Albo Cześć

Posted in Bez kategorii on 3 marca, 2013 by headphonesporno

Albo wiecie co? Jednak nie. Mamy 03.03.2013 i tym samym ogłaszam, że jednak headphonesporno kończy dziś swoją działalność. Już tak na zawsze. Nie jestem pijany, nie jestem załamany, nie mam złego dnia. Po prostu – koniec. Jak wyrzuci się na ziemię spalonego do końca papierosa i tak znajdzie się bezdomny, który coś jeszcze  z niego uciągnie, ale i ten z czasem uzna, że dalej to nie ma sensu, bo piecze i nieprzyjemnie. Mniej więcej tak się czułem po niedawnej reaktywacji. Nie wyrzucam swojego dziecka do rzeki zostawiając mu niewielką szansę na przeżycie. Ja je topie, upewniając się, że zrobiłem to skutecznie. To już taki prawdziwy koniec. Kochajcie się, kupujcie płyty, pijcie alkohol, wybierajcie namioty a nie hostele na festiwalach, piszcie z polskimi znakami, oglądajcie filmy pornograficzne,  miejcie romanse, stwórzcie coś i nie słuchajcie gatunków tylko muzyki. Cześć.

Szadi

No cześć

Posted in Bez kategorii on 31 grudnia, 2012 by headphonesporno

Cześć!

Powiedzmy to wprost: blog został porzucony, ale nie bez przyczyny też nigdy nie było notki pożegnalnej. To była bardziej hibernacja niż zgon. Im starszy tym bardziej zalatany itp. Nie jest też tak, że w tym czasie nic nie robiłem. Nie będę tu robił intra do przechwałek. Po prostu: nagrałem płytę i to w dużej mierze pochłonęło mój czas i zapał. Teraz kiedy mogę powiedzieć, że praca jest skończona, można wrócić delikatnie do pisania. Wpadajcie tu co jakiś czas, bo będziemy starać się Wam coś pokazywać.  Tak jest – pierwsza osoba, liczby mnogiej.  Będziemy. Do wesołego pisania powraca również  Tapczan. Myślę że będzie klawo.

Tu możecie posłuchać tego, co zrobiłem w 2012 zamiast pisania: http://patrickthepan.bandcamp.com/

A tutaj możecie się dowiedzieć więcej o co chodzi.

Stay tuned!

A, no i rok się skończył tak?

Szadi:

  1. Husky – Forever So
  2. Alt-J – An awesome Wave
  3. Patrick Watson – Adventures In Your Own Backyard
  4.  Tindersticks – The Something Rain
  5. Observer Drift – Corridors
  6. Lord Huron – Lonesome Dreams
  7. Flying Lotus – Until The Quiet Comes
  8. Liars – WIXIW
  9. Clark – Iradelphic
  10. Efterklang – Piramida

Tapczan:

  1. Tame Impala – Lonerism
  2. Pond – Beard, Wives, Denim
  3. Ariel Pink’s Haunted Graffit- Mature Themes
  4. Dignan porch – Nothing Bad Will Ever Happen
  5. DIIV – Oshin
  6. Foxygen – Take the Kids Off Broadway
  7. Chromatics – Kill For Love
  8. Lotus Plaza – Spooky Action At a Distance
  9. The Babies – Our House On The Hill
  10. Animal Collective – Centipede 

Cześć!

20 najlepszych orgazmów roku 2011

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 22 stycznia, 2012 by headphonesporno

Obiecuję, że na na liście poniżej nie będzie Bon Ivera. Nie będzie również Tima Heckera ani Oneohtrix Point Never. Twilite ani żałosnych Nerwowych Wakacji też. Nie będzie kamieni milowych, punktów zwrotnych i nagłych przewrotów fabuły. Będzie spokojnie, ale szczerze, prawie intymnie. Będą argumenty „bo jest ładna” i będą płyty, które, niczym się nie różnią od poprzednich wydań artysty, ale które ja odkryłem dopiero w tym roku. Będzie fajnie, chodź.

20. The Lonely Island – Turtleneck & Chain

Najczęściej puszczana po pijaku płyta tego roku. Zakochana para: 40% i Lonely Island. Nie ważne z kim i gdzie, dochodzimy do połowy flaszki oznacza, że dochodzimy do Lonely Island.  I te krzywe spojrzenia, gdy cichnie dubstep i rozbrzmiewa „I’m On a Boat”. Miejsce 20 i trochę z przymrużeniem oka. Bo „Turtleneck & Chain” to w gruncie rzeczy płyta tak samo słaba jak i świetna. Trójka amerykańskich komików robiących sobie jaja z całego muzycznego showbiznesu nagrała tyle samo sucharów co bangerów. A wielki sukces leży w tym, że brzmieniowo projekt zrealizowany jest z hollywoodzkim rozmachem, do tego stopnia, że kochający rap i niekochający książek do angielskiego kolega, usłyszawszy „Motherlover”, uśmiechnął się, główką tyknął  do rytmu i powiedział: „zajebiste Szadi, nie powiedziałbym, że słuchasz takiej muzyki!”

19. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

Będzie trochę polaczków w tym roku na podsumowaniu. Kombajny wróciły i celująco zaprzeczyły, że po przerwie da się nie wypaść z wprawy. Rozpisywać się się nie będę, bo referat oddałem o nich we wpisie pod koniec października (tak brzmi „lepiej, niż jeden wpis temu”). Jest brudno i neurotycznie. Jest Zagański i jego zdrowo pojebany punkt widzenia. To najbrudniejsza płyta jaką słyszałem w tym roku, ale ten bród działa trochę jak błotko na świnkę.

18. Holy Other – With U (EP)

Nie lubię EPek. Nikt chyba ich nie lubi, i nikomu się chyba nie specjalnie chce ich ściągać. Epek też chyba nie specjalnie się powinno wciskać w jakiekolwiek roczne podsumowania płyt. Mimo to stawiam na „With U” Holy Other, który skłonił mnie do znalezienia w MediaPlayerze opcji puszczania płyty w kółko. Wytwórnia Tri Angle nie zawiodła z Balamem Acab’em, wierzę więc, że i z Holy Other wyjdą w 2012 ludzie, zwłaszcza, że materiał puszczony na krakowskim Unsound’zie brzmiał naprawdę obiecująco. Mroczny, około-burialowy klimat zawsze spoko.

17. Juliana Barwick – The Magic Place

Materiał, który mógłby być tylko ciekawostką, stał się tak dobry, że aż hipnotyzujący. Tworzenie muzyki samym głosem, nie musi oznaczać beatboxu, „Don’t Worry Be Happy” ani ciepłego kwartetu z Mam Talent. Magic Place to piękne ambientowe kompozycje tworzone metodą dośpiewania kolejnej partii do zapętlonego już materiału. Śliczny impresjonizm budowany praktycznie samym damskim głosem. Super. Więcej tutaj.

16. Coldair – Far South

Kiepska pierwsza płyta nie oznacza złej drugiej. Wydziarany nie oznacza twardziel. Nagrane w domu nie oznacza złe. Akustyk i wokal nie oznacza nudów. Muzyka późnej nocy nie oznacza senności. Rozliczenie się z przeszłością w formie piosenek nie oznacza niedojrzałej muzyki. Made in Poland nie oznacza zły. O nie, nie tym razem.

15. Promise and the Monster – Red Tide

Szlag mnie trafił, gdy gdzieś w polskim, jeszcze wolnym internecie przeczytałem, że Promise and the Monster została NAWET doceniona przez polski duet gitarowy Twilite, którzy ją zaprosili do współpracy. Trafił mnie, bo jak dla mnie to Billie zaszczyciła ich swoją chęcią do współpracy, a nie na odwrót. Tak czy siak, fantazjowałem, że „Red Tide” będzie wyżej, ale choć bardzo dobre, nie jest tak rewelacyjne jak pierwsza płyta „Transparent Knives”. Mimo wszystko Billie Lindahl pokonała syndrom drugiej płyty. Temperatura dalej pozostaje na minusie, a Billie swoim niesamowitym i magicznym  głosem czaruje przy akompaniamencie równie baśniowej muzyki.

14. King Creosote & John Hopkins – Diamond Mine

Czyli 8 romantycznych ballad o miłości do małego szkockiego miasteczka nagrywanych 7 lat przez szkockiego, folkowego songwritera i angielskiego elektronika. Unikalny i ponadczasowy, zapadający w pamięć album, który uderza delikatnością, subtelnością i czystym pięknem.

To zabrzmiało jak tandetna rekomendacja płyty z empik.com, ale serio, ta płyta jest niezła a ja nie mam akurat pomysłów, na większy rozpis o niej. Po prostu jej przesłuchajcie.

13. Cascadeur – The Human Octopus

Pod odważnym kryptonimem kryje się tajemniczy muzyk o nieśmiałym głosie i pełnej wrażliwości muzyce. Nawet nie wiadomo, jaka twarz kryje się pod kaskiem, którego nie zdejmuje nawet na scenie. Było o nim więcej tutaj.

12. Tyler, The Creator – Goblin

Po części jestem w stanie zrozumieć brak sympatii do ordynarnego 20 latka, który rapuje, że zgwałci ciężarną kobietę i powie kumplom, że miał trójkąt, ale czy tego samego rok temu nie zrobił Kanye West? Na My Beautiful Dark Twisted Fantasy Kaniusia zostawił czarną dumę w szatni i zaczął się zwierzać z robienia fotek swojego Damiana i wysłanie ich do dziewczyny. Ten rapowy strptiz sumienia wyniósł Kanyego na sam szczyt. Tyler wciąż mieszka z babcią i namiętnie się masturbuje aż go nie zacznie kuśka boleć. Kupuję to. Tyler, The Creator jest jak oglądanie gołych bab za młodu, wiesz że to co się dzieje nie jest zbyt święte, ale mimo wszystko się coś Cię tu trzyma i co więcej, wracasz do tego.

11. Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Było już tutaj. Czekamy teraz na longplay pod szyldem Darkside, bo wszystko wskazuje, że Jaar będzie czymś więcej niż gwiazdką jednego sezonu.

10. Barn Owl – Lost in a Glare

Podoba mi się to,  że Evan Caminiti i Jon Porras w przeciwieństwie do ojców gatunku nie widzą konieczności, by na pedale przesteru wszystko musiało być ustawione na maksimum. Barn Owl to dowód, że w tworzeniu drone-metalu nie musi być tylko gitar elektrycznych. Muzyka drone przyszła na świat ze wschodu i w tamtą też stronę Barn Owl spoglądają. Niby nie pierwsze, ani nie drugie wydanie, ale jakoś dopiero przy „Lost in a Glare” doznałem.

9. Jonathan Wilson – Gentle Spirit

Są ludzie, którzy ewidentnie nie urodzili się w swoich czasach. I takim człowiekiem jest Jonathan Wilson, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że hipis nagrywa album stylowo przypominający psychodeliczny folk z lat 70-tych, pełen romantycznych, akustycznych ballad, długich gitarowych, floydowskich solówek (i o ile sam wyznaję zasadę; „crazy guitar solos stopped being cool in 70’s” o tyle tutaj mogę tego słuchać w kółko) a to wszystko nagrał we własnym analogowym studiu. Swój tradycjonalizm przejawia również w w tekstach, pełnych „wild-west”owych złotych myśli, w stylu: „The raven who flies through the desert sky is wiser than you or me… the desert raven, he has poetry„. Brzmi kiczowato, jest dokładnie na odwrót. To prawdziwa sztuka napisać w 2011 roku piosenkę, która mogła by  śmiało zostać wrzucona na płytę Floydów, czy Neila Younga, 30 lat temu, więc jakie trzeba mieć jaja żeby napisać całą płytę, która mogłaby zadziwiać zarówno 30 lat temu jak i dziś?

8. Fleet Foxes – Helplessness Blues

Fleet Foxes przestali być tylko chłopcami we flanelach śpiewających melodyjne siabada o ćwierkających ptaszkach, lecz to nie oznacza, że zatracił się też urok ich muzyki. O nie. Druga płyta nie opowiada o tym co dzieje się w lesie, gdy wstaje słońce. Blues bezsilności bardziej opisuje co się dzieje o tej porze dnia w głowie i sercu Pecknolda. A że ten w skutek pracy nad albumem popadł w skrajną depresję, na drugiej płycie FF nie ma sielanki.  Ballady o starości zastąpiły te o ptaszkach, kompozycje i aranżacje stały się dojrzalsze a momentami miejsce melodyjności zastąpiła kakofonia. Czy to trochę nie Kid A neofolku?

7. James Blake – James Blake

 O kolesiu już napisano co najmniej Biblię, więc komentarz zbędny.

6. Nosowska – 8

Pamiętam  jak bardzo zaczarował mnie 5 lat temu „Unisexblues” ale pamiętam również, jak rok później strasznie rozczarowała mnie Nosowska/Osiecka, mimo, że z jednego ojca dzieci. Cóż, w 2008 roku Nosowskiej raczej nie poszło. I Marcinowi Macukowi też. Nie zagłębiając się zatem w jeszcze wcześniejszą twórczość solową Kasi, wypadkowa emocji i oczekiwań wobec nowej Nosowskiej wynosiła niewiele ponad zero (współczynnik nadziei przeważył). I takie płyty chyba cieszą najbardziej, gdzie przy nikłych oczekiwaniach muzyk robi nam kolosalną niespodziewankę. „Ósemka” to słowiański odzew na zachodnią twórczość niezależną w pigułce. Oczko zostaje tu puszczone i w stronę Reicha, i Buriala, i Arcade Fire i Radiohead (tu to buziak nie oczko) i Bowie i tak w nieskończoność. Bogate instrumentarium Macuka, zarówno klasyczne i elektroniczne, tworzy zaskakująco prostą ale jak piękną i często pełną niepokoju ściółkę muzyczną dla szorstkiego wokalu Kasi i jej nietuzinkowych tekstów, wciąż będących niedościgniętym wzorcem dla wielu artstów. Całość, świetnie przy okazji nagrana  i obrobiona tworzy dzieło wybitne, którym można by się śmiało na tym zachodzie pochwalić.

5. Giles Corey – Giles Corey

Wszystkim drygało, gdy parę lat temu słuchało się „For Emma…” Bon Ivera, bo było ładnie, smutno, z fajnym tłem fabularnym  i co najważniejsze szczerze. Wszyscy znamy już baśń o brodatym romantyku, który wskutek konfliktu z całym światem ucieka na okres zimy do lasu i nagrywa w małej chatce najsmutniejszą płytę świata. Łzy na mikrofonie były wyczuwalne jak dym petów u Elizy Fitzgerald. A co jeśli powiem, że przy Giles Corey Vernon jest troskliwym misiem ze szczęśliwym życiem?

Giles Corey był farmerem, który w XVII wieku został oskarżony czary i ostatecznie skazany na śmierć poprzez zmiażdżenie. Co ma z tym wspólnego Dan Barrett znany bardziej z twórczości w drone/industrial/metalowym projekcie Have a Nice Life? Kluczem jest tu 150 stronicowa książka, dołączona do płyty, bez której projekt Giles Corey byłby tylko dark folkowym, nawet trochę nudnawym projektem nie wartym większej uwagi. To mogłoby też tłumaczy, dlaczego w internecie tak mało recenzji na ten temat, zwłaszcza po polsku. Giles Corey to płyta, której się nie zrozumie, nie inwestując w jej fizyczny egzemplarz. Bo GC to coś o wiele poważniejszego niż tylko smutna płyta nagrywana w domowych warunkach.

Książka to klucz do zrozumienia płyty. Opisuje prawdziwą historię sekty założonej przez tajemniczego Roberta Voora. W owej sekcie główną rozrywką było zakładanie na głowę specjalnych masek (Voor’s Head Device) tak zbudowanych by człowiek nic nie widział, mało słyszał i by był powoli przyduszany w skutek czego doznawał halucynacji i mógł doświadczyć stanu bliskiego śmierci. Najistotniejsze jest jednak pierwsze  zdanie książki – Dan Barret chciał popełnić samobójstwo. Usiadł przy pianinie w swoim domu, włączył dyktafon, założył maskę Voora i czekał… na śmierć. Ocknął się po pary godzinach, leżąc na podłodze, nic nie pamiętając. Z przesłuchaniem nagranej taśmy czekał parę dni. Fragmenty tego nagrania usłyszymy w trakcie całej płyty, lecz najwyraźniej w otwierającym kawałku „The Haunting Presence”, gdzie Barret krzyczy, płacze, chodzi, uderza w pianino, rzuca się po podłodze. Barret tego nie pamięta. Ani sekundy. I to wszystko zmienia. Płyta przestaje być 9 piosenkami, lecz trochę przerażającym, trochę podniecającym doświadczeniem – Słuchaniem listu samobójcy.

„If I did not wish to be alive, did I wish to be dead? (…) I read anything, and everything, I could find – on the afterlife, on suicide, on physical evidences of ghostly existance. (…) The search for death brought me to many strange places. I learned many strange things. This book is a record of those things. These songs are a record of those things. My life is a record of those things.”

Nie ma tu ładnych, smutnych melodyjnych piosenek, które zostają w pamięci. Z drugiej strony nie wskazuje to na brak wartości muzycznej strony płyty. Materiał, w całości nagrany w różnych sypialniach domu Barretta (tego samego, w którym próbował się zabić) to głównie przesiąknięte pogłosem chórki, pianina, gitary akustycze i proste sekcje perkusyjne. Do tego dochodzą różnego rodzaju nagrania, nie tylko te z samobójczej próby. Całość brzmi bardzo obszernie, szeroko, daleko, ale przede wszystkim mrocznie. Sam Barrett, opisuje to jako acoustic music for the end of the industrial revolution” choć bardziej będzie pasować „depressive suicidal black folk”.

4. Modeselektor – Monkeytown

Druga po Lonely Island najczęściej puszczana płyta po pijaku. I przez kwartał na trzeźwo. I w samochodzie. I w gościach. Mamy tu miłość od pierwszego przesłuchu. Do tej pory twórczość Bronserta i Szarego urzekała mnie raczej tylko punktowo. Ich dwie poprzednie płyty były trochu na jedno kopyto – brutalny deutsch bit, do niego gęsty analogowy syntezator i tak przez 2 płyty. Miało się wrażenie, że 4-5 śladów wystarczało na jeden utwór. Nie mówię, że to było brzydkie, ale było to za mało by cieszyło to w innych okolicznościach niż na żywo. Monkeytown jest ciekawsze i już nie takie banalne, jak poprzednie wydawnictwa. To celująca hybryda muzyki klubowej z ostatnich paru lat. DeutschlandDuo porobili notatki do czego ludzie przytupują nóżką najbardziej a następnie nagrali płytę, która unosi kciuki w górę zarówno fanów dubstepu jak i IDM. Jednak perełkowy charakter Monkeytown leży w „niemieckiej smykałce” Modeselektor do electro, co po części wiążę się z zabawą analogowymi syntezatorami, rówież tymi 8-bitowymi. A żeby było śmieszniej Monkeytown zostało nagrane w domciu, w parę tygodni. Chyba do niczego w tym roku tyle nie tańczyłem na łóżku, przy zamkniętych drzwiach od pokoju, co do Monkeytown ;)

3. Youth Lagoon – A Year of Hibernation

Nieśmiali zawsze wydają ładne albumy. Lubię sobie przeczytać, że ktoś zaczął pisać piosenki, bo miał problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, bo tylko tak umie wyrazić swoje smutki, bo mu się w życiu nie układa. To brzmi trochę ckliwie, ale ja dalej lubię przeczytać, że ktoś się gdzieś zamyka, ucieka od świata i tworzy. Wewnętrzne cierpienie zawsze rodzi najładniejsze piosenki. Skojarzenia z Vernonem znowuż jak najbardziej  na miejscu, ale nie chciałbym, żeby takie skojarzenia się tylko na Vernonie kończyły, bo takich ludzi jest więcej. 22 letni Trevor Powers to kolejny z nich. Gnojek napisał zaledwie 8 piosenek w swojej sypialni a następnie nagrał je w domu swojego kolegi. 8 piosenek traktujących o rzeczach, które często tylko on rozumie. 8 utworów tak osobistych, tak intymnych, że aż jest to dla słuchacza krępujące. 8 utworów, o rzeczach mniej lub bardziej błahych, o strachu, samotności, również o miłości, ale na Roku Hibernacji nie zaglądamy nikomu pod kołderkę a bardziej do pamiętnika Powersa.  To krępujące, nawet mimo faktu, że chęć obnażenia się autora jest świadoma i pewna. Geniusz Youth Lagoon tkwi w jego prostocie. Melodie Trevora nie są złożone, podobnie jak instrumentarium, którym je tworzy. Gitara, klawisze, automat perkusyjny i głos, który brzmi jakby 5 minut przed nagrywaniem Trevor był jeszcze wysmarkać nosek po płaczu. To wystarczyło, by nagrać 8 rozmarzonych, dreampop’owych smutnych i szczerze przejmujących piosenek. Youth Lagoon ma dużo wspólnego z The XX, z ta różnicą, że u Xów hibernacja trwa dalej – dzieło Powersa, choć nasycone romantyczną nostalgią, mimo wszystko niesie ze sobą dużo ciepła i nadziei. Trochę jak Beach House. Zdjęcie z okładki, wykonane przez Trevora na Hawajach, zostało wykonane już w czasie „odwilży” w jego życiu. To banalne, ale wkrótce po tym zaczęło mu się układać z dziewczyną, z ludźmi i okres hibernacji się skończył. Pozostaje tylko pytanie, co dalej będzie z Youth Lagoon,  skoro okres smutku zakończył spłodzeniem tak pięknej płyty. Bon Iverowi np. wyjście z chatki ewidentnie nie pomogło…

2. Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Było było, w październiku się o nich wypowiadałem:

„Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej.”

Wspaniała kolaboracja, bez której Noto byłby zbyt brutalny a Sakamoto zbyt nudnawy. Muzyka na granicy ciszy, ale absolutnie nie muzyka tła. Dyskretna, oszczędna, bardzo minimalistyczna. Piękna.

1. Other Lives – Tamer Animals

O tym, że ta kapela będzie wielka wiedziałem już w 2008 słuchając ich pierwszego LP. Wiedziałem też, że „Tamer Animals” będzie dobre, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Podobnie nie spodziewał się tego lider, Jessie Tabish. Bo teraz, gdy świat zaczął odkrywać skromny kwintet z Oklahoma, parę większych członków poważnie stwardniało usłyszawszy ich muzykę: pojechali z Bon Iverem w trasę, w 2012 robią to samo z Radiohead, grają na Coachella, MTV obstawia na nich, jako na zespół, który „wyjaśni” w 2012, Local Natives czy John Mayer wrzucają ich klipy na swoją tablice. Dzieje się i dziać się będzie. Nie będę tu nic rozkładał na czynniki pierwsze. Drugi raz w historii  bloga pierwsze miejsce na rocznym podsumowaniu o czymś świadczy, więc po prostu przesłuchajcie Tamer Animals.

Szadi

Jedna krótka, jedna dluga i trzy w paru zdaniach bo spać iść trzeba.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 października, 2011 by headphonesporno

Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs

Zdaje się, że przygodę z tym duetem zacząłem od dupy strony, bo to już trzecie dziecko tego niemiecko-japońskiego, męskiego duetu. Alva Noto czyli niemiecki  perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland)  i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski  i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej. Konicznie sprawdzę jak prezentują się dwa poprzednie wydawnictwa duetu, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest duża szansa, że Summvs zostanie jeszcze pod koniec grudnia przywołane na tym blogu. 8.4/10

kssszzzzzz

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz

<teskt pisany ok. 22:00> Miałem mieszane uczucia po pierwszym przesłuchaniu i mam je wciąż teraz, po dziesiątym odsłuchaniu. KDZKPW wrócił po (za) długiej przerwie i nie wiem, czy aby czasem chłopaki nie pozapominali jak grać się powinno w Kombajnie.

<tekst pisany ok.23:00 po jeszcze jednym, bardzo dokładnym odsłuchaniu> Nie, nie, nie, cofam i przepraszam. Karmelki i Gruz to jednak dzieło wybitne, choć nie tak rewelacyjne jak wydania poprzednie. Kombajn wrócił i każdy, kto kochał Ósme Piętro i Lewą Stronę Literki M odnajdzie się i wśród Karmelków i Gruzu. Przerwa nie sprawiła co prawda, że jest tu lepiej niż było, jest co najwyżej tak samo, ale to nic złego. A czemu mi sie tam wkradło „co najwyżej”? Bo Zagański z kolegami zaczęli strasznie kombinować w kompozycji. Nie żeby wcześniej tego nie robili, ale chyba za bardzo skupili się na (momentami mam wrażenie, że trochę na siłę) obligatoryjnej niebanalności strukturalnej utworów, zabijając po części brzmieniową płynność, która przecież, wcale nie oznacza niczego złego (drugi album KDZKPW w tym momencie puszcza oczko). To jak seks na jeźdźca, gdzie nagle Damian wyskakuje i przypadkowo wciska się przez tylne wejście, rozumiecie? Niby dalej przyjemnie, ale jakaś czerwona lampka się zaświeca. Na szczęście lampka zapalała się tylko przez pierwsze parę przesłuchań. Z czasem w każdym „niewygodnym” momencie zacząłem doszukiwać się swojego własnego sposobu na przejście dalej i tak uformowała się piękna podróż po Gruzie i Karmelkach.

Nie wyobrażam sobie, żeby ten krążek został wydany wiosną czy latem. Jesień to pora żółtych liści, szalików i KDZKPW w odtwarzaczu. Ogromny wpływa miał i ma dalej na to brud nagraniowy, będący po części wizytówką zespołu. Cały materiał nagrany „na setkę”, bez dogrywania potem innych partii, w wersji finalnej brzmi jakby totalnie  pominął proces masteringu, a tym zajmował się tutaj przecież  Andrzej Smolik. Także frontman Zagański nie zawiódł ze swoimi neurotycznymi tekstami. Karmelki i Gruz to kolejna widokówka ze zdrowo pojebanego i brudnego świata, który ma w głowie pseudo – schizofrenik Zagański. Nic tylko kopiować na opisy na FB i patrzeć jak kciuk w górę goni kciuka.

– Raczej nie ma szans, aby przesylka z plytami, w której będzie „Karmelki i Gruz” dotarla w dniu dzisiejszym. Najprawdopodobniej plyty otrzymamy w przyszlym tygodniu, byc moze jutro, ale nie jest to pewne.

– Cóż, szkoda, bo wolę Państwa sklep od Empiku, ale nie wytrzymam z odsłuchaniem tej płyty do przyszłego tygodnia…

Odżalowałem 7 zł więcej i kupiłem krążek w Empiku. Nie żałuję. 8.1/10

wow

Barn Owl – Lost in a Glare

Rzadko już stosuje się zabieg, gdzie okładka płyty określa to, co na płycie się dzieje. A tutaj tak właśnie jest. „Lost in a Glare” to muzyka rozgrzanych pustkowi i rytmiczny sufler podpowiadający w jakim tempie przez te pustkowia iść. Gitarowy hezychazm, zarejestrowany analogowo, zabawa w trans dla początkujących. Świetny album i chyba największy „niezobaczony” na tegorocznym Offie. 7.3/10

idź

My Brightest Diamond – All things Will Unwind

Cóż Ty mi zrobiłaś Saro Warden? Rezerwowałem dla Ciebie w ślepo miejsce w rocznym zestawieniu płyt roku 2011, a tu pstryczek  w nos, wystawiony język i figa z makiem. Czekałem na Ciebie tak bardzo, jak na nowego Deus Ex’a. I co? Zawiedliście. Nie bardzo, nie po całości, ale zawiedliście. Już okładka była swoistym, alarmującym uszczypnięciem przywracającym do trzeźwości. „Nie za wesoło tutaj? Przecież nie taki styl ma MBD?” Tak Ci dobrze szło na dwóch poprzednich płytach, po chuj w pełni oddałaś się folk-operze? Po co tyle kombinowania ze smyczkami? Po co jakieś idiotyczne fujarki i fleciki? Już miałem w obserwowanych Twoja płytę na ebayu. Odhaczyłem to. Szkoda. 5.2/10

niech stracę

Modeselektor – Monkeyown

No kurwa!  8.8/10

dupdupdup!

wstawiony Szadi

Deftones live

Posted in Bez kategorii with tags , , , , on 11 września, 2011 by headphonesporno

No byłem parę tygodniu temu na Deftones’ach w Warszawie. Scena wielka jak na Wielkim Corocznym Pikniku Mszany Dolnej, miejsc siedzących więcej niż stojących i słabe nagłośnienie, lecz mimo wszystko bawiłem się szmpańsko. Wyskakałem się i wypociłem za wszystkie czasy i wydarłem ryja też, a po koncercie, przed sceną znalazłem na ziemi taką oto pamiątkę. Że tak zapytam kulturalnie: o chuj chodzi?

Szadi

Ściągam majtki

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , on 7 września, 2011 by headphonesporno

Kiedy zakładaliśmy z Tapczanem tego bloga, jakieś 3 lata temu (Matko Boska Przenajświętsza Kochana i Jezusie Zbawicielu Narodów Świata już 3 lata?!) Tapczan powiedział: „nie ma mowy, o niektórych płytach nie napiszę nigdy. Za bardzo je kocham, żeby jakiś niegodny idiota ich słuchał, nie docenił, nie zrozumiał i uznał na gówno. Nie ma mowy.” Wtedy uznałem to za głupie i konsekwentnie na pierwszy ogień poleciałem z marną recenzją kapitalnej płyty. Dziś by to inaczej rozegrał, bo zacząłem dostrzegać sens w słowach Tapczana. Z drugiej strony, przecież nie tylko idioci tu zaglądają. Niech chociaż jedna osoba na 30 zrozumie płytę dokładnie w ten sam sposób co ja to mogę umierać spokojnie. No więc, dobra, niech będzie. Oto moje piękno. Mój skarb, którym Tapczan na moim miejscu nigdy by się nie podzielił. Jedna z pierwszych płyt, które kupiłem, gdy stwierdziłem, że płyty trzeba jednak kupować. Pierwsza płyta na tym blogu z oceną maksymalną. Czysty geniusz. Nie będę wam pisał, co to, kto to, z czym to się je. Sprawdźcie sobie sami. Chwilę już czytacie tego bloga, więc wiecie co mi w duszy gra. Jeśli koniec świata jest jutro, to zaraz odpalam ten album.(10/10 – dziesięć na dziesięć)

Kurwa przecież ja mam bloga!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , on 18 sierpnia, 2011 by headphonesporno

Teraz kiedy już uratowałem Nowy Jork przed najeźdźcami z kosmosu, rozwiązałem problem zabójstw królów w Temerii, kiedy moja wątroba ma już dość czegokolwiek z procencikiem przyszła pora sprawdzić, czy wciąż jestem dobry w składaniu literek o muzyce. Duże zaległości, mało czasu, pierdyliard płyt przesłuchanych: dziś polecimy w ilość płyt i w nieilość znaków.

Amon Tobin – Isam

Nie trzeba wielu przesłuchań by stwierdzić, że „Isam” to coś więcej niż płyta. Amon Tobin – elektroniczny perfekcjonista, dla którego nieskończony świat filtrów, wtyczek, wymyślnych VSTi to wciąż za mało, więc sam stwarza swoją paletę dźwięków od skrzypiącego krzesła zaczynając, na dźwięku wibrującego śrubokręta kończąc. „Isam” na pewno wywoła w nas jakieś emocje, jednak ta płyta powinna być przede wszystkim podziwiana przez pryzmat dokonania ludzkiego. Amon jest malarzem, który bardzo precyzyjnie, z dokładnością do kropelki dobiera proporcje i skład farb by ostatecznie stworzyć genialny pejzaż dźwiękowych abstrakcji, które tylko na pierwszy rzut oka bytują w chaosie. Tutaj każdy dźwięk jest na swoim miejscu aż za bardzo a człowiek który miał wpływ na to wszystko, to nikt inny jak czysty geniusz. Jedyne co można mu zarzucić, to fakt, że gdy już na „Isam” robi się choć trochę melodyjnie, tudzież po prostu wciągająco, to szybko(za szybko) się to kończy, zostawiając pewien niedosyt u słuchacza, który jednak wybiera tą płytę jako źródło wrażeń estetycznych. Mimo wszystko „Isam” to Kaplica Sykstyńska muzyki elektronicznej bez dwóch zdań. Klik.  (8.3/10)

Juliana Barwick – The Magic Place

„The Magic Place” to rozmarzona podróż po świecie wspomnień z dzieciństwa młodej dziewczynki. Ambientowy soundtrack do Tajemniczego Ogrodu, którego akcja działa by się raczej w nocy i po paru grzybkach. A jak powstaje to wszystko? Julianna Barwick tworzy bliżej nieokreślone wokalne przeciągnięcia, przepuszcza je przez delay, nakłada je na siebie za pomocą loop pedala i tak w kółko aż nie powstanie rozmyta ściana ludzkiego „oddalonego” pięknego dźwięku, który czasem posłuży jako akompaniament dla fortepianu  (czyli trochę od dupy strony) tudzież po prostu który będzie formą ekspresji sam w sobie. Początkowo myślałem, że będę traktował tą płytę bardziej jako ciekawostkę, w końcu cała nagrana praktycznie a-capelle, jednak szybko się przekonałem, że „The magic place” to cudowny sposób na spożytkowanie 43 minut. (7.4/10)

Washed Out – Within and Without

Przede wszystkim to okładka roku. 28 letni Ernest Green stał się głośną postacią jeszcze zanim jego debiutancka płyta została wydana (i to przez sam Sub Pop!). Jego EPki zwiastowały wyśmienity chillwave, nagrany (podobno) w sypialni dla sypialni. Nie inaczej się też stało. „Within and Without” to 9 sensualnych, momentami niemalże intymnych utworów zbudowanych na subtelnej elektronice, dalekich wokalach i prostej rytmice. Nie o złożoność tu chodzi a o zbliżenie. Śmiało można uznać, że Ernest Green to Amor z laptopem z jabłuszkiem. Nowy patron zakochanych i nimfomanów. Innymi słowy: puśćcie to sobie do rozrywek pod kołderką ze swoim partnerem, bo ileż można lecieć na Barrym White’cie? (7.7/10)

Woodkid – Iron (EP)

W sumie to Yoann Lemoine skrywający się za drewnianym kryptonimem Woodkid ma mocno przesrane. Koleś wydał zaledwie jedną Ep’kę, zrobił do tytułowej piosenki GENIALNY (ja mam świadomość nadużywania przeze mnie tego przymiotnika, ale inaczej nie da się tego określić) klip, i co? I już jest rozchwytywany: zlecenie na teledyski od Mobyego czy Kate Perry, użycie jego piosenki w klipie Ubisoftu do gry Assasin’s Creed, a to wszystko zaledwie po wydaniu jednej, króciutkiej Epki! Boję się wiedzieć, co będzie  kiedy ten prze sympatyczny brodacz z głosem Antonyego Hegharty ukarze światu wszystkie swoje drewniane pomysły. Dzień gdy wyjdzie jego LP będzie zakończeniem jego życia towarzyskiego. O nim będzie jeszcze bardzo głośno, zobaczycie. (7.7/10)

Holy Other – With U (EP)

Uwaga konkurs: wystarczy odpowiedzieć w komentarzu na pytanie: Co to kurwa jest witch house? Bo podobno właśnie taka muzykę robi Holy Other. Jako że jestem pusia z gatunków muzycznych powiem tak: Holy Other to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów Buriala, Boxcuttera czy Kryptic Minds choć Holy Other koło dubstepów nawet nie stało. Mroczne r’n’b ze słabym pulsem, niepokojącymi szumami, dość intensywną inspiracją wspomnianym już Burialem. Siedzisz dużo po nocy? Włącz Holy Other. (8.0/10)

Cass Mccombs – Wit’s End

Tutaj bez zmian. Najsmutniejszy gitarzysta akustyczny Ameryki dalej jest smutny, dalej pisze piosenki pociągając nosem, dalej patrzy się w ziemie idąc chodnikiem a ja dalej się zastanawiam, czemu on mi się dalej nie podoba. Teoretycznie niewiele różni go od starego Justina Vernona czy Sama Beama (też starego, bo wszystkim smutnym folkowym brodaczom trochę odwala ostatnio, ale o tym niedługo napiszę oddzielny post). Cass przynudza, nawet niespecjalnie się ukrywa z brakiem pomysłów na kompozycję utworów: bierze 3, 4 akordy, w tempie pogrzebowym je powtarza do pożygu i tworzy do tego nudny tekst o tym jak to life sucks. Prawie fajnie ale zzz…zzzz…zzzz…. (5.0/10 za kawałek Memory’s Stain).

Metronomy – The English Riviera

Bardzo mnie boli, że cała płyta nie wyszła im tak kapitalnie jak singiel „The Look„, którego mógłbym słuchać na okrągło. Podejrzewam, że Metronomy celowali w stworzenie muzyki letniej, przyjemniej, słodkiej, lekkiej i wesołej. Udało im się, lecz tylko na 4 utworach. Gdyby całość brzmiała tak wyśmienicie jak na odcinku od „Everything Goes My Way” do „Trouble” mielibyśmy może nawet kandydata na miejsce w rocznym podsumowaniu, tymczasem nie licząc tych 12minut (dobrze, że przynajmniej wszystkie są na płycie koło siebie) reszta płyty jest brzydka, nudna i w sumie nie warta więcej niż jedno przesłuchania. Szkoda. (5.3/10)

Myslovitz – Nieważne jak wysoko jesteśmy

Nie, po prostu nie. Myslovitz skończyło się dawno temu, na „Kill’em All”. Niech Rojek się weźmie za elektroniczną stronę Offa i za niebranie się za Lenny Valentino. A Myslovitz, o ile dobrze pamiętam mieli zakończyć działalność… Co panowie, kaska się skończyła? Tylko tu jeszcze jakoś im to brzmi…(3.0/10)

 Szadi

Fajne płyty

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , on 12 Maj, 2011 by headphonesporno

Nicolas Jaar – Space is Only Noise

Ach ta dzisiejsza młodzież. Zamiast pić alkohol, palić papierosy i uprawiać szalony seks w ciemnych bramach, oni nagrywają płyty, które wprowadzają sporo zamieszania w świecie muzyki i w połowie roku dokonują rezerwacji na muzycznych podsumowaniach roku. Ok, co to jest Nicolas Jaar? To James Blake. Tylko zamiast „God Save the Queen” śpiewa „A Star-Spangled Banner”. Śmiało można przyłożyć obie płyty do siebie i zadać niełatwa zagadkę – znajdź różnice. Obaj młodzi, obaj zdolni, obaj kochają pustkę, minimalizm, obaj są świetnymi elektronikami, ale to nie oznacza, że nie wiedzą co to pianino czy śpiewanie. „Space is Only Noise” to 46minut lewitacji w pustce, z lekko rozmytym obrazem; to grzebanie wspomnieniach z dzieciństwa na tle nieśmiałego dubu a wszystko oprawione w subtelną, inteligentną elektronikę, która miewa zarówno momenty przytupu jak i chrapnięcia. Czuć tu, podobnie jak u Blake’a szacunek do dźwięku, totalne opanowanie swoich elektronicznych zabawek i, co najważniejsze, brak pyszałkowatości podczas zabaw samplerami i laptopami, wszystko z rozwagą, przemyśleniem i rozumem. Generalnie: ładne. Bardzo nawet. (7.8/10)

True Widow – True Widow

Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami. True Widow. (7.5/10)

Alex Turner – Submarine OST

Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „Riot Van„, czy „Only Ones Who Know” wiedziałem, że wokalista Arctic Monkeys w wersji „leniwie na tarasie, na bujanym fotelu” bardzo dobrze by sobie poradził. Umie gnojek porwać nie tylko do szalonego pogo, ale i do miluśkiego tańca-przytulańca, jak dawno temu, do „Ameno”/”My Heart Will Go On” na koloniach w podstawówce. Ach! Płyta „Sumbarine OST”, jak sama nazwa wskazuje jest soundtrkiem do filmu „Submarine”debiutanckiego filmu twórcy wielu teledysków Arktiksów. Alex częstuje nas (niestety tylko) 6 leniwymi piosenkami zanuconymi głównie na akustyku z jakimiś delikatnymi pomagajkami w tle. Muzyk do tego, swoim ciepłym i miłym dla ucha głosem ze zmanierowaną angielszczyzną zaśpiewa o miłości w stylu: I’m not that kind of fool that’s gonna sit and sing to you, bout stars girl…  Płyta to naprawdę FAJNY sposób na miłe spędzenie 19 minut. Z całego serca polecam sobie to odpalić na rowerze – człowiekowi uśmiech sam pcha się wtedy na twarz. No sami posłuchajcie. (7.0/10)

Brian McBride – Effectvive Disconnect

Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy Riceboy Sleeps. „Effective Disconnect” to piękny, fenomenalny soundtrack do filmu „Vanishing of the Bees”, opowiadającym o tym, że pszczółki znikają. Spokojne, rozmyte, pozbawione rytmu, oparte na żywych smyczkach i instrumentach dętych chmurki i mgiełki. „Świetna muzyka do chodzenia” – napisał Bartek Chaciński o tej płycie. Lepiej bym tego nie ujął. Ta płyta, to obowiązkowa pozycja na randce z samotnością. Świat z nią w słuchawkach jest jakiś milszy. Cieplejszy. I chyba najważniejsze, dalszy. Klik(8.8/10)


Like it! Lick it! Put it in!

Posted in Ogłoszenia parafialne with tags on 25 kwietnia, 2011 by headphonesporno

Wasz ukochany blogasek ma już nawet swój funpage na Facebook’u (o tutaj!) więc możecie teraz go lubić!  Będę tam od czasu do czasu posyłał jakieś ładne piosenki i zdjęcia gołych bab. W dodatku możecie teraz lubić każdy post. Share-> Like it! Stay tuned folks!

Młodzi, zdolni, z wielkich miast (czyli z okazji Świąt brak sprośnego tytułu)

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 25 kwietnia, 2011 by headphonesporno

James Blake – James Blake

Palec pod budkę kto nie ma bladego pojęcia kim jest ten pan. Tak  myślałem. Baźgrnięcie paru dobrych słówek o Blake’u to czysta formalność – o tym gnojku i jego cholernie dobrej  płycie zostało powiedziane już wszystko i wszędzie, ale że  już, z tego miejsca mogę powiedzieć, że dla J.B. mam zarezerwowane miejsce w Rankingu Najlepszych Płyt rok 2011 to wypada mi napisać chociażby akapicik, coby mieć do czego odsyłać. W każdej gazetce wystawianej na bocznej ścianie kiosku znajdziemy słowo „finał na twarz”, w każdej gazetce informacyjnej zawsze znajdziemy słowo „Smoleńsk” a w każdej gazecie muzycznej znajdziemy słowo „James Blake”. Heh…

Króciutko. Palec pod budkę kto pamięta Bon Iver’a. No dokładnie! James jest takim Vernonem, który zamiast w lesie zaszył się w cieplutkim londyńskim mieszkanku (coś tego pokroju zapewne), zamiast akustyka miał klawiaturę MIDI i syntezator KORG’a, zamiast nagrywać wokale na sobie, użył  autotune’a (co jest chyba pierwszym w historii muzyki pomyślnym użyciem tegoż wynalazku). To co właściwie Blake ma z Vernona? Przede wszystkim silną wrażliwość wyczuwaną w głosie już od pierwszych nutek – taki Antony Hegarty za syntezatorem. Do tego z minimalistycznym podejściem do sprawy – cała płyta brzmi bardziej jak szkic czegoś większego, ale to wcale nie minus! Czuć, że każdy dźwięk został poprzedzony godzinnym przemyśleniem; stąd też dużo tu ciszy, która wyśmienicie ubarwia całość bardziej niż zrobiłby niejeden instrument – podobne wrażenie miewało się słuchając The XX. Wszystko na tej płycie jest idelanie wywarzone, nie ma nic niezaplanowanego, nie ma przesytu, wszystko jest na swoim miejscu. No i wokale! Dżejms zrezygnował z samplowania głosów (jak to robił na EPkach do tej pory) na rzecz  własnego głosu i niech go Bóg Miłosierny Król Polski i Najświętsza Maryja Zawsze-Dziewica błogosławią za to, bo James ma czym się pochwalić. Podsumowując: gnojek ma 22 lata i nagrał soulowo-post-dubstepowy i strasznie dojrzały krążek, który zostanie niejednokrotnie odznaczony w grudniu tego roku. Jedno mnie tylko zastanawia. Każda jego Epka była inna od poprzedniej. LP tez okazał się być czymś zupełnie innym. Quo vadis James? Klik. (8.0/10)

Cascadeur – Mobile

Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. Śliczne! (7.0/10)


Soap & Skin –  Lovetune For Vacuum

To taki Anthony Hegarty już po operacji zmiany płci i dość mocno odmłodzony, bo ma tylko 19 lat. (teraz już ma 21, ale płyta wyszła w 2009). Gdzieś w Austriackich górach, w zamczysku pełnym nietoperzy 19 letnia Anja Plaschg zaszyła się ze swoim złamanym sercem, litrami łez do wypłakania i starym pianinem. Śpiewała do księżyca o północy, przymierzała stare suknie, oglądała stare fotografie swojego ukochanego i leżała samotnie na ogromnym łóżku z baldachimem. Taki obraz narzuca mi moja ograniczona męska wyobraźnia, próbując podjąć się tematu genezy powstania „Lovetune for Vacuum”. Soap & Skin to 19-letnia Anja Plaschg, wiedeńska pianistka i skrzypaczka, która nagrała 13 najsmutniejszych piosenek na świecie. W duchu muzyki barokowej połączonej z delikatnym neo-folkiem Anja stworzyła obrzydliwie smutną, potwornie dojrzałą neo-klasyczną płytę, w której fundamentem prawie każdego utworu jest pianino. Do tego dochodzą smyczkowe aranże, rożnego rodzaju przeszkadzajki (w tym nawet dźwięki przewijanych kliszy) i subtelna elektronika. To w tle, bo pierwsze skrzypce gra tu przede wszystkim piękny zarazem przerażający głos nastoletniej Anji. Słuchając „Lovetune for Vacuum” nie łudźcie się na wesołe momenty. Nie ma tu ani nutki nadziei, to 41 minut deszczu, łez i nostalgii dousznie. To 13 częściowy marsz żałobny. Ta płyta jest niepokojąca, przerażająca, straszna  i strasznie piękna. Soap & Skin. (8.3/10)

Szadi



Radiohead z cyckami, czyli o kobietach…

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , on 28 marca, 2011 by headphonesporno

Wszystkie moje cycate fanki, groupies, pseudofanki, sexfanki, fanki, czytelników i haterów przepraszam za mosiężne lenistwo w karmieniu blogaska. Świat sportu, pracy, edukacji i 40% napojów wciągnął mnie sycie i coraz częściej ostatnie na co mam ochotę to stukanie… w klawiaturę. A mój mag w Dragon Age II też sam sobie skills’ów nie nabije. Spokojnie rjebjata, żaden kres nie nadciąga, koniec roku w 2012 aktualny już nie jest, więc Headphonesporno zostanie zamknięte tylko jak umrze Thom Yorke. Albo Justin Vernon. Albo jak się Fleet Foxes rozpadną. Nieważne. Blog żyje, póki mam uszy i zwinne paluszki.

Wiosna przyszła, coraz częściej szpilki zastępują ocieplane Emu, sukienki spodnie, bluzeczki z dekoltem polary, więc nic dziwnego, że o kobietach chce się myśleć, mówić, pisać, chce się kobiety mieć na kolanach no i w słuchawkach. Przedstawiam wam parę przedstawicielek płci pięknej, które sprawiają, że się ostatnimi czasy rozpływam.

Sussane SundfØer – The Brothel

 To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.

Zuzia, Norweżka, feministka, laureatka paru ważnych muzycznych nagród nie podbiła mojego serca. Ona je zjadła. Co więcej ona skończyła szkołę muzyczną! W Polsce po takim wyczynie człowiek umie wszystko, tylko nie tworzyć dobrej muzyki. Zuzia, nie mogła być wzorową uczennicą. Na pewno nie wracała grzecznie ze swoimi nutkami do domciu po zajęciach, żeby ćwiczyć do późna do pianinie i pójść spać o 21. Z zajęć też się musiała zrywać, bo jak wytłumaczymy teksty o romansach czy nazywanie swojego albumu Burdel? Zajęcia ze śpiewu Zuzia jednak zaliczyła wszystkie – to co na (w) Burdelu można usłyszeć, przyprawia o gęsią skórkę od pierwszych sekund. Zuzi zachwyca nas potężnym, pewnym i intrygującym wokalem, który jak chce poszepcze, pokrzyczy, pomruczy a nawet pośpiewa sakralnie (genialny closer „Father Father”). A na czym się ten wokal ślizga?  Na kapitalnie wyproporcjonowanej, melodyczne, bardzo rejdjołhedowej i pełnej zaskakujących przejść mieszance elektroniki, smyczków, przeróżnych klawiszy  i rocka. Ta płyta jest bardziej niż doskonała i bardziej niż obowiązkowa. Nie wierzycie? Ten Burdel to czysta przyjemność! (8.0/10)

Shara Worden /Sarah Kirkland Snider / Signal – Penelope

Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu…  Ogromna trauma,  uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci  ona  czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego.  Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z My Brightest Diamond) zaśpiewała, o tym Signal gra. O tym opowiada neo-klasyczny projekt Penelope a ja o tym wam piszę a wy macie to uważnie przesłuchać, gdyż jest to jeden z najbardziej poruszających projektów muzycznych ostatniego czasu. Urywkowo skonsumowane traci sens, więc tu jest całość. (8.0/10)

Szadi

Niezła dupa… z twarzy.

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 27 lutego, 2011 by headphonesporno

Miałem dużo fantazji odnośnie tego w jaki sposób to zrobię po raz pierwszy. Nie wiedziałem czy wybrać do tego łóżko, czy zrobić to gdzieś na świeżym powietrzu czy w aucie późną nocą. Nie wiedziałem dokładnie kiedy to się stanie, jednak wiedziałem, że stanie się to na pewno. Nie znałem jej lecz wierzyłem, że będzie moja kochanką na bardzo długo. Zawsze tak było. Mieliśmy to zrobić pierwszy raz w sobotę, 19 lutego, jednak ona znowu mnie zaskoczyła i przyszła do mojego pokoju dzień wcześniej. Wylądowaliśmy u mnie w łóżku. Płyta „King of Limbs” była niezła, lecz to już nie jest ta kochanka co kiedyś.

Gdyby porównać jakąkolwiek wcześniejszą płytę Radiohead do kobiety, to byłby to ideał. Inteligentna, piękna, obrzydliwie kreatywna i zaskakująca nawet po kilku latach znajomości i wciąż będąca w pewien sposób tajemnicza i nieodkryta. Taka była „In Rainbows” i wszystkie przed nią. Tymczasem mój pierwszy raz z „King of Limbs,  zmienił się ostatecznie w trójkąt – dołączyło się delikatne rozczarowanie. Było szybko, kiepsko i tylko ona doszła… do końca.

Zawsze byłem ślepym i wiernym fanem Radiohead. Każde najgłupsze słowo Yorke’a odbierałem przez obtarty już do bólu pryzmat „RH to geniusze i chuj”. Są zespoły świata i Radiohead – niedoścignięty geniusz. Jednak w najciemniejszych zakątkach wyobraźni uświadamiałem sobie po cichu, że nic nie trwa wiecznie i wiedziałem, że przyjdzie czas kiedy i oni w końcu się potkną. Że przyjdzie czas kiedy zębatki w fabryce płyt idealnych w końcu przestaną pracować jak należy. No i pękło.

King of Limbs to nic innego jak płyta… przeciętna. Nie ma tu czarnego / białego. Jest tylko odcień szarości. Podążając moim recenzenckim transwestytyzmem – ta płyta jest potwornie inteligentną dziewczyną, z fajnym tyłkiem ale brzydką opryszczoną twarzą, która używa przeterminowanych perfum o tym samym zapachu co poprzednia.  King of Limbs jest duszne, klaustrofobiczne i rozmazane. Przez pierwszą połowę płyty (czyli do „Feral”) niemalże oślepiająco razi w oczy gitarowy minimalizm i perkusyjny barok. Melodia oddała życie za rytmikę. Brakuje tu również… zespołu! Gitary: sprzedane. Perkusja: „ej Phil, siema tu Thom. Właściwie to nagrywam album naszej kapeli, wiem że jesteś trochę zajęty pisaniem swoich smutnych piosenek, ale możesz wpaść do studia, nagrać szybko jakieś totalnie pojebane rytmy, a my je potem puścimy w kółko? Tak? spoko. A i weź akustyka, potrzebuję go do jednej piosenki„. Ed („czekaj, kojarzę go, on nie grał czasem kiedyś w Radiohead?”), Colin i Jony też chyba  za długo w studiu się nie zagrzali -cały KoL brzmi bardziej jak solowy Tomek z pomocą Godricha, który jako realizator-producent też się raczej tu nie popisał – duża część albumu to brzydka zbitka  dźwięków, które bardziej ładują się jeden na drugiego niż stoją ładnie w szeregu. Nic tu nie jest ani wyraźne ani ładnie obrobione (płyta przesłuchana na studyjnych słuchawkach brzmi okropnie! Sic!). Od  pasa w dół „King of Limbs” robi się już ciekawsze. Jest bardziej harmoniczne,  klasycznie, bardziej rejdjołhedowo, ale to za mało na miłość a nawet romans.

Nie kieruję kciuka w dół dla nowych Radiogłowych. Jako ślepy fan znalazłem ścieżkę, którą będę przemierzał przez tą płytę i znalazłem momenty (refren „Morning Mr. Magpie”), minuty (cały „Lotus Flower” )i linijki (znowu „Lotus Flower” i „Codex”), przy których jakieś tam ciarki dostaję, ale momenty, minuty i linijki to stanowczo za mało na kisiel w gaciach. Po cichu liczę, że teoria spiskowa, że KoL to album dwupłytowy okaże się prawdą i strona B okaże się bardziej zaspokajającą kochanką. Póki co jest to tylko przeciętna dzieucha z brakiem pomysłów na siebie i na wieczór ze mną.

7.0/10 (powinno być 6.0 ale jak Radiohead to zawsze +1 do oceny ogólnej)

Jedyny kiler: http://www.youtube.com/watch?v=cfOa1a8hYP8

 

Szadi

 

Jaką płytą był rok 2010 – Podsumowanie

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 grudnia, 2010 by headphonesporno

Intro w tym roku skromnie, bo zostawiłem je na koniec, a jest 2 w nocy i już sram literkami. 2010 był fantastycznym, muzycznym rokiem! Na pierdylaird albumów, jakie wyszły, usłyszałem zaledwie 120, jednak to wystarczy by ze spokojem powiedzieć – good job. W TOP 10 nie zmieścili się już Ceo – White Magic, Swans – My Father Will Guide Me Up a Rope to the Sky ani Trentemoller ze swoim Into the Great Wide Yonder, co nie znaczy jednak, że nie są oni warci uwagi. Tak czy siak, oto moje dziesięć ukochanych płyt, przy których moje uszy robiły się wilgotne:

10. Shearwater – The Golden Archipelago

Niezobaczenie Shearwater na OFF’ie było moim największym grzechem tego roku. Jonathan Meiburg – wokalista-ornitolog całą płytę  poświęcił wyspom, które w skutek ludzkiej brutalności wobec Ziemii… znikną. Gdzieś pod wodą zginą a wraz z nimi cała ich unikalna fauna i flora. O tym się pisze artykuły i przemówienia, ale płyty nagrywa?! Nieźle, nie? Mamy tu perfekcyjnie wymierzoną równowagę między cichymi, pięknymi balladami i agresywniejszymi momentami a w nich wszystkich swoim fenomenalnym głosem czaruje nas bardzo unikatowy wokal Jonathana. Dla jego głosu i tekstów warto było się uczyć angielskiego. 

9.Bonobo – Black Sands

Bonobo to bezwstydnik, kolejny raz pokazał, że ma jaja nie tylko duże, ale i płodne za trzech. Simon Green, jedna z moich ulubionych wizytówek wytwórni Ninja Tune nagrał, dosłownie, płytę perfekcyjną i chyba najlepszą w swojej karierze. Nie ma tu choćby milisekundy, przy której bym wąsem kręcił i marudził. Na „Black Sands” muzyk-perfekcjonista  swoją „już-fantastyczną” i melancholijnie piękną muzykę przyprawia tym raz swoimi interpretacjami tego co obecnie dzieje się na scenie elektronicznej (dubstepik w wersji soft -„Eyesdown” to chyba największy killa albumu). Warto poświęcić swoje 55mniut życia na ten album, zdecydowanie.

8. Gonjasufi – A Sufi and a Killer

„Większość piosenek było nagrane tutaj na pustyni, i czuć to diametralnie. Klimat,  pogodę, wszystko to się nagrało. Dlatego chciałem użyć analogowych mikrofonów i taśmy.  Sposób nagrania dźwięku jest tak samo ważny jak on sam. Na kasecie to się rezonuje, z czasem  zatapia się bardziej w głąb taśmy, dzięki czemu powietrze i środowisko również zostają uchwycone . Słuchasz Milesa Davisa, Charlie Parker, i możesz słyszeć dym papierosa. Gdy słyszę, Billie Holiday, czuję jak jestem w tym pokoju – czuję dym papierosa, nawet niewolnictwo…” Gonjasufi wpieprzył chyba z 8 betoniarek ćpania, teraz jest po odwyku, uczy yogi, rapuje, medytuje, wyznaje sufizm i mieszka na pustyni gdzieś pod Las Vegas… Nagrał tam schizofreniczno-paranoiczną triphopową płytę, która jest enigmatyczna, mistyczna i kipi psychodelią. I wiecie co? Podoba mi się ten stan.

7. Flying Lotus – Cosmogramma

Weźmy 7 didżei, 4 klasycznych kompozytorów, Halinę Kunicką, jednego pingpongistę i ze 4 Thomów Yorków. Niech każdy z nich nagra jakąś płytę, a wszystkie skrawki, które w trakcie mixu i masteringu uzna się za śmieci zgrajmy na coś i dajmy Stevenowi Ellisonowi aka Flying Lotus. On te „niby-niewtórne” odpady poskłada i zbuduję arcydzieło. Cosmogramma to  płyta brzydka, chaotyczna i niezdecydowana. To rzeźba ze śmieci a podobno z gówna rzeźby nie zrobisz. Flying lotus zrobił i dlatego wrzucam ją do TOP TENU – na Cosmogrammę nie można patrzeć (nie licząc paru minutowych wyjątków) jak na płytę, którą się z przyjemnością posłucha w aucie czy po ciężkim dniu w robocie. Ten album trzeba podziwiać przez pryzmat rzemiosła, dzieła ludzkiego, zrobienia czegoś z niczego. To krok w stronę niedościgniętego geniuszu The Avalanches, jednak tamci przy okazji niezłej roboty stworzyli też kawał solidnego, pociągającego dźwięku.

6. CocoRosie – Grey Oceans

Dwa Piotrusie Pany w wersji z cyckami od początku do końca trzymają nas na Grey Oceans w swojej krainie dziecięcych wspomnień, pełnych zabawek, przejażdżek na tylnym siedzeniu w aucie (bez skojarzeń pedryle, mówimy tu o dzieciach!), lemoniad, wyliczanek i baza z krzeseł i koców. Wszystko klawo, ale w tym świecie bawią się same, bez rodziców. I stąd wynikająca melancholia buduje na tej płycie niesamowity klimat, najsmaczniejszy dla wszystkich „smutolubów” mojego pokroju.  Nie ma tu odkrycia, CocoRosie kolejny rok bacznie podążają po wyznaczonej przez siebie ścieżce, wzbogacając ją tylko o większe instrumentarium nabyte w zabawkowym, dwa lokale dalej od muzycznego. Mimo wszystko Grey Oceans na długo nie schodziła z mojego odtwarzacza. Dobra płyta to taka, o której się myśli przez 8h w robocie w oczekiwaniu na jej dalsze przesłuchanie. Grey Oceans to bardzo dobra płyta. W rankingu na najbrzydszą okładkę 2010 zajmują jednak #1. To dobra nauczka, dla tych (czyli dla mnie również) którzy oceniają płytę po okładce.

5. Everything Everything – A Man Alive

Po pierwszej randce, stwierdziłem że to nie ma sensu i ją porzuciłem. Po jakimś czasie sobie o niej przypomniałem i błagałem by wróciła… i wróciła. Nie przeszkadza mi to, że łączy chyba wszystkie możliwe style i co chwilę je zmienia, że cały czas wyje swoim jękowatym głosem, który brzmi  jak ten pacan z Panic! At The Disco, tylko jest trochę wyższy. Nie przeszkadza mi również,  że jest gadatliwa i używa sprośnych i często niezrozumiałych tekstów. Nie przeszkadza mi nawet, to że inni nie dają jej absolutnie szans. Kocham ją, jej transcendencję, barwność i niezdecydowanie. Kocham ją jak nikt!

4. The Knife – Tomorrow in a Year

Nie ma się co rozpisywać, bo temat wyczerpałem dwa tygodnie temu. Lubię gdy płyta to podróż, wymagająca spostrzegawczości i wysiłku. Tutaj mamy eskapadę, która trwa paręnaście (paręset?) tysięcy lat.


3. Deftones – Diamond Eyes

Mocno przesterowanych, przestrojonych o 2 tony w dół, 8 strunowych gitar w moich słuchawkach nie usłyszy się za dużo. Tymczasem, daję słowo, „Diamond Eyes” jest chyba najdłużej egzystującą na moim odtwarzaczu płytą – ten czas należy liczyć  w miesiącach. Typowe już dla Deftonsów idealnie wyśrodkowane połączenie ciężkiego grania z pięknymi  i chwytliwymi melodiami zostało wzmocnione o potężny ładunek emocjonalny, wynikający z ciężkiego stanu zdrowotnego dotychczasowego basisty. Jest tu depresyjnie, mrocznie i ciężko. Jest tu cudownie, chyba najlepiej od czasów „White Pony”.

2. Beach House – Teen Dream

Druga po CocoRosie najbrzydsza okładka roku i jeszcze wokalista okazuje się wokalistką. Co więcej o płycie dowiedziałem się przypadkowo na Onecie. Nie dajcie się jednak zwieść tym trzem antypokusom. Teen Dream to dream-popowe arcydzieło, łączące w sobie instrumentalny minimalizm z barokową dawką emocji. Tego nie da się nie pokochać. To czyste piękno, które śmiało bym przypisał Europie Północnej, nie Ameryce. Beach House pokazali, że by osiągnąć sukces nie trzeba otwierać portfela, a serce. Tylko tak szeroko.  Ładnie to ujął Arturek: ” Tak pięknie nie gra dzisiaj nikt”  Nikt. Prawie nikt…

1. Karkwa – Les Chemins De Verre

Ile to razy już zadawałem sobie pytanie: czy ja wraz z wiekiem staję się coraz bardziej odporny na piękno, czy dziś już po prostu nikt nie gra tak jak kiedyś na „Parachutes” czy „Takk” ? Ile razy się nie słyszy, że kapele inspirują się Radiohead, Coldplay i Sigur Ros? Ile razy już się człowiekowi nie chciało o tej gadaniny rzygać, bo obiecanki kończyły się ostatecznie na pustych słowach? Ileż jeszcze Szadi będziesz wracał do tych zasranych albumów? Dużo, bo  do tych albumów wracać warto. Dziś już nikt nie gra w ten sposób. Wiecie ile razy przesłuchałem pod rząd „Les Chemins De Verre”, gdy pierwszy raz je usłyszałem? … fchuj.

Podobno weszli do studia, z piosenkami, które istniały tylko w ich głowach. Nigdy nie grali ich nikomu, nawet sobie na próbach. Po 21 dniach wyszli z gotowym albumem i… i kurwa nagrali genialne arcydzieło, które powala na kolana wszystko, co w tym roku usłyszeć można było. Ale tu przecież nic nie ma! Nie są odkrywczy, nie wnoszą nic nowego, nie robią rewolucji, oni tylko grają, spokojnie, folkowo-rockowo. Takich kapel jest pierdyliard. Może to ten francuski, może to te pianina, nie wiem. Wiem jedno. Karkwa to zespół, który nagrał najśliczniejszą płytę, jaką w tym roku słyszałem! Oni naprawdę mają w sobie coś z „Takk” czy „Parachutes”! Warto było czekać. To nie ja się starzeję, tylko świat grać nie umie. Karkwa lekcji wrażliwości udzieli. Posłuchajcie.

Szadi

3 razy TAK! cz.3

Posted in Bez kategorii with tags , , , on 27 grudnia, 2010 by headphonesporno

Beach House – Teen Dream

1. Druga klasa gimnazjum. Korytarz, przerwa, mijaliśmy się obojętnie nieraz, ale tym razem i ona spojrzała. No i coś się u mnie obudziło.

2 . Nie znałem imienia, ale znałem klasę i dokładnie nauczyłem się gdzie miała jakie lekcje. Wzrok zaczął uciekać w jej stronę, ilekroć nie była w jego zasięgu. Nawet między tłumami.

3. Pięciominutówka przed religią, 2 końce korytarza, masa ludzi pomiędzy, ale i tak dokładnie ją widziałem.  „A pójdę tam… coś sprawdzić! Chłopaki, zaraz wracam” .Popatrzyła się na mnie. Przypadek, nie przypadek, do końca dnia nie myślałem o niczym innym.

4. Uśmiechnęła się do mnie!

5. Szkolne walentynki. Głupie kawały, głupie serduszka, głupie wierszyki. Wysłałem. Jak głupi się cieszyłem.

6. „Cześć, pójdziemy do kina na film z Meg Ryan?”

7. Perfumy od Mikołaja na specjalną okazję, różyczka kupiona za pieniądze od rodziców, spacer po parku, ławka, dzieci na placu zabaw. Młodzieńcza sielanka, pierwsze złapanie za rękę.

8.”Całowałaś się już kiedyś?”. „Ja też nie”

9. SMSy wysyłane z Nokii 3210 o treści „KCB”. 15sms/dzień. Kara od rodziców za rachunki.

10. (…)

Jeśli chcecie swoją pierwszą szczeniacką, niewinną, głupią, ale najśliczniejszą miłość przeżyć jeszcze raz, odpalcie sobie Teen Dream i zapomnijcie na chwilę o bożym świecie. (8.9/10)

 

Uśmiechnij się

 

Szadi

3 razy TAK! cz.2

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , on 25 grudnia, 2010 by headphonesporno

Everything Everything – Man Alive

Wszystko wszystko! Dosłownie wszystko, co słyszę na tej płycie, jest fantastyczne! Zawsze wolałem gitary akustyczne od elektrycznych, pianina od syntezatorów, smooth jazz od popu, a tymczasem płyta, która na 1000% zagości na TOP10 roku bożego 2010 jest pure popem, przy który wszystkie wszystkie stawy mojego ciała zginają się jak szalone! Ahhh!

 

Nie sztuką jest stawać na głowie w czasie 30minutowej  gry wstępnej, by potem dać dupy w tym drugim znaczeniu. Nie sztuką również jest wydać przeklawą EPkę, która narobiła smaku wszystkim a potem zmaścić całą sprawę niemorowym LP. Czwóreczka z Manchesteru namachała nam kiełbasą przed nosem a następnie, uroczyście nam ją wręczyła z pysznymi dodatkami. I to jest to! Cały świat ślinił się słuchając EPki „Schoolin” produkując jak fabryka kisiel w bieliźnie w oczekiwaniu na longplay. Stawka była wysoka, presja jeszcze większa a EvyEvy odwalili robotę na medal. Jak mówią w wywiadach i jak sugeruje nazwa, inspirowali się wszystkim od Steva Reicha, Craiga Davida,  przez Queen czy Radiohead (bo jakże), blablabla. Ta płyta to barwne szaleństwo, gatunkowa transcendencja z Mr. Bungle w tle.  I w łóżku i w muzyce cenię sobie nieoczekiwane zwroty akcji – Man Alive to orgia barw,  gdzie bardzo się postarano  by każda utwór, każda minuta była inna od poprzedniej, zachowując przy tym jednak rdzeń – czystą popową przyjemność. I gitary i wokale (mega wysoki wokal w stylu „zostawił-jaja-w-szatni” Jonathana Higgsa zasługuje generalnie na oddzielny akapit, ale nie nie nie – sami to sobie sprawdźcie, tak samo jak zasługujące na jeszcze inny akapit genialne, często bezpruderyjne teksty – „Who’s gonna sit on your face when I’m gone”) i wszystkie syntetyczne dźwięki – wszystko tu jest tak pokombinowane, co chwilę obraca się o 180 stopni i świruje pawiana, ale to wszystko ma jak najbardziej pozytywny wydźwięk.

Przyniosłem Man Alive do pracy i sprzedaż nam zmalała, bo rozmawiając z klientem tańczę sobie nieśmiało i gram na niewidzialnej gitarze zamiast snowboardy opylać. Robienie z siebie idioty jednak mi nie przeszkadza – EvyEvy porywają mnie, jak mało która taneczna płyta. Man Alive to muzyczny kameleon – klimaty się zmieniają co chwilę, ale idealnie dopasowuje się do wszystkiego i wszystkich. Miód dla uszu! Wszystko wszystko co tu słyszę jest fantastyczne! Pop nie umarł, tylko dojrzał!  (8.3/10)

<3<3<3

Szadi

3 razy TAK! cz. 1

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 15 grudnia, 2010 by headphonesporno

The Knife – Tomorrow in a Year

WordPress.com – loguj – Mój Blog – Nowy Wpis – The Knife – cisza… Jak ja mam zacząć, tak by w pełni oddać, przekazać, namalować 41 literkami wszystkie emocje, odczucia, zmieszania i zaskoczenia jakie doznawałem słuchając tej płyty. Blog ten ma 2,5 roku i właśnie przyszło mi zmierzyć się z  napisaniem tu najtrudniejszej recenzji do tej pory. Płyta Tomorrow in a Year wyszła w marcu, dopiero teraz jestem w stanie jakkolwiek, cokolwiek o niej powiedzieć. I moje nieróbstwo, lenistwo czy writer’s blocki nie mają tu nic do rzeczy. Ta płyta to potężna twierdza, którą obchodziłem wiele razy z wielu stron i długo nie mogąc pojąć jej budowy. Specjalnie dla tej płyty, kładłem się wcześniej do łóżka, by w kompletnej ciszy i skupieniu spróbować zrozumieć to co się na niej dzieje przez bite półtorej godziny. Teorytycznie mogłem to popieprzyć, skoro nie podeszła za pierwszym razem, nie podejdzie pewnie i za ósmym. Mimo to, gdzieś podświadomie czułem, że ta płyta zawiera w sobie ogromny potencjał, który trzeba odszukać.  Znalazłem go – jest potężny.

Ideą płyty szwedzki duet kupił mnie na dzień dobry, chociaż szczerze ich nie lubiłem (i dalej nie lubię wszystkiego spod znaku The Knife od lutego 2010 wstecz z Heartbeats na czele). Bo co wyjdzie jeśli zachcemy nagrać płytę, która dźwiękowo przedstawi powstanie życia na Ziemi, zaczynając już od jednokomórkowych organizmów wychodzących z wody na ląd? Co wyjdzie jeśli do tego będziemy przy tym głęboko zainspirowani książką „O powstaniu gatunków” Darwina? Co więcej, co wyjdzie jeśli ma to być w formie electro-opery, o której aspektach technicznych przed rozpoczęciem rejestracji nie mamy dosłownie zielonego pojęcia? The Knife podjęli się tego ryzyka i na chwilę po wielu starciach z albumem mój werdykt brzmi – szwedzki duet nagrał swoje Kid A.

Wyobraźcie sobie, że powstały mega czułe i mega małe mikrofony, które pozwalają zarejestrować dźwięki wydawane przez mikroorganizmy. Tymi właśnie dźwiękami mniej więcej zaczyna się Tomorrow in a Year. Totalna cisza z czasem coraz bardziej się rozwija, początkowo tylko poprzez większą ilość nieregularnych plumknięć, zgrzytów aż z czasem pojawiają się bardziej industrialne, ciągnące się w nieskończoność szumy, brudy i wszystko co atonalne, niemelodyczne i niebrzmiące. Po 7 minutach na powierzchnie całego tego wzburzonego paska oscyloskopu wypływa wokal – mezzosopran Kristiny Wahlin (to się mija z celem, ale chcąc interpretować płytę pod kątem biblijnym to jest to moment pojawienia się światła), który w jakiś sposób poprowadzi nas do końca tego szaleństwa. Nagle całość  zagłusza brutalny, syntetyczny bass. I tak przez dłuższy okres czas – The Knife wystawiają słuchacza tu na wielką próbę – cierpliwości jak i odwagi. Wiele razy krążek zalewa nas dźwiękami, naprawdę ciężkimi do zniesienia lub których dosłownie można się przestraszyć. Wiele razy przyjdzie nam usłyszeć coś, do czego ostatnie czego się spodziewamy to wokal (Variations of birds). Co ciekawe nie wszystko tu jest z pochodzenia syntetyczne. Olof Dreijer dużo podróżował (np. do Amazonii) i rejestrował wiele dźwięków w czasie tejże podróży. Owoce jego pracy są bardzo sprytnie przemycone na płycie (dopiero za którymś przesłuchaniem wspomnianego już Variations od birds dopatrzyłem się tam ptaków/papug i pojmując zarazem tytuł utworu). Przystanek w całej wyprawie od początku do końca płyty niosą ścieżki z zarejestrowanym deszczem, szumem, zwierzętami – są to momenty niosące naprawdę upragniony odpoczynek . To moment, w którym choć zmęczeni ( bo ta płyta naprawdę męczy) stoimy przed wyborem: koniec czy lecimy dalej? Wiele razy rezygnowałem – za płytę zabierałem się jakieś 10 razy zanim rzeczywiście ją przesłuchałem od początku do końca.

Rdzenne brzmienie the Knife zakopało się na tej płycie bardzo głęboko i potrzeba nie lada cierpliwości (dla fanów duetu zwłaszcza) by tą nagrodę odkopać.  Jak już pisałem,  sam się zagłębiałem w całości parę dobrych razy i TO The Knife usłyszałem dopiero pod koniec. Bo taka prawda: podchodząc do Tomorrow in a Year zapomnijcie o „najfach” jakie znaliście do tej pory. Pierwszy jakikolwiek rytm (z serii co autor miał na myśli?: pojawia się rytm – pojawia się człowiek?) zaszczyca nas bardzo późno, podobnie jak wokal-wizytówka tej bardziej cycatej połówki duetu – Karin, jednak warto, naprawdę warto powalczyć. To tęcza po burzy.

Bardzo, bardzo, bardzo cenię sobie albumy koncepcyjne, które wystawiają nas na próbę, każą nam czekać na niespodzianki z ich strony i stanowią swoistego rodzaju wyprawę z punktu A do punktu B, bez skrótów czy pojedynczych przygód. Albo lecimy od początku do końca, albo figa z makiem. Dodajmy do tego całą fenomenalną ideę z Darwinem w tle, szwedzki wrodzony w nutki chłód i tajemniczość. Ta płyta to dźwiękowa Mona Liza, której każda z kolei próba rozgryzienia niesie ze sobą kolejne odpowiedzi wraz z kolejną serią pytań. Ta płyta to elektroniczny geniusz i  syntetyczne śmieci zarazem. To zapowiedź czegoś nowego w świecie muzyki i najodważniejszy z możliwych kroków, bo ku nieznanemu A ja się tylko zastanawiam:  co teraz The Knife? / Co teraz muzyko? (9.1/10)

 

linka brak, załatwiać płytę, do łóżka ze słuchawkami i walczyć – warto.

 

Szadi

3 razy NIE!

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , on 5 grudnia, 2010 by headphonesporno

Kanye West – My Beautiful Dark Twisted Fantasy

Próbowałem na wszystkie sposoby. I po cichu, i w mieście i w aucie. Nawet w pracy jako muzyka tła się nie sprawdziła. I nie pomoże tu ani Pitchfork, ani Chaciński ani sam Bon Iver (i Ty Brutusie!?). Podobno psy nie trawią ziemniaków. Moje uszy nie trawią My Beautiful Dark Twisted Fantasy. (3.2/10)

 

 

Klaxons – Surfing the Void

Klaxons RIP [*] piszcie miasta. (2.8/10)

 

 

 

 

 

NIN – Pretty Hate Machine (remastered)

Celem postu było głownie pojechanie po Kanim i Klaksonach. Trzeciej tak niepodobającej się płyty ostatnio nie słyszałem, ale że pierw powstał tytuł notki a dopiero potem rozpocząłem przemyślenia o czym napiszę, muszę tu coś doczepić. Cóż, jak lubię Nine Inch Nails tak jego pierwsza płyta nie ważne czy ma 21 lat czy miesiąc wciąż mi się nie podoba i tyle. (3/10)

 

 

Szadi

o Antku jeszcze raz

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , on 26 listopada, 2010 by headphonesporno

…ale i tak najładniejszą rzeczą jaką ostatnio w wykonaniu Antony’ego usłyszałem, to prężnie zarejestrowany koncert z Metropole Orchestra (czyli tą najlepszą, największą, najprężniejszą, z którą grał i Patton i Fitzegerald i Garfunkel i tak w nieskończoność) w Amsterdamie, w zeszłym roku. Fenomenalny, śliczny i jakże poruszający występ, który podwaja wrażenia bo można go również oglądnąć. Hegharty niezdarnie telepiący się (widać, jak strasznie „nagi”czuje się bez fortepianu przed sobą) przed orkiestrą, kapitalnie coverujący Beyonce. A ta „boska” aura świetlna, która go otacza  – ciekawe czy rzeczywiście na żywo również miało to tak anielski wydźwięk. Klikać, oglądać. CAŁE!

Szadi

Antek dalej nie zna swojej płci, ale to dobrze…

Posted in Bez kategorii with tags , , , , on 22 listopada, 2010 by headphonesporno

Teraz, gdy już spełniłem swoje 3 letnie marzenie i zagrałem Everything in it’s right place na swojej nowej, pięknej Yamasze (przez którą notek ostatnio było ile było),  przeszedłem Fallout’a New Vegas i założyłem po 1,5 miesiąca abstynencji słuchawki na uszy, mogę w końcu napisać coś konkretnego na wychudzonym ostatnio Headphonesporno. A że mamy jesień, a ja mam piękną Yamahę metr ode mnie, grzechem byłoby dla mnie nie napisać o czymś klawiszowym:

Anthony & The Johnsons – Swanlights

Podobno gdzieś w Niemczech znajduje się miasteczko, które nie zostało odbudowane po bombardowaniach z czasów II Wojny Światowej, które w takim stanie egzystuje, rzecz jasna dla celów turystycznych. Antony w tym roku też zrzucił bombę – melancholijną atomówkę prosto na moje wrażliwe muzyczne serce, a ja nie mam zamiaru po tym dochodzić do siebie – wracam do tego tak jak Ci turyści w Niemczech i zachwycam się za każdym razem tak samo.

O Anthonym na tym blogu powinno się do tej pory pojawić ok 6 wpisów – czyli tyle ile mniej więcej płyt wydał. Jezus współczesnej muzyki alternatywnej, Chopin wrażliwości, Thom Yorke melancholii, którego głos albo się kocha całym sercem, albo z całego serca nienawidzi, działa na mnie jak słońce na sople . I co z tego, że bidulka Antek nawet nie wie czy chce być nim czy nią – jeśli jego teksty, muzyka, emocje wynikają właśnie ze swoich płciowych rozterek, to egoistycznie z całego (rozgrzanego) serca życzę mu tego niezdecydowania do końca życia.

Przestraszyłem się nieco, gdy słuchając pierwszego tracku z zapowiadającej Swanlights EP-ki „Thank You For Your Love” zauważyłem, że jest to utwór…  wesoły. Ostatni raz Antek się tak wygłupił przy Hercules & Love Affair sprawiając sobie tym samym jedyny w historii naszej znajomości brak błogosławieństwa. Na szczęście reszta tejże EPki jak i cały LP Swanlights to kontynuacja tego, co Antek do tej pory robił najlepiej, czyli kruchych utworów, które z całych sił próbują wzbudzić w nas gęsią skórkę dzięki swojej prze szczerej melancholii. Płyta będąca podsumowaniem dziesięcioletniej twórczości twórczości Antony & The Johnsons to mieszanina skromnego mruczenia pod noskiem spod znaku „I am A Bird Now” i bardziej wzbogaconego o dźwięki ” A Crying Light”. W efekcie dostajemy potężny ładunek emocjonalny, w którym boski głos Antony’ego  porusza sprawy uśmiercania niewinnych zwierząt (martwy miś na okładce) czy zakochiwania się w istnieniach już martwych. Płyta ta po brzegi wypełniona dramaturgią, trzymająca napięcie od klucza wiolinowego do zamknięcia jest pozycją obowiązkową dla każdego. Nie ważne czy piszecie na Facebooku: „I miss summer” – Antony Hegharty to kanon, ikona i Jezus, którego twórczość trzeba poznać. (7.6/10)

Szadi

Kryzys wieku średniego dopadł radiogłowych

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , on 29 września, 2010 by headphonesporno

Drogi panie  Selwey,

Dawno temu, gdy odkrywałem Radiohead, zastanawiałem się co też ten przesympatyczny, łysy i poważny perkusista w garniturze sobie myśli, widząc przed sobą idiotycznie tańczącego Thoma Yorka, który co chwilę stroi autystyczne miny i wrzeszczy dziwne rzeczy do ludzi. Parę lat później, przy bonusowym materiale z In Rainbows, znalazłem powyższe zdjęcie – zaciekawiło mnie to. Dziś już wiem, co sobie Pan myślał – „dobra, jeszcze tylko 5 piosenek, 6 koncertów i znów będę mógł wrócić do mojej ukochanej gitarki (tu jakieś obrzydliwie słodkie imię dla niej – np. Jennifer), piżamki w misie i ukochanego fotelu.

Nie wierzę w bajki o syndromie perkusisty, który zawsze jest tylko tłem, maszyną wybijającą rytm da reszty kapeli. Jak ktoś jest pojętny (a muzykę Pana kapeli doceniają raczej pojętni ludzie), to docenia równomiernie wkład każdego członka zespołu w jego muzykę. Niemniej jednak rozumiem, że nieustannie stojąc w cieniu takich kolosów jak Yorke czy Greenwood i Panu zachciało się mieć swoje 5min solo na scenie muzycznej. Również nie dziwię się ani Panu, ani żadnemu innemu perkusiście, ani jakiemukolwiek muzykowi, że macie czasem ochotę odłożyć swoje perkusyjne pały i pograć sobie  na czymś innym, mrucząc przy tym ewentualnie. Również nie dziwi mnie fakt, że po takich bangerach jak np. „Myxomatosis” ma się ochotę na wyciszenie. Niestety słuchając Pana nowej płyty dochodzę do wniosków, że nie wszystko co przyjdzie do głowy w czasie takiej sesji powinno trafić na taśmę.

Cały świat dobrze wie, że synonimem Radiohead jest fabryka dzieł sztuki. 17 lat już pokazujecie, że macie jaja jak planety i ani razu nie zarejestrowałem nawet malutkiego rumieńca, potknięcia, czegokolwiek (może poza „Creep” – żadna piosenka nie ma tak idealnie dobranego tytułu). Niestety – nieunikniony był moment w którym któryś z was w końcu gafę strzeli. Padło na Pana, szkoda, obstawiałem Eda. Najgorsza muzyka, to taka, która nie wywołuje żadnych uczuć. Tak właśnie działa (czyli absolutnie nie działa) na mnie „Familial”.  Świat, ze mną na czele, ma już dość tandetnych podróbek klimatów Nicka Cave. Próbowałem, szczerze starałem się polubić te 10 kawałków. Niestety, choćbym na głowie stawał, cały czas zlewało mi się to w szarą całość, przechodzącą na drugi plan. Zamiast muzyka do ucha, właził mi palec do nosa. Oboje dobrze wiemy, że dla większości ludzi autorem „Familial” nie jest Phil Selwey lecz perkusista Radiohead – nawet taka reklama nie pomogła. Nic nie pomoże.  Z przykrością stwierdzam, że kryzys wieku średniego żyje i ma się dobrze.

Proszę więcej tego nie robić. Naprawdę. I mean it.

No niech Pan sam posłucha, no… (5.3/10)

Szadi

Pozycja klasyczna

Posted in O koncertach, O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , , , , , , , , , , on 19 września, 2010 by headphonesporno

W Krakowie wczoraj skończył się Sacrum Profanum a wszyscy dobrze wiemy że Sacrum Profanum to nie tylko pierwszy i ostatni koncert (mum i jonsi) ale również, a w zasadzie przede wszystkim muzyka klasyczna, której koncerty odbywają się przez cały tydzień. No więc udałem się w czwartek, totalnie z głupa, nie sprawdzając nawet cotoktoto, na koncert Ensemble Recherche, który wykonał utwory z repertuaru Hans’a Abrahamsen’a. I jak? Bomba! Wyszedłem po 15minutach, jak połowa sali z resztą. Bądźmy poważni: wchodzi dwóch niemęsko ubranych mężczyzn na scenę, jeden siada za klawiaturą fortepianu, drugi wchodzi do swojej bazy, pełnej gongów, dzwoneczków, grzechotek, tamburyn, skromny ukłonik po czym  zaczęli tworzyć dźwięki (bo muzyką bym tego nie nazwał) totalnie pozbawione jakiegokolwiek rytmu, tonacji, melodii, czegokolwiek co by wywoływało u mnie jakiekolwiek pozytywne emocje. I mieli to rozpisane na nuty! Jak?! Niemal że na oślep walili raz mocno, raz lżej w te swoje instrumenty; miałem odczucie że równie dobrze ja mógłbym zagrać taki koncert z kimkolwiek, nawet na trzeźwo. Totalne zbezczeszczenie pięknego instrumentu jakim jest fortepian. Wyszedłem po pierwszym utworze (który akurat był polskiego autorstwa…) i pomyślałem: Boże, czy do takiej muzyki trzeba dojrzeć? Jeśli porównać muzykę do pornosów, to je tego dnia oglądałem film ze zwierzętami i przedmiotami martwymi. Pokażę wam więc te cuda w wersji soft, do strawienia przez absolutnie każdego:

Jóhann Jóhannsson – Fordlândia

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się  ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)

Clint Mansell – The Fountain OST

Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)

Arvo Pärt – Fratres

Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.

A piątkowy Jónsi? Cóż mogę rzec – spodziewałem się mniej, dostałem więcej. Było magicznie i niepowtarzalnie  i chyba widziałem najlepsze wizualizacje do koncertu ever. mimo to zeszłotygodniowego múm nie przebili. Wykonanie piosenki „The Land Between Solar Systems” na długo zapamiętam. Na bardzo długo… (8.8/10)

Szadi

múm

Posted in O koncertach with tags , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Jest pierwsza w nocy a ja wciąż nie mogę dojść do siebie po tym co zobaczyłem, usłyszałem, doznałem. múm miało zagrać dobrze, miało być przedsmakiem do nadchodzącego koncertu Jonsiego, a było czymś, czego nigdy nie zapomnę. Jonsi mu nie podoła, już to wiem. Właśnie widziałem jeden z najpiękniejszych koncertów mojego życia, o ile nie najpiękniejszy… i to „pa a a pa a a ” szumiące w głowie… Dziękuję múm.

Rozmanżanie się misiów gryzli

Posted in O muzyce raczej na poważnie with tags , , , , , , on 12 września, 2010 by headphonesporno

Na 3 godziny przez zobaczeniem otwierającego znakomite Sacrum Profanum koncertu múm & friends (ależ ja ostatnio festiwali zaliczam, co?) zachciało mi się szybko coś naskrobać. W końcu parę literek o czymś, co nie jest festiwalem.

The Morning Benders- Big Echo

Grizzly Bear, Grizzly Bear , Grizzly Bear. W każdej nawet najmniejszej recenzji tyczącej się tej płyty, nawet takiej pisanej między horoskopami a ogłoszeniami 0700 w piątkowym dodatku do Dziennika Polskiego musi, choćbym nie wiem co, znaleźć się słowo Grizzyly Bear. Nie ma wuja we wsi, musi i tyle. Dlaczego? A no dlatego, że NIEPRAWDĄ jest stwierdzenie, że Morning Benders brzmią jak Grizzy Bear. Bo Mornings Benders są Grizzly Bear’ami. Wszystko za sprawą Chrisa Taylor’a (ale nie tego od Dungeon Siege :P), czyli świetnego basisty Grizzly Bear oraz jednocześnie ich producenta, którego wkład przy Big Echoes był  no, nie mały. W oficjalnych wywiadach i artykułach zapewne przeczytamy, że Taylor po prostu wyprodukował tą płytę, my jednak dobrze wiemy, że niejedną flaszkę Bendersi z Grizzly Bear wypili na tourach (bo supportowali się nie raz) i przy któreś z kolei padło hasło „let’s do it together guys”.

Tak czy siak mamy tu płytę bardzo intensywnie pachnącą Grizzly Bearami, poczynając od samego brzmienia gitar („Promises”) do pianinek („sam początek płyty na przykład), harmonii (najładniejsze z całej płyty „Sleepin In”) a nawet samych strun głosowych wokalisty- Chrisa Chu. Big Echoes to płyta, która z całego serca dąży do totalnej nieprzewidywalności. Co chwile zmieniające się tempa, brzmienia, nastroje, wszystko to co zaskakiwało nas i odwracało kota ogonem na Veckatimest zaskakuje i odwraca kota ogonem na Big Echoes. Jak narazie możecie mieć wrażenie, że ja tej płyty nie lubię. A jest wręcz przeciwnie! Morning Benders bardzo, ale to bardzo mi się podobają. Nie oskarżam ich o podrabianie stylu, bo trudno nie brzmieć jak Grizzly Bear (jedenaście) gdy pracuje z Tobą ich muzyk i producent. W całej tej notce napisałem słowo Grizzy Bear łącznie 11 razy i ani mi ani pewnie wam to nie przeszkadza. Tyle samo a nawet więcej jest Grizzly Bear w nowej płycie The Morning Benders i zamiast przeszkadzać, zaczarowuje mnie to niemal tak samo jak Veckatimest. (7.7/10)

Ahh! Pora na múm!

Szadi

Nieseksowny latex i niesłowność autora tego bloga

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , on 8 września, 2010 by headphonesporno

Potwornie mi się nie chce rozpisywać o Tauron Festiwal Nowa Muzyka, na którym również ostatnio byłem, a nie chce mi się z paru powodów.  Po pierwsze: dopiero co piętro niżej napisałem książkę  o Coke Live Music Festival a pisanie o festiwalach / koncertach przychodzi mi niechętnie. Po drugie mam na spuście kupeczkę dobrych płyt do skomentowania a po trzecie jest to blogasek, a zasadą #1 na blogaskach jest brak jakichkolwiek zasad, więc dziś Tauronie krótko, ale  na temat a następnie przechodzimy do konkretów, których ostatnio sporo w moich uszach.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka

Szczerze chciałbym pisać teraz króciutko o Kołku, zamiast o Tałronie. Ten drugi miał o niebo lepszy line-up, klimat, wszystko, a ja- cieć, się tam wybrałem tylko na jeden dzień. Cóż…

Lokalizacja / klimat : Dosko! Lepiej być niem mogło! Centrum Katowic, tereny starej kopalni, industrialny klimat, do tego festiwal mały powierzchniowo, małe sceny (MainStage wielkościowo porównywalny do sceny na dniach Myślenic), brak milionów ludzi- to wszystko sprawiło, że festiwal miał niesamowity klimat, wręcz kameralną atmosferę, chodzenie po całości było czystą przyjemnością.

Artyści / line-up: Shame on me, gdyż byłem tylko na jednym, pierwszym dniu. Tak wiem, straciłem dużo, straciłem Gonjasufi’ego, pluje sobie w brodę, lecz cóż, naszym main objective tego festiwalu był Bonobo Live- urodzinowy prezent dla mojej niuni (K0Fa|\/| ĆeM K0tQ <3) i to dla niego tam przyjechaliśmy. Nie zmienia to faktu, że trochę jeszcze tego dnia zoabczyliśmy:

Jaga Jazzist– jak dla kogoś kto JJ kojarzy (bo zna to za mocne słowo) tylko z jednej, ostatniej płyty, czyli mnie, to tym co najbardziej zapadło mi w pamięć to fenomenalnie napompowany energią, zarówno tą witalną jak i tą pozytywną, pocieszny perkusista z olbrzymią brodą- Martin Horntveth, który wraz z 10 osobową ekipą naparzał swój jazz z całych sił. Byli potwornie żywiołowi, lecz ten ich szalony jazz jednak po dłuższym czasie okazał się dla mnie zbyt szalony. Sorry chłopaki, ale jeśli jazz, to tylko w wersji smooth. Poszedłem więc na…

Pantha du Prince– na którym usłyszałem najgorsze intro/rozgrzewkę przed konretnym graniem ever. Po około 15 minutowym kocikowiku i jazgocie Henrik Weber rozpoczął swoje techno-plumkanie, o którym już pisałem. Nie zrobiło to na mnie większego wrażenia, zwłaszcza, że tak jak to ostatnio ciekawie poruszył Bartek Chaciński, występ budził pewne podejrzenia, ile z przedstawionego materiału polegało na wciskaniu PLAY / STOP a ile na rzeczywistym graniu. Cóż. Pantha również długo mnie w miejscu nie zatrzymała, poszedłem więc na Bonobo zahaczając po drodze o…

Novika & Lex– Do Noviki mam sentyment, zwłaszcza przez jej gościnne partie u Smolika i ogólnie płytę feat Novika. Od tego czasu trochę się w jej życiu artystycznym działo, nie poruszając mnie przy tym zbytnio. Cóż, obecnie pani Kasia ma lat obecnie 46, nosi aseksowne latexowe leginsy i dalej śpiewa teksty o miłości, podnoszeniu rąk do góry i oddaniu się muzyce, żeby wyniosła nas wysoko nad niebo. Do tego robi to  tylko w języku angielskim i to w sposób niezmiernie odtrącający. Matko bosko, prawie się porzygałem na jej koncercie i to prawie dwukrotnie. Novika dokonała zamachu na moje oczy swoim latexem i na moje uszy swoją muzyką. Uciekłem z płaczem, bo zaraz zaczynało…

Bonobo Live- fantastycznie, kapitalnie, cudownie, seksownie, wspaniale, fenomenalnie, klawo, świetnie, niesamowicie, transcendentnie, dziarsko, bombowo, wystrzałowo, spektakularnie, miło i przyjemnie. Wybaczam że krótko, wybaczam że smyczki puszczone z playbacku, wszystko wybaczam. Bonobo mnie oczarował, zahipnotyzował i wprowadził w stan z klasy: najcudowniejsze. Lepszego prezentu z okazji urodzin mojej lubej sprawić sobie nie mogłem.

Miało być mało, wyszło tyle co przy Coke’u. Cholera. Jest już prawie północ, ja, stary piernik już usypiam przed komputerem, więc recenzję płyt następnym razem. Tauron, taka prawda, prócz lineup’u i atmosfery miał dużo minusów: ogromne kolejki po bony (które same w sobie są potężnym minusem wielu festiwali), śmiesznie małe sceny ze śmieszną ilością, śmiesznych rozmiarów, ekranów, czy dyskryminacja ludzi z opaskami na 1 dzień, czyli rozdawanie darmowych peleryn tylko tym co byli na wszystkie 3. Mam to gdzieś, muzyka Bonoba przysłoniła mi wszystkie niedoskonałości Taurona. Jak na jeden dzień oceniam festiwal całkiem pozytywnie. Piątkę biję i w pościel!

Szadi

Darmowa koka, trochę złego słowa o Muse i sex analny.

Posted in O koncertach with tags , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on 30 sierpnia, 2010 by headphonesporno

Nie byłbym sobą, gdybym na wstępie nie przypucował się, że Headphonesporno zarobiło na siebie pierwsze dobra materialne! Otóż organizatorzy Coke Live Music Festival wybrali bodajże 3 polskie blogi muzyczne, których autorom podarowali darmowe wejściówki na festiwal. Tak! Wasz ulubiony blogasek też się załapał!

Coke Live Music Festival 2010

Wyruszyłem więc 20 sierpnia po pracy w stronę krakowskiego muzeum lotnictwa, nie do końca wiedząc czego się po tym festiwalu spodziewać – na mainstage’u praktycznie same gwiazdy światowych formatów, co taka off’owa bidulka jak ja tam znajdzie dla siebie, prócz Chemicznych, których zawsze chciałem zobaczyć. Za cel więc uznałem zobaczyć i usłyszeć jak najwięcej odsiadując tylko całość na wyżej wspomnianych Chemical Brothers. Nie było tak źle. Na miejsce przybyłem za późno, bo już po koncercie NERD’a, który ponoć było rewelacyjny. Pierwsze co usłyszałem po przyjściu to  30 Seconds to Mars, które zaczynając grać, niczym magnes przyciągnęło zewsząd wszystkie lolitki <16. Moja znajomość z twórczością Jaredo Leto zaczęło się i skończyła na „Requiem for a dream” i paru, jak  się okazało, nieświadomie usłyszanych piosenkach w radiu na sali w markecie. Postałem chwilę, pooglądałem, skojarzyłem 2 piosenki, „za dużo oooooooooo! / uuuuuuuuujeeeeeeeeeeee! / łoooooooouuuuułoooooooo!” pomyślałem, po czym poszedłem sobie. (Nie chcę wiedzieć, jak kiepskie muszą dawać koncerty, skoro Jared uznał, że to był najlepszy koncert ever i czuje się teraz Polakiem. Niggawhaaa?!) Trafiłem więc na Sorry Ghettoblaster, z którego szybciutko jednak zrezygnowałem tak samo jak z grających później na clubstage Plastic vs. Pono, Mosqitoo i Last Robots z prostej przyczyny: będąc na festiwalu serwującym muzykę światowego formatu ostatnie na co mam ochotę, będąc jeszcze po drodze 100% trzeźwym, to klubowe balety. Wyjątkiem mogłyby być dubstepy, jednak żaden z wymienionych wyżej ich nie zaserwował w stopniu mnie satysfakcjonującym. Poszedłem zatem na Donguralesko, na którym było wesoło zwłaszcza, że był to mój pierwszy koncert hiphopowy w życiu. Koncert tradycyjnie polegał na staniu z prawą rączką do góry, uginaniu kolanek do bitu i „robieniu pierdolonego hałasu”. Szybko jednak, bo po trzeciej piosence, uświadomiłem sobie, że pierwszą złotą zasadą dobrej zabawy na koncercie rapowym prócz alkoholu jest znajomość tekstów. A że ja i Donguralesko znamy się tylko z nazwy, szybko podziękowałem Piotrkowi i udałem się z wypiekami na twarzy na  The Chemical Brothers

… i nie zawiodłem się ani odrobinkę! Na scenę zostało wprowadzone ogromne coś, pełne syntezatorów, świecących maszyn, laptopów i innych wichajstrów, po to, by parę minut później weszło do tego na dwóch, skromnie wyglądających facetów, którzy zza swojego electro-ufa zaczęli wydobywać dźwięki, które zahipnotyzowały mnie na najbliższe półtorej godziny. Zagrali wszystko co najlepsze z nowej płyty Further, parę staroci, parę kawałków z poprzedniej płyty a ja do wszystkiego gibałem się jak szalony; dostałem to czego oczekiwałem, czyli męskiej ilości tłustego electro-bitu, do którego mogłem się porządnie wytańczyć. A że potrzebę porządnego wytańczenia miewam raz na pół roku, Chemiczni naprawdę dobrze mi zrobili.  Do tego wszystkiego animacje na ogromnym obrazie za nimi- No miód! Najlepszy koncert pierwszego dnia…

ale nie całego festiwalu :) Bo ten odbył się dnia drugiego. Dałem dupska wtedy, gdyż na festiwal zajechałem dopiero na występ Panic! at the Disco, który ku moim oczekiwaniom był taki jak cała kapela, czyli dość kiepski. Swego czasu przesłuchałem ich obie płyty, należą się pochwały za ogromny progres jaki dokonali na 2 krążku, jednak daleko im jeszcze do mojego błogosławieństwa- nie ta liga. Udałem się zatem zając dobre miejsca na wyczekiwany przeze mnie i najlepszy koncert całego festiwalu- Eldo.

Mój ulubiony Leszek w Polsce, wyszedł na scenę bez żadnych pomagierów, czyli tak jak sobie to wymarzyłem (bo 3 kolesi chodzących wokół rapera i wykrzykujących do mica co trzecie słowo piosenki- FAIL!). Za deckami Danny Drumz i jedziemy. Nie przesłuchałem nigdy całej dyskografii Elda, ani Grammatika ale ubóstwiam każdą literkę postawioną przez Leszka i choćby zaczął śpiewać zamiast rapować, zawsze będę miał olbrzymi sentyment do niego. A wszystko dzięki najlepszej płycie rapowej jaką znam czyli Światła Miasta. I nie dziwne więc, że piszczałem jak baba gdy Lesiu podniósł nagle koszulkę, pod którą była jeszcze jedna, właśnie z logiem Grammatika i słowami „był kiedyś taki kawałek z tekstem: „kupujcie polskie rap płyty” wyruszył z całą, ogromną publicznością w podróż w czasie, do najstarszych dzieł swojej formacji, nawet tych z czasów płyty EP+. Łezka w oku mi się kręciła, gdy poszedł bit z „Friko” (00:57), kawałka od którego zaczęła się cała moja przygoda z polskim rapem. Darłem gardło z całego serca do wszystkich piosenek, które znałem, baunsowałem tak, że sam siebie nie poznałem. Bawiłem się w najlepsze jak za gówniarza na koncertach Myslovitz, bez kropli alkoholu we krwi! I tak bez przerwy. Zwieńczeniem całości było pytanie ze strony Leszka, kto jeszcze Światła Miasta posiada w oryginale (dla niewtajemniczonych: płyta jest obecnie nieosiągalna, jedynie na Allegro, gdzie schodzi nawet za 4 stówki) i moja najwyżej podniesiona na sali ręka, w towarzystwie max 4  innych, na pełny namiot fanów! Boże, byłem taki dumny! Ach… Cofnąłem się tego wieczoru wiekowo o dobre 8 lat. Z każdej piosenki, każdego tekstu, każdego poczciwego uśmiechu Leszka cieszyłem się jak dziecko. Nigdy nie pomyślałbym, że mój pierwszy prawdziwy (bo na Guralu to siedziałem kwadrans) koncert rapowy da mi tyle radości i pozytywnej energii. Z bólem serca opuściłem Elda po godzinie, co by zobaczyć główną gwiazdę festiwalu…

czyli Muse. I żałowałem. Nigdy nie trawiłem całej twórczości Bellamy’ego i spółki. Jeśli muzyka jest mięsem, to Muse sa parówkami. Na pierwszy i główny ogień idzie Mateusz „Sztuczny” Bellamy, który wielce namaszczony przez niebiosa, lata po scenie i śpiewa, niemalże lewituje i przemawia głosem swojego boga, Jeffa Buckley’a i tym samym robi dokładnie wszystko, żebym ja tylko nie wytrzymał do końca płyty / koncertu. Na Coke’u był w takiej nirwanie, że ponoć nie zauważył że na jednej z piosenek zmówieni wcześniej fani świecili latarkami w stronę sceny. So FAIL! Do tego cała ta przesadna wyniosłość którą są przesączone  zarówno ich teksty („Uprising” na pierwszy ogień), całe utwory,  jak i wspomniany zdanie wstecz, pseudo-operowy, wręcz pyszny wokal. Na dobitkę argument stary jak jazz, czyli delikatne podpierdalanie wszystkiego co się da od Radiohead. To wszystko sprawia, że Muse zamiast catchy są kitchy. Poza tematem: zauważyłem pewną prawidłowość (oczywiście od każdej prawidłowości są wyjątki, droga Agafjo i drogi Paweuu’le), że osoby nielubiące (nierozumiejące) twórczości Radiohead, uciekają do Muse. Smutne to, ale nie zapominajmy: kwadrat jest prostokątem, ale prostokąt nie jest kwadratem. Muse brzmią jak Radiohead, ale Radiohead nie brzmią jak Muse. Tak i tylko tak.

Tak czy siak, Muse mnie nie powalili. Było spektakularnie i widowiskowo, to fakt. To co chciałem usłyszeć usłyszałem, animacje na plasterkach miodu mieli ładne, Bellamy udowodnił mi tylko, że naprawdę jest kurewsko utalentowanym gitarzystą i klawiszowcem za co przybijam mu piątkę. Gdybym jednak był bohaterem gry rpg, to miałbym tego wieczoru +100% obrony od Muse; nie siedziałem na nich do końca, nie zahipnotyzowali mnie i skończyło się tak, że front mainstage’u opuściłem trochę wcześniej i poszedłem zobaczyć, czym u licha jest grupa Fox. Ci jednak nie zagrali zgodnie z lineup’em ( bo pewnie sami byli na Bellamy’m) pojechałem zatem do domu zaraz po fajerwerkach i puściłem sobie Światła Miasta.

Z Coke’a jestem bardzo zadowolony. Przed pójściem miałem mieszane uczucia; na 25 zespołów, znałem / chciałem zobaczyć raptem 8. Zobaczyłem więcej, podobało mi się bardziej lub mniej, jednak imprezę oceniam bardzo pozytywnie. Oczywiście bez bicia się przyznaję, że sam bym biletów na niego nie kupił, więc tutaj chciałbym podziękować pani Coca-Coli za zaproszenie i pokazanie mi czegoś nowego. Piontka!

W tytule notki, napisałem „sex analny” w zasadzie tylko po to, żeby zachęcić kogokolwiek do przeczytania tego. Sorry :*

Szadi


zdjęcie Leszka autorstwa Baxa: http://bax.fotolog.pl, reszta Onet'u
%d blogerów lubi to: