Archiwum dla Maj, 2008

Coldplay- Parachutes

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Maj 30, 2008 by headphonesporno

Ja wiem, ze Coldplay to żadne odkrycie, temat obstukany. Zespół sławny na skalę światową, słyszymy w radiu, telewizji i MTV. Mają bombowe piosenki takie jak: The scientist, czy Politik. Ale chce napisać o nich, bo ta płyta uświadomiła mi kiedyś, kiedy byłem pozbawiony wszelkiego dostępu do mojej muzyki, że zjawisko „tęsknoty za muzyką” istnieje i w wspaniały sposób tą tęksnotę potem zaspokoiła. Do dziś pamiętam moment w który po raz pierwszy odpaliłem go na moim odtwarzaczu. Dosłownie od pierwszych sekund mnie zauroczył i trwale. Parachutes to pierwszy i definitywnie najlpeszy album panów z Londynu. Nie ma takich słów, żeby opisać ten album należycie. Jest to strzał emocji, nostalgii i wzruszenia prosto w serca, nie tylko dla ludzi wrażliwych na piękno. To album obowiązkowy- żeby się przekonać jaki potencjał mają (słysząc najnowszy singiel może powinienem powiedzieć- mieli?) chłopaki z Coldplay; żeby dostrzec prawdziwe piękno kryjące się nie tylko za hicorami Shiver czy Yellow, ale np. za mistrzowskim wręcz jazzowym Everything’s not lost, psychodelicznym Spies, czy wzruszającym do łez, spokojnym Sparks. Nie wstydźmy się wrażliwości- słuchajmy Parachutes.

Szadi

Reklamy

Red Sparowes – At the soundless dawn

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Maj 30, 2008 by headphonesporno


Rock umarł , jak dla mnie , spoczywa we Francji koło Balzaca i Moliera, miał brodę, kapelusz, i lubiał pić, picie traktował jako kontynuacja tradycji, początkowo lubiał dziewczyny, dobrą zabawe, potem minipulował, wszczynał bunt,wszczynał go tak dobrze ze nadal sie buntują, ale już nie z taką częstotliwoscią. Za pojęciem Rock kryje sie wiele, pojęcie względne, o ile źle interpretowane może przysporzyć wielu problemów, już nie wspominając jakich, dla laika „dobrym Rockiem” jest Marylin Majson, dla tego bardziej ogarniętego The doors, dla zdezoriętowanych „Hary kryszna” The Beatles.
Postęp jaki jest kolosalny, ale oczywiście nie na korzyść rozwoju muzyki popularnej, przysparza więcej złego niż dobrego , co raz to drętwiejsze twarze uciaćkanych ukrywających sie za twardą miną gejów albo zbuntowanych 18-latków, który buntuje sie tak..ze po prostu nie je obiadu który mu naszykowała mama, wszystko zmierza ku czarnej dziurze, dlaczego ktoś chwali zespół który jest rasową podróbkę zespołu grającego 30 lat wcześniej ? dlaczego brakuje dzisiaj uczuć, tej magii, przecież muzyka rockowa kształtowała świadomość całej ludzkości, nawet prezydent Nixon nie dał rady w walce z nią, ona wychowała naszych dziadków, naszych ojców, przykre jest takie niedocenienie ogromu jej znaczenia. Red Sparowes to projekt ludzi na co dzień grających w całkiem innych kapelach, być może grają dla zabicia nudy, bo nic nie leci w TV, być może mają nam coś ważnego do przekazania, to ze rock jeszcze iskrzy , i iskrzyć będzie dzięki takim płytom

Tapczanek

Przepis na sukces

Posted in O muzyce inaczej with tags , , on Maj 24, 2008 by headphonesporno


A oto i On-Kurt Donald Cobain. Wielki mistrz. Bóg. Geniusz. Ikona. Klęknijcie! To on przecież założył Nirvane- najgenialnijeszy zespół na świecie. To on napisał genialne”Smells like teen spirit”. To on któregoś pięknego dnia zabarykadował się w domu i w genialny sposób strzelił sobie w łeb, zostawiając kochającą żone i dziecko. Ale to nic, oni zrozumieją. Tak jak my. Bo Kurt był geniuszem przecież. Spójrzcie ile na świecie jest koszulek z nim, plaktów, domowych ołtarzyków i ludzi którzy znają na pamięć „Smells like teen spirit” a ile umie to zagrac na gitarze!
Wiecie czemy Cobain jest sławnym panem bogiem, męczennikiem ze strzykawką heroiny na plecach? Bo fajnie i młodo umarł. A w zasadzie się zabił. A w zasadzie to nie wiadomo i to chodzi .Jakże rzeczywiście genialnym zabiegiem byłoby strzelenie sobie w łeb tak, żeby nikt nie widział. Tak, by powstało milion rozmyślań, czy aby na pewno samobójstwo, czy czasem ktoś go nie zabił (okropny musi byc los elektryka który znalazł jego ciało…). Gdyby Cobain w jakiś tam sposób nie zginął, skończyłby następująco: Kurt pokonał by swoje uzależnienie od heroiny, dostał by wielkiego oświecenia a następnie wytatuowałby sobie wielki krzyż na plecach i zaczynał śpiewać o Jezusie. Nirvana grałaby dalej, wydali jakies tam kolejne płyty, które w pewnym momencie zaczęłby by być gorsze jedna od drugiej. Któregoś słoneczengo dnia dwudziestego pierwszego wieku Kurt Cobain ogłosiłby chwilowe zawieszenie działalności The Nirvany, gdyż chciałby poświęcić troche czasu aktorstwu; wystąpiłby u boku tego iodtycznego aktora z „Poznaj mojego tatę”, potem jeszcze jakiś gościnny udział w jury w programie „Jak oni jeżdżą na hulajnogach”(„How do they ride on scooters”). Po drodze sprzedałby sie do reklamy MTV i naturalnie wziął rozwód z Courtney Love. Któregoś dnia weszlibysmy na Onet.pl i przeczytali, że Kurt Cobain wziął i umarł na raka prostaty. Ale jednak…
Gdyby Kurt umarł po bożemu nie było by dyskusji. Nie było by ołtarzyków na szafkach zbuntowanych nastolatek i takiej ilości koszulek na ulicy. Byłby zmarłym szanowanym muyzkiem, a nie herosem nawet dla ludzi znających tylko „Smells…”. Oto przepis na sukces: trzeba umrzeć śmiercią tejemniczą, wplątać w to narkotyki i dużo pisać o śmierci w tekstach piosenek, tak by wszyscy się potem pukali w głowy ” Jak my mogliśmy tego nie zauwazyć!?” i obarczać się winą, że nic nie zrobili.
Ok. Nie myślcie, że nie lubię Nirvany. Maja parę dobrych (tylko dobrych) piosenek. Jako riposte na ten post ktoś może napisać że Kurt przecież miał naprawdę dobrę teksty albo był świetnym gitarzystą (leworęcznym na dodatek!). Tak, niektóre teksty mu wyszły, ale nie jest to szczyt liryki śpiewanej, a gitarzystą wcale nie był takim dobrym.
Mimo wszystko szanuję Kurta bo był muzykiem. A muzyków trzeba szanować, czyż nie?
  
Szadi
 
 

Myslovitz- Skalary Mieczyki i Neonki

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on Maj 22, 2008 by headphonesporno

 

Oto druga twarz Myslovitz. Niezbadana, nieznana, tajemnicza. Po prawie dziesięciu latach dennego uderzania w gitary, pisaniu piosenek ABABCB o Peggy Brown, Peggy Sue czy innych Marylin Monroe, zespół postanowił (naczuczyli się?) totalnie otworzyć. Wypuścili na wolność coś czego zalążkiem dawno temu było genialne”Good day my angel”. Zero ograniczeń, zero zasad, zero poprawek, czyste improwiazcje- tak sobie obiecywali w czasie sesji nagraniowej. I proszę- udało się . W jednym z wywiadów powiedzieli, że sytuacji typu „źle zagrałeś, powtórz to, to nie pasuje” nie było prawie w ogóle. I co z tego, że wydali na siebie wyrok ze strony połowy swoich fanów?! „Skalary…” było wielkim ryzykiem, które się oplaciło. Udowodnili, że Myslovitz to nie tylko Polski zespół od melodyjnych hitów a’la „Chłopcy”, z dobrymi tekstami, jadący na britpopie. Udowodnili wszystkim, że są osobami z naprawdę ogromną wiedzą muzyczną, szerokimi horyzontami oraz zdolnościami godnymi pozazdroszczenia przez innych muzyków. Pokazali, że w dzisiejszych czasach, rządzonych przez komercję, da się stworzyć manifest wolności; da się stać obok… nie! Nie obok! NAD! tym wszystkim! I co najważnijesze moim zdaniem, pokazali nie tylko swoją dojrzałość, ale i też zainicjowali wielkie dorastanie wśród polskich fanów. Pokazali, że w Polsce „tak też się gra”; zaczęli nas, przyzwyczajać do tego, że muzyka może być z jajami, a nie, tylko, z fajnym refrenem.
Posłuchajcie „Skalary Mieczyki i Neonki”, bo warto. Chociażby, po to żeby zobaczeć jakich mamy w Polsce zdolnych muzyków i nie mówie tu tylko o Rojku. Mówie tu też o Przemku Myszorze, Wojtku Powadze i braciach Jacku i Wojtku Kuderskich. Bo to oni kiedyś staną w szeregu z Kopernikiem, Miłoszem czy Curie.
 
Szadi

Blockhead – Uncle Tony’s Coloring Book

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on Maj 22, 2008 by headphonesporno


Blockhead to pochodżący z Nowego Yorku artysta, procudent, dj, taki człek orkiestra, inspiracja hip hopem, ale to raczej „hip hop dla inteligentów” , bo to co tworzy szeroko wypływa poza granice tego zjawiska. Blockheada wydaje wytwórnia Ninja Tune, najlepsza wytwórnia muzyki alt elektro bla bla bla dla której między innymi nagrywa nasz Skalpel, sama przynależność do szyldu Ninja Tune mówi sama za siebie.
James Simon to pewnego rodzaju fenomen, indywidualny styl i odschool, zabawa samplami, efekt domino, mozaika dźwięków, ale tez ciemny zadymiony momentami wręcz brzmiący jak marsz żałobny styl dobija, ale tez rozwesela, i uśmiech na twarzy pojawia sie przy jego nowej propozycji
Uncle Tonys Coloring Book , jak twierdzi sam Simon, chciał taką płytę nagrać, i wielkie dzięki mu za to. Cały krążek to totalne przeciwieństwo jego 2 poprzednich płyt, aczkolwiek czuć tutaj charakterystyczne brzmienie perkusji czy tez zmiksowane zniekształcone dźwięki pseudo wokalu, jego uniwersalność i ekspresja jest porażająca, bawi sie brzmieniem i odbiorcą. Zmieszał on wszystko ze wszystkim, folk, country, disco ,jazz , funk , hip hop , nie zabrakło tutaj nawet inspiracją polskimi artystami , na „Music by Covelight” można było usłyszeć zlepki z Paktofoniki,tak tutaj Simon użył kilku sekundowy fragment hejnału z wieży mariackiej w „Cheery up you’re not dead” . Taka kolorowa mentalna wycieczka do celu który sami sobie obierzecie.

Tapczan

Grammatik- światła miasta

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on Maj 13, 2008 by headphonesporno

…Szum wiatru. Jechaliście kiedyś autem przez miasto o 2, 3 w nocy? Puściutkie ulice, sygnalizacja mrugająca na pomarańczowo, resztki żywych istot i wspaniała cisza. „Światła miasta” to płyta oddające cześć takiemu zjawisku. Nigdy nie zagłębiałem się szczególnie w świat polskiego hiphopu, cała moja wiedza opiera sie na tej z czasów gimanzjum, szerokich spodniach i klasykach a’la PFK i K44. Wtedy też usłyszałem Elda i jego kumpli i zauroczyli mnie na tyle, że kupiłem ich całą płytę, oryginała. I choć było to osiem lat temu- do dziś nie żałuje. „Światła miasta” to przejaw nielada dojrzałości. Usłyszymy to w zarówno w tekstach jak i w podkładach. Nie ma tu ochrypniętej agresji, pustych tekstów o gangsterce i miażdżacego, wyniosłego bitu. Dominuje tu spokój, nocny klimat i nieustający „trzask” winyla. Czuć tu niesamoiwte wyczucie w doborze podkładów, a teksty do nich śpiewane są bardzo przemyślane, tematycznie spójne, budzące w człowieku życiowe refleksje. Płyta Grammatika, skromna ale z klasą, w świecie polskiego rapu postawiła poprzeczkę bardzo wysoko i z tego co wiem, do dziś mało kto ją przeskoczył. Nie ma sie co dziwić. Nie sądziłem, ze można to powiedzieć o płycie hiphopowej ale ten album jest naprawdę piekny. Szum wiatru…

Szadi

The Mars Volta- Frances the mute

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on Maj 12, 2008 by headphonesporno

Świat muzyki to takie łańcuszki. Jedni inspirują się muzyką z lat siedemdziesiątych, Ci z koleji inspirowali się czymś tam innym. Drudzy sięgają do jazzu, rapu, electro, przekształcają to, tworząc nowe pięcioczłonowe nazwy nowych pseudo gatunków muzycznych i tak w kółko Macieju. A ja czekam na dzień, a w zasadzie modlę się aby nigdy nie nastał, kiedy ktoś sięgnie do MarsVolty, bo to formacja, która jest jedyna w swoim rodzaju. Nie znam zespołu który ich kopiuje, naśladuje, który chociaż troche próbuje grać podobnie i dzięki Bogu.
Trzeci album Cedrica i Omara to krążek gdzie wszystkie utwory są ze sobą powiązane muzycznie i tekstowo, czyli to co ja lubię najbardziej. Największy ignorant wszelkich teorii muzycznych, gitarzysta – Omar Rodriguez postarał się aby ta płyta nie znudziła się nam ani na chwilę. Mamy tu nieprzewidywalne zwroty akcji, jazz, salse, ostre jak @#$%^&*! riffy, język hiszpański, trąbki i Frusciante’ego! To moc przez duże „M”. Ten album to szmery i krzyki, gęsia skórka, orgazm i podziw. Prawie wszystkie, trwające ponad dziesięć minut utwory sprawiają, ze krązek to podróż ekskluzywną furą z czerwonym workiem na głowie. Nie widzimy gdzie jedziemy, czujemy strach, ale chcemy tu zostać, bo ciekawość bierze górę. Opłaca się. „Frances the mute” to płyta którą trzeba zaliczyć. Na świecie jest hip-hop, metal, electro i jest MarsVolta. Początek i koniec. Niepodrabialny geniusz. Mój nominant do muzycznego Oscara. Jeśli po dodaniu, że Cedric Bixler- Zavala to najlpeszy wokal męski jaki w życiu słyszałem (sic!), dalej nie jesteście przekonani do MarsVolty to ja idę strzelić sobie w łeb…
Szad!
%d blogerów lubi to: