Archiwum dla Wrzesień, 2009

the Most Serene Republic -…And The Ever Expanding Universe

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Wrzesień 28, 2009 by headphonesporno

333

Jeśli znamy i lubimy Kevina Drew’a,  i jego szaloną gromadkę , o ile lubimy Kc Accidental, to polubimy także ich. Nie daleko pada bowiem ich owoc, od drzewa urodzaju pozostałych Kanadyjczyków z tych „multi” bandów. A oto słów parę.

Pan Tapczan jest na tak!  i powie szczerze że nie da się przy tej płycie nudzić, to tykająca bomba z zapalnikiem czasowym w kieszeni, aż strach pomyśleć co będzie gdy ona wybuchnie.
Ale po kolei..

Pozycja otwierająca to „Bubble Reputation”, i nie wiem dlaczego ale od razu na myśl przychodzi mi Blonde Redhead z transowym zacięciem, to jak przedstawienie w teatrze lalek dla tych dorosłych, i uwierzcie mi, że po 3 minutach sami poczujecie się jak na sznurkach.

Kolejnym hiciorem jest  The „Old Forever New Thing”, piosenka promująca całą płytę,  jest ładny teledysk utrzymany w świetnym klimacie (ale o tym na końcu) i jest cudowna rzeka dźwięków,  to najbogatsza pozycja z całego krążka, hipnotyczna a zarazem pobudzająca , to taki balans dwóch skrajności, cały czas towarzyszyło mi wrażenie ze dźwięki instrumentów gdzieś się chowają i szukają miejsca na wydostanie się  na zewnątrz, wszędzie tętniąca energia i genialny, wręcz usypiający wokal.

Następny  godny uwagi  kawałek to „Catharsis Boo”, jeden z tych bardziej energiczniejszych i wpadających w ucho. Podoba mi się prowadząca wszystko wyraźna perkusja, na której nie skupia się nawet uwagi!!! Wszystko dzieje się gdzieś za nią. Ciarki mnie przechodzą kiedy słyszę ten delikatny chórek, który zdaje się wszystko tonować i uspokajać- wprowadza to taki mały pierwiastek melancholii i spokoju.

Jako całość krążek  prezentuje się wyśmienicie, żadna pozycja nie wymaga eliminacji, każda się dopełnia, wszystko ze sobą współpracuje, każda minuta z tej płyta to inne doznanie, każda minuta to rozkosz dla uszu, i uczta dla duszy. Należy się wielki plus za wykorzystanie wokalu jako jednego z instrumentów a nie narzędzia , który przeważa nad   formą psując całokształt.
„MSR”, że tak sobie pozwolę na skrócik, odrobili zadanie domowe na 6, biorąc pod uwagę poprzednie płyty.
Ta wypada genialnie, jest to wszystko czego brakuje na poprzednich, to już nie kapela bawiąca się i krzycząc do
grających na opak instrumentów, tylko dorośli ludzie wiedzący co tak naprawdę chcą przekazać swoją twórczością.
Jedyne czego się można uczepić to pewnego stopnia prawdopodobieństwo do   w/w „Broken social Scene” ,         prawdopodobieństwo oczywiście jest, ale nie tak bardzo kujące w oczy, może czasami faktycznie da sie zauważyć pewne wpływy i inspiracje ,ale przecież to taka jedna, wielka, kanadyjska rodzina.
Mówienie o „Most Serene Republic” jako zespole Indie jest moim zdaniem bardzo krzywdzące, to bezczelne wrzucenie do jednego worka większości tandetnych jedno sezonowych grajków z płodnymi artystami, których ktoś po prostu klasyfikuje nie mając wyjścia, lub też po prostu wyobraźni, lub po prostu jest kretynem Ja na to nie zwracam uwagi, prawdę mówiąc jeśli podejdziecie do tej płyty z pozytywnym nastawieniem tak jak ja, będziecie dobrze wiedzieć co mam na myśli.

A oto obiecany link http://www.youtube.com/watch?v=AoasGWy4HCw

Tapczan

Husky Rescue czyli skandynawski duszek

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , on Wrzesień 27, 2009 by headphonesporno

Husky Rescue to zespół z Finlandii. Gdybym ich nie znał, wystarczyłby mi ten fakt, aby sięgnąć po ich płytę. Skandynawia, choć wcale nie wiem o niej dużo, zawsze wydawała mi się być jednym z bardziej magicznych miejsc w Europie ( nie licząc oczywiście moich kochanych wschodnich stron słowiańskich <3). Z Finladnią czy Danią mam tak samo jak z Islandią- zawsze gdy trafi mi w ręce płyta właśnie z tych stron, zastanawiam się: „czym tym razem mnie zaskoczą?”. No i zaskakują. Weźmy taką Promise and the Monster, o której pisałem. Kto słyszał i poczuł, ten wie o co chodzi. Kto nie- nich czyta dalej. Jest „coś” co sprawia, że muzyka skandynawska wciąga, hipnotyzuje. To „coś” bez wątpienia mają Husky Rescue, o których ostatnio przypomniałem sobie szukając pod „H” Huphrey’a Lattelton’a, ale o nim innym razem.

           

No więc mamy Husky Rescue. Długoletnie inspiracje  fińskim filmem, fińską architekturą, finńską przyrodą ( Viva la Findandia!) tknęły pewnego dnia, niejakiego Marko Nyberg’a by stworzyć projekt muzyczny, który z czasem rozrósł sie do pięciosobowej formacji. Wydali dwie płyty: Country Falls (2004) i Ghost Is Not Real (2007). Jest jeszcze Other World (2007), ale to się nie liczy bo to remixy. Nie będę osobno pisał o płycie Jeden i o płycie Dwa, jako że obie są równe pod względem swojej fantastyczności; utwory z nich można by śmiało pozamieniać miejscami i datami urodzin i wciąż wspomniane „coś”.  A czym jest to „coś”? To poruszany wcześniej skandynawski duszek.

A jaki jest skandynawski duszek?

Jest rozmarzony. Chyba za często używam tego epitetu na tym blogu, ale trudno się mówi- delikatna elektronika. Husky Rescue, nie grzeszy dźwiękami od pana komputera a proporcja komputer:gitara i przyjaciele, jest wyszukana, dzięki czemu, wolne utwory, których na obu płytach trochę jest, zmniejszają naszą wagę do paru gramów a nastepnie skandynawskim powiewem unoszą, szepcząc przez słuchawki  „Sleep tight tiger”. Mrrraaauuuu.. zzz…

Jest porywający. Choć Husky Rescue to przede wszystkim muzyka spokojna, nie znaczy to, że potrafi też przygrzmocić. Jeśli już to robi, najbardziej lubi to robić na zasadzie „od kamyczka do lawiny”. Najpierw mamy lekkie plumknięcia, które z czasem zamieniają się w cos mocniejszego- tempo, ilość dźwięków, napięcie, rosną by zakończyć wszystko triumfalnym, dreszczo-przyprawiającym grzmotem. Najlepszym tego przykładem będzie dziesięcominutowa, trzyczęściowa  ballada „Blueberry tree”. Nie brak również najprawdziwszych w świecie jamów w stylu floydowskiego „The Great Gig Is In The Sky” („Rainbow Flows”), czy orientalno-bonobowego „Mean Street”.

Skoro mowa o Floydach- jest floydowski. Żadna to odkrywacza inspiracja, ale i w muzyce Husky Rescue czuć twórczość Gilmour’a i spółki. Najbardzie wyczuwalnymi, jak dla mnie, płytami sa tutaj „Dark side Of The Moon” i „Wish You Were Here„. Dla mnie bomba! 

Jest kolorowy. Magiczny Husky Rescue sam zaczarowywuje. Ich piosenki, to przede wszystkim smaczki-skarby, których poszukiwanie uzależnia. Ilekroć nie włączam którejkolwiek z ich płyt, zawsze słyszę coś innego. To jak patrzenie w kalejdoskop- zawsze kolorowo, ale też zawsze inaczej. Tak- HuskyRescue to muzyka niesamowicie barwna, szczegółowa: plumknięcia, cymbałki, „lewitujące gitary” ( ciekawe czy zgadniecie o co mi chodzi:) ), delikatny, ale jakże tajemniczy wokal pani Reety-Leeny Korhola, grzmoty, poukrywane sekcje dęte, smyczkowe, wyszukane, pogłosowe tła, chórki, szepty… Tak można w nieskończoność. Wszystko to czeka aby zostać odkrytym i zarazić was fetyszem muzyki z północnej Europy.

„To melancholijna muzyka, ale pełna nadziei. Muzyka Husky Rescue jest jak pierwszy śnieg na ziemi, kiedy jeszcze można nadal zobaczyć pod nim zieloną trawę. Jest jak wiosenny promień słońca po długiej, mrocznej, bezsłonecznej zimie.”- tak o swojej muzyce mówi sam założyciel Marko Nyberg. Czego chcieć więcej,uratujcie husky’iego i dajcie się mu odzwiędczyć…

 Od tej piosenki zaczęła się moja przygoda: http://www.youtube.com/watch?v=BWqVIm4bAQM

Szadi

Bon Iver- For Emma, Forever ago

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on Wrzesień 26, 2009 by headphonesporno

Zawsze lubiłem smutne piosenki. Wolne, spokojne, ale emocjonalnie szczere, poruszające swoją autentycznością. Tak się składa, że zbliża się jesień- pora wyciskająca nawet z najtwardszego człowieka odrobinę melancholijnych reflekcji. Pora wzmożonego, jak dla mnie, okresu sięgania właśnie po smutne piosenki, co by jeszcze bardziej zjednoczyć się z aurą. Pora ponownego sięgnięcia po płytę Bon Iver- For Emma, Forever ago

Historia jest prosta: Justin Vernon wiedzie szczęśliwe i spokojnie życie ze swoją dziewczyną, jego zespół – De Yarmond Edison – wydaje pierwszą płytę; wszystko zdaje się zmierzać we właściwym kierunku. Nagle zespół się rozpada, dziewczyna odchodzi a zdrowie się diametralnie pogarsza. Z harmonii staje się chaos. Vernon zamyka się: w sobie i w starej chatce, gdzieś na środku ośnieżonego lasu na północy stanu Wisconsin. Przez trzy miesiące pośród dzikiej natury szuka pożywienia i duchowej równowagi. Ostatecznie, jego ascetyzm kończy się spłodzeniem dziecka- For Emma, Forever ago- płyty, na której wszystkie jego przemyślenia, kontemplacje i mentalne cierpienia zostają zamienione w dźwięki.

Pamiętacie film „Zielona Mila”, a dokładnie postać Johna Coffey? Taki wydaje się być Bon Iver. Hardy facet, który dopiero co przeżył samotne trzy miesiące w dzikim lesie, walcząc po drodze z mononukleozą, nagle okazuje się być niesamowicie wrażliwy, delikatny i najważniejsze- naturalny. To właśnie naturalizm sprawa, że płyta ta jest ponadprzeciętna. Wokalne niedoskonałości, oszczędność instrumentalno-melodyjna a nawet domowa wręcz jakość nagrań- nie ma tu drugiego dna, żadnej komputerowej obróbki- wszystko jest takie jak słychać- szczere i autentyczne. W dobie, kiedy cały proces nagrywania płyty skupia się na uzyskaniu odpowiedniego brzmienia, ktoś nagle stawia na prostotę i prawdziwość i.. udaje mu się! Praktycznie tylko za pomocą gitary akustycznej i własnego gardła, Justin Vernon wprowadza nas w klimat psychodelicznego neo-folkowego cudu, pokazując jak coś w swojej niedoskonałości może być doskonałe.

Każdy, najmniejszy dźwięk na płycie jest emocjonalnym strzałem, który przebije nawet najtwardsze serce. Nie trzeba wiedzieć o czym śpiewa, nie trzeba wiedzieć kim była/jest Emma, nie trzeba nawet znać historii Justina Vernona by odczuć siłę emocji jakie emanują w każdej piosence na tej płycie. Wystarcz tylko zamknąć oczy i dać się ponieść głosowi zwykłego faceta z gitarą, który w sposób (nie wstydźmy się słowa) PIĘKNY poezją śpiewaną opowiada o najprostszych uczuciach, które tak trudno czasem innym ludziom wyrazić zwykłymi słowami… (9.4/10)

ot, co: http://www.youtube.com/watch?v=S6rAmBt8xPs

Szadi

Headphonesporno wraca!

Posted in Ogłoszenia parafialne on Wrzesień 25, 2009 by headphonesporno

Nie, nie przestaliśmy! Headphonesporno po półrocznej przerwie wraca. Zmieniliśmy adres (Blogspot funkcjonował jak żart), wygląd (który się jeszcze zmieni), poza tym do każdego posta będzie dołączony odnośnik do YouTube’a, aby można było zasmakować tego o czym piszemy i… i może jeszcze coś się pozmienia ale wszystko w swoim czasie. Co pozostaje niezmienione to muzyka, która będzie tu przedstawiana. Narazie trzeba usunąć Stajnię Augiasza jaka nastała wśród postów po przeprowadce z blogspota (z małej litery go napiszę, należy się!).
Ludzi zawiedzionych absencją przepraszamy, ludzi nieznających witamy, wszystkich zapraszamy do czytania.

Ćmki!

Szadi / Tapczan

%d bloggers like this: