Obiecuję, że na na liście poniżej nie będzie Bon Ivera. Nie będzie również Tima Heckera ani Oneohtrix Point Never. Twilite ani żałosnych Nerwowych Wakacji też. Nie będzie kamieni milowych, punktów zwrotnych i nagłych przewrotów fabuły. Będzie spokojnie, ale szczerze, prawie intymnie. Będą argumenty „bo jest ładna” i będą płyty, które, niczym się nie różnią od poprzednich wydań artysty, ale które ja odkryłem dopiero w tym roku. Będzie fajnie, chodź.

20. The Lonely Island – Turtleneck & Chain
Najczęściej puszczana po pijaku płyta tego roku. Zakochana para: 40% i Lonely Island. Nie ważne z kim i gdzie, dochodzimy do połowy flaszki oznacza, że dochodzimy do Lonely Island. I te krzywe spojrzenia, gdy cichnie dubstep i rozbrzmiewa „I’m On a Boat”. Miejsce 20 i trochę z przymrużeniem oka. Bo „Turtleneck & Chain” to w gruncie rzeczy płyta tak samo słaba jak i świetna. Trójka amerykańskich komików robiących sobie jaja z całego muzycznego showbiznesu nagrała tyle samo sucharów co bangerów. A wielki sukces leży w tym, że brzmieniowo projekt zrealizowany jest z hollywoodzkim rozmachem, do tego stopnia, że kochający rap i niekochający książek do angielskiego kolega, usłyszawszy „Motherlover”, uśmiechnął się, główką tyknął do rytmu i powiedział: „zajebiste Szadi, nie powiedziałbym, że słuchasz takiej muzyki!”

19. Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – Karmelki i Gruz
Będzie trochę polaczków w tym roku na podsumowaniu. Kombajny wróciły i celująco zaprzeczyły, że po przerwie da się nie wypaść z wprawy. Rozpisywać się się nie będę, bo referat oddałem o nich we wpisie pod koniec października (tak brzmi „lepiej, niż jeden wpis temu”). Jest brudno i neurotycznie. Jest Zagański i jego zdrowo pojebany punkt widzenia. To najbrudniejsza płyta jaką słyszałem w tym roku, ale ten bród działa trochę jak błotko na świnkę.

18. Holy Other – With U (EP)
Nie lubię EPek. Nikt chyba ich nie lubi, i nikomu się chyba nie specjalnie chce ich ściągać. Epek też chyba nie specjalnie się powinno wciskać w jakiekolwiek roczne podsumowania płyt. Mimo to stawiam na „With U” Holy Other, który skłonił mnie do znalezienia w MediaPlayerze opcji puszczania płyty w kółko. Wytwórnia Tri Angle nie zawiodła z Balamem Acab’em, wierzę więc, że i z Holy Other wyjdą w 2012 ludzie, zwłaszcza, że materiał puszczony na krakowskim Unsound’zie brzmiał naprawdę obiecująco. Mroczny, około-burialowy klimat zawsze spoko.

17. Juliana Barwick – The Magic Place
Materiał, który mógłby być tylko ciekawostką, stał się tak dobry, że aż hipnotyzujący. Tworzenie muzyki samym głosem, nie musi oznaczać beatboxu, „Don’t Worry Be Happy” ani ciepłego kwartetu z Mam Talent. Magic Place to piękne ambientowe kompozycje tworzone metodą dośpiewania kolejnej partii do zapętlonego już materiału. Śliczny impresjonizm budowany praktycznie samym damskim głosem. Super. Więcej tutaj.

16. Coldair – Far South
Kiepska pierwsza płyta nie oznacza złej drugiej. Wydziarany nie oznacza twardziel. Nagrane w domu nie oznacza złe. Akustyk i wokal nie oznacza nudów. Muzyka późnej nocy nie oznacza senności. Rozliczenie się z przeszłością w formie piosenek nie oznacza niedojrzałej muzyki. Made in Poland nie oznacza zły. O nie, nie tym razem.

15. Promise and the Monster – Red Tide
Szlag mnie trafił, gdy gdzieś w polskim, jeszcze wolnym internecie przeczytałem, że Promise and the Monster została NAWET doceniona przez polski duet gitarowy Twilite, którzy ją zaprosili do współpracy. Trafił mnie, bo jak dla mnie to Billie zaszczyciła ich swoją chęcią do współpracy, a nie na odwrót. Tak czy siak, fantazjowałem, że „Red Tide” będzie wyżej, ale choć bardzo dobre, nie jest tak rewelacyjne jak pierwsza płyta „Transparent Knives”. Mimo wszystko Billie Lindahl pokonała syndrom drugiej płyty. Temperatura dalej pozostaje na minusie, a Billie swoim niesamowitym i magicznym głosem czaruje przy akompaniamencie równie baśniowej muzyki.

14. King Creosote & John Hopkins – Diamond Mine
Czyli 8 romantycznych ballad o miłości do małego szkockiego miasteczka nagrywanych 7 lat przez szkockiego, folkowego songwritera i angielskiego elektronika. Unikalny i ponadczasowy, zapadający w pamięć album, który uderza delikatnością, subtelnością i czystym pięknem.
To zabrzmiało jak tandetna rekomendacja płyty z empik.com, ale serio, ta płyta jest niezła a ja nie mam akurat pomysłów, na większy rozpis o niej. Po prostu jej przesłuchajcie.

13. Cascadeur – The Human Octopus
Pod odważnym kryptonimem kryje się tajemniczy muzyk o nieśmiałym głosie i pełnej wrażliwości muzyce. Nawet nie wiadomo, jaka twarz kryje się pod kaskiem, którego nie zdejmuje nawet na scenie. Było o nim więcej tutaj.

12. Tyler, The Creator – Goblin
Po części jestem w stanie zrozumieć brak sympatii do ordynarnego 20 latka, który rapuje, że zgwałci ciężarną kobietę i powie kumplom, że miał trójkąt, ale czy tego samego rok temu nie zrobił Kanye West? Na My Beautiful Dark Twisted Fantasy Kaniusia zostawił czarną dumę w szatni i zaczął się zwierzać z robienia fotek swojego Damiana i wysłanie ich do dziewczyny. Ten rapowy strptiz sumienia wyniósł Kanyego na sam szczyt. Tyler wciąż mieszka z babcią i namiętnie się masturbuje aż go nie zacznie kuśka boleć. Kupuję to. Tyler, The Creator jest jak oglądanie gołych bab za młodu, wiesz że to co się dzieje nie jest zbyt święte, ale mimo wszystko się coś Cię tu trzyma i co więcej, wracasz do tego.

11. Nicolas Jaar – Space is Only Noise
Było już tutaj. Czekamy teraz na longplay pod szyldem Darkside, bo wszystko wskazuje, że Jaar będzie czymś więcej niż gwiazdką jednego sezonu.

10. Barn Owl – Lost in a Glare
Podoba mi się to, że Evan Caminiti i Jon Porras w przeciwieństwie do ojców gatunku nie widzą konieczności, by na pedale przesteru wszystko musiało być ustawione na maksimum. Barn Owl to dowód, że w tworzeniu drone-metalu nie musi być tylko gitar elektrycznych. Muzyka drone przyszła na świat ze wschodu i w tamtą też stronę Barn Owl spoglądają. Niby nie pierwsze, ani nie drugie wydanie, ale jakoś dopiero przy „Lost in a Glare” doznałem.

9. Jonathan Wilson – Gentle Spirit
Są ludzie, którzy ewidentnie nie urodzili się w swoich czasach. I takim człowiekiem jest Jonathan Wilson, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że hipis nagrywa album stylowo przypominający psychodeliczny folk z lat 70-tych, pełen romantycznych, akustycznych ballad, długich gitarowych, floydowskich solówek (i o ile sam wyznaję zasadę; „crazy guitar solos stopped being cool in 70′s” o tyle tutaj mogę tego słuchać w kółko) a to wszystko nagrał we własnym analogowym studiu. Swój tradycjonalizm przejawia również w w tekstach, pełnych „wild-west”owych złotych myśli, w stylu: „The raven who flies through the desert sky is wiser than you or me… the desert raven, he has poetry„. Brzmi kiczowato, jest dokładnie na odwrót. To prawdziwa sztuka napisać w 2011 roku piosenkę, która mogła by śmiało zostać wrzucona na płytę Floydów, czy Neila Younga, 30 lat temu, więc jakie trzeba mieć jaja żeby napisać całą płytę, która mogłaby zadziwiać zarówno 30 lat temu jak i dziś?

8. Fleet Foxes – Helplessness Blues
Fleet Foxes przestali być tylko chłopcami we flanelach śpiewających melodyjne siabada o ćwierkających ptaszkach, lecz to nie oznacza, że zatracił się też urok ich muzyki. O nie. Druga płyta nie opowiada o tym co dzieje się w lesie, gdy wstaje słońce. Blues bezsilności bardziej opisuje co się dzieje o tej porze dnia w głowie i sercu Pecknolda. A że ten w skutek pracy nad albumem popadł w skrajną depresję, na drugiej płycie FF nie ma sielanki. Ballady o starości zastąpiły te o ptaszkach, kompozycje i aranżacje stały się dojrzalsze a momentami miejsce melodyjności zastąpiła kakofonia. Czy to trochę nie Kid A neofolku?

7. James Blake – James Blake
O kolesiu już napisano co najmniej Biblię, więc komentarz zbędny.

6. Nosowska – 8
Pamiętam jak bardzo zaczarował mnie 5 lat temu „Unisexblues” ale pamiętam również, jak rok później strasznie rozczarowała mnie Nosowska/Osiecka, mimo, że z jednego ojca dzieci. Cóż, w 2008 roku Nosowskiej raczej nie poszło. I Marcinowi Macukowi też. Nie zagłębiając się zatem w jeszcze wcześniejszą twórczość solową Kasi, wypadkowa emocji i oczekiwań wobec nowej Nosowskiej wynosiła niewiele ponad zero (współczynnik nadziei przeważył). I takie płyty chyba cieszą najbardziej, gdzie przy nikłych oczekiwaniach muzyk robi nam kolosalną niespodziewankę. „Ósemka” to słowiański odzew na zachodnią twórczość niezależną w pigułce. Oczko zostaje tu puszczone i w stronę Reicha, i Buriala, i Arcade Fire i Radiohead (tu to buziak nie oczko) i Bowie i tak w nieskończoność. Bogate instrumentarium Macuka, zarówno klasyczne i elektroniczne, tworzy zaskakująco prostą ale jak piękną i często pełną niepokoju ściółkę muzyczną dla szorstkiego wokalu Kasi i jej nietuzinkowych tekstów, wciąż będących niedościgniętym wzorcem dla wielu artstów. Całość, świetnie przy okazji nagrana i obrobiona tworzy dzieło wybitne, którym można by się śmiało na tym zachodzie pochwalić.

5. Giles Corey – Giles Corey
Wszystkim drygało, gdy parę lat temu słuchało się „For Emma…” Bon Ivera, bo było ładnie, smutno, z fajnym tłem fabularnym i co najważniejsze szczerze. Wszyscy znamy już baśń o brodatym romantyku, który wskutek konfliktu z całym światem ucieka na okres zimy do lasu i nagrywa w małej chatce najsmutniejszą płytę świata. Łzy na mikrofonie były wyczuwalne jak dym petów u Elizy Fitzgerald. A co jeśli powiem, że przy Giles Corey Vernon jest troskliwym misiem ze szczęśliwym życiem?
Giles Corey był farmerem, który w XVII wieku został oskarżony czary i ostatecznie skazany na śmierć poprzez zmiażdżenie. Co ma z tym wspólnego Dan Barrett znany bardziej z twórczości w drone/industrial/metalowym projekcie Have a Nice Life? Kluczem jest tu 150 stronicowa książka, dołączona do płyty, bez której projekt Giles Corey byłby tylko dark folkowym, nawet trochę nudnawym projektem nie wartym większej uwagi. To mogłoby też tłumaczy, dlaczego w internecie tak mało recenzji na ten temat, zwłaszcza po polsku. Giles Corey to płyta, której się nie zrozumie, nie inwestując w jej fizyczny egzemplarz. Bo GC to coś o wiele poważniejszego niż tylko smutna płyta nagrywana w domowych warunkach.
Książka to klucz do zrozumienia płyty. Opisuje prawdziwą historię sekty założonej przez tajemniczego Roberta Voora. W owej sekcie główną rozrywką było zakładanie na głowę specjalnych masek (Voor’s Head Device) tak zbudowanych by człowiek nic nie widział, mało słyszał i by był powoli przyduszany w skutek czego doznawał halucynacji i mógł doświadczyć stanu bliskiego śmierci. Najistotniejsze jest jednak pierwsze zdanie książki – Dan Barret chciał popełnić samobójstwo. Usiadł przy pianinie w swoim domu, włączył dyktafon, założył maskę Voora i czekał… na śmierć. Ocknął się po pary godzinach, leżąc na podłodze, nic nie pamiętając. Z przesłuchaniem nagranej taśmy czekał parę dni. Fragmenty tego nagrania usłyszymy w trakcie całej płyty, lecz najwyraźniej w otwierającym kawałku „The Haunting Presence”, gdzie Barret krzyczy, płacze, chodzi, uderza w pianino, rzuca się po podłodze. Barret tego nie pamięta. Ani sekundy. I to wszystko zmienia. Płyta przestaje być 9 piosenkami, lecz trochę przerażającym, trochę podniecającym doświadczeniem – Słuchaniem listu samobójcy.
„If I did not wish to be alive, did I wish to be dead? (…) I read anything, and everything, I could find – on the afterlife, on suicide, on physical evidences of ghostly existance. (…) The search for death brought me to many strange places. I learned many strange things. This book is a record of those things. These songs are a record of those things. My life is a record of those things.”
Nie ma tu ładnych, smutnych melodyjnych piosenek, które zostają w pamięci. Z drugiej strony nie wskazuje to na brak wartości muzycznej strony płyty. Materiał, w całości nagrany w różnych sypialniach domu Barretta (tego samego, w którym próbował się zabić) to głównie przesiąknięte pogłosem chórki, pianina, gitary akustycze i proste sekcje perkusyjne. Do tego dochodzą różnego rodzaju nagrania, nie tylko te z samobójczej próby. Całość brzmi bardzo obszernie, szeroko, daleko, ale przede wszystkim mrocznie. Sam Barrett, opisuje to jako acoustic music for the end of the industrial revolution” choć bardziej będzie pasować „depressive suicidal black folk”.

4. Modeselektor – Monkeytown
Druga po Lonely Island najczęściej puszczana płyta po pijaku. I przez kwartał na trzeźwo. I w samochodzie. I w gościach. Mamy tu miłość od pierwszego przesłuchu. Do tej pory twórczość Bronserta i Szarego urzekała mnie raczej tylko punktowo. Ich dwie poprzednie płyty były trochu na jedno kopyto – brutalny deutsch bit, do niego gęsty analogowy syntezator i tak przez 2 płyty. Miało się wrażenie, że 4-5 śladów wystarczało na jeden utwór. Nie mówię, że to było brzydkie, ale było to za mało by cieszyło to w innych okolicznościach niż na żywo. Monkeytown jest ciekawsze i już nie takie banalne, jak poprzednie wydawnictwa. To celująca hybryda muzyki klubowej z ostatnich paru lat. DeutschlandDuo porobili notatki do czego ludzie przytupują nóżką najbardziej a następnie nagrali płytę, która unosi kciuki w górę zarówno fanów dubstepu jak i IDM. Jednak perełkowy charakter Monkeytown leży w „niemieckiej smykałce” Modeselektor do electro, co po części wiążę się z zabawą analogowymi syntezatorami, rówież tymi 8-bitowymi. A żeby było śmieszniej Monkeytown zostało nagrane w domciu, w parę tygodni. Chyba do niczego w tym roku tyle nie tańczyłem na łóżku, przy zamkniętych drzwiach od pokoju, co do Monkeytown ;)

3. Youth Lagoon – A Year of Hibernation
Nieśmiali zawsze wydają ładne albumy. Lubię sobie przeczytać, że ktoś zaczął pisać piosenki, bo miał problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie, bo tylko tak umie wyrazić swoje smutki, bo mu się w życiu nie układa. To brzmi trochę ckliwie, ale ja dalej lubię przeczytać, że ktoś się gdzieś zamyka, ucieka od świata i tworzy. Wewnętrzne cierpienie zawsze rodzi najładniejsze piosenki. Skojarzenia z Vernonem znowuż jak najbardziej na miejscu, ale nie chciałbym, żeby takie skojarzenia się tylko na Vernonie kończyły, bo takich ludzi jest więcej. 22 letni Trevor Powers to kolejny z nich. Gnojek napisał zaledwie 8 piosenek w swojej sypialni a następnie nagrał je w domu swojego kolegi. 8 piosenek traktujących o rzeczach, które często tylko on rozumie. 8 utworów tak osobistych, tak intymnych, że aż jest to dla słuchacza krępujące. 8 utworów, o rzeczach mniej lub bardziej błahych, o strachu, samotności, również o miłości, ale na Roku Hibernacji nie zaglądamy nikomu pod kołderkę a bardziej do pamiętnika Powersa. To krępujące, nawet mimo faktu, że chęć obnażenia się autora jest świadoma i pewna. Geniusz Youth Lagoon tkwi w jego prostocie. Melodie Trevora nie są złożone, podobnie jak instrumentarium, którym je tworzy. Gitara, klawisze, automat perkusyjny i głos, który brzmi jakby 5 minut przed nagrywaniem Trevor był jeszcze wysmarkać nosek po płaczu. To wystarczyło, by nagrać 8 rozmarzonych, dreampop’owych smutnych i szczerze przejmujących piosenek. Youth Lagoon ma dużo wspólnego z The XX, z ta różnicą, że u Xów hibernacja trwa dalej – dzieło Powersa, choć nasycone romantyczną nostalgią, mimo wszystko niesie ze sobą dużo ciepła i nadziei. Trochę jak Beach House. Zdjęcie z okładki, wykonane przez Trevora na Hawajach, zostało wykonane już w czasie „odwilży” w jego życiu. To banalne, ale wkrótce po tym zaczęło mu się układać z dziewczyną, z ludźmi i okres hibernacji się skończył. Pozostaje tylko pytanie, co dalej będzie z Youth Lagoon, skoro okres smutku zakończył spłodzeniem tak pięknej płyty. Bon Iverowi np. wyjście z chatki ewidentnie nie pomogło…

2. Alva Noto & Ryuichi Sakamoto – Summvs
Było było, w październiku się o nich wypowiadałem:
„Alva Noto czyli niemiecki perfekcjonista po uszy zakochany w analogowej elektronice (w końcu aus Deutschland) i japoński kompozytor Sakamato nagrali materiał, który nie wyobrażam sobie puszczać wcześniej niż po północy, w czyimś innym towarzystwie jak tylko w samotności i w innym świetle jak w półmroku. Noto kocha trzaski i szumy, Sakamoto tantryczny petting z klawiaturą pianina, oboje zaś kochają ciszę, lecz w rezultacie Summvs NIE brzmi jak 45 minutowy lek na bezsenność. Jest tu ukryty olbrzymi potencjał. Ukryty zarówno gdzieś w niepewności, napięciu budowanym przez laptop Alva, jak i pod każdym młoteczkiem fortepianu Ryuichi. Summvs to zderzenie dwóch pięknych światów: subtelnego minimalu i pełnej tajemniczości muzyki klawiszowej.”
Wspaniała kolaboracja, bez której Noto byłby zbyt brutalny a Sakamoto zbyt nudnawy. Muzyka na granicy ciszy, ale absolutnie nie muzyka tła. Dyskretna, oszczędna, bardzo minimalistyczna. Piękna.

1. Other Lives – Tamer Animals
O tym, że ta kapela będzie wielka wiedziałem już w 2008 słuchając ich pierwszego LP. Wiedziałem też, że „Tamer Animals” będzie dobre, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Podobnie nie spodziewał się tego lider, Jessie Tabish. Bo teraz, gdy świat zaczął odkrywać skromny kwintet z Oklahoma, parę większych członków poważnie stwardniało usłyszawszy ich muzykę: pojechali z Bon Iverem w trasę, w 2012 robią to samo z Radiohead, grają na Coachella, MTV obstawia na nich, jako na zespół, który „wyjaśni” w 2012, Local Natives czy John Mayer wrzucają ich klipy na swoją tablice. Dzieje się i dziać się będzie. Nie będę tu nic rozkładał na czynniki pierwsze. Drugi raz w historii bloga pierwsze miejsce na rocznym podsumowaniu o czymś świadczy, więc po prostu przesłuchajcie Tamer Animals.
Szadi

Cóż Ty mi zrobiłaś Saro Warden? Rezerwowałem dla Ciebie w ślepo miejsce w rocznym zestawieniu płyt roku 2011, a tu pstryczek w nos, wystawiony język i figa z makiem. Czekałem na Ciebie tak bardzo, jak na nowego Deus Ex’a. I co? Zawiedliście. Nie bardzo, nie po całości, ale zawiedliście. Już okładka była swoistym, alarmującym uszczypnięciem przywracającym do trzeźwości. „Nie za wesoło tutaj? Przecież nie taki styl ma MBD?” Tak Ci dobrze szło na dwóch poprzednich płytach, po chuj w pełni oddałaś się folk-operze? Po co tyle kombinowania ze smyczkami? Po co jakieś idiotyczne fujarki i fleciki? Już miałem w obserwowanych Twoja płytę na ebayu. Odhaczyłem to. Szkoda. 5.2/10
No kurwa! 8.8/10


„The Magic Place” to rozmarzona podróż po świecie wspomnień z dzieciństwa młodej dziewczynki. Ambientowy soundtrack do Tajemniczego Ogrodu, którego akcja działa by się raczej w nocy i po paru grzybkach. A jak powstaje to wszystko? Julianna Barwick tworzy bliżej nieokreślone wokalne przeciągnięcia, przepuszcza je przez delay, nakłada je na siebie za pomocą loop pedala i tak w kółko aż nie powstanie rozmyta ściana ludzkiego „oddalonego” pięknego dźwięku, który czasem posłuży jako akompaniament dla fortepianu (czyli trochę od dupy strony) tudzież po prostu który będzie formą ekspresji sam w sobie. Początkowo myślałem, że będę traktował tą płytę bardziej jako ciekawostkę, w końcu cała nagrana praktycznie a-capelle, jednak szybko się przekonałem, że „The magic place” to 
W sumie to Yoann Lemoine skrywający się za drewnianym kryptonimem Woodkid ma mocno przesrane. Koleś wydał zaledwie jedną Ep’kę, zrobił do tytułowej piosenki GENIALNY (ja mam świadomość nadużywania przeze mnie tego przymiotnika, ale inaczej nie da się tego określić) 



Nigdy nie znałem się na gatunkach muzycznych ze słowem „rock” w nazwie. Człowiek tego nawymyślał bóg wie ile i weź się tego naucz. Tak więc tytułem „ciężkie brzmienie” przedstawiam wam True Widow. Ja myślałem, że z gitarowej klepanki na przesterach i niskich strojach to ja już dawno wyrosłem. Nie. Niby nic: trio z Dallas, męski nieszkolony, leniwy wokal (trochę jak Kobajn przez nosek śpiewa, ale jak dla mnie o niebo lepiej) damski, podobnie nieszlifowany wokal i nieszczególnie natchniony perkusista, który ewidentnie za „nakurwianiem salt” nie przepada. Ale razem ta trójka nieudaczników tworzy naprawdę, naprawdę ciekawe „ciężkie brzmienie” polegające na niskich przesterowanych gitarach (z częstym użyciem e-bowa, co jest moim afrodyzjakiem) na tle leniwej perkusji i jeszcze bardziej leniwych damsko-męskich wokali. Trochę taki Low na overdrive’ie. Kupili mnie swoją melodycznością, niebanalnymi formami i zaskakującymi przejściami.
Od zawsze po cichu fantazjowałem o projekcie Alexa Turnera z akustykiem, bo od zawsze, słuchając w liceum takich piosenek jak „
Ostatnim razem ambient urzekł mnie tak bardzo przy 
Znamy tylko jego głos – jak Wielkiego Brata. Ma specyficzny kask jak Daft Punki, i światu pokazuje tylko swoją muzykę – jak Burial. Wygląda troche jak Stig, ale to raczej nie on. Kim jest francuski muzyk Cascadeur? Nie wiadomo, tak samo jak nie wiadomo ile ma lat, ani jak wygląda. Ukrywa się w czarnym stroju kaskadera z białym kaskiem z gwiazdką. Nawet na koncertach tak występuje. Na co dzień pewnie zwykły, młody francuski chłopak, piekarz bagietek w małej paryskiej piekarni, po powrocie do domu zakłada kask i gra na pianinie smutne piosenki. A może ma poparzoną twarz? Może nie ma oczu? Może połowa jego twarzy, to twarz jaszczurki, albo ślimaka? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że coś ewidentnie chłopakowi leży na sercu, bo muzyka którą tworzy jest przepełniona smutkiem i melancholią. Kaskader swoje smutne sztuczki pokazuje głównie na pianinie i wszystkim co ma klawisze. Mało tu perkusji, gitar, ale za to jest akcencik elektroniki, jest dużo ciekawych pomagajek (zegary, radioodbiornik, ludowe brzmienia, odgłos ludzkiego kroku, onomatopeje) i jego ładny, specyficzny wokal. Całą płyta to dość powolna (ale absolutnie nie ślamazarna!) spokojna i ciepła wyprawa po smutnym świecie tajemniczego francuskiego chłopca. 
To Wielka Spóźniona w moich wyborach na płytę roku 2010. To Wielka Poszukiwana w mojej półkowej dyskografii. To moja nowa Wielka Miłość w każdym tego słowa znaczeniu. To WIELKA artystka, której znajomość jest jak paciorek przed obiadem.
Puk puk. U progu zjawia się mężczyzna, na którego ona czekała tyle czasu. Walczył na wojnie 20 lat i teraz wrócił do domu… Ogromna trauma, uraz mózgu a skutek tego kompletna pustka we wspomnieniach są jedynymi rzeczami, które przywiózł z wojny. Nie wie kim jest, gdzie jest i przed kim stoi, podczas gdy ona wciąż widzi w nim mężczyznę, którego kocha tak samo jak kochała 20 lat temu. Pamięta wszystkie szczegóły, spotkania, pocałunki, wspólne tańce do walca. Kiedyś para kochanków, teraz kochająca żona i emocjonalnie jałowy bezimienny, w którym ona widzi wszystko a on w niej nic. Do domu wróciło tylko jego ciało. Dzień za dniem, w nadziei, że i dusza powróci ona czyta mu „Odyseję” Homera. W linijkach zaczyna zauważać sposób na dotarcie do jego zagubionego umysłu, do jego wspomnień, uczuć, do niego samego. Myślicie że wróci? Co może się kryć pod tytułem ostatniej piosenki „As he looks out to sea”? Czym naprawdę jest powrót do domu? O tym Sarah Kirkland napisała muzykę, o tym Shara Worden (ta sama Shara, którą kocham z
Miałem dużo fantazji odnośnie tego w jaki sposób to zrobię po raz pierwszy. Nie wiedziałem czy wybrać do tego łóżko, czy zrobić to gdzieś na świeżym powietrzu czy w aucie późną nocą. Nie wiedziałem dokładnie kiedy to się stanie, jednak wiedziałem, że stanie się to na pewno. Nie znałem jej lecz wierzyłem, że będzie moja kochanką na bardzo długo. Zawsze tak było. Mieliśmy to zrobić pierwszy raz w sobotę, 19 lutego, jednak ona znowu mnie zaskoczyła i przyszła do mojego pokoju dzień wcześniej. Wylądowaliśmy u mnie w łóżku. Płyta „King of Limbs” była niezła, lecz to już nie jest ta kochanka co kiedyś.










Wszystko wszystko! Dosłownie wszystko, co słyszę na tej płycie, jest fantastyczne! Zawsze wolałem gitary akustyczne od elektrycznych, pianina od syntezatorów, smooth jazz od popu, a tymczasem płyta, która na 1000% zagości na TOP10 roku bożego 2010 jest pure popem, przy który wszystkie wszystkie stawy mojego ciała zginają się jak szalone! Ahhh!
WordPress.com – loguj – Mój Blog – Nowy Wpis – The Knife – cisza… Jak ja mam zacząć, tak by w pełni oddać, przekazać, namalować 41 literkami wszystkie emocje, odczucia, zmieszania i zaskoczenia jakie doznawałem słuchając tej płyty. Blog ten ma 2,5 roku i właśnie przyszło mi zmierzyć się z napisaniem tu najtrudniejszej recenzji do tej pory. Płyta Tomorrow in a Year wyszła w marcu, dopiero teraz jestem w stanie jakkolwiek, cokolwiek o niej powiedzieć. I moje nieróbstwo, lenistwo czy writer’s blocki nie mają tu nic do rzeczy. Ta płyta to potężna twierdza, którą obchodziłem wiele razy z wielu stron i długo nie mogąc pojąć jej budowy. Specjalnie dla tej płyty, kładłem się wcześniej do łóżka, by w kompletnej ciszy i skupieniu spróbować zrozumieć to co się na niej dzieje przez bite półtorej godziny. Teorytycznie mogłem to popieprzyć, skoro nie podeszła za pierwszym razem, nie podejdzie pewnie i za ósmym. Mimo to, gdzieś podświadomie czułem, że ta płyta zawiera w sobie ogromny potencjał, który trzeba odszukać. Znalazłem go – jest potężny.
Próbowałem na wszystkie sposoby. I po cichu, i w mieście i w aucie. Nawet w pracy jako muzyka tła się nie sprawdziła. I nie pomoże tu ani Pitchfork, ani Chaciński ani sam Bon Iver (i Ty Brutusie!?). Podobno psy nie trawią ziemniaków. Moje uszy nie trawią My Beautiful Dark Twisted Fantasy. (3.2/10)
Klaxons RIP [*] piszcie miasta. (2.8/10)
Celem postu było głownie pojechanie po Kanim i Klaksonach. Trzeciej tak niepodobającej się płyty ostatnio nie słyszałem, ale że pierw powstał tytuł notki a dopiero potem rozpocząłem przemyślenia o czym napiszę, muszę tu coś doczepić. Cóż, jak lubię Nine Inch Nails tak jego pierwsza płyta nie ważne czy ma 21 lat czy miesiąc wciąż mi się nie podoba i tyle. (3/10)
Podobno gdzieś w Niemczech znajduje się miasteczko, które nie zostało odbudowane po bombardowaniach z czasów II Wojny Światowej, które w takim stanie egzystuje, rzecz jasna dla celów turystycznych. Antony w tym roku też zrzucił bombę – melancholijną atomówkę prosto na moje wrażliwe muzyczne serce, a ja nie mam zamiaru po tym dochodzić do siebie – wracam do tego tak jak Ci turyści w Niemczech i zachwycam się za każdym razem tak samo.

Wszyscy nasycają się ile można islandzkimi wyciskaczami łez spod marki Sigur Ros i zachwycają się ich pięknem, nie wiedząc, że cała ta najlepszej klasy melancholia nie jest ich dzieckiem, a jedynie pałeczką przekazywaną dalej. Right kids, to Jóhannson jest płodzicielem wszystkich najsubtelniejszych brzmień islandzkich. Jóhann jednak nie jest typowym klasycznym kompozytorem: lubi przemycać do swoich dzieł minimalne partie elektroniczne, robiąc to z niezwykłym wyczuciem estetycznym – coś jak Max Richter, tylko o niebo lepiej. DżejDżej pasjonuje się z resztą światem nowoczesnym, industrialnym, nie mógł więc sobie wymarzyć lepszej opowieści do wzbogacenia o dźwięk niż tragiczna historia Fordlândii – ogromnej wioski pracowniczej założonej przez Henry’ego Forda w Brazylii w 1928. Jóhansonn z islandzką gracją i potężną dawką melancholii plastycznie maluje najtragiczniejsze wydarzenia z historii motoryzacyjnej utopii organizując przy tym zamach na najtwardsze nawet serca. Bez żartów: Fordlâdnia to pozycja obowiązkowa dla każdego, dosłownie. Ta płyta najlepiej pokazuje, że klasyka żyje i ma się dobrze. Ba, klasyka jak górowała tak górować będzie w świecie muzyki. Nie daje żadnego odsyłacza na YT, macie sobie ją zdobyć, przesłuchać i pokochać. Nie inaczej. (9.3/10)
Po raz pierwszy na headphonesporno polecę wam film. Nie znam osoby, która nie zna kultowego Requiem for a Dream, a rzadko spotykam się z kimś, kto sięgnął po inne filmy Darren’a Aronofsky’ego. O czym opowiada „Źródło”, kto gra- pisać nie będę – to macie do domu. Powiem tylko, że emocje jakie budzi we mnie za każdym razem gdy go oglądam są ogromne. Nie inaczej działa na mnie sama muzyka, bez obrazu. Każdy wie, co Clint Mansell odwalił na potrzeby Requiem dla snu – utwór tytułowy już tak przewałkowany, że aż tandetny, podobnie jak film. Natomiast cała muzyka i magia zarówno filmu jak i muzyki z The Fountian, wciąż pozostaje w pewnym zacisznym ukryciu, jeszcze ( i chyba tak już zostanie) nie wyeksplorowanym na wylot przez masy. Obejrzyjcie film, posłuchajcie płyty, naprawdę warto. (8.6/10)
Bez bicia się przyznaję: o Arvo Parcie, prócz tego, że jest estońskim kompozytorem nie wiem absolutnie nic. Znam / mam może ze trzy jego płyty (a których on, jak każdy kompozytor wydał z pińset), sam poznałem go z polecenia innego bloga, gdzieś dawno temu. Arvo Part to już klasyka muzyki klasycznej, jeśli mogę tak rzec. Najczystsze piękno osiągane przez brzmieniowy minimalizm, skromne instrumentarium, muzyczny hezychazm, cudo, geniusz, magia najprawdziwsza. Dziękuję Ci blogu, nie pamiętam niestety jaki.
Grizzly Bear, Grizzly Bear , Grizzly Bear. W każdej nawet najmniejszej recenzji tyczącej się tej płyty, nawet takiej pisanej między horoskopami a ogłoszeniami 0700 w piątkowym dodatku do Dziennika Polskiego musi, choćbym nie wiem co, znaleźć się słowo Grizzyly Bear. Nie ma wuja we wsi, musi i tyle. Dlaczego? A no dlatego, że NIEPRAWDĄ jest stwierdzenie, że Morning Benders brzmią jak Grizzy Bear. Bo Mornings Benders są Grizzly Bear’ami. Wszystko za sprawą Chrisa Taylor’a (ale nie tego od Dungeon Siege :P), czyli świetnego basisty Grizzly Bear oraz jednocześnie ich producenta, którego wkład przy Big Echoes był no, nie mały. W oficjalnych wywiadach i artykułach zapewne przeczytamy, że Taylor po prostu wyprodukował tą płytę, my jednak dobrze wiemy, że niejedną flaszkę Bendersi z Grizzly Bear wypili na tourach (bo supportowali się nie raz) i przy któreś z kolei padło hasło „let’s do it together guys”.




Budząc się w środku nocy namiętnie lubię, przezwyciężając pierw wszelkie czynniki zmuszające mnie do pójścia dalej spać, włączyć sobie radio, coby mi cicho grał do uszka. Prawda jest taka, że szeroko pojęte polskie media radiowe za dnia nie serwują czegoś co mnie satysfakcjonowało. Inaczej to wygląda (a w zasadzie brzmi) w porach nocnych, kiedy np. w Trójce można usłyszeć naprawdę tłuste kawałki. (Oczywiście, my Krakusy poradziliśmy sobie z tym problemem i mamy boską, studencką Radiofonię, która kiedyś wprowadzi małe zawieruszenie w polskich mediach, szerząc się na cały kraj <3) Tak czy siak, pewnej pięknej, deszczowej nocy wykonałem czynności opisane wyżej i usłyszałem… no właśnie, coś usłyszałem. Wiedziałem tylko, że głos znajomy i już po paru sekundach rozbudzony, czekałem do końca piosenki. „Prawda, że niesamowite? To proszę państwa był nowy UNKLE, zamykający utwór z Markiem Leneganem”. Wiedziałem! No i się wkręciłem. UNKLE nigdy nie znałem za dobrze, wiedziałem tylko, że co płytę stosują złotą zasadę Michała Wiśniewskiego „keine grenzen”, więc po Where Did the Night Fall można było się spodziewać absolutnie wszystkiego. Co dostaliśmy? Całkiem niezłą dawkę electro/triphop’owych czteryipółminutowców, tradycyjnie z multum gości. Cudów wielkch ni mo. Materiał jest dobry, jest tu wszystko od hałasów, do motywów orientalnych, smyczków, potężnych porywających perkusji do doniosłych chórów. Jednak mimo całej tej różnorodności, którą Lavelle i Clements starają się nam zaserwować, płyta zaczyna być monotonna i gdzieś, mniej-więcej w połowie, miałem już dość. Ocenę jednak, po znajomości dostają ode mnie pozytywną, właśnie przez nasze
To jest płyta debiutowa, lecz nie znaczy to, że już się nigdy nigdzie w świecie nie pojawili. Dawno temu Wax Tailor zarządził konkurs na remixy swoich kawałków no i zgadnijcie, kto wygrał? Yeap! Berry Weight to dwójka didżejów, którzy tworzą, jak sami to określają: „electro / organic / space / jazz”. Cóż, i to właśnie tworzą. Wykonane z największą precyzją na pół chilloutowe kawałki znakomicie podchodzą o każdej porze dnia i nocy do jakiejkolwiek czynności. Nazwałbym to tanią podróbką Bonoba, jednak znacząco odróżniającym czynnikiem obu wykonawców jest spore użycie mixera na Music for Imaginary Movies, który wnosi w 11 utworów naprawdę dużo czarów. Nie do końca wiem, co mogę jeszcze o tej płycie napisać. Nie są to jakieś cuda, nie jest to kiszka, taka o! uniwersalna muzyka, którą można puścić i na randce i jako melodyjkę w windzie. Bonobo cieszy się w Polsce niemałym uznaniem, więc myślę, że każdy kto go lubi polubi i formację Berry Weight. Naprawdę warto zato sprawdzić
Gdyby nie to, że zaległych płyt do opisania mam jak stąd do Gruzji, to bym napisał odzielną notkę o Local Natives, gdzie trzynastozgłoskowy napisałbym erotyk. Bo w rankingu na „za późno odkrytą płytę z 2009″ to właśnie piątka z LA zgarnęłaby laury. W oczekiwaniu na mocno (powtarzam MOCNO!) przeginających pałę Fleet Foxes z wydaniem nowej płyty Local Natives są wspaniałym zamiennikiem. CTRL+Z. Oni nie są zamiennikiem. Z początku (w sensie, że po paru pierwszych piosenkach) można tak pomyśleć, ale tymi Jankesami nie można nie mieć dłuższej miłości, zwłaszcza jeśli w 2008 nasze uszy pieścili Fleet Foxes. Skojarzenie takie budzą przede wszystkim wspaniałe, potrójne harmonie męskie (nie chciałbym, żeby to zabrzmiało gejowsko, ale uwielbiam wspaniałe, potrójne harmonie męskie),lecz z podobieństw to tyle. Bo FF to grali wszystko o 5 nad ranem przy wschodzącym słońcu, koło jeziora gdzieś w Tennesie. A Local Natives raczej robią imprezę na plaży w środku dnia. Daję dyszkę temu, który słuchając Gorilla Manor nie pokiwa głową, przytupnie nóżką, nie mówiąc już o tańcu na siedząco, jak to się skończyło ze mną. Podczas gdy Fleet Foxes często rezygnowali z perkusji u LN jest ona drugim (po gardzielach) najważniejszym instrumentem. Jest kurefff$ko naparzająca, co najmniej jakby ze 3 kolesi tam siedziało, jest porywająca sama w sobie, a na odzielny zachwyt zasługują… pałeczki! Dźwięk ich uderzania o siebie, lub o krawędź bębna występuje tu często i znacząco wpływa na klimat piosenek. Do tego wszystkiego dochodzą gitary, czasem smyczki, czasem pianina a to wszystko daje kawał, naprawdę świetnej, solidnej roboty, gdzie muzyka jest porywająca, genialna w swojej prostocie (niemalże w każdym utworze mamy do czynienia ze standardowym intro-verse-chorus-itakwkółko) i wchodząca do głowy jak wódzia na czczo. Zakochany po uszy dzielę się z wami, 
Inaczej trochę chciałem to rozegrać. Miałem w planach napisanie notki pt. „Od dupy strony” gdzie ostatnie płyty niedebiutujących już artystów, a które (płyty) byłby dla mnie dziewiczym kontaktem z nimi. I w tej właśnie notce, chciałem się rozpisać na temat Szarych Oceanów. Tak wiem, niezła siara, że jako Pierwszy Fan Muzyki Ogólnie Smutnej IV RP, Coco Rosie poznałem tak na serio w 2010 roku, lecz, ja zawsze taki byłem w tyle za innymi (do dziś nie mam jeszcze zarostu jak piracice na okładce, a mam 22 lata : ( ) Tak czy siak, nie ma się co rozpisywać co i jak grają Coco Rosie bo każdy to wie. Przesłuchałem (w standardowej dla tego typu odkrycia kolejności 4,1,2,3 ) wszystkie płyty sióstr i ewidentnie więcej na Grey Oceans elektroniki co jest świetne. Bo zawsze jest ona dodana z gracją. Tą samą gracją, z którą siostry śpiewają operowo, grają na syntezatorze i bawią się zabawkami udającym dinozaury. Brakuje mi tylko tej gracji w okładce, która jest najbrzydszą jaką widziałem ostatnio. Cała płyta, typowo dla CocoRosie, jest przeładowana potężnym ładunkiem emocjonalnym z gatunku „te najgorsze i najbardziej dołujące”, czyli tak jak lubię najbardziej. Fantazja z dwoma dziewczynami niemalże spełniona. 