Bon Iver- For Emma, Forever ago

Zawsze lubiłem smutne piosenki. Wolne, spokojne, ale emocjonalnie szczere, poruszające swoją autentycznością. Tak się składa, że zbliża się jesień- pora wyciskająca nawet z najtwardszego człowieka odrobinę melancholijnych reflekcji. Pora wzmożonego, jak dla mnie, okresu sięgania właśnie po smutne piosenki, co by jeszcze bardziej zjednoczyć się z aurą. Pora ponownego sięgnięcia po płytę Bon Iver- For Emma, Forever ago

Historia jest prosta: Justin Vernon wiedzie szczęśliwe i spokojnie życie ze swoją dziewczyną, jego zespół – De Yarmond Edison – wydaje pierwszą płytę; wszystko zdaje się zmierzać we właściwym kierunku. Nagle zespół się rozpada, dziewczyna odchodzi a zdrowie się diametralnie pogarsza. Z harmonii staje się chaos. Vernon zamyka się: w sobie i w starej chatce, gdzieś na środku ośnieżonego lasu na północy stanu Wisconsin. Przez trzy miesiące pośród dzikiej natury szuka pożywienia i duchowej równowagi. Ostatecznie, jego ascetyzm kończy się spłodzeniem dziecka- For Emma, Forever ago- płyty, na której wszystkie jego przemyślenia, kontemplacje i mentalne cierpienia zostają zamienione w dźwięki.

Pamiętacie film „Zielona Mila”, a dokładnie postać Johna Coffey? Taki wydaje się być Bon Iver. Hardy facet, który dopiero co przeżył samotne trzy miesiące w dzikim lesie, walcząc po drodze z mononukleozą, nagle okazuje się być niesamowicie wrażliwy, delikatny i najważniejsze- naturalny. To właśnie naturalizm sprawa, że płyta ta jest ponadprzeciętna. Wokalne niedoskonałości, oszczędność instrumentalno-melodyjna a nawet domowa wręcz jakość nagrań- nie ma tu drugiego dna, żadnej komputerowej obróbki- wszystko jest takie jak słychać- szczere i autentyczne. W dobie, kiedy cały proces nagrywania płyty skupia się na uzyskaniu odpowiedniego brzmienia, ktoś nagle stawia na prostotę i prawdziwość i.. udaje mu się! Praktycznie tylko za pomocą gitary akustycznej i własnego gardła, Justin Vernon wprowadza nas w klimat psychodelicznego neo-folkowego cudu, pokazując jak coś w swojej niedoskonałości może być doskonałe.

Każdy, najmniejszy dźwięk na płycie jest emocjonalnym strzałem, który przebije nawet najtwardsze serce. Nie trzeba wiedzieć o czym śpiewa, nie trzeba wiedzieć kim była/jest Emma, nie trzeba nawet znać historii Justina Vernona by odczuć siłę emocji jakie emanują w każdej piosence na tej płycie. Wystarcz tylko zamknąć oczy i dać się ponieść głosowi zwykłego faceta z gitarą, który w sposób (nie wstydźmy się słowa) PIĘKNY poezją śpiewaną opowiada o najprostszych uczuciach, które tak trudno czasem innym ludziom wyrazić zwykłymi słowami… (9.4/10)

ot, co: http://www.youtube.com/watch?v=S6rAmBt8xPs

Szadi

Jedna odpowiedź to “Bon Iver- For Emma, Forever ago”

  1. yeah. wielki comeback. Pozdro! Życzymy sobie częstych updejtów :P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: