Muzyczne podsumowanie roku 2009

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on grudzień 23, 2009 by headphonesporno

Roczek 2009 był rokiem płodnym. Kopulowali młodzi, kopulowali starzy, niektórzy mieli swój pierwszy raz.  Z niektórych  tych wygibasków powstała całkiem niezła Kamasutra. Z wielkiej ilości płyt, które przyszło nam gwałcić wybraliśmy kilkanaście, do których można oddzwonić. Reszcie zostanie onanizacja. Niestety, nie ma w podsumowaniu miejsca ani dla St.Vincent, ani  XX, ani Dirty Projectors, Anthonego, Bat For Lashes czy Joker’s Daughter. Sory, ale to była tylko przygoda na jeden raz. Podsumowanie trochę z przymrużeniem oka, dość banalne, ale wizualnie a już na pewno ideologicznie poprawne. Oto pozycje godne polecenia;  spróbowania w domu. Oddajemy ducha roku 2009 w wasze ręce:

Szadiemu stawał do:

Other Lives- Other Lives

bo jest definitywnie najśliczniejszą płytą jaką usłyszałem w tym roku.

We Fell to Earth- We Fell To Earth

bo kiedy chłop z UNKLE, zaczyna się inspirować krajobrazem pustynnym, to to musi brzmieć super.

Moderat- Moderat

bo jak trzech dobrych elektryków podejdzie do komputera to nie mogą tego spieprzyć.

Popo- Go Upstream

bo jest to jedyną polską płytą z tego roku, którą odpaliłem więcej niż raz.

Archive- Controlling Crowds

bo się zorientowałem, że na tej płycie nie ma słabych piosenek.

Jónsi & Alex- Riceboy sleeps

bo to Jónsi i nawet jego bąk to harmonia.

Volcano Choir- Unmap

bo Vernon wyszedł z chaty, włączył komputer,  zaśpiewał nisko i wyszło mu to na jeszcze lepsze.

Ancient Astronauts- We Are To Answer

bo mi się kojarzą z Bonobo, a nie, bo brzmią identycznie  jak Bonobo.

V/A- Dark Was The Night

bo to najlepsza składanka jaką kiedykolwiek świat usłyszał.

Kasabian – The West Ryder Pauper Lunatic Asylum

bo to najlepsza płyta w ich całym dorobku.

Grizzly Bear- Veckatimest

bo się należy i tyle.

.

Tapczan robił się mokry przy:

Flaming Lips -Embryonic

bo słuchając tej płyty wpadłem pod samochód.

The Mayfair Set -Young One

bo to potwierdzenie że bez pudru i tuszu  da się zaciągnąć chłopa do łóżka.

Real Estate – Real Estate

bo ta płyta to ja: leniwa i marudna, ale jeszcze z tendencją do spontaniczności typu: chodźmy na piwo.

Nurses – Apple Acres

bo hipnotyzuje, ale po obudzeniu pamiętamy wszystko i chcemy jeszcze raz.

Le Loup – Family

bo odkryłem z tą płytą nowy ląd, nie pytacie gdzie kiedy i jak, po prostu zrobiłem to.

Atlas Sound – Logos

bo Bradford Cox nawet z masy solnej zrobi dzieło sztuki.

Black Lips – 200 Million Thousand

bo to z martwych wstanie rock n’ rolla, szczanie na budyniowych indie pedziów, nie denerwuj mnie mamo bo nie zjem obiadu!

Devendra Banhart – What Will Be

bo to ciągle ten sam Devendra, brodaty topos z gitarą, o którym dzieci się powinny uczyć w szkole.

The Most Serene Republic – …And the Ever Expanding Universe

bo Kanada to nie tylko Celine Dion i bąki w twarz.

Neon Indain- Psychic Chasm

bo jest dobry na wszystko! Na katar, na prywatkę u Kacpra i na kajaki też.

.

Szadi & Tapczan


Other Lives- Other Lives

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , on grudzień 16, 2009 by headphonesporno

Z serii  “Od autora“: “Ok, jestem zajebistym leniem. Bo notka poniżej jest o naprawdę dobrej płycie, jednej z lepszych, o ile nie o najlepszej jaką usłyszałem w tym roku, a ja łajza, zamiast pisać “poematy” kopiuję to, co napisałem do gazetki (pozdro gazetka), ale… w sumie nie rozpisując  się, pobudzę Waszą wyobraźnie i muzyczny głód, który ta płyta może syto zaspokoić. Czytać więc, słuchać i czcić”

„Niestety, rok 2009,  ani płodny, ani wybitny nie był, wyszło parę dobrych płyt, ale prócz krótkiego romansu, nic poważniejszego z nimi nie wynikło” – już od jakiegoś czasu układałem sobie w głowie plan takiej notki, co by znowu nie skompromitować się, jak to zrobiłem układając żałosne muzyczne podsumowanie roku 2008 w lutym 2009. Tak czy siak, będę musiał napisać inaczej, bo w moim życiu pojawili się Other Lives.

Szkoda, że redaktor dał mi tylko 1500 znaków, na napisanie o płycie, o której można pisać stronicowe poematy. Muzyczne epopeje z inwokacją do Jesse’iego Tabish’a na początku. Pan ten jakieś 4 lata temu założył zespół Kunek. Formacja tworzyła muzykę melancholijnie-gitarową, z mrocznością radiogłowych wplecioną w pięciolinie. W tym roku wydali nową płytę, pod nową banderą, z lekko zmienionym składem, ale z zachowanym kręgosłupem poprzedniego projektu. Tak powstał „Other Lives”- album atakujący nasze serca tonami emocji, dając te bardziej jesienne jako mięso armatnie. A my najlepiej zrobimy, podnosząc białą flagę.

Słuchając „Other Lives”, na każdym kroku można zauważyć duży wpływ Coldplay. Ale tego wczesnego Coldplay, tego z „Parachutes”. Tego z prostym, wrażliwym człowiekiem za mikrofonem i takimi samymi muzykami wokół. I tylko tego. I jak można bardziej posłodzić Other Lives, niż przyrównując ich do jednej z najpiękniejszych płyt XXI wieku? Pewnie, można, ale po co? Gdybym bardziej się otworzył, bardziej opisał te niesamowite 39 minut, czułbym się co najmniej jakbym napisał spoiler. Doznajcie sami, chyba najlepszej płyty, jaką słyszałem w roku 2009. „Other Lives” to pozycja obowiązkowa dla wszystkich kochających sztukę z melancholią w tle i nie tylko…

http://www.youtube.com/watch?v=XHxTC2NVYaE

Szadi

Burial- Untrue

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , on grudzień 1, 2009 by headphonesporno

Stepy to tereny równinne, pozbawione jakiejkolwiek poważniejszej roślinności czy zbiorników wodnych. Występują w sferach, gdzie dominuje klimat umiarkowany, suche zimy, upalne lata, sratata. Stepami zachwycał się Mickiewicz, stepował też Charlie Chaplin i parę łajz w Mam Talent, z akcentem na “e”.

Dubstepy to gatunek muzyki elektronicznej wymyślony na Wyspach, gdzie rolę pierwszoplanową odgrywa chamski, nieustający bass, ponura, wręcz mroczna atmosfera a to wszystko umieszczone w przestrzeni z dużą dawką delay’ów. Dubstepy tworzy Burial, a zachwyca się NIM Szadi.

Na dzień dobry mówię- dubstepów nie trawię. A w zasadzie trawię, ale na pewno nie w stanie trzeźwym. Buriala usłyszałem gdzieś przez przypadek, albo i przeczytałem, mało to ważne. Ważniejsze jest to, że ten gość (jeszcze do nie dawna nie było wiadomo czy to gość czy pani gość, ale o tym zaraz) trochę odmienił moje podejście do sprawy, wprowadzając przy okazji lekkie zamieszanie na angielskiej/światowej scenie tego gatunku.

Wyjątkowość Buriala, która we mnie trafiła tkwi w tym, że choć rubryka gatunkowa sugerowałaby inaczej, płyty tej trzeba słuchać późno w nocy i tylko na zasadzie Wy vs Burial. W takich warunkach Untrue smakuje najlepiej, a w zasadzie tylko w takich jej smak jest w ogóle odczuwalny- rano mija data ważności. Nie jest to bowiem set kawałków do puszczenia na elo-imprezie. Untrue to dubstepowa siesta, elektro kołysanka, z potworami pod łóżkiem.

Tajemniczość, tajemniczość i jeszcze raz tajemniczość. Może to głupie, ale płyty chyba lepiej się mi słuchało gdy nie wiedziałem jak się nazywa, kim jest i jakiej jest płci autor tych dźwięków. Przez długi okres czasu bowiem, Burial manipulując odbiorcami, by skupili się nie na nim a na jego dziele, nie ujawniał swojej tożsamości; jak sam mówił, o tym że tworzy muzykę, prócz rodziny wiedziało pięć osób. Potęgowało to niepokój, który i tak już wylewał się z krążka. Ludzie sugerowali, że za wszystkim kryje się Aphex Twin czy Fatboy Slim. Dopiero dwa lata od wydania pierwszego krążka, po tym jak  gazety muzyczne  niczym brukowce, zaczęły dociekać kim jest Burial, on sam, mocno poirytowany ujawnił że jest William’em Bevan’em-  zwykłym, niewychylającym się łepkiem z Londynu.

William miał szóstkę w przedszkolu z wycinanek. Ok, miał piątkę z plusem, bo szóstkę mieli The Avalanches, ale Pani i tak widziała w nim talent. William, idealnie wycina różne, soulowo- RnB (jak się tworzy od tego przymiotnik?) wstawki i lepi z nich psychodeliczno – niepokojące obrazki . Dodaje, do tego szumy oraz surowe, brudne bity, zarażające swoim stanem cały organizm, którego kręgosłupem jest, dosłownie i poetycko, głęboki bass. William nie grzeszy ornamentalizmem, woli impresjonizm. Untrue puszcza się powiem od jedynki do trzynastki, dając się ponieść  niespokojnemu strumieniu naprawdę ciekawych dźwięków. To całkiem inna interpretacja dubstepów, ciekawsza, która idealnie trafia w mój klucz. Zaliczam z wyróżnieniem i polecam wszystkim praktykującym i niepraktykującym a szczególnie tym drugim.

A Charlie Chaplin chyba nie stepował?

http://www.youtube.com/watch?v=eHjxJItKbLQ

Szadi

Playback Show z Muse

Posted in O muzyce mniej poważnie tagi , on listopad 15, 2009 by headphonesporno

O ile Heapdhonesporno raczej Muse nie trawi, o tyle trzeba koleżkom tym przybić mocną piontke za to jak stylowo zakpili z próby zmuszenia ich do zagrania z playbacku dla jakieś włoskiej telewizji. Dla tych co nie wiedzą o co cho: muzycy zamienili się miejscami i w ten sposób wokalista grał na perkusji, za mikrofonem stanął perkusista z gitarą basową, a basista grał na elektryku i klawiszach. Co lepsze, nikt w studiu się nie zczaił co dowcipnisie wymajstrowali ( a to czwane chłopaki!) i co jeszcze lepsze, po występie “wokalista” (czyli perkusista) w krótkim wywiadzie wspomniał coś o swoim przyjacielu na perkusji- Matt’ie czyli prawdziwym “wokaliście” Mjus. A to ci kuglarze!

Grizzly Bear- Veckatimest

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , on listopad 11, 2009 by headphonesporno

Każdy kto choć trochę interesuje się grupą Radiohead wie, że ich gitarzysta- Jonny Greenwood nigdy, przenigdy nie mówi nic na scenie. Zmowa milczenia została przerwana w zeszłym roku, na koncercie w Toronto, kiedy to podszedł do mikrofonu i powiedział coś w stylu: „Chciałbym podziękować mojemu najulubieńszemu zespołowi na świecie- Grizzly Bear, za to, że byliście z nami na tour’rze”. Dostając takie błogosławieństwo od carów eksperymentalnego rocka cudotwórcy z Grizzly Bear nie mogli nie wydać kolejnej płyty.

Więc wydali. Panuje już jakiś czas moda na tworzenie nowych nazw gatunków muzycznych. I ja się pobawię- nowa płyta miśków to difficult-alko-dream-folk- o! Tak, „Veckatimest” to płyta trudna. Nie zdziwię się, jeśli przeczytacie moją recenzję, włączycie płytę i po paru minutach wyłączycie z komentarzem- „koleś ma gust jak Strausburger dowcip”. Trzeba do „Veckatimest” podchodzić wiele razy, z wielu stron. To taka ściana: stojąc przed nią słyszymy niewyraźnie, co jest za nią a już na pewno nie widzimy. Zmienne nastroje, tempa, hałas przeplatany z ciszą a do tego wokal Ed’a Droste’a, brzmiący, jakby co najmniej go to śpiewanie męczyło. Kiedy jednak, po którymś przesłuchaniu, znajdziemy w tej ścianie szczelinę- wszystko nabierze barw i kształtów. Z początkowego, dźwiękowego chaosu wyłoni się nam pełen niepokoju, melancholii i nie do końca pełen sensu obraz, przypominający bardzo marzenia senne po zakrapianej nocy. I stąd mój „alko-dream folk”. Tyle, że rano zamiast kaca mamy ochotę na jeszcze.

Szadi

 

Tekst ukazał się w gazetc WUJ, listopad 2009

Jónsi & Alex- Riceboy Sleeps

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , on listopad 2, 2009 by headphonesporno

I co ja mam napisać? Ile bym nie napisał, będzie to za mało. Jak poetycko bym tego nie ujął, będzie to zbyt ubogo.  Człowiek jeszcze nie wymyślił takiego przymiotnika, który by w stu procentach określał to, co dzieje się na Riceboy Sleeps. Lider Sigur Ros’a po prostu nie umie stworzyć słabej muzyki. Nie potrafi. Tą płytę trzeba włączyć ( TYLKO na słuchawkach), zamknąć oczy i…

Szadi

Little Joy – Little Joy

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , on październik 19, 2009 by headphonesporno

little-joyForma nie adekwatna do treści, treść adekwatna do niczego. Dzięki bogu że piosenki trwają popową ilośc minut, bo cały dramat szybko się kończy. Nie rozumiem tylko po co wydawać płytę,  tylko dlatego, że jedna piosenka jest w miarę dobra ?

Little Joy to projekt  stworzony przez perkusistę The Strokes- Fabrizza Moretti i na tym by sie mogło skończyć.  Wrażenie jako takie jest, i szczerze mówiąc to chyba tylko o to chodzi.  Jak widać dałem sie nabrać na ten PR’owski zabieg, bo kolejny frajer płytę dorwał. Jeśli chodzi o wnętrze,  prezentuje się ono następująco: niemalże cała płyta to normalne piosenki które mogą  lecieć sobie od tak , i nie zwrócimy na nie uwagi: dobre do obiadu, do mycia garów, sprzedawnia na bazarze itp- nie ma co się  nad nimi zastanawiać, są puste, niczym nas nie zadziwią, chyba że zdumiewającą prostotą, albo bezpretensjonalnością. Wybierając na siłę coś, co może wpaść w ucho zdecyduję się na “Don’t Watch Me Dancing”- gdyby takich pozycji było więcej można by było napisać więcej  i ciekawiej.

Z tego co mi wiadomo to Albert Hammond Jr. -gitarzysta The Strokes też wydał sobie płytę albo i dwie nawet, ale z tego co słyszałem, również  podzielił los swojego kompana z zespołu. Tak więc wniosek nasuwa się sam- ekipa z The Strokes, jak Power Rangers, tylko w pełnym składzie potrafią solidnie dowalić, Little Joy to kit dla kitowców i tyle. Jak lubię strołksów tak odradzam. I to stanowczo.

Nie wchodź: http://www.youtube.com/watch?v=o2lKjazoQ9g

Tapczan

Koncert Archive w Studiu, Kraków 15.10.09

Posted in O koncertach tagi , , , , on październik 18, 2009 by headphonesporno

 archvie1

Jakież to było miłe uczucie, kiedy to w lipcu tego roku, zaraz po pełnym zachwytu odkryciu nowej płyty Archive Controlling Crowds, zobaczyłem w Empiku, że zespół przyjedzie w październiku do Polski, tą że własnie płytę promować. Nie dość że mieli grać w Krakowie, to jeszcze dzień po moich urodzinach! Nie mogłem nie iść, więc, bez chwili wahania, wyciągnałem portfel i wydałem stówe na bilet.

Po półgodzinnym poślizgu, zgasły światła, i sala pełna ludzi usłyszała “wibrujące” organki z tytułowego Controlling Crowds- openera nowej płyty brytyjczyków. Dźwięk był, muzyków nie. Gdy tylko wszedł bit weszli i oni, co zrobiło całkiem niezłe wrażenie. Chwycili za keyboard’y gitary, pałki, mikrofony i zaczęli dogrywać do tego co już leciało. Po Controlling Crowds zostały zagrane Bullets ( do teraz mi głowie dźwięczy “Personal responsibility”) i Words on Signs, co dało do zrozumienia że będą lecieć po koleji, jak na płycie. W sumie miało to sens, gdyż płyta Controlling Crowds jest albumem koncepcyjnym. Co już na starcie bardzo rzucało się w oczy, to bardzo precyzyjne odtworzone kompozycje z płyty. Wszystko co zagrali zdawało się brzmieć identycznie jak na płycie, gitary wokale, organy- nutka w nutkę, z identycznym brzmieniem, barwą itp.  

archive3 

Prawie wszystkim utworom towarzyszyły wyświetlane w tle filmy/animacje potęgujące, już istniejącą atmosferę niepokoju i mroku. Szczególnie podobał mi się opadający śnieg na początku utworu Quite Time, idelanie pasujący do organów otwierających utwór. Ten kawałek był jednym z tych, które na koncercie zrobiły na mnie największe wrażenie. Słuchając Controlling Crowds, prawie zawsze go przewiajałem, teraz słucham go w kółko. Po Quite Time, zgodnie z budową płyty, nastepny w kolejce było Collapse/Collide, które było największą porażką koncertu. Kto słuchał, ten wie że w tym utworze śpiewa zaprzyajźniona z Archive Maria Q, która zaśpiewała- ale z telebima… Dziwnie się czułem, słuchając na koncercie profesjonalnego zespołu, wokal grany z playbacku. A można było tego uniknąć, po prostu nie grając tej piosenki, zwłaszcza, że była to jedyna zagrana, gdzie ta Pani “zaśpiewała”. Przykre też jest też, że nie był to jedyny przypadek, kiedy wywęszyłem że jakiś dźwięk, nie był zagrany a puszczony przez dobrego duszka-pomocnika. Biorąc pod uwagę że na scenie cały czas było siedem, a czasem  osiem osób ( wchodził i schodził raper John Rosko), nie wierzę że żaden z nich nie mógł zająć się zagraniem /(ostatecznie) operowaniem laptopa.  Trudno. Kolejne zostały zagrane Clones, Bastardised Ink Kings of Speed. Dopiero w tym momencie zostało przerwane ścisłe trzymanie się playlisty Controlling Crowds, gdyż kolejne zostały zagrane Lines i Empty Bottles, czyli utwory z dodatku Controlling Crowds IV :) Ostatnim utworem przed bisem był zamykający płytę Funeral, po którym, w tle gęstych owacji Archive zeszli ze sceny… by za parę minut pojawić się na niej z powrotem. Miałem wrażenie, że dopiero wtedy muzycy i publiczność naprawdę się rozkręcili i rozluźnili. Ci pierwsi jakoś bardziej szaleli na scenie, a ludzie też jakoś zdawali sie lepiej bawić… Bardzo ładnie zostało zagrane Londinium, gdzie kwestię Marii Q zaśpiewał główny wokalista Pollard Berrier ( nie dało się tak zaśpiewać w Collapse/Collide?!), potem Numb, bardzo energiczne System i na koniec, w ramach kropki nad i, Archive zagrali kochane przez cały świat, a dla mnie ładne, ale obrzydliwie przedłużone Again. Gorąco podziękowali (“Absolutely fuckin’ wonderful”) i poszli.

lineup

Koncertowi można wiele zarzucić: za dużo półplaybacku (który można było zautylizować), przez długi okres muzycy sprawiali wrażenie jakby grali dlatego że są w pracy, a nie dlatego że to ich pasja. Poza tym praktycznie wszystkie utwory zostały zagrane bardzo wiernie w stosunku do wersji albumowych. Nutka w nutkę wszystko brzmiało idelanie tak jak na płytach. Niektórzy moga powiedzieć, że to przecież bardzo dobrze, lecz mi brakowało jednak jakiejkolwiek odskoczni od schematu, improwizacji. Faktu to jednak nie zmienia, że w gruncie rzeczy koncert był naprawdę dobry, niemal że świetny, porywający, z naprawdę niesamowitą atmosferą. Jakość dźwięku była celująca ( w przeciwieństwie do koncertu zagranego dzień później w warszawskiej Stodole, gdzie, jak to w Stodole, dźwięk był ponoć średni). Do tego Archive okazał się zespołem, który na żywo gra i śpiewa tak samo dobrze jak na płytach, co bardzo sobie cenię. Z serii “szkoda, że nie zagrali..” brakowało mi utworu Chaos, który musiałem sobie póścić na pocieszenie w aucie, no ale może następnym razem uda mi sie to usłyszeć. A pójdę na pewno!

 ”Absolutely fuckin’ wonderful”!

 

wideło: http://www.youtube.com/watch?v=1CBAhjcAu-I

foto: http://marcinbogusz.fotohasiok.pl/archives/1070

 

Szadi

 

Pierwsze dwie fotki autorstwa kriz'a, z serwisu www.rockmetal.pl 

The Heavy – The House That Dirt Built

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , on październik 13, 2009 by headphonesporno

the hevy

1- Potrzebne składniki : Tradycyjny angielski rockn’roll ze szczyptą północno- amerykańskich wpływów, psychobilly, odrobiną bluesa, gangesterką a’la Cypress Hill, do tego wysuszone dredy Boba Marleya dla wyostrzenia smaku, jeszcze może coś romantycznego ( kolacja dla dwojga), i może ska, ale tylko troszeczkę…

The Heavy to najwięksi fantaści i wirtuozi sadomasohistycznej kuchni, więc nie zdziwcie się kiedy w przystawce znajdzie
się okrwawiony palec. Tradycja to nie ich broszka, tutaj chodzi raczej o pokazanie  tym wszystkim nudnym niedowiarkom że się da, kiedy za młodu ich koledzy grali w piłkę oni szukali na strychu starych płyt; nie uganiali się za spódniczkami w szkole, bo woleli koncerty, pewnie nawet nie mieli trądziku, bo to takie szczeniackie.

2-Siekamy, kroimy, miażdżymy, jeśli komuś  wygodnie- robimy to rękoma, wszystkie  chwyty dozwolone !
Chodzi o to, żeby wszystkie ww. składniki rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać na nowo w obojętnie jakiej formie.

Na sukces tej płyty składa się lekkość z jaką wszystko tutaj ze sobą współgra, zaczyna się rock’ndrollowym jebnięciem
“Oh no not you again” żeby po chwili dobić nas funkowo- transowym “How you like me now” łaaa! “Short change hero”- co tutaj robią latynoskie wstawki!?
Nie doszukujcie się  żadnej prawidłowości i nie pytajcie jak to działa, bo ja sam nie mam pojęcia, płyta jedyna w swoim
rodzaju, nie grzeszy skromnością i urodą, grzeszy natomiast powagą, mam wrażenie że całe  prace nad nagraniami odbywały
się w grobowej ciszy z kamiennymi minami muzyków, a to dziwne, ja nigdy z powagą się nie bawiłem klockami.
Jedyne co mi się  nie podoba to teledyski, są  fatalne, nie wymagam kręcenia klipów które będą powalać artyzmem, ale na boga bez przesady, klip to część klimatu który serwuje nam artysta, jego wizytówka po której odrazu wiemy z czym mamy do czynienia, zresztą ocenicie sami bo klip tradycyjnie znajdzie się na końcu.

3-Rozkoszna uczta , konsumujemy sami lub we dwoje, poczęstujmy  znajomych i tych wszystkich którzy zasłużyli. Jeśli szukacie pełnego przepisu znajdziecie  go na stronie wytwórni Ninja Tune bo na polskich serwisach jak zawsze niewiele. Smacznego :

http://www.youtube.com/watch?v=sVzvRsl4rEM

Tapczan

Mount Eerie- Wind’s poem

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , , on październik 13, 2009 by headphonesporno

Dzisiaj wstałem ok 10.30. Śniło mi się, że pojechałem na wieś pod Kraków i bawiłem się w chowanego z Karoliną i Szczepanem. Pograłem na rozbudzenie na akustyku i zszedłem na dół zrobić sobie sniadanie. Postanowiłem, że dziś zjem tosty. Zrobiłem je z szynką, serem, pomidorem i ogórkiem. Jedząc je przejrzałem poranną prasę. Pisali, że w Bułgarii mafia ma nową zabawę, kto przejedzie przez ruchliwe skrzyżowanie na czerownym z dużą prędkością. A to Ci heca. Wróciłem do pokoju. Sprawdziłem strony, które sprawdzam codziennie. Byłem bliski  zrobieniu zadania na czwartkowy ruski, ale jednak pograłem w grę Risen. Do 13.45 grałem w komputer i oglądałem telewizor. Pojechałem na zajęcia. Było nudno. Wracając włączyłem nowe Mount Eerie. Pierwszą piosenkę wyłączyłem w połowie. Następną też i następną też. I nastepną też. Puściłem nastepną płytę. Wróciłem do domu. Chciałem zrobić zadanie na czwartkowy ruski, ale stwierdziłem, że lepiej zrobię porządek w pokoju. Znalazłem dużo ciekawych rzeczy, w tym mojego starego dicsmana i ścieżkę dźwiękową do filmu SPONA. Włączyłem. I wyłączyłem. Sprzątałem do 20.10 bo wtedy zaczynało się NaWspólnej. Weronika i Adam robią sobie testy na płodność. Do Mai dzwoni mama z prośbą o wyjaśnienia, dlaczego uciekła ze ślubu. Igor, mimo zapewnień Mai, obawia się o jej rozmowe z Tadeuszem. Dochodzi do spotkania i ona oddaje mu pierścionek. On jest smutny i uważa, że to jego wina. Oboje są smutni. Ziębowie cieszą się, że mają chwilowych gości w domu, bo przypomina im to czasy jak Grzegorz mieszkał z nimi razem. Weronika chce pobaraszkować przed snem z Adamem, ale on nie ma ochoty. Koniec. Dokańczyłem porządki i poszedłem na obiado-kolację. Pycha. Wróciłem do pokoju i grałem na gitarze. Napisałem nowy wpis an blogasku. Resztę dnia spędziłem grając w komputer i oglądają telewizor. To był dobry dzień.

 

Szadi

the Most Serene Republic -…And The Ever Expanding Universe

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , on wrzesień 28, 2009 by headphonesporno

333

Jeśli znamy i lubimy Kevina Drew’a,  i jego szaloną gromadkę , o ile lubimy Kc Accidental, to polubimy także ich. Nie daleko pada bowiem ich owoc, od drzewa urodzaju pozostałych Kanadyjczyków z tych “multi” bandów. A oto słów parę.

Pan Tapczan jest na tak!  i powie szczerze że nie da się przy tej płycie nudzić, to tykająca bomba z zapalnikiem czasowym w kieszeni, aż strach pomyśleć co będzie gdy ona wybuchnie.
Ale po kolei..

Pozycja otwierająca to “Bubble Reputation”, i nie wiem dlaczego ale od razu na myśl przychodzi mi Blonde Redhead z transowym zacięciem, to jak przedstawienie w teatrze lalek dla tych dorosłych, i uwierzcie mi, że po 3 minutach sami poczujecie się jak na sznurkach.

Kolejnym hiciorem jest  The “Old Forever New Thing”, piosenka promująca całą płytę,  jest ładny teledysk utrzymany w świetnym klimacie (ale o tym na końcu) i jest cudowna rzeka dźwięków,  to najbogatsza pozycja z całego krążka, hipnotyczna a zarazem pobudzająca , to taki balans dwóch skrajności, cały czas towarzyszyło mi wrażenie ze dźwięki instrumentów gdzieś się chowają i szukają miejsca na wydostanie się  na zewnątrz, wszędzie tętniąca energia i genialny, wręcz usypiający wokal.

Następny  godny uwagi  kawałek to “Catharsis Boo”, jeden z tych bardziej energiczniejszych i wpadających w ucho. Podoba mi się prowadząca wszystko wyraźna perkusja, na której nie skupia się nawet uwagi!!! Wszystko dzieje się gdzieś za nią. Ciarki mnie przechodzą kiedy słyszę ten delikatny chórek, który zdaje się wszystko tonować i uspokajać- wprowadza to taki mały pierwiastek melancholii i spokoju.

Jako całość krążek  prezentuje się wyśmienicie, żadna pozycja nie wymaga eliminacji, każda się dopełnia, wszystko ze sobą współpracuje, każda minuta z tej płyta to inne doznanie, każda minuta to rozkosz dla uszu, i uczta dla duszy. Należy się wielki plus za wykorzystanie wokalu jako jednego z instrumentów a nie narzędzia , który przeważa nad   formą psując całokształt.
“MSR”, że tak sobie pozwolę na skrócik, odrobili zadanie domowe na 6, biorąc pod uwagę poprzednie płyty.
Ta wypada genialnie, jest to wszystko czego brakuje na poprzednich, to już nie kapela bawiąca się i krzycząc do
grających na opak instrumentów, tylko dorośli ludzie wiedzący co tak naprawdę chcą przekazać swoją twórczością.
Jedyne czego się można uczepić to pewnego stopnia prawdopodobieństwo do   w/w “Broken social Scene” ,         prawdopodobieństwo oczywiście jest, ale nie tak bardzo kujące w oczy, może czasami faktycznie da sie zauważyć pewne wpływy i inspiracje ,ale przecież to taka jedna, wielka, kanadyjska rodzina.
Mówienie o “Most Serene Republic” jako zespole Indie jest moim zdaniem bardzo krzywdzące, to bezczelne wrzucenie do jednego worka większości tandetnych jedno sezonowych grajków z płodnymi artystami, których ktoś po prostu klasyfikuje nie mając wyjścia, lub też po prostu wyobraźni, lub po prostu jest kretynem Ja na to nie zwracam uwagi, prawdę mówiąc jeśli podejdziecie do tej płyty z pozytywnym nastawieniem tak jak ja, będziecie dobrze wiedzieć co mam na myśli.

A oto obiecany link http://www.youtube.com/watch?v=AoasGWy4HCw

Tapczan

Husky Rescue czyli skandynawski duszek

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , , , , on wrzesień 27, 2009 by headphonesporno

Husky Rescue to zespół z Finlandii. Gdybym ich nie znał, wystarczyłby mi ten fakt, aby sięgnąć po ich płytę. Skandynawia, choć wcale nie wiem o niej dużo, zawsze wydawała mi się być jednym z bardziej magicznych miejsc w Europie ( nie licząc oczywiście moich kochanych wschodnich stron słowiańskich <3). Z Finladnią czy Danią mam tak samo jak z Islandią- zawsze gdy trafi mi w ręce płyta właśnie z tych stron, zastanawiam się: “czym tym razem mnie zaskoczą?”. No i zaskakują. Weźmy taką Promise and the Monster, o której pisałem. Kto słyszał i poczuł, ten wie o co chodzi. Kto nie- nich czyta dalej. Jest “coś” co sprawia, że muzyka skandynawska wciąga, hipnotyzuje. To “coś” bez wątpienia mają Husky Rescue, o których ostatnio przypomniałem sobie szukając pod “H” Huphrey’a Lattelton’a, ale o nim innym razem.

           

No więc mamy Husky Rescue. Długoletnie inspiracje  fińskim filmem, fińską architekturą, finńską przyrodą ( Viva la Findandia!) tknęły pewnego dnia, niejakiego Marko Nyberg’a by stworzyć projekt muzyczny, który z czasem rozrósł sie do pięciosobowej formacji. Wydali dwie płyty: Country Falls (2004) i Ghost Is Not Real (2007). Jest jeszcze Other World (2007), ale to się nie liczy bo to remixy. Nie będę osobno pisał o płycie Jeden i o płycie Dwa, jako że obie są równe pod względem swojej fantastyczności; utwory z nich można by śmiało pozamieniać miejscami i datami urodzin i wciąż wspomniane “coś”.  A czym jest to “coś”? To poruszany wcześniej skandynawski duszek.

A jaki jest skandynawski duszek?

Jest rozmarzony. Chyba za często używam tego epitetu na tym blogu, ale trudno się mówi- delikatna elektronika. Husky Rescue, nie grzeszy dźwiękami od pana komputera a proporcja komputer:gitara i przyjaciele, jest wyszukana, dzięki czemu, wolne utwory, których na obu płytach trochę jest, zmniejszają naszą wagę do paru gramów a nastepnie skandynawskim powiewem unoszą, szepcząc przez słuchawki  “Sleep tight tiger”. Mrrraaauuuu.. zzz…

Jest porywający. Choć Husky Rescue to przede wszystkim muzyka spokojna, nie znaczy to, że potrafi też przygrzmocić. Jeśli już to robi, najbardziej lubi to robić na zasadzie ”od kamyczka do lawiny”. Najpierw mamy lekkie plumknięcia, które z czasem zamieniają się w cos mocniejszego- tempo, ilość dźwięków, napięcie, rosną by zakończyć wszystko triumfalnym, dreszczo-przyprawiającym grzmotem. Najlepszym tego przykładem będzie dziesięcominutowa, trzyczęściowa  ballada ”Blueberry tree”. Nie brak również najprawdziwszych w świecie jamów w stylu floydowskiego “The Great Gig Is In The Sky” (“Rainbow Flows”), czy orientalno-bonobowego “Mean Street”.

Skoro mowa o Floydach- jest floydowski. Żadna to odkrywacza inspiracja, ale i w muzyce Husky Rescue czuć twórczość Gilmour’a i spółki. Najbardzie wyczuwalnymi, jak dla mnie, płytami sa tutaj “Dark side Of The Moon” i “Wish You Were Here“. Dla mnie bomba! 

Jest kolorowy. Magiczny Husky Rescue sam zaczarowywuje. Ich piosenki, to przede wszystkim smaczki-skarby, których poszukiwanie uzależnia. Ilekroć nie włączam którejkolwiek z ich płyt, zawsze słyszę coś innego. To jak patrzenie w kalejdoskop- zawsze kolorowo, ale też zawsze inaczej. Tak- HuskyRescue to muzyka niesamowicie barwna, szczegółowa: plumknięcia, cymbałki, “lewitujące gitary” ( ciekawe czy zgadniecie o co mi chodzi:) ), delikatny, ale jakże tajemniczy wokal pani Reety-Leeny Korhola, grzmoty, poukrywane sekcje dęte, smyczkowe, wyszukane, pogłosowe tła, chórki, szepty… Tak można w nieskończoność. Wszystko to czeka aby zostać odkrytym i zarazić was fetyszem muzyki z północnej Europy.

“To melancholijna muzyka, ale pełna nadziei. Muzyka Husky Rescue jest jak pierwszy śnieg na ziemi, kiedy jeszcze można nadal zobaczyć pod nim zieloną trawę. Jest jak wiosenny promień słońca po długiej, mrocznej, bezsłonecznej zimie.”- tak o swojej muzyce mówi sam założyciel Marko Nyberg. Czego chcieć więcej,uratujcie husky’iego i dajcie się mu odzwiędczyć…

 Od tej piosenki zaczęła się moja przygoda: http://www.youtube.com/watch?v=BWqVIm4bAQM

Szadi

Bon Iver- For Emma, Forever ago

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , on wrzesień 26, 2009 by headphonesporno

Zawsze lubiłem smutne piosenki. Wolne, spokojne, ale emocjonalnie szczere, poruszające swoją autentycznością. Tak się składa, że zbliża się jesień- pora wyciskająca nawet z najtwardszego człowieka odrobinę melancholijnych reflekcji. Pora wzmożonego, jak dla mnie, okresu sięgania właśnie po smutne piosenki, co by jeszcze bardziej zjednoczyć się z aurą. Pora ponownego sięgnięcia po płytę Bon Iver- For Emma, Forever ago

Historia jest prosta: Justin Vernon wiedzie szczęśliwe i spokojnie życie ze swoją dziewczyną, jego zespół- DeYarmondEdison- wydaje pierwszą płytę; wszystko zdaje się zmierzać we właściwym kierunku. Nagle zespół się rozpada, dziewczyna odchodzi a zdrowie się diametralnie pogarsza. Z harmonii staje się chaos. Vernon zamyka się: w sobie i w starej chatce, gdzieś na środku ośnieżonego lasu na północy stanu Wisconsin. Przez trzy miesiące pośród dzikiej natury szuka pożywienia i duchowej równowagi. Ostatecznie, jego ascetyzm kończy się spłodzeniem dziecka- For Emma, Forever ago- płyty, na której wszystkie jego przemyślenia, kontemplacje i mentalne cierpienia zostają zamienione w dźwięki.

Pamiętacie film “Zielona Mila”, a dokładnie postać Johna Coffey? Taki wydaje się być Bon Iver. Hardy facet, który dopiero co przeżył samotne trzy miesiące w dzikim lesie, walcząc po drodze z mononukleozą, nagle okazuje się być niesamowicie wrażliwy, delikatny i najważniejsze- naturalny. To właśnie naturalizm sprawa, że płyta ta jest ponadprzeciętna. Wokalne niedoskonałości, oszczędność instrumentalno-melodyjna a nawet domowa wręcz jakość nagrań- nie ma tu drugiego dna, żadnej komputerowej obróbki- wszystko jest takie jak słychać- szczere i autentyczne. W dobie, kiedy cały proces nagrywania płyty skupia się na uzyskaniu odpowiedniego brzmienia, ktoś nagle stawia na prostotę i prawdziwość i.. udaje mu się! Praktycznie tylko za pomocą gitary akustycznej i własnego gardła, Justin Vernon wprowadza nas w klimat psychodelicznego neo-folkowego cudu, pokazując jak coś w swojej niedoskonałości może być doskonałe.

Każdy, najmniejszy dźwięk na płycie jest emocjonalnym strzałem, który przebije nawet najtwardsze serce. Nie trzeba wiedzieć o czym śpiewa, nie trzeba wiedzieć kim była/jest Emma, nie trzeba nawet znać historii Justina Vernona by odczuć siłę emocji jakie emanują w każdej piosence na tej płycie. Wystarcz tylko zamknąć oczy i dać się ponieść głosowi zwykłego faceta z gitarą, który w sposób (nie wstydźmy się słowa) PIĘKNY poezją śpiewaną opowiada o najprostszych uczuciach, które tak trudno czasem innym ludziom wyrazić zwykłymi słowami…

ot, co: http://www.youtube.com/watch?v=S6rAmBt8xPs

Szadi

Headphonesporno wraca!

Posted in Ogłoszenia parafialne on wrzesień 25, 2009 by headphonesporno

Nie, nie przestaliśmy! Headphonesporno po półrocznej przerwie wraca. Zmieniliśmy adres (Blogspot funkcjonował jak żart), wygląd (który się jeszcze zmieni), poza tym do każdego posta będzie dołączony odnośnik do YouTube’a, aby można było zasmakować tego o czym piszemy i… i może jeszcze coś się pozmienia ale wszystko w swoim czasie. Co pozostaje niezmienione to muzyka, która będzie tu przedstawiana. Narazie trzeba usunąć Stajnię Augiasza jaka nastała wśród postów po przeprowadce z blogspota (z małej litery go napiszę, należy się!).
Ludzi zawiedzionych absencją przepraszamy, ludzi nieznających witamy, wszystkich zapraszamy do czytania.

Ćmki!

Szadi / Tapczan

Yeah Yeah Yeahs – It’s Blitz

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , on maj 17, 2009 by headphonesporno

 

Zastanawia mnie Fenomen Yeah Yeah Yeahs, bo ani z nich dobrzy muzycy, ani ładni ludzie, a jakoś ich lubią i murem stoją. Nowa płyta jest podobno bardziej przebojowa, podobno świeższa, pachnąca inaczej, i podobno muzycznej.pl się podobała. Jak dla mnie Drodzy Państwo, jedna względnie udana pozycja nie czyni płyty dobrej. Wystarczy nie udolnie parę razy na płycie dodać wstawki disco, troszkę ortalionu  i więcej klawiszy a miliony głuchych ludzi uzna to za innowacyjność i wielki talent, porozmawiaj z takimi,oni tak mądrze patrzą…

-”It’s Blitz! to dziesięć bezpretensjonalnych numerów, będących owocem rocznej pracy Yeah Yeah Yeahs”. “Wśród nagrań koniecznie zwróćcie uwagę na Dragon Queen”. Koniecznie musimy zwrócić uwagę na bezpretensjonalny kawałek Dragon Queen, który jest tak prosty, tak skromny, taki naturalny, no taki..BEZPRETENSJONALNY.

Kolejny idiotyzm który znalazłem brzmi tak: “głównymi inspiracjami zespołu podczas pracy nad płytą były nagrania Joy Division i klasyki italo-disco autorstwa Giorgio Morodera i wokalem Donny Summer“- (brak mi sił na komentarz).
“Zespół po raz pierwszy użył przy nagraniu płyty keyboardu. Brzmienie instrumentu okazało się decydujące dla całego krążka”.
Keyboard Casio tez nie raz nadawał brzmienie płyt Bayer full’a, Skanera, i Mister Dex’a.
“W koło jest tyle zespołów, które żyją z cztery, pięć lat, że przy nich nasze 10 lat istnienia, jest jak wieczność”- powiedział Zinner BBC Newsbeat. 10 lat bezpretensjonalnego grania na bezpretensjonalnym Keyboardzie Casio to jest to !

Jako całość płyta balansuje na granicy banału , próba zmiany brzmienia sama w sobie jako idea sie chwali, gorzej to wychodzi w praktyce, prawda jest taka ze cały potencjał zespołu ujawnia się dopiero w chwili kiedy ich brzmienie zaczyna się zmieniać i kiedy oni sami potrafią to wykorzystać, w tym przypadku całkowicie się to nie udało, noisowe wstawki z popowym refrenem to pomysł dobry, ale daleki od realizacji w wypadku tego zespołu. Nie wstyd wam ? 10 lat a wy stoicie w miejscu.

Tapczan

Urodziny?

Posted in Ogłoszenia parafialne on maj 10, 2009 by headphonesporno

No i proszę, Headphonesporno obchodzi swoje pierwsze urodziny. Już jedną setną stulecia przelewamy nasze muzyczne odczucia na tego blogaska, który choć ostatnimi czasy bywa zaniedbany i niedokarmiony, wciąż jest dla nas w jakim stopniu ważny. Płyt do opisania jest multum, czytelników mało, za mało, i chyba to jest główną przyczyną zastoju, bo czas na nabaźgranie czegokolwiek zawsze się znajdzie. Czasami mam wrażenie że piszę dla Tapczana a Tapczan dla mnie, ale jeszcze się nie poddajemy, jeszcze się tu pojawią jakies wypociny. Prędzej czy później. Ciumaski*:

Szadi

Télépopmusik- Angel milk.

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , , on marzec 24, 2009 by headphonesporno

Zachciało mi się ostatnio płyty do samochodu. Delikatnej, ale nie usypiającej. Mocnej, ale nie zabijającej. Grzebałem, grzebałem w mojej zakurzonej małej szafeczce z czasów dawnych i natrafiłem gdzieś między pierwszą płytą a trzecią płytą Smolika na płytę Télépopmusik- Genetic World z 2001. Automatycznie odkurzyły mi się w głowie czasy, kiedy chodziłem z discmanem po ulicy i odlatywałem przy Love Can Damage Your Life. Jednak ilość wyśmienitych kawałków prócz słynnego Breathe można policzyć na palcach jednej reki- z urwanym kciukiem. Wydana trzy lata później płyta Angel Milk definitywnie tego kciuka będzie wymagać- by pokazać wielkie solidne OK.

Gdyby ktoś jeszcze jakimś cudem nie wiedział co to Télépopmusik, niech nie zmyli go słowo pop w nazwie. Trio tworzy muzykę elektroniczną. A żeby przekonać jeszcze bardziej dodam że jest to formacja z Francji. Ogólnie przyjętą już zasadą jest to że epitet francuskie electro znaczenia negatywnego mieć nie może; i nie inaczej jest z Angel Milk. W pewnym sensie jest to kontynuacja pomysłów z pierwszego krążka, z drugiej strony trio odjęło trochę energii na rzecz bajeczności- i tu tkwi sęk. Elektroniczna delikatność w stylu AIR, w połączeniu z niepokojem a’la Massive Attack budują atmosferę mlecznie mglistą, tajemniczną, gdzie światełkiem numer jeden, prowadzącym nas do celu są kobiety: Angela McCluskey i Deborah Anderson. Ta pierwsza to pani, bez której głosu Breathe nie było by warte nawet sapnięcia. Angela powraca i czaruje z niemniejszą niż poprzednio gracją. Akompaniuje jej pełna szmerów i szmerków, trzasków, lekkich bicików i świerków elektronika… i nie tylko! Świetnym przykładem jest mój osobisty faworyt, płytowy rzeźnik- Love’s Almighty- utwór nie posiadający ani jednego dźwięku od pana komputera na rzecz orkiestry, do muzyki której McCluskey tańczy pełne erotyki tango…

Jak już pisałem prócz pani McCluskey śpiewa też nam Deborah Anderson . Jej głos jest bardzo podobny do głosu Bjork co w gruncie rzeczy daje radę i ładnie pasuje to całości. Powrócił tez niestety raper Mau. Zawsze twierdziłem, że połączenie rapu i electro nie działa, po prostu nie działa i tyle. Rapu NIE ma na płycie prawie w ogóle i dzięki Bogu. Mau, który niejednokrotnie i jakże okrutnie niszczył swoim głosem na Genetic World całą atmosferę na jaką dawał nam nadzieje oddechowy opener został zredukowany do dwóch, może trzech kawałków, które w gruncie rzeczy nie brzmią jeszcze aż tak tragicznie. Są one do ukrycia w cieniu jaki rzuca piękne 90% reszty płyty.

A więc wziąłem do auta Angel Milk, odświeżyłem sobie moją długą znajomość z Télépopmusik i poczułem jak mleko przesącza mój umysł i uszy. A że mleko jest zdrowe, spróbujcie tego od aniołów- od Télépopmusik.

Szadi

My Brightest Diamond- A thousand shark’s teeth

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , on luty 23, 2009 by headphonesporno

Zgodnie z tradycją, zaraz po opublikowaniu Muzycznego Podsumowania Roku, wpadła mi w ręce płyta, którą definitywnie umieściłbym na tejże liście i to na bardzo wysokim miejscu. Życie…

Uszy mojego serca podbiła tym razem Shary Wordem ukrywająca się pod pseudonimem My Brightest Diaomnd. Skromna, ale definitywnie nie cicha chórzystka Sufjan Stevens’a postanowiła sama sięgnąć po instrumenty i uwolnić magię, która w niej spoczywała- tak powstała jedna z najbardziej zaczarowanych płyt zeszłego roku. Sharon jest multiinstrumentalistką, z czego najmocniejszym jej instrumentem jest definitywnie jej głos, będący mieszaniną doniosłości głosu Antoniego Hegarty, czystości Jeff’a Buckley’a i estrogenu. Ta wybuchowa mieszanka mknie przez spokojne smyczkowo-dęto-strunowe morze niczym torpeda mająca na celu zatopienie wszelkich złych skojarzeń ze słowem “opera” . Bo tak własnie najtrafniej zdefiniowałbym muzykę My Brightest Diamond- Opera XXI wieku. Nie bałbym się również określić jej muzyki jako soundtrack’u do jeszcze nie nakręconego filmu. Pełno tu pobudzających wyobraźnię długich, spokojnych smyczkowo-mruczankowych wstawek przeistaczających się potem w wielki, wyniosły wybuch, zabierający nas gdzieś wysoko…

…a cała magia polega na tym, że zostajemy w chmurkach na dłużej- do końca ostatniej piosenki.

Szadi

Podsumowanie muzyczne roku 2008

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , on luty 2, 2009 by headphonesporno

I co z tego, że już jest luty! Musieliśmy się modnie spóźnić, poza tym styczeń był miesiącem choroby, nauki i słuchania płyt, które się przeoczyło, a które zostały uwzględnione na blogach ludzi punktualnych i wywiązujących się z “obietnic” względem kalendarza i własnego internetowego pamiętniczka. Nie jesteśmy ani punktualni ani słowni, ale bloga mamy, więc oto i podsumowanie.

Rok 2008 rokiem płodnym nie był. Płyt wyszło dużo, dobrych mało, godnych uwagi policzalna ilość. Postanowiliśmy mimo wszystko wprowadzić podział na płyty narodowe i zagraniczne, te zaś na ciasto i rodzynki. Polskich tak nie dzielimy, bo serwery Google by nie wytrzymały tak dużej ilości danych, będącymi spisem słabych płyt polaczków. Nie ma rankingu, nie ma top10 disco relax, jak już płyta jest na liście, to znaczy, że jest po prostu dziarska lub beznadziejna. Do rzeczy:

Najgorsze płyty zagraniczne:

*The Notwist – the devil, you + me

Soczysta, aryjska elektronika usycha.

*Thievery Corporation – radio retaliation

Obojętnie którą płytę TC się włączy- leci to samo. Może starczy po 10 latach?

  

* Coldplay- Viva la Vida.

Kiedyś wruszali do łez, dziś też płaczę, ale ze śmiechu

 

* Hercules and Love Affair – Hercules and Love Affair
Anthony Hegart, coś Ty chłopie najlepszego zrobił!?
* Sons and Daughters- The gift
Zespół z potencjałem wraca i nagrywa coś, co mogłoby istnieć pod nazwą innego zespołu, a nie o to chodzi.

 

  
* The Kooks- Konk
Syndrom drugiej płyty, żyje i ma się dobrze.

*Crystal Castles- Crytsal Castles

Muzyka brzmiąca jak biegunka robota + wokale nagrane 1 kwietnia = płyta żart.
  
  
  
Najlepsze płyty zagraniczne:
 
 
  
*Jóhann Jóhannsson – Fordlândia
Sigur Ros i múm inspirują wielu. A kto inspiruje ich? Ta płyta to coś więcej niż tylko odpowiedź.
*Fleet Foxes- Fleet foxes
Świat potrzebuje młodych ludzi bez gitar elektrycznych i tekstów o imprezach. Oto Abraham nowego ruchu muzycznego.
*Promise and the monster- Transparent knives
Damski odpowiednik Jose Gonzalez’a nie może brzmieć źle. Ba! Brzmi wybornie!
*Kaki King- Dreaming of revange
Kaki zaczęła więcej śpiewać i teraz naprawdę jest King.
*Stereolab – Chemical Chords
Zawsze świeży i kruchy Stereolab, prawie jak bakietka z Auchan’a.

*Lykke li – youth novels
Słucham jej w najlepsze, w koło macieja na karuzeli kręce, jest super na 102!

*Broken Social Scene presents Brendan Canning – something for all of use
Jeden z najbardziej płodnych wykonawców ostatnich lat z naprawde smacznym nasieniem.

 

*Sing Fang Bous – clangour
Przemyślane bazgroły na białej kartce z duszy.

 

*Yeasayer – all hour cymbals
Orientalnie nie znaczy FIX Knorr’a.
*Nightmares on wax – Thought so…
Grzechem było by ich pominięcie, muszą być i basta! Nie musze mówić dlaczego, przecież wiecie.
 
*The Herbaliser – Same as it never was
Nowi Oni, żwawi i szybcy, bawią sie tymi instrumentami jak nigdy przedtem.

  

Najlepsze płyty narodowe:

 

*Iowa Super Soccer- Lullabies To Keep Your Eyes Closed
Nareszcie ktoś odkrył egzystencję popytu na melancholijną muzykę z polską metką.

*Silver Rocket- Tesla
6 za pomysł, high five za wykonanie, medal za wokale, buziak za całokształt!

 

*Pustki – koniec kryzysu
Trzymam za słowo.
*Jacaszek- Treny
Elektronika żałobna z najwyższej półki.

 

  

Szadi / Tapczan

White Magic – Through The Sun Door

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , , on styczeń 18, 2009 by headphonesporno
Brak schematu to największa zaleta tego albumu,
manieryczny głos i nietuźinkowe  kompozycje tworzą pewnego rodzaju hermetyczną kulę 
bez początku i bez końca, kulę dość ciemną i zadymioną, jest w tym albumie
jednak coś co przyciąga i absorbuje ,Mira Billotte nie zabiera nas w krainę ciepłą i słoneczną
zabiera w odległe miejsca o których nie śniło się nawet Marco polo.
Nowe-stare piosenki nie do końca folkowe, jednak smacznie psychodeliczne, organiczne, momentami idealnie komponujące się z biciem serca, regularnymi cyklami jak w zegarku.
Ta płyta złapie was za gardło i delikatnie przydusi , o tak !

 

Tapczan

 

Bóg schodzi z nieba… w Krakowie

Posted in O muzyce raczej na poważnie on styczeń 15, 2009 by headphonesporno

Sacrum Profanum, Kraków, ??.??.09, 20:00, Thom, Jony, Colin, Ed, Phil, Everythng in it’s right place. Szukajcie\czekajcie a znajdziecie.

Szadi

Róża zwycięstwa…

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi on grudzień 21, 2008 by headphonesporno

Nie w każdy dzień jest to możliwe. Nie kazdy może to zrobić. Do tego jest potrzebne wiele rzeczy a przede wszystkim wiara, wrażliwość i samotność. Przedwczoraj mi się udało. Od rana wiedziałem że dzień nie będzie łatwy. Nużąca praca, usypiająca pogoda, męczące wykłady. Nawet na pozornie relaksujące spotkanie ze znajomymi się człowiekowi nie chce iść. Poszedłem, a co. Wychodzę z klubu po paru chmielowych godzinach, zmęczony, znużony, bez specjalnego powodu jakiś przygnębiony. Słuchawki na uszy, włączam jedyną płytę jaką można o takiej porze i w takiej sytuacji włączyć i rozpoczynam swoją niełatwą i długą drogę w stronę domu. Idę przez zatłoczone, nigdy nie śpiące miasto. Pada śnieg. Skręcam w pustą, opuszczona alejkę, śnieg ląduje mi na nos. Tysiąc razy przesłuchana płyta, tego dnia brzmiała inaczej. Całkowicie inaczej. Dookoła nikogo nie było. Tylko ja, śnieg i noc. I Takk. Śnieg zaczął uderzać w mój nos niczym w cymbałki. Usłyszałem szepty. Kroki po śniegu. Przecież dookoła nikogo nie było! Niepewność. Idę dalej, śnieg pada bardziej. Znowu szepty. Śnieg. Małe istoty mieszkających w jego płatkach. Chcieli mi coś pokazać. Już od dawna. Teraz przyszła na to pora. Jak to?! Przecież…Ale… „Nic nie mów, słuchaj…” Śpiew. Poczułem, że przejmują kontrolę nade mną. Nie do końca panowałem nad myślami, ruchami, krokiem. Zaczęli przejmować moje ciało. Zbliżało się coś, nie do końca wiedziałem co. Dreszcze. To były ostatnie kroki po ziemi. Sorglega 3:21. Nagle. Drgania. Moje czy ziemi? Niewidzialne schody. Drgania. Dreszcze!. Ciało przybrało wagę ducha…Zamknięte oczy za którymi widzę oddalające się budynki. Nieludzki śpiew, nieludzkie instrumenty, nieludzkie odczucia… Ziemia, jest bardzo mała…a Islandia olbrzymia. Największa…

Ocknąłem się przed domem. Nie wiem jak, ale kraina śniegu wie. Takk- oni wiedzą…

S.

Fisz – Heavi Metal

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , on grudzień 10, 2008 by headphonesporno

Ta płyta nie jest dobra, męczyłem się straszliwie słuchając jej , Fisz popełnił muzyczne samobójstwo, a ja się czułem jakbym namydlił sobie oczy mydłem , tanim mydłem i na dodatek zrobił to świadomie.

Mam wrażenie ze Fish  chce odskoczyć trochę od typowego hip hopu, ale coś mu się noga podwinęła,powrót do starej szkoły Hip hopu ? jak można powrócić gdzieś, gdzie się nigdy nie było ?.Być może dla przeciętnego polskiego amatora tego typu brzmień  będzie to zagranie warte uwagi, ale nie dla mnie, czuć tutaj amatorszczyznę , i boję się myśleć o tej płycie w kategoriach europejskich bo  mi się śmiać chce, “na Polskę bardzo dobra płyta” , jak widać polakom do szczęście niewiele potrzeba.
Drażnią mnie w tle beatu dzwięki rodem z “fruity loopa”  , do tego Fish ,który  wykonuje buzią zabieg który trudno określić, on wylicza ?? bo to dokładnie brzmi jak wyliczanka w przedszkolu, Fisz prekursorem
“Wyliczanko-rapu”  , niebawem nie będzie wojen na rymy tylko ” wyzwiska na wyliczanki”.
Uważałem Fisza za jednego z poważniejszych artystów w Polsce, myliłem się, bo ta płyta pokazała że jego potencjał i pomysły definitywnie się skończyły, dodam jeszcze że trzeba być totalnym idiotą żeby uznać ten twór “płyta roku” tak jak często się to dzieje na  portalach muzycznych , można ją oczywiście kupić i zastosować w inny sposób, np z takiej płyty zrobić balkonowy odstraszacz gołębi żeby nie srały na kafelki, albo otworzyć nią piwo,

1, 2 , 3, Tap-cza-ny…

The Go Find – Stars on the wall

Posted in O muzyce raczej na poważnie tagi , , on grudzień 8, 2008 by headphonesporno

Mam wiele płyt do których wracam na okrągło, czuję się jak płotka złowiona na wielkim sentymentalnym połowie, z jednej strony jest to miłe, ale z drugiej smutne bo mam wrażenie że rok w rok budzę się w tym samym miejscu, moja twarz wygląda tak samo, lustro brudne jak zawsze,tylko jakoś dziwnie mam ręce pomarszczone.
Na zimowe dnie które zazwyczaj kończą się dosyć szybko, na spacery czy nawet patrzenie się w okno, bratnią duszą mogą być koledzy z The go find, koledzy bardzo ciepli i wyrozumiali

Stars on the wall to kojąca propozycja na dobijający okres pełen huśtawek emocjonalnych i rozterek wszelakiego rodzaju, zwodzić was na pewno będzie bardzo delikatny głos wokalisty , ale skoro mnie on nie przeszkadza, wam tym bardziej nie powinien. Mocną stroną tego krążka jest spora dawka łagodnych elektronicznych dzwięków połączonych z przyjemnymi dla ucha gitarowymi wstawkami ,na pierwszy rzut ucha dosyć naiwnymi, błahymi i lekkimi, ale nie mowa tutaj o czymś iście diabelskim jeśli chodzi o muzyczne kompozycje, tylko łagodne pioseneczki, które bez oporu przejdą przez ucho i nie koniecznie zostaną  zapomniane, uwierzcie że tak się nie stanie.Ten krążek to mała popowa odskocznia, zrelaksujmy się, napijmy czegoś gorącego, np “kakała” i podumajmy sobie, czy św mikołaj istnieje, co mi przyniesie, i czy Bożenka doda mnie do znajomych na naszej klasie.
 

Tapczan

Co nieco o metalu

Posted in O muzyce mniej poważnie on listopad 23, 2008 by headphonesporno
Dokładnie…

Szadi