Archiwum dla Sierpień, 2010

Darmowa koka, trochę złego słowa o Muse i sex analny.

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on Sierpień 30, 2010 by headphonesporno

Nie byłbym sobą, gdybym na wstępie nie przypucował się, że Headphonesporno zarobiło na siebie pierwsze dobra materialne! Otóż organizatorzy Coke Live Music Festival wybrali bodajże 3 polskie blogi muzyczne, których autorom podarowali darmowe wejściówki na festiwal. Tak! Wasz ulubiony blogasek też się załapał!

Coke Live Music Festival 2010

Wyruszyłem więc 20 sierpnia po pracy w stronę krakowskiego muzeum lotnictwa, nie do końca wiedząc czego się po tym festiwalu spodziewać – na mainstage’u praktycznie same gwiazdy światowych formatów, co taka off’owa bidulka jak ja tam znajdzie dla siebie, prócz Chemicznych, których zawsze chciałem zobaczyć. Za cel więc uznałem zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej odsiadując tylko całość na wyżej wspomnianych Chemical Brothers. Nie było tak źle. Na miejsce przybyłem za późno, bo już po koncercie NERD’a, który ponoć było rewelacyjny. Pierwsze co usłyszałem po przyjściu to  30 Seconds to Mars, które zaczynając grać, niczym magnes przyciągnęło zewsząd wszystkie lolitki <16. Moja znajomość z twórczością Jaredo Leto zaczęło się i skończyła na „Requiem for a dream” i paru, jak  się okazało, nieświadomie usłyszanych piosenkach w radiu na sali w markecie. Postałem chwilę, pooglądałem, skojarzyłem 2 piosenki, „za dużo oooooooooo! / uuuuuuuuujeeeeeeeeeeee! / łoooooooouuuuułoooooooo!” pomyślałem, po czym poszedłem sobie. (Nie chcę wiedzieć, jak kiepskie muszą dawać koncerty, skoro Jared uznał, że to był najlepszy koncert ever i czuje się teraz Polakiem. Niggawhaaa?!) Trafiłem więc na Sorry Ghettoblaster, z którego szybciutko jednak zrezygnowałem tak samo jak z grających później na clubstage Plastic vs. Pono, Mosqitoo i Last Robots z prostej przyczyny: będąc na festiwalu serwującym muzykę światowego formatu ostatnie na co mam ochotę, będąc jeszcze po drodze 100% trzeźwym, to klubowe balety. Wyjątkiem mogłyby być dubstepy, jednak żaden z wymienionych wyżej ich nie zaserwował w stopniu mnie satysfakcjonującym. Poszedłem zatem na Donguralesko, na którym było wesoło zwłaszcza, że był to mój pierwszy koncert hiphopowy w życiu. Koncert tradycyjnie polegał na staniu z prawą rączką do góry, uginaniu kolanek do bitu i „robieniu pierdolonego hałasu”. Szybko jednak, bo po trzeciej piosence, uświadomiłem sobie, że pierwszą złotą zasadą dobrej zabawy na koncercie rapowym prócz alkoholu jest znajomość tekstów. A że ja i Donguralesko znamy się tylko z nazwy, szybko podziękowałem Piotrkowi i udałem się z wypiekami na twarzy na  The Chemical Brothers

… i nie zawiodłem się ani odrobinkę! Na scenę zostało wprowadzone ogromne coś, pełne syntezatorów, świecących maszyn, laptopów i innych wichajstrów, po to, by parę minut później weszło do tego na dwóch, skromnie wyglądających facetów, którzy zza swojego electro-ufa zaczęli wydobywać dźwięki, które zahipnotyzowały mnie na najbliższe półtorej godziny. Zagrali wszystko co najlepsze z nowej płyty Further, parę staroci, parę kawałków z poprzedniej płyty a ja do wszystkiego gibałem się jak szalony; dostałem to czego oczekiwałem, czyli męskiej ilości tłustego electro-bitu, do którego mogłem się porządnie wytańczyć. A że potrzebę porządnego wytańczenia miewam raz na pół roku, Chemiczni naprawdę dobrze mi zrobili.  Do tego wszystkiego animacje na ogromnym obrazie za nimi- No miód! Najlepszy koncert pierwszego dnia…

ale nie całego festiwalu :) Bo ten odbył się dnia drugiego. Dałem dupska wtedy, gdyż na festiwal zajechałem dopiero na występ Panic! at the Disco, który ku moim oczekiwaniom był taki jak cała kapela, czyli dość kiepski. Swego czasu przesłuchałem ich obie płyty, należą się pochwały za ogromny progres jaki dokonali na 2 krążku, jednak daleko im jeszcze do mojego błogosławieństwa- nie ta liga. Udałem się zatem zając dobre miejsca na wyczekiwany przeze mnie i najlepszy koncert całego festiwalu- Eldo.

Mój ulubiony Leszek w Polsce, wyszedł na scenę bez żadnych pomagierów, czyli tak jak sobie to wymarzyłem (bo 3 kolesi chodzących wokół rapera i wykrzykujących do mica co trzecie słowo piosenki- FAIL!). Za deckami Danny Drumz i jedziemy. Nie przesłuchałem nigdy całej dyskografii Elda, ani Grammatika ale ubóstwiam każdą literkę postawioną przez Leszka i choćby zaczął śpiewać zamiast rapować, zawsze będę miał olbrzymi sentyment do niego. A wszystko dzięki najlepszej płycie rapowej jaką znam czyli Światła Miasta. I nie dziwne więc, że piszczałem jak baba gdy Lesiu podniósł nagle koszulkę, pod którą była jeszcze jedna, właśnie z logiem Grammatika i słowami „był kiedyś taki kawałek z tekstem: „kupujcie polskie rap płyty” wyruszył z całą, ogromną publicznością w podróż w czasie, do najstarszych dzieł swojej formacji, nawet tych z czasów płyty EP+. Łezka w oku mi się kręciła, gdy poszedł bit z „Friko” (00:57), kawałka od którego zaczęła się cała moja przygoda z polskim rapem. Darłem gardło z całego serca do wszystkich piosenek, które znałem, baunsowałem tak, że sam siebie nie poznałem. Bawiłem się w najlepsze jak za gówniarza na koncertach Myslovitz, bez kropli alkoholu we krwi! I tak bez przerwy. Zwieńczeniem całości było pytanie ze strony Leszka, kto jeszcze Światła Miasta posiada w oryginale (dla niewtajemniczonych: płyta jest obecnie nieosiągalna, jedynie na Allegro, gdzie schodzi nawet za 4 stówki) i moja najwyżej podniesiona na sali ręka, w towarzystwie max 4  innych, na pełny namiot fanów! Boże, byłem taki dumny! Ach… Cofnąłem się tego wieczoru wiekowo o dobre 8 lat. Z każdej piosenki, każdego tekstu, każdego poczciwego uśmiechu Leszka cieszyłem się jak dziecko. Nigdy nie pomyślałbym, że mój pierwszy prawdziwy (bo na Guralu to siedziałem kwadrans) koncert rapowy da mi tyle radości i pozytywnej energii. Z bólem serca opuściłem Elda po godzinie, co by zobaczyć główną gwiazdę festiwalu…

czyli Muse. I żałowałem. Nigdy nie trawiłem całej twórczości Bellamy’ego i spółki. Jeśli muzyka jest mięsem, to Muse sa parówkami. Na pierwszy i główny ogień idzie Mateusz „Sztuczny” Bellamy, który wielce namaszczony przez niebiosa, lata po scenie i śpiewa, niemalże lewituje i przemawia głosem swojego boga, Jeffa Buckley’a i tym samym robi dokładnie wszystko, żebym ja tylko nie wytrzymał do końca płyty / koncertu. Na Coke’u był w takiej nirwanie, że ponoć nie zauważył że na jednej z piosenek zmówieni wcześniej fani świecili latarkami w stronę sceny. So FAIL! Do tego cała ta przesadna wyniosłość którą są przesączone  zarówno ich teksty („Uprising” na pierwszy ogień), całe utwory,  jak i wspomniany zdanie wstecz, pseudo-operowy, wręcz pyszny wokal. Na dobitkę argument stary jak jazz, czyli delikatne podpierdalanie wszystkiego co się da od Radiohead. To wszystko sprawia, że Muse zamiast catchy są kitchy. Poza tematem: zauważyłem pewną prawidłowość (oczywiście od każdej prawidłowości są wyjątki, droga Agafjo i drogi Paweuu’le), że osoby nielubiące (nierozumiejące) twórczości Radiohead, uciekają do Muse. Smutne to, ale nie zapominajmy: kwadrat jest prostokątem, ale prostokąt nie jest kwadratem. Muse brzmią jak Radiohead, ale Radiohead nie brzmią jak Muse. Tak i tylko tak.

Tak czy siak, Muse mnie nie powalili. Było spektakularnie i widowiskowo, to fakt. To co chciałem usłyszeć usłyszałem, animacje na plasterkach miodu mieli ładne, Bellamy udowodnił mi tylko, że naprawdę jest kurewsko utalentowanym gitarzystą i klawiszowcem za co przybijam mu piątkę. Gdybym jednak był bohaterem gry rpg, to miałbym tego wieczoru +100% obrony od Muse; nie siedziałem na nich do końca, nie zahipnotyzowali mnie i skończyło się tak, że front mainstage’u opuściłem trochę wcześniej i poszedłem zobaczyć, czym u licha jest grupa Fox. Ci jednak nie zagrali zgodnie z lineup’em ( bo pewnie sami byli na Bellamy’m) pojechałem zatem do domu zaraz po fajerwerkach i puściłem sobie Światła Miasta.

Z Coke’a jestem bardzo zadowolony. Przed pójściem miałem mieszane uczucia; na 25 zespołów, znałem / chciałem zobaczyć raptem 8. Zobaczyłem więcej, podobało mi się bardziej lub mniej, jednak imprezę oceniam bardzo pozytywnie. Oczywiście bez bicia się przyznaję, że sam bym biletów na niego nie kupił, więc tutaj chciałbym podziękować pani Coca-Coli za zaproszenie i pokazanie mi czegoś nowego. Piontka!

W tytule notki, napisałem „sex analny” w zasadzie tylko po to, żeby zachęcić kogokolwiek do przeczytania tego. Sorry :*

Szadi


zdjęcie Leszka autorstwa Baxa: http://bax.fotolog.pl, reszta Onet'u
Reklamy

Nocne spotkanie i klon Bonobo

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on Sierpień 11, 2010 by headphonesporno

UNKLE- Where Did the Night Fall

Budząc się w środku nocy namiętnie lubię, przezwyciężając pierw wszelkie czynniki zmuszające mnie do pójścia dalej spać, włączyć sobie radio, coby mi cicho grał do uszka. Prawda jest taka, że szeroko pojęte polskie media radiowe za dnia nie serwują czegoś co mnie satysfakcjonowało. Inaczej to wygląda (a w zasadzie brzmi) w porach nocnych, kiedy np. w Trójce można usłyszeć naprawdę tłuste kawałki. (Oczywiście, my Krakusy poradziliśmy sobie z tym problemem i mamy boską, studencką Radiofonię, która kiedyś wprowadzi małe zawieruszenie w polskich mediach, szerząc się na cały kraj <3)  Tak czy siak, pewnej pięknej, deszczowej nocy wykonałem czynności opisane wyżej i usłyszałem… no właśnie, coś usłyszałem. Wiedziałem tylko, że głos znajomy i już po paru sekundach rozbudzony, czekałem do końca piosenki. „Prawda, że niesamowite? To proszę państwa był nowy UNKLE, zamykający utwór z Markiem Leneganem”. Wiedziałem! No i się wkręciłem. UNKLE nigdy nie znałem za dobrze, wiedziałem tylko, że co płytę stosują złotą zasadę Michała Wiśniewskiego „keine grenzen”, więc po Where Did the Night Fall można było się spodziewać absolutnie wszystkiego. Co dostaliśmy? Całkiem niezłą dawkę electro/triphop’owych czteryipółminutowców, tradycyjnie z multum gości. Cudów wielkch ni mo. Materiał jest dobry, jest tu wszystko od hałasów, do motywów orientalnych, smyczków, potężnych porywających perkusji do doniosłych chórów. Jednak mimo całej tej różnorodności, którą Lavelle i Clements starają się nam zaserwować, płyta zaczyna być monotonna i gdzieś, mniej-więcej w połowie, miałem już dość. Ocenę jednak, po znajomości dostają ode mnie pozytywną, właśnie przez nasze nocne zapoznanie, które okazało się być najlepszym kawałkiem na płycie. Dla niego warto posłuchaj tej płyty do końca. (7.2/10)

Berry Weight – Music for Imaginary Movies

To jest płyta debiutowa, lecz nie znaczy to, że już się nigdy nigdzie w świecie nie pojawili. Dawno temu Wax Tailor zarządził konkurs na remixy swoich kawałków no i zgadnijcie, kto wygrał? Yeap! Berry Weight to dwójka didżejów, którzy tworzą, jak sami to określają: „electro / organic / space / jazz”. Cóż, i to właśnie tworzą. Wykonane z największą precyzją na pół chilloutowe kawałki znakomicie podchodzą o każdej porze dnia i nocy do jakiejkolwiek czynności. Nazwałbym to tanią podróbką Bonoba, jednak znacząco odróżniającym czynnikiem obu wykonawców jest spore użycie mixera na Music for Imaginary Movies, który wnosi w 11 utworów naprawdę dużo czarów. Nie do końca wiem, co mogę jeszcze o tej płycie napisać. Nie są to jakieś cuda, nie jest to kiszka, taka o! uniwersalna muzyka, którą można puścić i na randce i jako melodyjkę w windzie. Bonobo cieszy się w Polsce niemałym uznaniem, więc myślę, że każdy kto go lubi polubi i formację Berry Weight. Naprawdę warto zato sprawdzić teledysk to piosenki „Equations” i poczekać to momentu kiedy Astrid Engberg będzie śpiewać „so maybe we could give all the numbers, colours instead…” śliczne! (6.9/10)

Szadi

%d blogerów lubi to: