Archiwum dla Październik, 2009

Little Joy – Little Joy

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on Październik 19, 2009 by headphonesporno

little-joyForma nie adekwatna do treści, treść adekwatna do niczego. Dzięki bogu że piosenki trwają popową ilośc minut, bo cały dramat szybko się kończy. Nie rozumiem tylko po co wydawać płytę,  tylko dlatego, że jedna piosenka jest w miarę dobra ?

Little Joy to projekt  stworzony przez perkusistę The Strokes- Fabrizza Moretti i na tym by sie mogło skończyć.  Wrażenie jako takie jest, i szczerze mówiąc to chyba tylko o to chodzi.  Jak widać dałem sie nabrać na ten PR’owski zabieg, bo kolejny frajer płytę dorwał. Jeśli chodzi o wnętrze,  prezentuje się ono następująco: niemalże cała płyta to normalne piosenki które mogą  lecieć sobie od tak , i nie zwrócimy na nie uwagi: dobre do obiadu, do mycia garów, sprzedawnia na bazarze itp- nie ma co się  nad nimi zastanawiać, są puste, niczym nas nie zadziwią, chyba że zdumiewającą prostotą, albo bezpretensjonalnością. Wybierając na siłę coś, co może wpaść w ucho zdecyduję się na „Don’t Watch Me Dancing”- gdyby takich pozycji było więcej można by było napisać więcej  i ciekawiej.

Z tego co mi wiadomo to Albert Hammond Jr. -gitarzysta The Strokes też wydał sobie płytę albo i dwie nawet, ale z tego co słyszałem, również  podzielił los swojego kompana z zespołu. Tak więc wniosek nasuwa się sam- ekipa z The Strokes, jak Power Rangers, tylko w pełnym składzie potrafią solidnie dowalić, Little Joy to kit dla kitowców i tyle. Jak lubię strołksów tak odradzam. I to stanowczo.

Nie wchodź: http://www.youtube.com/watch?v=o2lKjazoQ9g

Tapczan

Reklamy

Koncert Archive w Studiu, Kraków 15.10.09

Posted in O koncertach with tags , , , , on Październik 18, 2009 by headphonesporno

 archvie1

Jakież to było miłe uczucie, kiedy to w lipcu tego roku, zaraz po pełnym zachwytu odkryciu nowej płyty Archive Controlling Crowds, zobaczyłem w Empiku, że zespół przyjedzie w październiku do Polski, tą że własnie płytę promować. Nie dość że mieli grać w Krakowie, to jeszcze dzień po moich urodzinach! Nie mogłem nie iść, więc, bez chwili wahania, wyciągnałem portfel i wydałem stówe na bilet.

Po półgodzinnym poślizgu, zgasły światła, i sala pełna ludzi usłyszała „wibrujące” organki z tytułowego Controlling Crowds- openera nowej płyty brytyjczyków. Dźwięk był, muzyków nie. Gdy tylko wszedł bit weszli i oni, co zrobiło całkiem niezłe wrażenie. Chwycili za keyboard’y gitary, pałki, mikrofony i zaczęli dogrywać do tego co już leciało. Po Controlling Crowds zostały zagrane Bullets ( do teraz mi głowie dźwięczy „Personal responsibility”) i Words on Signs, co dało do zrozumienia że będą lecieć po koleji, jak na płycie. W sumie miało to sens, gdyż płyta Controlling Crowds jest albumem koncepcyjnym. Co już na starcie bardzo rzucało się w oczy, to bardzo precyzyjne odtworzone kompozycje z płyty. Wszystko co zagrali zdawało się brzmieć identycznie jak na płycie, gitary wokale, organy- nutka w nutkę, z identycznym brzmieniem, barwą itp.  

archive3 

Prawie wszystkim utworom towarzyszyły wyświetlane w tle filmy/animacje potęgujące, już istniejącą atmosferę niepokoju i mroku. Szczególnie podobał mi się opadający śnieg na początku utworu Quite Time, idelanie pasujący do organów otwierających utwór. Ten kawałek był jednym z tych, które na koncercie zrobiły na mnie największe wrażenie. Słuchając Controlling Crowds, prawie zawsze go przewiajałem, teraz słucham go w kółko. Po Quite Time, zgodnie z budową płyty, nastepny w kolejce było Collapse/Collide, które było największą porażką koncertu. Kto słuchał, ten wie że w tym utworze śpiewa zaprzyajźniona z Archive Maria Q, która zaśpiewała- ale z telebima… Dziwnie się czułem, słuchając na koncercie profesjonalnego zespołu, wokal grany z playbacku. A można było tego uniknąć, po prostu nie grając tej piosenki, zwłaszcza, że była to jedyna zagrana, gdzie ta Pani „zaśpiewała”. Przykre też jest też, że nie był to jedyny przypadek, kiedy wywęszyłem że jakiś dźwięk, nie był zagrany a puszczony przez dobrego duszka-pomocnika. Biorąc pod uwagę że na scenie cały czas było siedem, a czasem  osiem osób ( wchodził i schodził raper John Rosko), nie wierzę że żaden z nich nie mógł zająć się zagraniem /(ostatecznie) operowaniem laptopa.  Trudno. Kolejne zostały zagrane Clones, Bastardised Ink Kings of Speed. Dopiero w tym momencie zostało przerwane ścisłe trzymanie się playlisty Controlling Crowds, gdyż kolejne zostały zagrane Lines i Empty Bottles, czyli utwory z dodatku Controlling Crowds IV :) Ostatnim utworem przed bisem był zamykający płytę Funeral, po którym, w tle gęstych owacji Archive zeszli ze sceny… by za parę minut pojawić się na niej z powrotem. Miałem wrażenie, że dopiero wtedy muzycy i publiczność naprawdę się rozkręcili i rozluźnili. Ci pierwsi jakoś bardziej szaleli na scenie, a ludzie też jakoś zdawali sie lepiej bawić… Bardzo ładnie zostało zagrane Londinium, gdzie kwestię Marii Q zaśpiewał główny wokalista Pollard Berrier ( nie dało się tak zaśpiewać w Collapse/Collide?!), potem Numb, bardzo energiczne System i na koniec, w ramach kropki nad i, Archive zagrali kochane przez cały świat, a dla mnie ładne, ale obrzydliwie przedłużone Again. Gorąco podziękowali („Absolutely fuckin’ wonderful”) i poszli.

lineup

Koncertowi można wiele zarzucić: za dużo półplaybacku (który można było zautylizować), przez długi okres muzycy sprawiali wrażenie jakby grali dlatego że są w pracy, a nie dlatego że to ich pasja. Poza tym praktycznie wszystkie utwory zostały zagrane bardzo wiernie w stosunku do wersji albumowych. Nutka w nutkę wszystko brzmiało idelanie tak jak na płytach. Niektórzy moga powiedzieć, że to przecież bardzo dobrze, lecz mi brakowało jednak jakiejkolwiek odskoczni od schematu, improwizacji. Faktu to jednak nie zmienia, że w gruncie rzeczy koncert był naprawdę dobry, niemal że świetny, porywający, z naprawdę niesamowitą atmosferą. Jakość dźwięku była celująca ( w przeciwieństwie do koncertu zagranego dzień później w warszawskiej Stodole, gdzie, jak to w Stodole, dźwięk był ponoć średni). Do tego Archive okazał się zespołem, który na żywo gra i śpiewa tak samo dobrze jak na płytach, co bardzo sobie cenię. Z serii „szkoda, że nie zagrali..” brakowało mi utworu Chaos, który musiałem sobie póścić na pocieszenie w aucie, no ale może następnym razem uda mi sie to usłyszeć. A pójdę na pewno!

 „Absolutely fuckin’ wonderful”!

 

wideło: http://www.youtube.com/watch?v=1CBAhjcAu-I

foto: http://marcinbogusz.fotohasiok.pl/archives/1070

 

Szadi

 

Pierwsze dwie fotki autorstwa kriz'a, z serwisu www.rockmetal.pl 

The Heavy – The House That Dirt Built

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on Październik 13, 2009 by headphonesporno

the hevy

1- Potrzebne składniki : Tradycyjny angielski rockn’roll ze szczyptą północno- amerykańskich wpływów, psychobilly, odrobiną bluesa, gangesterką a’la Cypress Hill, do tego wysuszone dredy Boba Marleya dla wyostrzenia smaku, jeszcze może coś romantycznego ( kolacja dla dwojga), i może ska, ale tylko troszeczkę…

The Heavy to najwięksi fantaści i wirtuozi sadomasohistycznej kuchni, więc nie zdziwcie się kiedy w przystawce znajdzie
się okrwawiony palec. Tradycja to nie ich broszka, tutaj chodzi raczej o pokazanie  tym wszystkim nudnym niedowiarkom że się da, kiedy za młodu ich koledzy grali w piłkę oni szukali na strychu starych płyt; nie uganiali się za spódniczkami w szkole, bo woleli koncerty, pewnie nawet nie mieli trądziku, bo to takie szczeniackie.

2-Siekamy, kroimy, miażdżymy, jeśli komuś  wygodnie- robimy to rękoma, wszystkie  chwyty dozwolone !
Chodzi o to, żeby wszystkie ww. składniki rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać na nowo w obojętnie jakiej formie.

Na sukces tej płyty składa się lekkość z jaką wszystko tutaj ze sobą współgra, zaczyna się rock’ndrollowym jebnięciem
„Oh no not you again” żeby po chwili dobić nas funkowo- transowym „How you like me now” łaaa! „Short change hero”- co tutaj robią latynoskie wstawki!?
Nie doszukujcie się  żadnej prawidłowości i nie pytajcie jak to działa, bo ja sam nie mam pojęcia, płyta jedyna w swoim
rodzaju, nie grzeszy skromnością i urodą, grzeszy natomiast powagą, mam wrażenie że całe  prace nad nagraniami odbywały
się w grobowej ciszy z kamiennymi minami muzyków, a to dziwne, ja nigdy z powagą się nie bawiłem klockami.
Jedyne co mi się  nie podoba to teledyski, są  fatalne, nie wymagam kręcenia klipów które będą powalać artyzmem, ale na boga bez przesady, klip to część klimatu który serwuje nam artysta, jego wizytówka po której odrazu wiemy z czym mamy do czynienia, zresztą ocenicie sami bo klip tradycyjnie znajdzie się na końcu.

3-Rozkoszna uczta , konsumujemy sami lub we dwoje, poczęstujmy  znajomych i tych wszystkich którzy zasłużyli. Jeśli szukacie pełnego przepisu znajdziecie  go na stronie wytwórni Ninja Tune bo na polskich serwisach jak zawsze niewiele. Smacznego :

http://www.youtube.com/watch?v=sVzvRsl4rEM

Tapczan

Mount Eerie- Wind’s poem

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on Październik 13, 2009 by headphonesporno

Dzisiaj wstałem ok 10.30. Śniło mi się, że pojechałem na wieś pod Kraków i bawiłem się w chowanego z Karoliną i Szczepanem. Pograłem na rozbudzenie na akustyku i zszedłem na dół zrobić sobie sniadanie. Postanowiłem, że dziś zjem tosty. Zrobiłem je z szynką, serem, pomidorem i ogórkiem. Jedząc je przejrzałem poranną prasę. Pisali, że w Bułgarii mafia ma nową zabawę, kto przejedzie przez ruchliwe skrzyżowanie na czerownym z dużą prędkością. A to Ci heca. Wróciłem do pokoju. Sprawdziłem strony, które sprawdzam codziennie. Byłem bliski  zrobieniu zadania na czwartkowy ruski, ale jednak pograłem w grę Risen. Do 13.45 grałem w komputer i oglądałem telewizor. Pojechałem na zajęcia. Było nudno. Wracając włączyłem nowe Mount Eerie. Pierwszą piosenkę wyłączyłem w połowie. Następną też i następną też. I nastepną też. Puściłem nastepną płytę. Wróciłem do domu. Chciałem zrobić zadanie na czwartkowy ruski, ale stwierdziłem, że lepiej zrobię porządek w pokoju. Znalazłem dużo ciekawych rzeczy, w tym mojego starego dicsmana i ścieżkę dźwiękową do filmu SPONA. Włączyłem. I wyłączyłem. Sprzątałem do 20.10 bo wtedy zaczynało się NaWspólnej. Weronika i Adam robią sobie testy na płodność. Do Mai dzwoni mama z prośbą o wyjaśnienia, dlaczego uciekła ze ślubu. Igor, mimo zapewnień Mai, obawia się o jej rozmowe z Tadeuszem. Dochodzi do spotkania i ona oddaje mu pierścionek. On jest smutny i uważa, że to jego wina. Oboje są smutni. Ziębowie cieszą się, że mają chwilowych gości w domu, bo przypomina im to czasy jak Grzegorz mieszkał z nimi razem. Weronika chce pobaraszkować przed snem z Adamem, ale on nie ma ochoty. Koniec. Dokańczyłem porządki i poszedłem na obiado-kolację. Pycha. Wróciłem do pokoju i grałem na gitarze. Napisałem nowy wpis an blogasku. Resztę dnia spędziłem grając w komputer i oglądają telewizor. To był dobry dzień. (4.5/10)

Szadi

%d blogerów lubi to: