć, się tam wybrałem tylko na jeden dzień. Cóż…

Lokalizacja / klimat : Dosko! Lepiej być niem mogło! Centrum Katowic, tereny starej kopalni, industrialny klimat, do tego festiwal mały powierzchniowo, małe sceny (MainStage wielkościowo porównywalny do sceny na dniach Myślenic), brak milionów ludzi- to wszystko sprawiło, że festiwal miał niesamowity klimat, wręcz kameralną atmosferę, chodzenie po całości było czystą przyjemnością.

Artyści / line-up: Shame on me, gdyż byłem tylko na jednym, pierwszym dniu. Tak wiem, straciłem dużo, straciłem Gonjasufi’ego, pluje sobie w brodę, lecz cóż, naszym main objective tego festiwalu był Bonobo Live- urodzinowy prezent dla mojej niuni (K0Fa|\/| ĆeM K0tQ <3) i to dla niego tam przyjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że trochę jeszcze tego dnia zoabczyliśmy:

Jaga Jazzist– jak dla kogoś kto JJ kojarzy (bo zna to za mocne słowo) tylko z jednej, ostatniej płyty, czyli mnie, to tym co najbardziej zapadło mi w pamięć to fenomenalnie napompowany energią, zarówno tą witalną jak i tą pozytywną, pocieszny perkusista z olbrzymią brodą- Martin Horntveth, który wraz z 10 osobową ekipą naparzał swój jazz z całych sił. Byli potwornie żywiołowi, lecz ten ich szalony jazz jednak po dłuższym czasie okazał się dla mnie zbyt szalony. Sorry chłopaki, ale jeśli jazz, to tylko w wersji smooth. Poszedłem więc na…

Pantha du Prince– na którym usłyszałem najgorsze intro/rozgrzewkę przed konretnym graniem ever. Po około 15 minutowym kocikowiku i jazgocie Henrik Weber rozpoczął swoje techno-plumkanie, o którym już pisałem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, zwłaszcza, że tak jak to ostatnio ciekawie poruszył Bartek Chaciński, występ budził pewne podejrzenia, ile z przedstawionego materiału polegało na wciskaniu PLAY / STOP a ile na rzeczywistym graniu. Cóż. Pantha również długo mnie w miejscu nie zatrzymała, poszedłem więc na Bonobo zahaczając po drodze o…

Novika & Lex– Do Noviki mam sentyment, zwłaszcza przez jej gościnne partie u Smolika i ogólnie płytę feat Novika. Od tego czasu trochę się w jej życiu artystycznym działo, nie poruszając mnie przy tym zbytnio. Cóż, obecnie pani Kasia ma lat obecnie 46, nosi aseksowne latexowe leginsy i dalej śpiewa teksty o miłości, podnoszeniu rąk do góry i oddaniu się muzyce, żeby wyniosła nas wysoko nad niebo. Do tego robi to  tylko w języku angielskim i to w sposób niezmiernie odtrącający. Matko bosko, prawie się porzygałem na jej koncercie i to prawie dwukrotnie. Novika dokonała zamachu na moje oczy swoim latexem i na moje uszy swoją muzyką. Uciekłem z płaczem, bo zaraz zaczynało…

Bonobo Live- fantastycznie, kapitalnie, cudownie, seksownie, wspaniale, fenomenalnie, klawo, świetnie, niesamowicie, transcendentnie, dziarsko, bombowo, wystrzałowo, spektakularnie, miło i przyjemnie. Wybaczam że krótko, wybaczam że smyczki puszczone z playbacku, wszystko wybaczam. Bonobo mnie oczarował, zahipnotyzował i wprowadził w stan z klasy: najcudowniejsze. Lepszego prezentu z okazji urodzin mojej lubej sprawić sobie nie mogłem.

Miało być mało, wyszło tyle co przy Coke’u. Cholera. Jest już prawie północ, ja, stary piernik już usypiam przed komputerem, więc recenzję płyt następnym razem. Tauron, taka prawda, prócz lineup’u i atmosfery miał dużo minusów: ogromne kolejki po bony (które same w sobie są potężnym minusem wielu festiwali), śmiesznie małe sceny ze śmieszną ilością, śmiesznych rozmiarów, ekranów, czy dyskryminacja ludzi z opaskami na 1 dzień, czyli rozdawanie darmowych peleryn tylko tym co byli na wszystkie 3. Mam to gdzieś, muzyka Bonoba przysłoniła mi wszystkie niedoskonałości Taurona. Jak na jeden dzień oceniam festiwal całkiem pozytywnie. Piątkę biję i w pościel!

Szadi

%d blogerów lubi to: